Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Brak tytułu
#1
I

Karczma pod Wściekłym Smokiem była pełna. Mężczyzna poszedł szukać innej. Był odziany w czarny płaszcz, na głowie miał kaptur. Spod kaptura na ramiona spływały mu czarne włosy. Wyróżniał się z pospólstwa Vantue. Bardzo.
Prowadząc konia za uzdę, ruszył ścieżką w dół od Karczmy pod Wściekłym Smokiem. Doszedł do drugiej gospody. Nazywała się Smocza Gospoda i była pusta. Mężczyzna wszedł do karczmy, podszedł do lady, usiadł i czekał.
- Czego? - rzucił karczmarz ochrypłym głosem.
- Piwa – odparł nieznajomy. Miał nieprzyjemny głos.
Rozejrzał się po karczmie. Był pusta, jedynie stolik przy wejściu był zajęty. Przysunął sobie krzesło pod ladę i usiadł. Wszelkie tobołki odłożył na bok. Karczmarz wrócił z piwem.
- Szukam kogoś – rzekł podnosząc do ust kufel. Upił dwa łyki i odstawił.
- Idźcie pod Wściekłego Smoka. To pusto.
- A nocleg jest? - zapytał nieznajomy upijając kolejne dwa łyki.
- Ano jest – odparł karczmarz.
Nieznajomy wstał, podziękował za piwo i wyszedł przed karczmę. Z juki przypiętej do konia wyjął małą sakiewkę i sztylet. Wsunął go sobie za pas i ponownie wszedł do karczmy.
- Jedną izbę biorę – rzucił karczmarzowi sakiewkę.
- Na ile? - spytał ważąc ciężkość sakwy w dłoni.
- Na tyle na ile zabawie – odparł szorstko nieznajomy.
Wszedł schodami na górne piętro. Otworzył pierwsze drzwi i ocenił izbę. Za mała. Przeszedł do następnej. Za mała. Doszedł do ostatnich, trzecich drzwi i wszedł od środka. Idealna. Wyjął sztylet i włożył pod poduchę. Zdjął czarny płaszcz i powiesił na haku przy drzwiach.
Jego twarz była naznaczona wieloma bliznami. Miał oczy koloru czarnego, posturę rosłą i szczupłą. Był wysoki. Zdjął rękawice i rzucił na łóżko. Podszedł do okna i wzrokiem obrzucił rynek. Była późna pora dnia, rynek był pusty. Kramy pozamykane, okiennice zatrzaśnięte. Panowała nieprzerwana cisza i spokój.
Nieznajomy położył się na łożu, skrzyżował ręce na piersi, zamknął oczy i zapadł w sen.

II

Ktoś kręcił się przed drzwiami izby. Mężczyzna słyszał to doskonale, nawet bez mikstur, eliksirów i innych świństw. Ktoś robił wiele hałasu. Po kolei otwierał drzwi od izb i zatrzaskiwał. Doszedł do trzecich drzwi. Po krokach i chwili ciszy nieznajomy stwierdził, że się zawahał. Wykorzystał tę chwilę. Zwinnym ruchem reki wyjął sztylet spod poduchy i stanął przy drzwiach. Czekał.
Ktoś nacisnął klamkę i powoli otworzył drzwi. Wszedł do środka z mieczem w ręku. Rozejrzał się po izbie. Widząc, że nikogo nie ma zapalił łuczywo i wszedł głębiej. Nieznajomy po cichu, ciszej niż kto, zakradł się do niego. Chwycił gościa za szyję mocnym uściskiem, obrócił i przystawił sztylet do gardła.
- Mów ktoś ty – powiedział prawie niesłyszalnie – albo rozpłatam Ci gardło tak, że nic nie zostanie.
Nieproszony gość łypnął na niego wściekle, po czym zagwizdał. Nieznajomy za późno zorientował się co się dzieje. Do izby wpadło trzech mężczyzn, odzianych w mundury sił specjalnych Menhir.
- Puść go – krzyknął pierwszy – bo Ci plecy rozpłatamy.
- Nie – zaprzeczył drugi. - Chcą go żywego.
- A pewien, żeś jest, że to on na pewno? – spytał trzeci.
- Tak, kurwa, oślepnąć to jeszcze nie oślepłem – rzucił gniewnie drugi.
- Puść go – ponownie krzyknął pierwszy. - Nie powtórzymy raz drugi i trzeci.
Mężczyzna spojrzał na żołnierza, którego trzymał. Był ubrany identycznie jak reszta. Wpatrywał się w nieznajomego, gniewnym wzrokiem. Jego oprawca powoli obrócił nim, tak że teraz stał plecami do niego. Dzięki temu nieznajomy mógł widzieć jego kompanów. Sztylet wciąż pozostawał na jego gardle.
- Pomyślcie mości panowie – zaczął. - Skoro wy mnie żywego ująć musicie, a ja krwi rozlać wahać się nie będę to, powtarzam, pomyślcie mości panowie. Kto jest w sytuacji gorszej i bez wyjścia raczej?
- Czyś ty człeku oszalał – wykrzyczał pierwszy. - Ty sztylet w ręku dzierżysz, a nas trzech tu z mieczami, gotowymi ciąć i zabijać. Jeśli potrzeba taka zajdzie oczywiście.
- A pewność masz, że on więcej żelastwa ze sobą ni ma? - spytał drugi, lekko podenerwowany.
- Jednak ocenić mogę, że pewności nie masz po twej twarzy – rzucił szorstko nieznajomy.
- No w rzyć, no – jęknął żołnierz ze sztyletem przyklejonym do gardła. - Kopnijcie tego zarozumiałego gnoja w rzyć, stalą najlepiej, i po sprawie będzie.
Nieznajomy przycisnął sztylet do gardła ofiary. Mała strużka krwi pociekła po szyi żołnierza w dół, pod koszulę. Trzeci z wojskowych nie wytrzymał. Wyrzucił łuczywo trzymane w ręce i naparł do przodu.
Wszystko stało się szybko. Krew chlusnęła z gardła wojaka, jego trup poleciał na napierającego żołnierza i zwalił go z nóg. Nieznajomy instynktownie rzucił sztyletem drugiego mężczyznę. Trafił w prawe ramię. Sztylet przebił koszulę i wszedł w ciało jak w masło. Mężczyzna zawył, wypuścił miecz z dłoni i upadając złapał się za ranne ramie. Pierwszy z żołnierzy zachował rozum. Stanął na mieczu swego pomocnika i ciął w powietrze przed sobą. Nie trafił. Nieznajomy stał kilka kroków przed nim, lecz ostrze było zbyt krótkie. Wykorzystał chwilę nieuwagi wojaka, podniósł z niespotykaną zręcznością jarzące się łuczywo i rzucił w głowę przeciwnika. Trafił. Wrzask był słyszalny w całej karczmie. Mężczyzna zrzucił hełm i wybiegł z izby krzycząc: „Wody”. Trafił na barierkę. Nie wyhamował, przeleciał przez nią, zrobił salto w powietrzu i z hukiem spadł na drewnianą podłogę.
Nieznajomy podszedł do wojaka ze sztyletem w prawym ramieniu. Wyjął go, szepnął że mu przykro, zarzucił płaszcz i kaptur i opuścił izbę. Zszedł na dół po schodach cicho, nie robiąc najmniejszego hałasu.
Przestraszył karczmarza skulonego za ladą.
- Nie...nie...z-z-zabijaj – wykrztusił cienkim głosem.
Nieznajomy nawet na niego nie spojrzał. Wyszedł przed gospodę. Koń wciąż tam stał. Obejrzał dokładnie wszystkie juki. Szukał miecza. Nie było go. Rozejrzał się wokół. Stanął zwrócony w kierunku wejścia do karczmy. Poczuł mrowienie na karku, znajome uczucie. Ktoś go obserwował.
Zwinnie i szybko obrócił się. Było za późno na ucieczkę. Z okien w budynkach przy i naprzeciw karczmy wyglądali kusze. Wszystkie wycelowane w niego.
Z jednej z bocznych uliczek, wychodzących na gospodę wyłonił się mężczyzna. Miał czarne, krótko ścięte włosy, niebieskawe oczy, był pulchny i niski. Odziany był w szatę koloru zielonego, na głowie miał niebieski beret. Typowy szlachcic.
Szedł w obstawie czterech ludzi. Wszyscy mieli zbroje w barwach Vantue. Na pancerzach mieli narysowany herb królestwa Menhir. W rękach dzierżyli halabardy, a dwóch z nich miało na plecach kusze.
- Carendilu z Vantue – szlachcic zaczął czytać runy z pergaminu. - Oskarżony jesteś o zabójstwa, morderstwa, gwałty i wiele czynów ohydnych do poprzednich podobnych. W imieniu królestwa Menhir, władz Vantue zostajesz zatrzymany i do lochu wtrącony na czas swego procesu. Dobrowolnie, z woli własnej, z nami pójdziesz lub siłą Cię zaciągniemy.
Szlachcic skończył przemówienie. Oczekiwał sprzeciwu. Lecz Carendil wziął konia za uzdę, klepnął go po zadzie i rzekł cichym głosem.
- Prowadź do lochu i do pana swego, władcy miasta Vantue.
W eskorcie straży ruszył za grubasem.


Proszę o oceny oczywiście i krytykę.


Wiadomości w tym wątku
Brak tytułu - przez Flaas - 25-05-2011, 19:26
RE: Brak tytułu - przez Nebraska - 25-05-2011, 20:22
RE: Brak tytułu - przez Morydz - 25-05-2011, 21:51
RE: Brak tytułu - przez kubutek28 - 26-05-2011, 08:23
RE: Brak tytułu - przez czytacz1967 - 26-05-2011, 10:08
RE: Brak tytułu - przez InFlames - 26-05-2011, 15:18
RE: Brak tytułu - przez Flaas - 26-05-2011, 18:07
RE: Brak tytułu - przez sithisdagoth - 20-11-2011, 15:38

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości