Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 2
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Los to nie wszystko.
#1
Na życzenie autora wrzucam poprawioną wersję// Kassandra

Ostatnio pisałem 'dzieło swego życia', ale utknąłem w martwym punkcie i żeby trochę odpocząć postanowiłem odejść od gatunku i spłodzić coś innego. Tak więc proszę o ocenę i mam nadzieję, że nie umrą Wam oczy. Smile

PROLOG

Ochrypły, pełen bólu krzyk rozbrzmiał w brudnej izbie. Na klepisku wiła się kobieta z rozwartymi nogami. Darła się, wpijając palce w burzę ciemnych włosów. Krzyk powoli przeradzał się w błagalny jęk, ten zaczynał cichnąć, marnieć, a gdy zdawało się, że cierpiąca zemdlała ten na nowo rozbrzmiewał pełnią sił.
Wokół paleniska krzątała się młodsza, nie bardzo wiedząc co zrobić. Po chwili drzwi izby otworzyły się z hukiem. Pojawiła się przysadzista, siwa kobieta, natychmiast rzucając się ku leżącej.
- Już spokojnie, dziecinko. Wszystko będzie dobrze – powiedziała matczynym tonem, gładząc ją po dużym brzuchu. – Sara, przynieś wina – zwróciła się do najmłodszej dziewczyny.
- Ale dziś jest…
- Idź! – przerwała stanowczo, a ton głosu mówił dziewczynie, że dalsza dyskusja nie ma żadnego sensu. Wyszła.
Starsza kobieta odwiązała sakiewkę przy pasku; wyjęła poskręcany w dziesiątki supłów sznur i zawinięty kawałek tkaniny, w którym coś się znajdowało. Po kilku chwilach wróciła Sara, ostrożnie niosąc małą czarkę.
- Proszę. – Wyciągnęła drżące ręce ulewając kilka kropel. – Ale…
Alra szybko wzięła naczynie, nie pozwalając dziewczynie dokończyć zdania, rozwinęła tkaninę i wsypała zawartość do czarki.
- To sproszkowane zioła – dodała spoglądając na Sarę, której wzrok badał niepewnie czarkę i jej zawartość. – Nie patrz na mnie jak ptaszysko postrzelone w kuper! – Zakołysała naczyniem i podała leżącej. – No, już spokojnie dziecinko. Wypij to. Dobrze ci zrobi.
Usłuchała.
- Keyla, dziecinko, zaraz się zacznie. A ty – spojrzała na Sarę. - Masz to… - Podała jej kłębek supłów. – I gdy powiem ‘już’, zaczniesz rozwiązywać węzły, zrozumiałaś…? Na wielką Jokarir! Weźże się, dziewczyno, w garść! Chcesz wszystko popsuć?
Sara spojrzała na nią urażona. Najwyraźniej dotknęły ją te słowa, bo od tego momentu zachowywała się spokojniej.
Keyla już nie krzyczała. Chciała zaprotestować, ale coś ją powstrzymało. Oddychała głęboko, ogarnięta błogim spokojem, rozchodzącym się po ciele razem z ciepłem. Nie obawiała się już. Była przy niej Alra - Starsza wioski. Taak… mogła być spokojna, przecież to, że dziś jest… A zresztą, to nie ma znaczenia. Wszystko będzie dobrze.
Ciężarna chwyciła Alrę za dłoń, a ta spojrzała na Sarę:
- Już. – Rozległ się zduszony krzyk. Sara zaczęła rozwiązywać supły, a Starsza nachylała się nad nogami Keyli.
- Wypychaj… Spokojnie… Powoli…
Zabrzmiał ochrypły wrzask. Sara panicznie rozluźniała węzły. A one, jak na złość, łatwo nie puszczały.
- Spokojnie dziecinko… Spokojnie…
Krzyk. Następne supły.
- Oddychaj…
Jeszcze dwa supły.
- No, jeszcze trochę…
Ostatni.
Do ochrypłego krzyku doszedł drugi – piskliwy, młody.
- No! – westchnęła Alra przecierając czoło wierzchem dłoni. – Żyje. Zdrowy, piękny chło…
- Co… co się stało? Alra… co… – w głosie Keyli zabrzmiała panika. Patrzyła z niepokojem na dziecko w ramionach Alry, której tępy wzrok tkwił w główce noworodka.
- Nic, nic - odkaszlnęła. - Wszystko dobrze – uśmiechnęła się. Choć uśmiech ten miał nie wiele wspólnego z radością. Keyli to wystarczyło. Wzięła dziecko i utuliła do piersi.

***

Ogień w palenisku smętnie pobłyskiwał, rzucając światło na pełne niepokoju twarze. Starsza klęczała nad Keylą, pogrążoną w głębokim śnie. Oprócz nich, w kącie siedział ciemnowłosy mężczyzna.
- Dlaczego na to pozwoliłaś? – stęknął, ukrywając twarz w dłoniach.
- Nie miałam wyjścia – rzekła z odrobiną pretensji w głosie. – Nie mogłam inaczej, Keronie.
- Na pewno można było coś zrobić! To moje dziecko. – Mężczyzna podniósł głowę, po policzkach ciekły mu łzy. – Mogłaś przeczekać, już prawie świtało.
- Posłuchaj. – Wstała, spojrzała mu prosto w oczy. Jej głos nie zawierał już tylko odrobiny pretensji. – Gdybym nie zareagowała, Keyla by nie przeżyła.
- I co teraz będzie? – powiedział po długim milczeniu. - Dlaczego tak naglę zaczęli się nimi interesować?
- Nie wiem – skłamała. Bo w głębi wiedziała. Wiedziała, że ktoś zaczął interesować się dziećmi urodzonymi w noc Beritha. Bo w tę noc mało które dziecko rodziło się żywe. Wiedziała, że jeśli już się urodziło miało w sobie ogromne pokłady dziwnej mocy. Sama ją poczuła. Wiedziała też, że to dziecko zostanie zabrane. Ale domyślała się innej rzeczy. Choć miała nadzieję, że to tylko domysły. - Cieszmy się, że żyje.
Zapadła cisza. Pewnie trwałaby w nieskończoność, gdyby nie nagłe huknięcie drzwi. Pojawił się niski mężczyzna przypominający chomika.
- Pani – wysapał, wspierając się o kolana. – Pani… słyszeliśmy, podobno… podobno to dziecko. – Spojrzał lękliwie na Kerona. – Starosta już wie, idzie tu.
Alra zaklęła. Nie spodziewała się, że dowiedzą się tak szybko.
- Keron, rygluj drzwi. Trzeba coś wymyślić – rzuciła.
- Dlaczego?
- Chcesz, żeby je zabrano?
Nie musiała mówić nic więcej. Ojciec rzucił się do drzwi, próbując je zabarykadować zydelkiem. Hałas i zmniejszone działanie ziół obudziło Keyle.
- Skarbie, co się dzieje? Gdzie dziecko?
- Leż spokojnie, dziecinko. – Alra przytrzymała jej rękę. - Dziecko jest w izbie obok, z Sarą.
- Co z nim? – Z trudem wsparła się na łokcie. – Czy starosta…
- Tak. Idzie tu.
- Nie bój się skarbie. – Keron zabarykadował drzwi i zwrócił się do żony. – Zaraz coś wymyślimy. Alra, o co tu chodzi?
Nie mogła dłużej zwlekać. Wyjaśniła im, że zapewne dzieckiem zainteresował się jakiś czarodziej, chcący wyssać, dla swoich korzyści, jego energię. Wyjaśniła… prawie wszystko.
- Gdybyś nie otumaniła mnie ziołami – wychrypiała Keyla. – Nie pozwoliłabym na to. Przetrzymałabym i urodziła normalne dziecko…
Rozbrzmiał stukot a zaraz po nim zimny, wredny głos:
- Proszę natychmiast otworzyć drzwi.
Sara, z dzieckiem na rękach, wbiegła do izdebki, panicznie rozglądając się wokół. Keyla wstała podtrzymując się ściany.
- Nie możemy pozwolić, żeby je zabrano. – Mąż podszedł do niej i poparł ją objęciem.
- Pani Alro… starosta, muszę go wpuścić – odezwał się chłopek patrząc na własne stopy.
- Spróbuj, a wyrżnę ci flaki – warknął Keron.
Przysadzisty mężczyzna chciał jeszcze coś powiedzieć, ale rozmowę przerwał ogromny huk. Zydel pękł, a drzwi runęły na ziemie. Za nimi wmaszerowali czterej strażnicy w czerwono żółtych, pikowanych zbrojach z nałożonymi przyłbicami i chudy, wysoki mężczyzna.
- Miarkowałem, że na knowania się wam zbierze. – Uśmiechnął się wrednie ten wysoki, kręcąc palcem młynki wokół czarnej, koziej bródki. - Nie lękajcie się – uśmiechnął się dobrodusznie, choć oczy miał zimne i okrutne. – Nie zabierzemy wam dziecka.
Przysadzisty mężczyzna wymknął się ukradkiem.
- Tak, nie zabierzemy go. Z ostatnich czterech dzieci, urodzonych w tę… noc, żadnego nie udało się… wyleczyć. – Alra zrozumiała, że staroście chodziło o wyssanie mocy, po których dziecko, jeśli przeżyło, było bardzo podatne na choroby. - To istne demony – ciągnął. - Do nienawiści jeno zdatne. Wszystkie są złe do szpiku kości. Ta… moc to pakt z demonem… Tak, nie zabierzemy go nigdzie. Zginie. Tu, na miejscu.
Nie, to nieprawda, pomyślała Keyla. W uszach jej szumiało. Ogarnęła ja ogromna pustka, dławiąca gardło i paląca w piersi. To jakiś żart, pomyślała, przecież moje dziecko po prostu miało… niefart. Urodziło się w przeklętą noc, to wszystko.
- Dziecinko… - Alra objęła ją.
Starosta spojrzał po twarzach, wszystkie zszokowane, bezradne, wszystkie oprócz jednej. Starsza nadal miała kamienną twarz.
- Co, pani Alro? Nie wiedziała pani o tym? – starosta wykrzywił ohydnie usta. Cieszył się, że wprowadził ich w taki stan. Nie czekając na odpowiedź, ciągnął dalej. – Nie wiedziała pani, że to dziecko umrze? – pogładził się po brodzie i bardziej wykrzywił usta. – Nie domyśliła się? I nic pani nie zrobiła…
- Ty parszywy kretynie! Draniu bez serca! Co mogłam zrobić? Pozwolić dziewczynie umrzeć razem z dzieckiem?! Ty cholerny… Pomyśleć, że sama cię na świat przyjmowałam.
- Dość – syknął, a jego twarz cały czas przyozdabiał drwiący uśmieszek. – Straże zabić to dziecko i wszystkich, którzy stawią opór. Czekam w swojej sadybie. – Odwrócił się, wyszedł, pozostawiając za sobą tępą ciszę. Przerwali ją trzej strażnicy, którzy ruszyli w stronę dziecka. Czwarty ani drgnął. Keron stanął między nimi, rozpostarł ręce. Dumnie, z podniesioną głową… Jak ojciec. Świst i błysk uniesionych kling. Kroki. Wciskanie głowy w ramiona, ten złudny, ludzki odruch chroniący kark przed ciosem. Opuszczone powieki. Ciemność.
- Stać! – Czwarty żołnierz żwawo pomaszerował ku swoim konfratrom. Ten głos, pomyślał Keron. – Nie godzi się!
- Ale rozkazy… - wyrwał się jeden z żołdaków.
- W dupie mam takie rozkazy. – Powoli uniósł ręce, zdjął hełm, cisnął nim o klepisko. Zaświeciła półkolista blizna biegnąca od brody, po ciemne, wilgotne oczy.
- Olsen! To ty?
- To ja.
Nastała niezręczna cisza. Olsen stał spokojnie. Keron nie wiedział co powiedzieć, czy zbluzgać, czy błagać. Żołnierze pouchylali przyłbice, patrząc niepewnie. Na twarzach kobiet malowały się rozmaite emocję. Od nadziei Keyli, lęku Sary po opanowanie Alry.
- Nie ma na co czekać – zaczął Olsen. – Musicie uciekać. Szybko.
- A ty? – Keron podszedł kilka kroków, spojrzał mężczyźnie prosto w oczy. – Co z tobą? Przecież ten skurwysyn…
- Nie ma czasu. Musicie iść – przerwał stanowczo, a oczy bardziej mu zwilgotniały.
- Przecież on cię… - urwał. Spuścił wzrok, patrząc w klepisko. Obejrzał się na żonę i dziecko.
- Żegnaj… Przyjacielu.

***

- Szybko! W głąb lasu! – Keron trzymał się z tyłu, co chwila oglądając się na oddalające się chaty. Sara, podtrzymując – wręcz wlokąc - Keylę, kuśtykała za Alrą przyciskającą dziecko do piersi. – Do chaty druida!
Jedynymi źródłami światła, w pogrążonym mrokiem lesie, były opuszczane chaty i mały punkt, gdzieś pomiędzy konarami. Ich cel. W borze, na szczęście, drzew nie sadzono gęsto. Co w dużym stopniu ułatwiłoby ucieczkę, gdyby nie korzenie.
Keyla ledwo unosiła nogi, bardziej szurała ściółką trzymając się kurczowo siostry. Wycieńczenie organizmu dawało o sobie znać. Szumiało jej w głowie i bolało w kroczu. Nagle poczuła ból w stopie i momentalnie runęła, pociągając za sobą Sarę.
- Nie mogę… Nie mam sił… Idźcie, zostawcie mnie. Ratujcie dziecko.
Keron podbiegł do żony.
- Chyba oszalałaś – wysapał zarzucając ją na ramię. – Jeśli myślisz, że cię zostawię. Druid nam pomoże. Alro – powiedział po chwili milczenia. - Zawsze myślałem, że w noc Beritha rzadko które dziecko przeżywa poród. A te które się urodzi może być… chore. Że można je uleczyć. O co w tym wszystkim chodzi?
- To nie jest takie proste. Starosta i inni chcieli je wykorzystać, bo wiedzieli, że mają w sobie moc. Myślą, że są przepełnione nienawiścią. Ale to nie prawda. To nie one są złe, lecz moc, która przez nich przemawia. Legenda mówi…
Alra nie dokończyła. Zza chałup wyłonili się ludzie. Biegli, krzyczeli. Kilku z nich trzymało pochodnie. Inni miecze. A jeszcze inni, kusze.
- Szybko! Nie ma chwili do stracenia. – Keron biegł na końcu z przerzuconą przez ramię Keylą.
- Sara! – krzyknęła Alra. – Musisz pobiec przodem, ostrzec druida, poprosić o pomoc.
Dziewczyna cała blada, zlana potem, spojrzała na Keylę, swoją siostrę. Pokiwała głową i ruszyła. Po kilku chwilach znikła im z oczu. Głosy za nimi nasilały się. Schło im w gardłach, ledwo łapali oddech, a mięśnie odmawiały posłuszeństwa. Ich cel nadal znajdował się daleko. Nie wiedzieli czy druid zdoła im pomóc, ani czy zechce. Lecz nie mieli innego wyjścia.
Niewyraźny punkt stał się prostokątem, przez który zdało się zauważyć postać. Okno powiększało się, a postać wyraźniała. Wyraźne stały się siwe, rzadkie włosy, przestraszona, choć dobroduszna, twarz. Wypatrywał ich. Drzwi chatki otworzyły się. Wpadli do środka. Keron położył żonę na posłaniu, obok dziewczyny leżącej na brzuchu, zatrzasnął drzwi i spojrzał na starca.
- Domirze, pomóż nam.
- Pomogę. Ta dziewczyna opowiedziała mi co się stało po czym… zemdlała. – Wskazał na Sarę leżącą koło Keyli. – Otworzę portal, potrzebuje na to chwili.
Domir ustał w centrum narysowanego pentagramu. Zamknął oczy i przystawił ręce do głowy. Alra usiadła obok Keyli coś do niej mrucząc i podając jej dziecko. W środku zapanowała dziwna atmosfera. Stojący na stoliku kaganek, przygasł. Zrobiło się zimno i wietrznie. Wiatr ciągnął od ziemi. W oknie błysnął czerwono-żółty kolor. Drzwi huknęły. Wbiegło czterech żołdaków. Trzech z mieczami i jeden z kuszą.
- Druid musi skończyć! – krzyknął Keron po czym trzasnął nasadą dłoni najbliższego. Ten zachwiał się, Keron wyrwał mu miecz i odepchnął kopniakiem. Obrócił się i zobaczył szarżującego żołdaka. Odskoczył, zbijając jego miecz. Kolejny ciął go w szyje. Zwinnie wszedł pod miecz i ciął na oślep od dołu. Trafił, rozpruwając najemnika od krocza po szyje. Kusznik przykucnął, uniósł kuszę na wysokość twarzy. Dwóch mieczników rzuciło się na Kerona. Rozdzielili się. Chcą mnie okrążyć, pomyślał. Mylił się. Jeden z nich podbiegł do łoża podnosząc miecz nad głowę. Zadrżał, chrząknął i runął bezwładnie na Keylę. Alra wyciągnęła sztylet z pod pachy najemnika. Zwaliła go na ziemię i przytuliła Keylę. Kusznik wycelował w Alrę, spojrzał jej w oczy i zamarł. Ostatni z mieczników ruszył na Kerona. Ciął od góry. Został sparowany. Dość nieudolnie. Miecz zsunął się po klindze i trafił w bark Kerona. Posoka spłynęła na podłogę. Żołdak nie czekając dłużej, ciął płasko z drugiej strony. Trafił. Ręka Kerona odmówiła posłuszeństwa, upuścił miecz. Pentagram, na chwilę, rozjarzył się jaskrawą czerwienią, tak samo jak powieki druida. Kaganek zgasł. Nastała ciemność, szamotanina. Świsty kling i puszczenie cięciwy. Krzyki i stękanie. Pisk i demoniczny śmiech.
- On jest mój! – Przeraźliwości tego głosu nie da się opisać w prosty sposób. Jego metaliczność skręcała wnętrzności, a ostrość raniła uszy.
W pobliżu dziecka pojawiła się biała poświata, eksplodująca światłością. Pochłaniającą całe pomieszczenie białym, nieprzeniknionym blaskiem. Znikła tak samo naglę jak się pojawiła. Nad pentagramem zalśnił czerwony owal rozjaśniając pole walki. Kusznik leżał pod drzwiami, martwym wzrokiem patrząc na Alrę. Koło niego jeden z żołdaków, drugi pod pryczą, a trzeci na Keronie. Oboje nieruchomi. Na posłaniu Alra leżała na dziewczynach i dziecku. Dziecko zawyło, a Alra poruszyła się. Poklepała po twarzach dziewczyny. Sara ocknęła się, wstała i zwymiotowała.
- Jeśli łaska, to prosiłbym o pośpiech. Długo nie utrzymam portalu – rzekł druid.
Alra wciąż cuciła Keylę. Bezskutecznie. Przez chwilę nawiedziła ją zła myśl. Nie uwierzyła. A może nie chciała uwierzyć?
- Sara, bierz dziecko i uciekaj – powiedziała Starsza wciąż poklepując Keylę.
- Pani Alro – odezwał się Domir. – Nie chcę być nietaktowny ani prostacki, ale lepiej będzie jak pani także opuści to miejsce.
Dręcząca Alrę myśl stawała się bardziej natrętna, aż wreszcie zdała się oczywista i pewna. Ona nie żyje. Zacisnęła powieki. Zdrowy rozsądek przegrał w walce z uczuciem. Chciała być przy niej, pilnować, złożyć ciało na żalniku. Po policzkach spłynęły jej łzy. Pierwszy raz od tak dawna. Poczuła ich ciepło i dławiącą gardło rozpacz. Miała ochotę wybuchnąć, położyć się koło niej.
- Pani Alro, naprawdę nalegam… - Głos Domira wydawał się jej odległy, taki nierealny. Popatrzyła na niego. Jego dobroduszna twarz pokryta była kroplami potu. Obok stała Sara z dzieckiem. Nie mogę się poddać, pomyślała. Nie mogę zawieść mojej dziecinki. Nie po to poświęciła życie…
- Masz rację Domirze, jak zwykle masz rację.
Alra podeszła do portalu. Obejrzała się na Keylę i zobaczyła jak do drzwi dobiegają dwaj kusznicy w czerwono-żółtych zbrojach. Szybko kucnęli, przystawili kusze. Alra popchnęła Sarę w portal. W tym samym czasie jeden z bełtów świsnął za Sarą wpadając w czerwony owal, usłyszała jęk. Skoczyła za Sarą. Ogarnęła ją ciemność.
"Umierając we własnych łożach, za wiele lat, będziecie chcieli zamienić te wszystkie dni, na jedną szansę, jedyną szansę, aby tu wrócić i powiedzieć naszym wrogom, że mogą odebrać nam życie, ale nigdy nie odbiorą nam naszej wolności!" William Wallace
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku
Los to nie wszystko. - przez Quirinnos - 15-08-2011, 23:33
RE: Los to nie wszystko. - przez Kłapouchy - 20-08-2011, 16:10
RE: Los to nie wszystko. - przez Kassandra - 20-08-2011, 16:58
RE: Los to nie wszystko. - przez Quirinnos - 20-08-2011, 22:39
RE: Los to nie wszystko. - przez siloe - 22-08-2011, 17:25
RE: Los to nie wszystko. - przez Fiteł - 23-08-2011, 09:53
RE: Los to nie wszystko. - przez Donaldmaniak - 24-08-2011, 09:53
RE: Los to nie wszystko. - przez kubutek28 - 24-08-2011, 18:03
RE: Los to nie wszystko. - przez Marumba - 26-08-2011, 10:23
RE: Los to nie wszystko. - przez Szaden - 02-09-2011, 08:35
RE: Los to nie wszystko. - przez Quirinnos - 03-09-2011, 12:42
RE: Los to nie wszystko. - przez Sylwiamotyka - 14-09-2011, 12:58

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości