Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Konsultacje literackie Gunnar-Kotkovsky
#16
Gruntownie przeglądnąłem poprzedni wątek (obecnie ukryty), w którym prowadziliśmy konsultacje i wynotowałem sobie co już przerabialiśmy.

1 rozdział - całość
4 rozdział - fragment
6 rozdział - całość
7 rozdział - całość
8 rozdział - większość
14 rozdział - całość
15 rozdział całość
Odpowiedz
#17
Cytat:Tak, tylko wtedy sam "las" musi iść na początek zdania "Z lasu dobiegał tylko..." bo inaczej będzie kulawo.

No, chyba istostnie tak.

Cytat:Podkreśla spartańskie warunki. Siedzi też w domyśle na ziemi/po "turecku".
Mnie, mimo wszystko "klocek" kojarzy sie z wymiarami 10x10 cm. Wink Może więc raczej pniak, lub obrobiony pniak?

Cytat:Słowo "nagle" jest oczywiste, lecz w moim mniemaniu dodaje dramatyzmu sytuacji

Może i tak. Może znajdź tez bardziej odp. synonim, wyraz bliskoznaczny na to iż ...strzała ugodziła go w szyję. Bo ugodzic to można mieczem, toporem itp. a strzała, choć "delikatniejsza" wydaje się tu za subtelna.

Cytat:Skróty słuszne, ale tu stawiam na dramatyzm sytuacji. Czytelnikiem ma wstrząsnąć opis postaci, do której poczuł sympatię. Ma być jak najbardziej obrazowa, "filmowa". I z relacji kilku osób wiem, że zabieg się w tym miejscu udał. Niektórzy po przeczytaniu 1 rozdziału mieli wręcz pretensje, że uśmierciłem takiego sympatycznego chłopaka
Hmm, no to może usuń jedynie przymiotnik "ciemna" by okroić zdanie ze zbytecznych słów ile się da a i  zachowac dramatyzm sceny? A skoro czytelnicy polubili jednego z twoich bohaterów znaczy to może że chyba udało sie Tobie stworzyć postać z krwi i kości? Żyjącą, realną, nie zaś tzw. papierową, płaską. Przynajmniej w pewnym stopniu. A to chyba jakoś świadczy o twoim potencjale pisarskim.


Cytat:Chyba zrezygnuje z kotłowaniny, na rzecz pospolitej walki.

Ale też jakoś nie wyobrażam sobie
zdań:
Ujrzał pospolitą walkę; Ujrzał walkę.

Cytat:Zewsząd nadciągali ubrani na czarno, zamaskowani bandyci, dzierżący miecze i topory.

Zewsząd nadciągali ubrani na czarno, zamaskowani bandyci,   dzierżąc miecze, topory.

Uwzględniając całą scenę bitwy, wszystkie tworzące ją zdania to ostatni przecinek zamiast "i" zdynamizowałby chyba tempo akcji?

Cytat:Dobre zakończenie tekstu też jest sztuką. Ostatnie zdanie nie może sprawiać wrażenia, że tekst został urwany, nawet jeśli autor zostawia czytelnika w samym środku akcji. Ostatnie zdanie już się raczej nie zmieni, choć pomyślę nad tym jeszcze.
Ja tak tego zdania, po sugerowanej zmianie bym nie odbierał.

Jesteś pewien że drugiego rozdziału nie przerabialiśmy? Na pewno w pierwszym poście, który Tobie napisałem wytykałem Ci żartobliwie "multi kulti" w nazewnictwie, jak i wprowadzanie nazw, które wg. mnie kojarzą się powszechnie ze współczesnością. Pamiętasz? Napewno zaś jeśli już jakiś rozdział przerabialiśmy to w całości a nie np. w 1/4, lub 3/4. Jesśi już coś pomijałem milczeniem to uznałem że nie trzeba w danym miejscu nanosić poprawek. Albo też ewentualne z nich dotyczyć mogły czegoś, co już wspomniałem, a co wydawało się sprawą trzeciorzędną. Choć osobiście, gdybym był autorem twej powieści też bym docyzelował.
[i]Pozdrawiam również.
Smile[/i]
Odpowiedz
#18
(14-04-2018, 19:30)Kotkovsky napisał(a): A skoro czytelnicy polubili jednego z twoich bohaterów znaczy to może że chyba udało sie Tobie stworzyć postać z krwi i kości? Żyjącą, realną, nie zaś tzw. papierową, płaską. Przynajmniej w pewnym stopniu. A to chyba jakoś świadczy o twoim potencjale pisarskim.
Jeśli uda się w czytelniku rozbudzić sympatię do stworzonego bohatera to jest niewątpliwie sukces.

(14-04-2018, 19:30)Kotkovsky napisał(a):
Cytat:Chyba zrezygnuje z kotłowaniny, na rzecz pospolitej walki.

Ale też jakoś nie wyobrażam sobie
 zdań:
Ujrzał pospolitą walkę; Ujrzał walkę.
W sensie: słowo "walka" jest pospolite Wink

(14-04-2018, 19:30)Kotkovsky napisał(a):
Cytat:Zewsząd nadciągali ubrani na czarno, zamaskowani bandyci, dzierżący miecze i topory.

Zewsząd nadciągali ubrani na czarno, zamaskowani bandyci,   dzierżąc miecze, topory.

[i]Uwzględniając całą scenę bitwy, wszystkie tworzące ją zdania to ostatni przecinek zamiast "i" zdynamizowałby chyba tempo akcji?[/i]
Można spróbować.

(14-04-2018, 19:30)Kotkovsky napisał(a):
Jesteś pewien że drugiego rozdziału nie przerabialiśmy? Na pewno w pierwszym poście, który Tobie napisałem wytykałem Ci żartobliwie "multi kulti" w nazewnictwie, jak i wprowadzanie nazw, które wg. mnie kojarzą się powszechnie ze współczesnością. Pamiętasz? Napewno zaś jeśli już jakiś rozdział przerabialiśmy to w całości a nie np. w 1/4, lub 3/4. Jesśi już coś pomijałem milczeniem to uznałem że nie trzeba w danym miejscu nanosić poprawek. 
A chyba, że tak.
To jak teraz zrobimy? Wracamy jeszcze do jakichś rozdziałów z zakresu 1-15, czy rozkminiać już 16-ty?
Odpowiedz
#19
Cytat:To jak teraz zrobimy? Wracamy jeszcze do jakichś rozdziałów z zakresu 1-15, czy rozkminiać już 16-ty?

   A mógłbyś jeszcze raz sprawdzić dokładniej wszystkie korekty dotyczące pierwszych rozdziałów? Do rozdziału poświęconego spotkaniu Arkusa i Christiana ze zbójami przed ze sceną z wilkami. Bo rozdziały 2 i 3 omawialiśmy chyba głównie pod kątem nazewnictwa. Poza tym wszystkie pozostałe rozdziały, także 5, oraz 9 -13 też przecież omawialiśmy???
   Mógłbyś też jeszcze raz pokazać pierwszą połowę rozdziału 1, którą ukryłeś? Mam coś dla Ciebie a łatwiej będzie mi to opisać, gdy przypomnę sobie dokładniej o co chodziło.


Cytat:Jeśli uda się w czytelniku rozbudzić sympatię do stworzonego bohatera to jest niewątpliwie sukces.

Ciekawe jak przekonująco udowodnisz to że później go wskrzesiłeś. Wink
Odpowiedz
#20
(22-04-2018, 15:38)Kotkovsky napisał(a):
Cytat:Jeśli uda się w czytelniku rozbudzić sympatię do stworzonego bohatera to jest niewątpliwie sukces.

Ciekawe jak przekonująco udowodnisz to że później go wskrzesiłeś. Wink
Jest o tym w "spowiedzi giermka" Wink

(22-04-2018, 15:38)Kotkovsky napisał(a):
Cytat:To jak teraz zrobimy? Wracamy jeszcze do jakichś rozdziałów z zakresu 1-15, czy rozkminiać już 16-ty?

   A mógłbyś jeszcze raz sprawdzić dokładniej wszystkie korekty dotyczące pierwszych rozdziałów? Do rozdziału poświęconego spotkaniu Arkusa i Christiana ze zbójami przed ze sceną z wilkami. Bo rozdziały 2 i 3 omawialiśmy chyba głównie pod kątem nazewnictwa. Poza tym wszystkie pozostałe rozdziały, także 5, oraz 9 -13 też przecież omawialiśmy???
   Mógłbyś też jeszcze raz pokazać pierwszą połowę rozdziału 1, którą ukryłeś? Mam coś dla Ciebie a łatwiej będzie mi to opisać, gdy przypomnę sobie dokładniej o co chodziło.
Streszczenie i wyniki dokładnego przeglądu przesłałem na priv. 

A tu pierwsza cześć I rozdziału (zielone daty to moje notatki robocze):
30 Simanu 999 c. e. u.
Jeszcze raz powoli przesunął wzrokiem po całym pomieszczeniu. Uczucie deja vu było silniejsze niż zwykle. Stał lekko pochylony, obiema rękoma oparty o masywne, dębowe biurko. Regały szczelnie skrywające ściany, dźwigały całe oceany wiedzy. Po prawej, w glinianej donicy, rosła egzotyczna w tych stronach palma. Po lewej, na podłodze pośrodku pokoju, kładła się jasna plama z okratowanego okna. Już kiedyś był w tym miejscu. Wzór tworzony przez sączące się wczesno-popołudniowe słońce wydawał się znajomy. I ten odgłos szybko nadciągających kroków… Deja vu rzadko wróżyło coś dobrego. 
Do gabinetu wpadł zdyszany giermek, klękając na kolano pośrodku słonecznej plamy. Przez chwilę utkwił wzrok w marmurowej podłodze, łapiąc oddech. W końcu podniósł oczy.
– Prokonsul Galio nie żyje! – Rozpalony z przejęcia młodzieniec jednym tchem wyrzucił z siebie wiadomość.
Sędzia Rollin spodziewał się czegoś zaskakującego, ale to przerosło jego oczekiwania. Jeszcze kilka godzin temu, rankiem, rozmawiał z Prokonsulem w zamkowych ogrodach. W niemym zaskoczeniu wpatrywał się w giermka.
– Prokonsul wypadł z okna, leży na dziedzińcu. – Chłopak uprzedził pytanie. – Chodź zobaczyć, Panie.
Wyprostował się i wyszedł zza biurka. Giermek wstał i pospieszył przodem. Na korytarzu Rollin ruszył za nim szybkim, ale dostojnym krokiem adekwatnym do roli dyplomaty. Z zamkowych pokojów wychynęły różne osoby wywabione wstrząsającą wiadomością. Wszyscy, z wyrazami zaskoczenia i niedowierzania na twarzach, zmierzali na dziedziniec.
Prokonsul leżał w bezruchu kilka łokci od wieży mieszkalnej, gdzie znajdowały się jego prywatne komnaty. Głowa, przekrzywiona na bok, wpatrywała się zastygłym wzrokiem w kostkę brukową. Ręce leżały bezwładnie wzdłuż ciała. Urzędowa wełniana szata barwy purpury okrywała je niczym pogrzebowy całun. Wokół zebrali się mieszkańcy zamku, służba oraz bawiący tu cudzoziemcy, ale tylko nadworny lekarz i dwóch strażników podeszło bliżej. Pod wieżą łkała młoda służąca, obejmowana ramieniem przez starszą kobietę. Wnioskując po stroju, przełożoną zamkowej służby. Po chwili doktor głośno zawyrokował sprawę w tych okolicznościach oczywistą:
– Nie żyje.
Sędzia spojrzał w górę na otwarte, duże okno w wieży mieszkalnej. Z wysokości komnat i ułożenia zwłok wnioskował, że Galio musiał stać tyłem w momencie wypadnięcia z niego. Jeszcze raz spojrzał na ciało. Na bruku nie było najmniejszego śladu krwi. Siła uderzenia nie była duża. Komnaty Prokonsula znajdowały się na trzeciej kondygnacji. Przy dużym szczęściu można by było wyjść z takiego upadku nawet bez szwanku. Niestety, Galio nie miał go nawet odrobinę.
 
2. Tymczasowo obowiązki Prokonsula przejął przewodniczący rady miejskiej Archelaus. Jego pierwszym zadaniem było wyjaśnienie okoliczności śmierci władcy Chalcedonu Zatarkackiego. Stosowne kroki podjęto jeszcze tego samego popołudnia. Protokół dyplomatyczny nie przewidywał przesłuchiwania ambasadorów, ani osób z ich poselstw, ale okoliczności były niecodzienne. Sędzia Rollin, jako jedna z najwyższych rangą zagranicznych osobistości przebywających na dworze, dał dobry przykład pozwalając na przesłuchanie swojego giermka. Wobec tego innym gościom nie wypadało zasłaniać się protokołem. Na dziedzińcu w chwili zdarzenia było kilkanaście osób z zamkowej służby oraz paru członków zagranicznych misji. Żadnych oficjeli. Nikt nie widział samego upadku. Giermek Sędziego był pochłonięty rozmową z miejscowym stajennym i pomocnikiem chalcedońskiego kupca, gdy wszyscy usłyszeli głuche uderzenie. Podobnie zeznali wszyscy znajdujący się na dziedzińcu. Nikt także nie zauważył w oknach trzeciej kondygnacji, by po upadku wyglądała z nich jakaś postać mogąca przyczynić do śmierci Galio. Tylko zeznania pokojówki były trochę odmienne. Szła przez dziedziniec, niosąc kosz bielizny, ze wzrokiem utkwionym w szarym bruku, gdy nagle przed nią upadło ciało Prokonsula. Doświadczenie to było dla niej tak szokujące, że kilka godzin zajęło ochmistrzyni, wspomagającej się naparem z ziół, uspokojenie roztrzęsionej i płaczącej spazmatycznie dziewczyny.
1 Duzu
3. Tej nocy Sędzia spał krótko. Rozmyślał o porannej rozmowie z Prokonsulem w zamkowym parku. Misja, z którą przybył do Chalcedonu Zatarkackiego, była niezwykle istotna zarówno dla wciśniętego między dwa łańcuchy górskie państewka Galio, jak i ojczyzny Sędziego – Likarii. U wspólnego sąsiada – Kreonii – trwała właśnie wojna domowa, zagrażająca szlakom handlowym. Poza tym przeniesienie się płomienia konfliktu do Likarii i chciwe oko nowych władz Kreonii wobec malutkiego, ale zasobnego w bogactwa naturalne Chalcedonu, stawiało oba państwa w roli naturalnych partnerów nie tylko jak dotąd handlowych, ale politycznych, a może i militarnych. Prokonsul był równie zaniepokojony rozwojem wypadków co Rollin.
– Zawsze uważałem połączenie amiriańskiej gorliwości z polityką za niebezpieczne – przyznał Galio.
– Niestety zaowocowało to w Kreonii niepohamowaną przemocą – zauważył Sędzia.
– Dobrze wiem, Marcusie, że gdy Inkwizycja rozprawi się z wewnętrznymi wrogami, zwróci się w stronę terytorialnej ekspansji. I tutaj – Galio wziął głęboki oddech – tutaj moja mała ojczyzna może stać się pierwszą ofiarą.
– Umiejętna współpraca w regionie może przyczynić się do utrzymania pokoju.
– Wiem, do czego zmierzasz. – Prokonsul uśmiechnął się. – Jak dobrze wiesz, ja, tak jak i większość moich poddanych jesteśmy amirianitami. Otwarty sojusz z pogańską, wybacz określenie, Likarią i to wymierzony w amiriańskich sąsiadów byłby dla mnie samobójstwem. Zwłaszcza teraz, gdy na twarzach wielu radnych widzę niezdrową fascynację ideami i metodami Inkwizycji. – Mina dostojnika zdradzała zatroskanie.
– Wasza Ekscelencjo, sojusz nie musi być tak otwarty. – Likaryjczyk uśmiechnął się przebiegle, odgarniając nisko zwisającą gałąź ozdobnej jabłoni. – Myślę, że subtelne sposoby działania w tym względzie mogą być nawet skuteczniejsze.
Gospodarz tylko się uśmiechnął. Był niezwykle roztropnym politykiem, a ponadto serdecznym i pogodnym człowiekiem, co sprawiało, że ciężko było nie darzyć go sympatią.
– Zdecydowanie nasza współpraca musi pozostać w wąskim kręgu zaufania. Problemem jest – zawahał się, zastanawiając czy powinien to mówić – to, że nie do końca wiem… komu mogę zaufać na własnym dworze. – Galio stopniowo ściszał głos tak, że jego ostatnie słowa były dla Sędziego ledwo słyszalnym szeptem. Gdzieś w głębi ogrodu zaśpiewał słowik.
– Sytuacja w Likarii też nie jest łatwa Wasza Ekscelencjo – powiedział z namysłem Rollin.
– Masz na myśli coś więcej niż problemy z Kreonią? – Zaciekawił się Galio.
– Nasze zewnętrzne problemy łączą się z wewnętrznymi. W Likarii jest amiriańska mniejszość, która rośnie w siłę. Ma coraz bardziej wpływową reprezentację w naszym Senacie. Dąży do tego, by sprowadzić Inkwizycję także do nas.
– O tym nie wiedziałem – przyznał rozmówca. – Muszę jeszcze raz wszystko przemyśleć.
– Naturalnie Ekscelencjo – przerwał mu Rollin, gdy Galio nabrał powietrza i sam natychmiast skarcił się w myślach za to wtrącenie. Prokonsul jednak nie zwracając na to uwagi, pociągną swoją myśl:
– Przyjdź do mych komnat po uroczystej kolacji. Omówimy szczegóły.
 
Pierwsze promienie wiosennego słońca dotknęły dziedzińca. Baszty kładły długie cienie sięgające murów po zachodniej stronie. Do pomieszczenia, w którym spali strażnicy z likaryjskiego poselstwa, nieoczekiwanie wszedł Sędzia.
– Zbierz wszystkich – polecił czyszczącemu miecz giermkowi. – W południe wyjeżdżamy.
– Tak, Panie – potwierdził chłopak, choć nie ukrywał zdziwienia. Wyjazd, nie czekając na uroczystości pogrzebowe, zakrawał na dyplomatyczny skandal. Jednak o nic nie pytał wiedząc, że dowie się wszystkiego we właściwym czasie.
 
4. Rollin wymógł natychmiastową audiencję u przewodniczącego Archelausa. Przeprosił za pośpieszny wyjazd, usprawiedliwiając się wieściami, jakie nad ranem otrzymał z ojczyzny. Złożył też kondolencje w imieniu króla Likarii i swoim własnym.
Przed wyjazdem pomaszerował do amiriańskiej katedry, która obok pałacu Prokonsula była najokazalszą budowlą w Nuuk, stolicy Chalcedonu. Jej potężne mury nie raz dawały schronienie ludności miasta w czasie wielkich niepokojów i wojen.
Ciało władcy leżało na katafalku z kości słoniowej ustawionym przed ołtarzem w głównej nawie świątyni, odziane zgodnie z amiriańskimi zwyczajami pogrzebowymi w prostą białą togę. Jedynie ciężki naszyjnik ze złotym orłem, herbem Chalcedonu, spoczywający na piersi Galio, świadczył o godności piastowanej przez niego za życia. Ciało i ołtarz tonęło w kwiatach.
Przejście Sędziego wzbudziło niemałe poruszenie wśród czuwających i modlących się mieszczan. Oto poganin szedł godnym krokiem przez sam środek ich katedry. Obecność pogan nie była zakazana, ale zazwyczaj było to związane z chęcią nawrócenia się na jedyną wiarę, czemu towarzyszyła pokora i skrucha widoczna w postawie przyszłego neofity. Przetykana złotą nicią, ciemnozielona szata dyplomaty, szeleściła przy każdym kroku, wśród powietrza przesiąkniętego zapachem kadzidła. Zdawało się, że małe złote smoki wyhaftowane na jej śnieżnobiałym oblamowaniu poruszają skrzydłami.
Przystanął przed katafalkiem. Dłuższą chwilę po raz ostatni patrzył na unieruchomioną śmiertelnym spokojem twarz Prokonsula. Szepty ucichły. Przykląkł na kolano, skinieniem głowy oddał hołd zmarłemu, po czym wstał i podobnie dostojnym krokiem opuścił świątynię.
 
5. Drzewa po zachodniej stronie zaczęły strzępić tarczę słońca. Senior z giermkiem nieco wyprzedzili delegację. Reszta jeźdźców pozostała przy wozie, który powoli toczył się podgórskim traktem. Thovri był szczupłym piętnastolatkiem z okrągłą twarzą i czarną czupryną. Dumny z przypasanego do biodra krótkiego miecza i służby u Sędziego.[1]
– Patron Gimaldi chyba nie był zadowolony z tak szybkiego wyjazdu? – zagadnął, wskazując na wóz.
– Nie był. – Odpowiedzi towarzyszył subtelny uśmiech. – W końcu nasza misja miała charakter handlowy, a on i ci dwaj kupcy, których ze sobą wleczemy nie zdążyli załatwić zbyt wielu interesów w Chalcedonie.
– Ale czy nie wzięliśmy ich, tak no – Thovri zastanowił się nad brakującym słowem – dla niepoznaki?
Sędzia roześmiał się.
– Masz rację. – Zawsze poprawiało mu humor, gdy chłopak błysnął jakąś bystrą myślą lub wnioskowaniem. – Tak, wzięliśmy patrona kompani handlowej, by nasza misja na takową wyglądała, choć w rzeczywistości była o wiele ważniejsza. Niestety… – Zawiesił głos. Nastała chwila milczenia, po czym odezwał się znowu:
– Thovri, jak myślisz? Czy śmierć Prokonsula była wypadkiem?
– Nie wiem, Panie – zaczął z wolna giermek, wiedząc, że Sędzia często wystawia na próbę jego inteligencję zręcznymi pytaniami – ale nie słyszeliśmy żadnego okrzyku. Ta dziewczyna też mówiła, że po prostu upadł przed nią bez życia. Zupełnie jakby… – przerwał, wahając się, ale widząc łagodny wzrok rozmówcy kontynuował – jakby był już martwy w chwili upadku.
Senior spochmurniał. Thovri zaniepokoił się. Czy powiedziałem coś nie tak? Nie znosił rozczarowywać go swoimi odpowiedziami. Ale dziś twarz Sędziego sposępniała z innego powodu.
– Tak chłopcze – powiedział, ciężko wzdychając – tak właśnie mogło być.
Thovri z jednej strony odetchnął ucieszony z ulgą, choć z drugiej poczuł ukłucie w sercu. Sędzia podzielał to, co dla niego było dotąd tylko domniemaniem, że ten serdeczny człowiek – Prokonsul – został zamordowany.
– Będziemy dziś przekraczać Tarkaty? – zagadnął nieśmiało po dłuższej chwili niezręcznego milczenia.
– O nie mój młody przyjacielu. Górskie przełęcze są tym bardziej zdradliwe nocą. Zatrzymamy się w gospodzie u podnóża, w której nocowaliśmy ostatnio.
– Mogę o coś zapytać?
– Pytaj – przyzwolił Rollin.
– Dlaczego wyjechaliśmy przed pogrzebem Prokonsula?
– Rano otrzymałem wieści z Likarii, które zmusiły nas do natychmiastowego wyjazdu.
– Co to za wieści? – dopytywał Thovri.
– A to już tajemnica państwowa. – Dyplomata znacząco się uśmiechnął.
Jechali jeszcze kawałek, przysłuchując się melodii ptaków w tarkackich lasach. Później przystanęli, by dogonił ich wóz i reszta jeźdźców.
 
6. Panujący w karczmie półmrok rozświetlały żarzące się w kominku drwa i kilka lamp oliwnych. Wnętrze wypełniał zapach piwa, pieczonego mięsa i spokojna muzyka grana przez wędrownego barda. Przy stołach jadło kilkunastu podróżnych. Przy największym zasiadł Sędzia Rollin, patron Gimaldi, Thovri, kapitan straży Gubbaru i dwóch likaryjskich handlarzy – Savidis i Gnadis. Strażnicy posilali się na zewnątrz, pilnując koni i wozu. Patron dłubał widelcem w pieczonym udźcu, jakby posiłek był dla niego męką.
– Szkoda, że tak brutalnie przerwano naszą wizytę w Nuuk – odezwał się w końcu.
Po tych słowach włożył do ust widelec z małym kawałkiem mięsa. Był człowiekiem o słusznej tuszy, acz dość wysokim. Jego szaty błyszczały pomarańczem i fioletem. Niska czapka z piórkiem przekrzywiła się i wyglądała, jakby zaraz miała się zsunąć z łysiejącej głowy kupca.
Rollin mógłby się nawet z nim zgodzić, gdyby chodziło mu o nagłą śmierć Prokonsula. Ale doskonale zdawał sobie sprawę, iż Gimaldi żałuje tylko niezrealizowanych interesów, więc pominął tę uwagę milczeniem.
– Czy sądzisz lordzie D’aragon – Patron zwrócił się do ambasadora, używając jego drugiego nazwiska rodowego – że uda się przywrócić bezpieczeństwo na szlakach handlowych przebiegających przez Kreonię?
– To już nie zależy od nas. – Zagadnięty wziął kufel i pociągnął długi łyk ciemnego chalcedońskiego piwa. – My możemy dbać o bezpieczeństwo traktów w tej części lasu Rhynn, który należy do Likarii.
– O tak – ożywił się Gimaldi – zapewne skazanie przez ciebie na śmierć tych pięciu rabusiów schwytanych w zeszłym miesiącu przyczyni się do bezpieczeństwa, ale droga przez Rhynn jest dłuższa i tym samym kosztowniejsza. A to niestety przekłada się na cenę towarów, które kompania Drzewny Popiół oferuje odbiorcom w Likarii.
Thovri wzdrygnął się. Jakkolwiek Sędzia był prywatnie człowiekiem dobrym i sympatycznym, to na sali sądowej stawał się nieubłaganą, karzącą ręką sprawiedliwości. Jeśli ktoś popełnił czyn zagrożony karą główną, skazywał na śmierć bez mrugnięcia okiem. Był całkowicie przekonany o słuszności prawa. Zresztą nic dziwnego, sam je stworzył. Wszystkie funkcjonujące w Likarii od trzydziestu lat kodeksy wyszły spod jego ręki. Jako prawodawca cieszył się wielkim autorytetem i charyzmą, co czyniło go jedną z najbardziej wpływowych osób w państwie.
Mimo to, ten jeden aspekt trochę Thovriego przerażał. Niekiedy wydawało mu się, że jest nazbyt surowy. Nigdy nie robiło na nim wrażenia błaganie o litość. Jeśli oskarżony logicznie nie udowodnił, że przemawiające na jego niekorzyść dowody są mylne, płaczem nie dał rady uprosić łaski. Chłopak zaraz się zreflektował – to przecież Sędzia wprowadził darmowych obrońców dla biedoty, a także zrównał, jeśli chodzi o ciężar dowodowy, słowo chłopa czy mieszczanina ze słowem szlachcica, wprowadzając tym samym nieznaną chyba nigdzie indziej równość stanów wobec prawa. Zinstytucjonalizował też królewskie prawo łaski, określając warunki, kiedy można się o nie ubiegać.
– Drogi Patronie – Sędzia wygodnie ułożył ręce na stole i przechylił się do przodu – to już żelazne prawo handlu i ekonomii, że w czasach niepokojów i wojen ceny rosną.
Gimaldi zamyślił się na chwilę nad pieczonym udźcem.
– Jak zwykle masz rację lordzie D’aragon – odrzekł, po czym chwycił kufel z piwem, przystawił do ust i opróżnił do dna.
2 Duzu
7. Thovri stał pośrodku obozu. Z dogasającego ogniska unosiła się strużka dymu. Zajrzał do namiotu Sędziego – stał pusty. Pobiegł do drugiego – także nie było w nim żywej duszy. Gdzie oni się wszyscy podziali? Zdał sobie sprawę, że jest strasznie cicho. Nie śpiewał żaden ptak. Drzewa tkwiły nieruchomo w promieniach zachodzącego słońca. Nagle usłyszał dobiegający zza pleców kobiecy szept:
– Thovri, Thovri, chodź tutaj, potrzebuję cię.
Gdy się odwrócił dostrzegł powóz. Podchodząc spostrzegł na drewnianej budzie zadrapania – tak głębokie, jakby zostawiły je ostre pazury niedźwiedzia. Poczuł zapach rozkładającego się mięsa. Ciszę przerwało bzyczenie. Tuż koło jego głowy przeleciała samotna mucha. Chłopak śledził jej lot. Usiadła na krawędzi okienka, przespacerowała się, po czym wleciała do wnętrza. Bzyczenie wzmogło się jakby w środku był cały rój. Podszedł, otworzył drzwiczki – zakręciło mu się w głowie. W środku leżało ciało, a zapach zgnilizny wzmógł się niemiłosiernie. Skóra trupa sczerniała, a w pustych oczodołach kłębiły się muchy. Pomarańczowo-wrzosowe szaty, jak i niska czapka, która sturlała się wprost pod jego nogi wskazywała, że to patron Gimaldi. Thovriemu zrobiło się słabo. Chciał uciekać, ale siła strachu paraliżowała nogi. Chciał krzyczeć, ale czuł jak gardło wypełnia mu kwas żołądkowy. Nagle obraz zawirował – ogarnęła go ciemność. Uczucie w żołądku osłabło. Próbował dojrzeć cokolwiek przez nieprzenikniony mrok. Ponad nim pojawił się jakiś szary kształt. Przybierał coraz wyraźniejszy obraz tarczy księżyca. Gdy oczy przyzwyczaiły się do słabego światła Seleny dostrzegł, że leży na sienniku w jednym z noclegowych pokoi. Wokoło pochrapywali strażnicy. Położył rękę na piersi. Czuł jak kołatające serce powoli się uspokaja. Na Pana Światła, to był tylko sen, tylko sen – pomyślał, przewracając się na drugi bok.
 
8. Szlak wiodący tarkacką przełęczą był szeroki i łagodny. Wznosił się powoli wśród porośniętych rzadkim lasem wzgórz. Po obu stronach wyrastały strome skały poprzerastane karłowatymi drzewami. Pokryte kosodrzewiną szczyty, nie były zbyt wysokie, w porównaniu z północnym łańcuchem Tartaków. Samotny jeździec pokonałby przełęcz w kilka godzin. Jednak wóz pod górę toczył się wyjątkowo wolno, zaś z góry też nie można było forsować zmęczonych koni. Po drugiej stronie witały podróżnych liściaste ostępy Międzyrzecza. To z tej niewielkiej krainy sprowadzano najbardziej pożądane w budownictwie i wykańczaniu szlacheckich oraz monarszych rezydencji gatunki drzew – jesiony, graby, brzozy, klony i czarne dęby, a także miękkie drewno lipowe – idealne dla rzeźbiarzy. Różnorodność gatunków była niespotykana, a dla amiriańskich duchownych, którzy uważali tę połać ziemi za siedlisko czarownic i wszelkich niegodziwych, i plugawych stworów – nienaturalna.[2]
 
9. Pod wieczór delegacja dotarła do małej osady, leżącej na skrzyżowaniu trasy chalcedońskiej z podtarkackim szlakiem wschód-zachód. Zatrzymali się w karczmie Pod Ślepą Małpą. Na metalowej kracie zawieszonej nad paleniskiem skwierczały ociekające tłuszczem kawały niedźwiedziego mięsa. Gwar rozmów raz po raz przerywał głośny śmiech podpitych drwali. Likaryjczycy siedzieli przy stole po skończonej wieczerzy, racząc się piwem. Thovri wpatrywał się ukradkiem w patrona Gimaldiego, jakby ciągle się upewniał, że jego śmierć była tylko snem. Nie uszło to uwagi kupca. Czuł jak rośnie w nim irytacja zachowaniem giermka. Odstawiając kufel posłał mu znienacka długie, gniewne spojrzenie. Zakłopotany chłopak szybko odwrócił wzrok. Obiecał sobie, że więcej tego wieczoru nie popatrzy na kupca. Jego uwagę zwróciły dwie szepczące nieopodal osoby. Jedną był karczmarz, a drugą, sądząc po stroju i sześciostrunowej lutni trzymanej w ręce – wędrowny bard.
– Czy mogę zaśpiewać dla gości?
– Tak, tylko coś stosownego – odrzekł karczmarz. Thovri pomyślał, że wieść o śmierci Prokonsula i żałobie w Chalcedonie już tu dotarła.
Bard uderzył w struny. Gwar przycichł. Zręczna ręka wydobywała spokojną, melancholijną melodię – Pieśń Martwego Kochanka. Zaraz też dołączył czysty, mocny głos:
 
Leżę u twych stóp
Już całkiem bez lęku
Słyszę twój głos, lecz
Nie mogę wydać dźwięku
 
Mówisz, że mnie potrzebujesz
A potem rzucasz w przepaść
 
Lecz zaczekaj!
Mówisz, że przepraszasz
Nie tego się spodziewałem
Mówisz, że przepraszasz
Choć stoisz nad moim kurhanem
 
To już za późno na przeprosiny
Za późno…
 
Myślałem, że mamy szansę
Jak powietrza Cię potrzebowałem
Jak serce potrzebuje krwi
Tak ja bardzo Cię kochałem
 
Lecz obawiam się…
Że to już za późno na przeprosiny
Za późno…
 
Zaiste była to smutna pieśń. Thovri zastanawiał się, czy odtrącony kochanek popełnił samobójstwo, czy ukochana w inny sposób przyczyniła się do jego śmierci. Spojrzał na swego pana słuchającego w skupieniu, wyglądającego jakby kontemplował każdy dźwięk. Chłopakowi zdawało się, że przez chwilę w jego oku błysnęła łza. Sędzia otworzył szerzej powieki, ukazując dwoje przenikliwych, szafirowych oczu, mieniących się jak dno południowego morza, oprawionych czarnymi łukami brwi. Wysokie czoło odbijające światło pochodni, wraz z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi sprawiało, że gładka, pozbawiona zarostu broda, tonęła w mroku. Siedział schowany za wysokim kołnierzem czarnej koszuli. Z ramion opadał mu równie ciemny płaszcz z kapturem, spięty na piersi złotą zapinką. Gdy pieśń dobiegła końca rzucił pod nogi barda srebrnego denara. Ten skłonił się nisko, doceniając takową hojność. Marcus wstał, udając się na spoczynek.[3]Był nie tylko dyplomatą i urzędnikiem, ale też zręcznie władającym mieczem rycerzem, choć jego zgrabne dłonie i długie, szczupłe palce, wskazywałyby bardziej na artystyczną lub pisarską profesję. Nic też nie świadczyło o tym, że ma ponad sześćdziesiąt lat. Dzięki elfickiej krwi, nie wyglądał nawet na trzydzieści.[4]Thovri wiedział jednak, że przygodami jakie były jego udziałem w młodości, jeszcze zanim zaczął pisać prawo, można by obdzielić kilku podróżników.


[1]Rollin zabrał go trzy lata temu z jedynego amiriańskiego klasztoru w Likarii prowadzącego ochronkę dla sierot, gdzie trafił jako niemowlę, gdy cała jego rodzina wywodząca się z drobnej, prowincjonalnej szlachty, zmarła podczas zarazy.
[2]Międzyrzecze wyglądem przypominało kwadrat, ograniczony trzema rzekami – Vermissą od południa, Estrą od wchodu, Eserkaną od zachodu – a od północy łańcuchem Tarkatów Południowych. Niewielu tu było stałych mieszkańców. Tylko gdzieniegdzie porozrzucane kolonie drwali wcinały się w zielone ciało Międzyrzecza. Terytorium to było formalnym współwładztwem Chalcedonu Zatarkackiego i Księstwa Diagdi, lecz naprawdę nie kontrolowała go żadna władza państwowa, choć wiele krain i kompanii handlowych miało tu przedstawicieli. Drewno stąd tańsze było na zachodzie, gdzie transportowano je potężną Vermissą aż do nadmorskiego portu Essen.
[3]Sędzia był nieco wyższy i szczuplejszy niż przeciętny mężczyzna. Powszechnie znaną ‘tajemnicą’ likaryjskich salonów była domieszka elfickiej krwi płynącej w jego żyłach. Był synem elfickiego rycerz Eryka Rollina i szlachcianki ludzkiej rasy Leticii D’aragon.
[4]Elfy, jak powszechnie wiadomo, mogą żyć nawet o połowę dłużej od ludzi, długo zachowując młody wygląd.
Odpowiedz
#21
Już jestem. Smile Przepraszam za długą nieobecność tutaj. O co mi chodziło? Rzecz dotyczyła tekstu piosenki w tym rozdziale. Konkretniej, o ile dobrze pamiętam tego czy można łączyć w literaturze (jakiejkolwiek natury) opis wewnętrznego stanu danej osoby z opisem przyrody. Bodajże wyraziłeś tutaj sceptycyzm, lub zdanie o własnym braku takich umiejętności? Cóż, nie od razu Kraków zbudowano.
Moim zdaniem dobrym przykładem, na którym możesz się wzorować jest twórczość Staffa. On po prostu umiał łączyć w/w opisy! Oto wybrane tego typu przykłady z pośród wielu innych, jakie pozostawił po sobie:


RZEŹBIARZ

Mistrz uczuł w swojej prsi dech nieskończoności
Potężny jak ocean, gdy się pianą zwełni.
Chciał wyrzucić z swej głębi moc życiowej pełni,
Której orkan wezbranej potęgi zazdrości.

I w głazie dłonie jego młodzieńca wykuły,
Który ludzi miał uczyć zwycięstw, dumy, chwały!
Posągu człon drgał każdy siłą napęczniały,
Szałem nadmiaru grały w nim wszystkie muskuły.

A ten, co pierwszy ujrzał boskość w mistrza tworze,
Padł na twarz, zatrwożony, szepcąc ciche modły:
„W proch przed tobą mocarze niech padną najpierwsi!"

Mistrz zmarszczył brwi, odtrącił zgiętego w pokorze
I widząc, jak moc rzuca siew słabości podłej,
Młotem strzaskał posągu granitowe prsi!...



LIST Z JESIENI


Czekam listu od ciebie... Tam Południa słońce
I morze mówi z tobą... U mnie długa słota,
Samotność, jesień, chmury i drzewa wiednące...
Dziś pogoda... lecz słońce chore — jak tęsknota...

Nim wyślesz, włóż list w trawę woinną albo w kwiaty,
Bo tu żadne nie kwitną już... Niech go przepoi
Spokój, woń słońca, szczęście twej bliży i szaty -
Albo go noś godzinę w fałdach sukni swojej...

A papier niechaj będzie niebieski... Bo moze
Znów przyjdą chmury szare, smutne, znów na dworze
Słota łkać będzie, kiedy list przyjdzie od ciebie;

Skarzyć się będą drzewa, co więdną i mokną
A ja, samotny, może znów będę przez okno
Patrzał za małym skrawkiem błękitu na niebie...


NA RUINIE

Woda wiedziała więcej o nas niż my sami:
Że to ostatnia nasza schadzka pod drzewami
Wysokimi nad rzeką, która w wolnym biegu
Fal odbijała nasze postacie na brzegu,
Siedzące w ostatniego słońca bladym blysku
Na chwastami obrosłym swiątyni zwalisku.
W głębokim bezprzeczuciu słuchaliśmy w ciszy
Szumu drzew, w którym dusza zadumana słyszy,
Za czyrn tęskni, jak w chmurach plynqcych wysoko
Wszystkich kształtów dopatrzy się marzące oko.
Lecz woda znała przyszłość, jawiąc nam rozlewne
Odbicia nasze, zmienne i chwili niepewne,
Zwierciedląc usta nasze w swej ciemnej głębinie,
Złączone w pocałunku pierwszym na ruinie.
Odpowiedz
#22
(03-06-2018, 19:18)Kotkovsky napisał(a): Już jestem. Smile Przepraszam za długą nieobecność tutaj. O co mi chodziło? Rzecz dotyczyła tekstu piosenki w tym rozdziale. Konkretniej, o ile dobrze pamiętam tego czy można łączyć w literaturze (jakiejkolwiek natury) opis wewnętrznego stanu danej osoby z opisem przyrody. Bodajże wyraziłeś tutaj sceptycyzm, lub zdanie o własnym braku takich umiejętności? Cóż, nie od razu Kraków zbudowano.
Z tego co pamiętam, to chodziło chyba o techniczne opisywanie muzyki: niskie tony, skoczne dźwięki etc.
Odpowiedz
#23
Przyznam, już nie pamiętam. Możliwe też że chodziło o to, o czym napisałem i zarazem o to o czym ty piszesz teraz. Ale w ostateczności odnosiło się to chyba do tego, co dzieje się w ludzkim wnętrzu, świecie ludzkich uczuć, emocji, myśli.
Odpowiedz
#24
(13-06-2018, 19:12)Kotkovsky napisał(a): Przyznam, już nie pamiętam. Możliwe też że chodziło o to, o czym napisałem i zarazem o to o czym ty piszesz teraz. Ale w ostateczności odnosiło się to chyba do tego, co dzieje się w ludzkim wnętrzu, świecie ludzkich uczuć, emocji, myśli.

W "Szepcie" dosyć często daję wgląd w wewnętrzne przeżycia postaci. Czasami są całe akapity ich przemyśleń i rozterek Wink
Odpowiedz
#25
Cytat:W "Szepcie" dosyć często daję wgląd w wewnętrzne przeżycia postaci. Czasami są całe akapity ich przemyśleń i rozterek [Obrazek: wink.gif]

Wnioskuję że odnośnie samego opisu sceny śpiewu i muzyki w karczmie chodziło chyba jednak o przeżycia wewnętrzne i muzykę zarazem. Możesz zresztą sam to sprawdzić, także po własnych dawnych wypowiedziach.
O ile też jesteś zainteresowany mam chyba dla Ciebie kolejny db. przykład wiersza. Tym razem muzyczny.
Odpowiedz
#26
1. Po deszczowych dniach miesiąca Nenegar nastał upalny Szariwar. Skąpane w słońcu zielone łąki i wzgórza Likarii sprawiały wrażenie krainy harmonii i wiecznej szczęśliwości (...wrażenie Arkadii?? - tylko nam jeszcze tutaj brakuje sieci sklepów; no chyba że wyjśsnisz w przypisie, bo chyba mało kto zna pierwotne znaczenie tej nazwy Wink ). Wśród szerokich rozlewisk delty Vermissy, w mieście Essen, życie (życie w Essen) toczyło się dość leniwie. Hodowcy winorośli doglądali upraw na wzgórzach otaczających deltę. Jedynymi interesującymi wydarzeniami były wizyty zagranicznych statków kupieckich w miejscowym porcie./ - (tu może myślnik i rozszerzenie zdania, lub nw. zdanie?) przybywały aż z zagranicy! Na trawiastym wzgórzu (wzniesieniu/ pagórze/ pagórku) za miastem, przed rodową rezydencją Galileich siedziało dwóch starszych mężczyzn. Jeden z nich miał długą, siwą brodę, drugi starannie ogolony, był trochę niższy od gospodarza.
– No to powiedz stary przyjacielu, co tam słychać w stolicy? – Likarius Galilei podał rozmówcy pełny kielich słodkiego wina.
– Nastały ciężkie czasy – westchnął profesor Rotoi. – O ile tu, wybacz, na prowincji możecie jeszcze sycić się pozorami spokoju, to w stolicy narasta napięcie.
Likarius rozsiadł się wygodniej w wiklinowym fotelu gładząc bujną brodę. Drewniana altana porośnięta bujnymi pędami winorośli chroniła ich głowy (osłaniała) przed ostrym słońcem.
– Cóż to zaprząta uwagę Beresteczka? Czyżby sytuacja w Kreonii?
– Nie tylko, choć to nasze największe zmartwienie. – Rotoi delikatnie upił trochę (łyk) wina (trunku). – Już od jesieni płoną tam stosy, a na nich wszyscy parający się magią, bądź tylko w imię doraźnych politycznych interesów o to oskarżeni.
– Słyszałem, że ta zionąca żądzą mordu organizacja ma poparcie Wielkiego Patriarchy z Rhynn.
– W rzeczy samej. A wydawał mi się rozsądnym człowiekiem. – Rotoi zamyślił się patrząc jak trunek skrzy się w kielichu.
– Myślisz, że zbliża się wojna?
– Gorzej przyjacielu. – Profesor podrapał się po łysiejącej głowie otoczonej diademem siwych włosów (podrapał sie po łysinie okolonej siwym włosem).
Likarius uniósł brwi w geście zdziwienia.
– Inkwizycja chce rozszerzyć działalność na nasz kraj. Amiriańska mniejszość rośnie w siłę i ma w naszym Senacie kilku wpływowych przedstawicieli.
– Ale niby jak chcieliby wtargnąć do nas bez wojny? – Możliwość taka wydała się Likariusowi nieprawdopodobna.
– Może w to nie uwierzysz, ale amirianici uwiedli swoją retoryką wielu prawomyślnych senatorów, a nawet część mieszczaństwa i pospólstwa (z/ wespół z pospółstwem).
– Niemożliwe! – Likarius uderzył pięścią w stół. Zreflektował się zrazu widząc poważną twarz profesora. – Przepraszam, ale jak mogło do tego dojść?
– Widzisz mój drogi, Likaria widziana z perspektywy Essen jest prostsza. Niestety rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona. Przywódcy Inkwizycji nie są głupimi fanatykami – Rotoi wziął głębszy oddech – na nasze nieszczęście. Nie wszczęli prześladowań religijnych. Wyznawcy innych religii padają ofiarą, o ile parają się magią albo z innych względów są niewygodni. Wiesz, że zanim zaczęło się to szaleństwo, Kreonia i tak nie była spokojna, a napaści opryszków władających pewnymi aspektami Sztuki były na porządku dziennym. Inkwizycja powstała i przejęła władzę pod hasłami zaprowadzenia porządku. Może to wydawać się dziwne, ale nawet niektórzy, dla nich pogańscy kapłani poparli Inkwizycję. A w ich najwyższej radzie zasiada jeden kapłan boskiego ognia.
– A więc nie walczą z innymi bogami tylko z magią? – Niebieskie oczy Likariusa lśniły w jasnej twarzy otoczonej siwymi włosami (siwizną) jak dwa szafiry leżące w (wśród) śniegu.
– Tak i dlatego część naszych senatorów i naszego społeczeństwa nie widzi w nich zagrożenia. – W głosie profesora słychać było strapienie.
– A co na to Arcykapłan Beresteczka? – Likarius był pewien, że najwyższy duchowny rodzimych kultów nie dał się porwać temu szaleństwu.
– Milczy – powiedział krótko Rotoi. Po chwili dodał: – Dasz wiarę, że niektórzy z naszych duchownych, aż palą się do stawiania stosów? Choć trzeba dla przeciwwagi przyznać, że są i tacy, którzy publicznie potępiają Inkwizycję, nawet wśród samych amirianitów. – Rotoi oddał sprawiedliwość stanowi kapłańskiemu, który tylko nosił pozory jednolitości.
Obaj pogrążyli się w zamyśleniu.
– A gdzie twój pierworodny (twa latorośl - to nada żartobliwy ton przyjacielskiej rozmowie)? – Profesor Rotoi przerwał milczenie, zmieniając temat.
– Arkus? A pewnie razem z Christianem grasują gdzieś na wzgórzach za miastem.
– Cieszy się z wyjazdu na studia do Beresteczka? – spytał profesor Rotoi, który był jednocześnie ministrem handlu i rektorem Uniwersytetu Beresteckiego (minister handlu i rektor w jednej osobie/ zarazem).
– Tak, cieszy się – odpowiedział Likarius zdając sobie sprawę, że tak naprawdę nie wie, co o wyjeździe myśli jego syn. Od śmierci matki ich kontakt znacznie osłabł.

Likaria wzięła swą nazwę od imienia jej pierwszego władcy? A "ten Likarius" to jej potomek i nawet o tym nie wie? Wink
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości