Via Appia - Forum
Cudowny obraz pierwszego sekretarza - Wersja do druku

+- Via Appia - Forum (https://www.via-appia.pl/forum)
+-- Dział: EPIKA (https://www.via-appia.pl/forum/Forum-EPIKA)
+--- Dział: Miniatury Epickie (https://www.via-appia.pl/forum/Forum-Miniatury-Epickie)
+---- Dział: Krótkie formy epickie (https://www.via-appia.pl/forum/Forum-Kr%C3%B3tkie-formy-epickie)
+---- Wątek: Cudowny obraz pierwszego sekretarza (/Thread-Cudowny-obraz-pierwszego-sekretarza--18179)



Cudowny obraz pierwszego sekretarza - Bruno Schwarz - 16-07-2021

Zaraz będzie po wszystkim

O tym, że w mieście jest cudowny obraz pierwszego sekretarza dowiedziano się przypadkiem. Ktoś coś chlapnął pod budką z kwasem chlebowym, że niby już nic nigdy nie będzie takie jak dawniej. Zabrzmiało to na tyle wiarygodnie i złowieszczo, że trafiło do magistratu, na biurko naczelnika ds. informacji i propagandy. Naczelnik - przez wszystkich nazywany „Strugaczką” z powodu małego ołóweczka, który miał między zębami - zapoznał się z notatką, siorbnął spory łyk zimnej kawy zbożowej i znieruchomiał, utkwiwszy wzrok w zasuszonej paprotce.

- Daliśmy się omamić wizją przewidywalnego świata – wycedził naczelnik i nacisnąwszy pożółkły przycisk interkomu, wrzasnął. – Wszyscy do mnie!

Miasto zasypiało z oporami, nakarmione kryminałem o dziesięciu Murzynkach z cyklu telewizyjnych przedstawień teatralnych „Kobra” i kubańskimi pomarańczami, które nie wiedzieć czemu, trafiły do sprzedaży akurat teraz. Wiatr bawił się płachtą wczorajszej gazety, przyklejając ją do spiżowych twarzy bohaterów ruchu robotniczego, opartych nonszalancko o zdobyczną broń i nic nie zapowiadało nadchodzącego końca tego, do czego wszyscy zdołali już przywyknąć.

Tymczasem, w pokoju naczelnika trwała narada z udziałem wszystkich wyższych urzędników wydziału ds. informacji i propagandy. Wydział zajmował całą piwnicę gmachu przy ulicy Manifestu Lipcowego 10. Niestety nic nie uradzono, bo ludzie zaczęli ziewać jak mopsy i poirytowany tym naczelnik stwierdził, że idzie do domu poradzić się żony, a nazajutrz zbiorą się ponownie, żeby zrobić z jej rad jakiś użytek.

Pobieda naczelnika Strugaczki przetoczyła się przez uśpione miasto, podskakując na wybojach i z piskiem opon wchodząc w zakręty. Strugaczka myślał o tym wszystkim, co się wydarzyło i co może się wkrótce wydarzyć, jeśli nie podejmie odpowiednich kroków urzędowych.

Żona naczelnika już spała w swoim ulubionym fotelu. Na jej kolanach spoczywał spory kawałek wydzierganego na drutach szalika dla kogoś z samej centrali. Naczelnik uśmiechnął się na ten widok i najpierw wyłączył śnieżący telewizor, a potem dotknął jej ramienia, a ona aż podskoczyła wyrwana z koszmarnego snu i chwytając zsuwającą się z kolan robótkę, wyrecytowała:

- Jedno małe Murzyniątko

Poszło teraz w cichy kątek,

Gdzie się z żalu powiesiło –

Ot, i koniec Murzyniątek!

***
Następnego ranka nic nie zapowiadało, że dzień będzie obfitował w jakieś nagłe zwroty akcji, więc należało ustalić aktualne położenie, żeby wiedzieć jaki obrać azymut. Czasem można wyczuć chłodny powiew zmian i człowiek nabiera podejrzeń, że coś się wydarzy, że nadejdzie coś nieuchronnego, ale tym razem powietrze jakby zamarło, stężało. Naczelnik Strugaczka na próżno wypatrywał znaków na niebie i ziemi, a nawet w szklance z fusami po kawie Ince, ale niczego nie wypatrzył.

- No cóż, mleko się rozlało i trzeba je wychłeptać! – stwierdził naczelnik Strugaczka, bujając się na ulubionym krześle bez jednej nogi.

- I w dodatku trzeba w kółko zapierniczać, z krótką przerwą na papierosa. Nikt nie dba o miejską zieleń, bo ludzie mają inne kolorystyczne preferencje! – dodał kierownik do spraw strategii i planowania.

- A najgorsze jest to, że musimy zabić w sobie dziecko i potem udawać, że jesteśmy dorośli!- dodał Strugaczka.

- Bo żyjemy w świecie, dla którego jedyną świętością jest spokój! – podsumował kierownik.

Naczelnik spojrzał na kierownika jakoś tak szczególnie i zaproponował, że mu przeczyta jeden ze swoich wczesnych wierszy, ponieważ nagle poczuł w nim bratnią duszę, a w sobie potrzebę wypowiedzi lirycznej. Kierownik kiwnął głową z aprobatą, aż mu coś zaskrzypiało w odcinku szyjnym i sięgnął do wewnętrznej kieszeni fartucha po paczkę Klubowych.

Strugaczka chrząknął, kaszlnął i wyjąwszy z szuflady biurka gruby brulion, poślinił palec wskazujący i począł pospiesznie przewracać kartki.

- O jest! – zawołał naczelnik radośnie, jeszcze raz chrząknął i zaczął czytać:

Nie psujmy tego święta

czy to nie cudowne że neurotycy

ze skłonnościami do samookaleczeń

piszą wiersze miłosne

nasycone liryzmem jak gąbka płynem

do mycia płyt nagrobnych?

bo w taki dzień jak dzisiaj

trzeba zapomnieć

o niedoskonałościach konstrukcji psychicznej

dopóki bije serduszko

koślawo wycięte z gazety

w którą ktoś kiedyś zapakował

trupa makreli

- Rewelacyjny – zachwycił się kierownik, puszczając dymne kółeczko – bo pozbawiony językowej ekwilibrystyki: mlaskania, chłeptania i zwijania w trąbkę!

A tymczasem do miasteczka zawitała trupa teatralno-cyrkowa „Grupa fantastyczna” i wszystko stało się jeszcze bardziej niezrozumiałe, a momentami nawet metafizyczne.

***
Kiedy naczelnik Strugaczka czytał kierownikowi do spraw strategii i planowania jeden ze swoich wczesnych wierszy, na głównym placu przed ratuszem zebrał się spory tłum ludzi i począł skandować:

- My chcemy nieprzeintelektualizowanej rozrywki! Domagamy się zabawy, a nie edukacji aksjologicznej i wychowania ku wartościom!

- No i mamy znak, że jednak coś się dzisiaj wydarzy! – zawołał Strugaczka podchodząc do okna. - Czy pańskim zdaniem, może mieć to jakiś związek z pojawieniem się cudownego obrazu pierwszego sekretarza?

- Ale co takiego? – zareagował półprzytomnie kierownik.

- No… to wszystko, co się dzieje za oknem. Ogólnospołeczne ożywienie!

- Eee tam zaraz ożywienie – kierownik machnął ręką, w której też mu coś skrzypnęło. - Ludzie myślą schematycznie. Nie wyłapują drobiazgów albo im one umykają, bo nie są uważni. Nie są w stanie odgadnąć ukrytych między wierszami intencji i mają sekwencyjny tok myślenia, w którym potrzebują linearnie połączonych ze sobą wątków, które metodycznie rozsupłują, żeby na koniec odkryć, że coś było straszne albo coś było śmieszne. Gubią się przy byle dygresji, a wielowątkowość ich drażni i męczy. Dlatego chcą prostej rozrywki.

- A co pan tak skrzypi, panie kolego? – przerwał ten wywód Strugaczka.

- Bo…ja – zachichotał kierownik – zawsze chciałem zostać skrzypkiem!

***
Po spotkaniu z kierownikiem do spraw strategii i planowania, naczelnik Strugaczka udał się do referatu imprez masowych i polecił ustawić wokół placu, na którym zebrali się mieszkańcy miasta w liczbie około pięciu tysięcy (nie licząc tych, którzy przyszli w charakterze biernych obserwatorów, niezaangażowanych i znudzonych życiem) agregaty dymotwórcze - fumatory, do wytwarzania zasłony dymnej. Na umówiony znak uruchomiono fumatory i po chwili cały plac przed magistratem spowiły gęste kłęby dymu i kiedy ludzie przestali już widzieć czubki własnych butów, rozległ się donośny głos Naczelnika Strugaczki:

- Towarzysze i towarzyszki, mieszkańcy i przyjezdni, zameldowani i bez meldunku, ludu pracujący i bumelanci! Zebraliście się tutaj w słusznej sprawie i my rozumiemy wasze postulaty. Jak widzicie, dołożyliśmy wszelkich starań, abyście mogli szczerze i bez żadnych obaw, wypowiedzieć się na temat waszych oczekiwań względem rozrywki. Korzystając z okazji, powiem wam otwarcie, że dla mnie największą rozrywką jest sen, a dokładniej marzenia senne. Pozwólcie, że opowiem wam sen, który śniłem ubiegłej nocy, a który może mieć jakiś związek z ostatnimi wydarzeniami i waszą tutaj obecnością.

Strugaczka odczekał chwilę dla wywołania odpowiedniego efektu oraz dla zbadania nastrojów, wyłapania ewentualnych pomrukiwań, chrząknięć i westchnień, ale nie usłyszawszy niczego co by świadczyło, że ludzie nie chcą go słuchać, kontynuował.

Proroczy sen naczelnika Strugaczki

Ze sklepowego zaplecza wyskoczył lew. Myślałem, że umrę od samego patrzenia na ogromną bestię, która ledwo zmieściła się w wąskim przejściu przy kontuarze. Na szczęście zwierzę tylko mnie powąchało i wróciło tam, skąd przyszło. Po chwili pojawił się też i sprzedawca. Mały, łysawy człowieczek w drelichowym fartuchu.

- Czego dusza potrzebuje? – zapytał obojętnie.

- Chciałbym kupić armię Niemców spod Stalingradu. Tych najmniejszych.

Sprzedawca odwrócił się do sklepowego regału i zaczął nerwowo podskakiwać, bo nie mógł dosięgnąć do półki z Niemcami.

- Niech pan mi zrobi nóżkę! – rozkazał poirytowany faktem, że jest takim wyjątkowo niskim sprzedawcą.

Podszedłem usłużnie i już chciałem mu zrobić nóżkę, kiedy z zaplecza wyjrzał kudłaty łeb lwa, więc cofnąłem się przezornie za kontuar. Wtedy sprzedawca wrzasnął donośnie.

- Filuś, bierz go!

Kocur nabrawszy rozpędu przeskoczył kontuar i wylądował mi na plecach, powalając mnie na sklepowe linoleum. Sprzedawca nic sobie z tego nie robił, tylko zniknął na zapleczu, żeby po chwili wrócić z aluminiową drabiną bez kilku szczebelków, całą obesraną przez ptaki. Tymczasem lew przymierzał moją głowę do swojej obślinionej paszczy jak gumową piłeczkę i mruczał przy tym przyjaźnie.

- Ale pana nastraszyłem – zaśmiał się sprzedawca pakując do papierowej torebki garść Niemców spod Stalingradu i dodał. – Dorzucę panu kilku rannych Rusków znad Wieprza i jednego pijanego Włocha. Za to, że się pan tak ładnie bawi z moim Filutkiem.

Przebudzenie z powodu ucisku na pęcherz, ale po chwili ciąg dalszy tego snu

- Wsiadłem do autobusu, a ludzie gapili się na mnie, że mam na głowie i twarzy poodciskane lwie zęby. Kierowca zapomniał swojej trasy i kluczyliśmy wąskimi uliczkami, aż wgłębienia na mojej głowie i twarzy zupełnie ustąpiły, więc już nikt się mną nie interesował z wyjątkiem jednego starca. Wyjąłem z papierowej torebki przypadkowego Niemca i w akcie zemsty zacząłem przygryzać mu główkę, jak wiśniową pestkę.

- Co pan robi? – zapytał starzec w kolejarskim mundurze z małą dziurką na wysokości serca.

- Mszczę się za to, co mnie dzisiaj spotkało – odpowiedziałem sucho i beznamiętnie.

- To niech pan zajrzy do tej dziurki, którą mam na piersi, a wtedy pan zrozumie, że tak się nie robi.

Zakryłem sobie jedno oko, a drugie przytknąłem do kolejarskiego munduru, żeby zajrzeć przez dziurką na piersi starca i zobaczyłem jego bijące serce, w którym grzechotała ołowiana główka Szweda spod Jarosławia.

***
Kiedy naczelnik skończył opowiadać, zapadła niezręczna cisza, bo trzeba było ten sen jakoś zgrabnie zinterpretować, żeby wyciągnąć wnioski i zaplanować dalsze działania, mające na celu rozwiązanie zagadki cudownego obrazu pierwszego sekretarza i jego tajemniczego pojawienia się w mieście. Cudowny obraz stał się kwestią priorytetową, wymagającą podjęcia wspólnego wysiłku i patriotycznego zaangażowania.

- Ten lew - odezwał się znajomy, kobiecy głos - może nam coś uświadomić albo przed czymś przestrzec. Strach przed lwem może być przestrogą przed obrażeniem jakiejś ważnej osoby z komitetu wojewódzkiego, a nawet z samej centrali!

Naczelnik Strugaczka słysząc te słowa, oblał się cały zimnym potem, a znajomy, kobiecy głos interpretował dalej:

- Ale ucieczka i próba obrony przed jego atakiem świadczy o rozsądku i uważności. I należy pamiętać też o tym, że jego atak był tylko zabawą.

W tym momencie, jakby wielki głaz narzutowy spadł z serca naczelnika i potoczył się z hukiem po kocich łbach miejskiego bruku. Przyszłość wciąż niepewna i zamglona, zaczęła jawić się jak zadanie z wieloma niewiadomymi, które naczelnik Strugaczka musi rozwiązać swoim małym ołóweczkiem, tkwiącym między zębami jak żądło. Jak cierniowy kolec, na który malutka, skrzydlata dzierzba nadziewa upolowane owady, żeby je później zjeść. Metodycznie, kawałek po kawałku.

Całe miasto ogarnęła prawdziwa euforia i gdy tylko opadły kłęby dymu z agregatów dymotwórczych, rozpoczęła się taka robotniczo-socjalistyczna fiesta, że właściciele saturatorów nie nadążali ze studzeniem rozpalonych, rewolucyjnych głów.

***
Na wieczorne świętowanie pierwszego kroku w kierunku rozwiązania zagadki pojawienia się w mieście cudownego obrazu pierwszego sekretarza, naczelnik Strugaczka wybrał się wraz z małżonką do swojego przyjaciela jeszcze z czasów walki o równość i braterstwo.

Wołano na niego „Bananowy Król”, bo miał wielkiego na pół pokoju bananowca, którego sadzonkę przywiózł kiedyś za pazuchą z hiszpańskiej wojny. Zrobił na roślinie niemały interes, bo ludzie lgnęli do tej namiastki egzotyki, jak muchy do miodu. Nowożeńcy robili sobie pod nią zdjęcia, Instytut Botaniki organizował prelekcje i pogadanki naukowe, a polityczni notable urządzali wieczorki dekadenckie, na których słuchali jazzu, pili domową whisky z polo-cocktą i zagryzali plasterkami bananów. Bananowy Król zdobył sobie szacunek i wysoką pozycję, a lokalna społeczność wybrała go jednogłośnie na przewodniczącego Miejskiego Komitetu Kontroli Partyjnej.

Ale czasy bananowego prosperity ktoś nagle i niespodziewanie zakończył. Ktoś wyjątkowo złośliwy albo zwyczajny idiota wykorzystał nieuwagę gospodarza i wysikał się do doniczki podczas jednej z partyjnych libacji. Roślina uschła. Od tamtego czasu Bananowy Król stracił radość z życia i stał się cieniem samego siebie. W Komitecie Miejskim zaczęto plotkować, że jak tak dalej pójdzie, to straci też etat. Ludzie na ulicy mijali go obojętnie, jakby stał się przezroczysty.

Jedyną osobą, która wyciągnęła do niego wtedy rękę był naczelnik Strugaczka. Podarował Królowi sweter zrobiony na drutach przez naczelnikową. Bardzo wyjątkowy sweter, bo miał na piersiach uśmiechniętego banana i dziurkę wypaloną papierosem na wysokości serca. Bananowy Król zarzekał się potem, że to dziura od frankistowskiej kuli, ale nikt mu nie wierzył, bo nie miał drugiej takiej na plecach. Ale ludzie przypomnieli sobie o istnieniu Bananowego Króla. Wrócił. Zmartwychwstał. Potem okazało się, że ma cały strych i pół piwnicy bananów: suszonych, wędzonych i w zalewie octowej. Wróciły wieczorki dekadenckie dla politycznego establishmentu. Wrócił splendor i prestiż.

- Każdego ranka, każdej nocy

Dla męki ktoś na świat przychodzi.

Jedni się rodzą dla radości,

Inni dla nocy i ciemności – nucił sobie czasem pod nosem Bananowy Król.

***
Siedzieli dookoła rozchybotanego jamnika, wbijając naostrzone zapałki w cienkie plasterki wędzonych bananów, ułożonych na porcelanowym półmisku z wyszczerbionym brzeżkiem, które niespiesznie wkładali sobie do ust. Z gramofonowej tuby sączył się nostalgiczny jazz, a w szklankach wesoło podskakiwały bąbelki polo-cockty. I już nic nie było dla nich ważne. Nawet cudowny obraz pierwszego sekretarza przestał na tę krótką chwilę być taki nieunikniony.

- Czy to bimber? - słabym głosem zapytała naczelnikowa, wskazując na swoją szklaneczkę.

- Na litość boską, królowo – zachrypiał Bananowy Król – czy ośmieliłbym się nalać damie bimbru? To czysty spirytus z nutą polo-cockty, idealnie rozgrzewający zmysły!

- Ale ja po spirytusie wieszczę! - żachnęła się naczelnikowa.

- Duszko, nie po spirytusie, a po eterze i po anodynce - poprawił ją naczelnik Strugaczka.

- A po spirytusie? Co się że mną dzieje po spirytusu? - dopytywała naczelnikowa.

- Po spirytusie mówisz zagadkami - wyjaśnił Bananowy Król, mrużąc przy tym oczy jak archangielski kocur.

Jedna z zagadek naczelnikowej

zmierzwił włosy
i zaraz potem
podniósł spódnicę
a przy okazji
przewrócił wazon
gdy trzasnął drzwiami
już go nie było
niespodziewany
wiatr czy kochanek?

***
Z uwagi na zaistniałą sytuację i uwzględniając opinię eksperta od integralności ideologicznej, postanowiono skorzystać z okazji, że w mieście pojawiła się trupa teatralno-cyrkowej „Grupa Fantastyczna”, wyznaczając im niezwykle karkołomne zadanie: przenieść uwagę społeczeństwa ze spraw metafizycznych, na niezwykle popularne, ale wytłumaczalne i poznawalne empirycznie kuglarstwo.

Choć Grupa Fantastyczna składała się z osobników nierokujących ideowo, dwulicowych i dysfunkcyjnych społecznie, to w myśl przysłowia, że w sytuacjach wyjątkowych trzeba chwytać się metod dwuznacznych etycznych, postanowiono wykorzystać ich popularność i umiejętność tworzenia iluzji.

Naczelnik „Strugaczka” wziął na siebie organizację i ewentualne konsekwencje, wynikające z potencjalnego ryzyka.

Korzystając z uprzejmości znajomego dyrektora szkoły elementarnej nr. 10, im. Rewolucji Oświatowej, cyrkowcom udostępniono dużą salę gimnastyczną, z całym zapleczem sanitarno-socjalnym.

Ekipa z referatu imprez masowych wybudowała scenę, nad którą zawieszono koślawy napis, wykonany w czynie społecznym przez nauczycielki plastyki i robótek ręcznych: „Wspólnie dbamy o higienę umysłową naszego wewnętrznego dziecka!”.

Gwoździem programu, który mógł się również okazać gwoździem do trumny dla całego przedsięwzięcia, miał być występ brunatnego niedźwiedzia.

Na środku sceny ustawiono brzozowy pieniek, na którym posadzono zwierzę, dając mu do łapy pędzel, umoczony w farbie. Niedźwiedź miał nim namalować na kawałku płyty pilśniowej scenę walki klasowej.

Przygaszono światła i poproszono zebranych mieszkańców o kompletną ciszę. I wtedy wydarzyło się coś nieoczekiwanego, co w literaturze nazywają nagłym zwrotem akcji. Niedźwiedź zamiast walki klasowej, namalował pejzaż górski.

Rozległ się głośny śmiech i gwizdy, a z kanciapy dla wuefistów, która pełniła funkcję tymczasowej garderoby, wypadł purpurowy ze złości dyrektor Grupy Fantastycznej. Chwycił zdolne, ale niestabilne ideowo zwierzę za kark i wyprowadził za kulisy, żeby po chwili wrócić i wrzasnąć w stronę rechoczącej widowni:

- A teraz kochane dzieci, pocałujcie misia w dupę!

***
Czajnik zagwizdał głośno i przeciągle, ale naczelnik Strugaczka nie był typem człowieka, który natychmiast się podrywa i pędzi do kuchni, jak to inni mają w zwyczaju. Nigdy też wcześniej nie przygotowywał kubka z zasypaną herbatą i odmierzonym cukrem. Podnosił się dopiero po dłuższej chwili i to głównie ze względu na małżonkę, dla której każda kolejna sekunda to była wyparowana bezcenna kropla wody albo wypalony centymetr sześcienny drogocennego gazu. Ale małżonka spała jak zabita, śniąc swoje prorocze koszmary i miał ją obudzić dopiero na „Samolot do Londynu”, spektakl Teatru Telewizji z cyklu Teatru Sensacji "Kobra".

Dla niego to była kwestia zasad. Nie będzie mu jakiś czajnikowy gwizdek rozkazywał i go poganiał. Podobnie było z budzikiem, telefonem, a nawet z pęcherzem. Już miał to we krwi, że się buntował, kiedy ktoś lub coś wymuszał na nim natychmiastowe reakcje w stylu: padnij, powstań.

Zostało mu to z dzieciństwa i było wynikiem surowego wychowania przez osobę autokratyczną, a do takich właśnie osób zaliczała się jego babka nieboszczka. Babka nie znosiła sprzeciwu i każdą próbę buntu dusiła w zarodku, a przynajmniej do czasu, kiedy miała nad małym Strugaczką fizyczną przewagę. Sama była wychowywana według przedwojennych, burżuazyjnych metod wychowawczych, obowiązujących w wyższych sferach. Wtedy do rodziców nie zwracano się inaczej, niż tylko w trzeciej osobie i na każde polecenie należało regulaminowo dygnąć lub ukłonić się i odmaszerować do swoich obowiązków. Nie był to raczej ustrój demokratyczny, jak ten, który nastał po wojnie.

Naczelnik podniósł się wreszcie z wersalki i niespiesznym krokiem poczłapał do kuchni. A żeby jeszcze przez chwilę podroczyć się z gwizdkiem, najpierw uchylił kuchenne okno, którego szyba zrobiła się matowa od pary. W ostatniej chwili zmienił zdanie i zamiast herbaty, wsypał do ulubionego naczynia z napisem „kubek prawdziwego proletariusza” czubatą łyżeczkę kawy zbożowej i dwie płaskie łyżeczki cukru.

I kiedy wreszcie zdecydował, że nadszedł odpowiedni moment na zakręcenie kurka z gazem, rozległ się dzwonek do drzwi. Odczekał trzydzieści sekund i zalał kawę wrzątkiem, zostawiając trochę miejsca na mleko, a następnie poszedł sprawdzić, kto się do nich dobija o tak późnej porze. Wyczuwał, że ma to związek z ostatnimi wydarzeniami, a ściślej z pojawieniem się cudownego obrazu pierwszego sekretarza.

Nad miastem zaczęły gromadzić się czarne chmury. Zanosiło się na deszcz.

***
Naczelnik Strugaczka ledwo zdążył założyć na piżamę swój stary prochowiec i w towarzystwie dwóch posępnych typów wsiadł do różowego Moskwicza, który zawiózł ich wąskimi uliczkami pod główną bramę olbrzymiego gmachu Komitetu Wojewódzkiego..

Przewodniczący Wojewódzkiej Komisji Kontrolno-Rewizyjnej siedział przed swoim masywnym biurkiem i patrzył mu prosto w oczy tak, jakby chciał go pożreć wzrokiem.

- Nie będę tolerował takich postaw! Takiej postawy! - zapiał jak kogut przewodniczący i opadł na fotel, teatralnym gestem zasłaniając sobie twarz. - Tutaj się liczy kolektyw. Jeśli chcecie błyszczeć, to nie na tym niebie. My gramy zespołowo i najbardziej nie tolerujemy nadgorliwości, bo nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Co, spieszy się wam, żeby mnie wygryźć ze stołka? Zachciało się wam awansu?! - wycedził przewodniczący.

- Nie - odpowiedział cichutko Strugaczka, jak skazaniec na chwile przed egzekucją.

- No to spierdalajcie do swojej roboty! I żebym więcej nie słyszał, że wychodzicie przed szereg, nie konsultując swoich działań ze mną. Z nami. Czy wy zdajecie sobie sprawę, że incydent z całowaniem misia w dupę będą powtarzać swoim wnukom, przekręcając wszystko na milion różnych sposobów?!

Po tych słowach, otworzył jakąś tekturową teczkę i zaczął w niej nerwowo grzebać, jakby chciał dać naczelnikowi do zrozumienia, że to już koniec audiencji.

Kiedy naczelnik wychodził z pokoju przewodniczącego Wojewódzkiej Komisji Kontrolno-Rewizyjnej, jeszcze raz spojrzał na jego purpurową twarz, na której teraz rysował się dziwny grymas. Coś, jakby ironiczny uśmieszek, a może mu się tylko zdawało.
Postanowił, że pójdzie do domu piechotą, żeby to wszystko sobie jakoś poukładać. Nigdy nie miał pretensji, że już od piętnastu lat pracuje na tym samym stanowisku, że nie dostaje podwyżek, a o urlop musi skomleć jak pies o miskę kaszy ze skwarkami. Czuł się teraz rzeczywiście, jak jakiś kundel przywiązany do drzewa i skopany przez swojego właściciela. I gdyby ktoś podał mu odbezpieczonego makarowa albo przez środek miasta puścił kolej transsyberyjską, to nie wiadomo jakby się to wszystko skończyło. Całe szczęście myśl o żonie i o cudownym obrazie pierwszego sekretarza, powstrzymała go przed zrobieniem czegoś złego i jakoś dowlókł się do domu, w którym naczelnikowa dogotowywała nóżki wieprzowe, bo nic jej tak nie uspokajalo, jak nocne gotowanie.
***
Każde mieszkanie ma swój specyficzny zapach. Czasem ostry i nieprzyjemny, a czasem ledwo wyczuwalny i trzeba wejść do środka, żeby go poczuć. Inne czuć już na korytarzu, wystarczy przejść obok drzwi wejściowych. Naczelnik Strugaczka potrafił z zawiązanymi oczami rozpoznać, kto i gdzie mieszka. Oczywiście, ograniczało się to tylko do jego klatki. Cztery piętra po cztery mieszkania, co daje szesnaście mieszkań, plus stróżówka dozorcy, a każde pachniało inaczej. Niektóre zapachy lubił, nawet te ostre. Inne go odrzucały i wtedy zbiegał po dwa stopnie, a z ostatnich czterech zeskakiwał na półpiętro. Zdolność rozpoznawania mieszkań za pomocą węchu była bardzo pomocna, kiedy nie było światła. Jeśli się pogubił w liczeniu pięter począwszy od parteru, a skończywszy na czwartym, uruchamiał zmysł węchu. Były też inne sposoby, ale żaden z nich nie był aż tak niezawodny. Sąsiadka na jego piętrze w kółko śpiewała jakieś arie, ale czasem wychodziła do sklepu albo do kościoła. Sąsiedzi z drugiego piętra wciąż się kłócili, nie szczędząc sobie wulgaryzmów. Na trzecim można było spotkać starszą panią, którą syn wyganiał z mieszkania na korytarz. Tak się do tego przyzwyczaiła, że kiedy się zapił na śmierć, to ona nadal wychodziła na klatkę, siadała na malutkim stołeczku i trwała bez ruchu. Warto było się zatrzymać na półpiętrze między drugim, a trzecim, żeby zobaczyć przez zakurzone okienko pewną młodą sąsiadkę, paradującą po mieszkaniu w półprzezroczystej koszuli nocnej. Młody Strugaczka spędził na swojej klatce schodowej wiele godzin, szczególnie wtedy, kiedy zapominał klucza. Babka nieboszczka była nieco przygłucha i nie słyszała dzwonka. Czuł się wtedy jak pies albo sąsiad alkoholik, którego wyrzuciła żona. Nie miał gdzie spać, to kładł się na wycieraczkach, a do szafki z licznikami chował swoje rzeczy.

Naczelnik Strugaczka żałował, że już nie ma takich zmysłów jak dawniej, bo może by mu było wtedy łatwiej rozwikłać zagadkę pojawienia się w mieście cudownego obrazu pierwszego sekretarza i nie naraziłby się na tyle nieprzyjemności.

***
Gdy naczelnik Strugaczka znalazł się przed bramą, wciąż myślał o tym, co go dzisiaj spotkało.

Zadarł głowę, żeby sprawdzić, czy atlanci podtrzymujący wykusz nie stroją głupich min na jego widok. Ostatnio miał wrażenie, że jeden pokazał mu język i od tego czasu zawsze wolał się upewnić.

Idąc przez podwórze potknął się o wystający z ziemi stalowy pręt. Pręt był wkopany tam celowo, żeby ludzie nie byli zbyt pewni siebie, bo życie szykuje różne niespodzianki i trzeba być gotowym na wszystko.

Na klatce, zamiast zwykłej żarówki ktoś wkręcił żarówkę do wiecznej lampki. Nie tylko dlatego, że zwykłe wszyscy kradli, ale głównie po to, żeby ludziom zrekompensować ten wystający z ziemi pręt. Roztańczone ogniki i melodyjnie skrzypiące, drewniane schody tworzyły niepowtarzalny klimat i pozwalały zapomnieć o wszelkich życiowych przykrościach.

I przy okazji, nad skrzynką na listy pojawił się humorystyczny tekst, napisany przez kogoś życzliwego czarnym flamastrem:


Gdy na klatce gaśnie światło albo mroczna ballada
miasto zasypia z oporami
karmiąc się wcześniej horrorami
po ciemku ktoś pomylił dzwonki

wciąż miewam euforyczne stany
po których chodzę jak pijany
a przy okazji mieszam wątki

jak Boga kocham mówię szczerze
i oprócz tego w Polskę wierzę
że ja niczego nie widziałem

ojciec wyrabiał kapelusze
matka się modli za jego duszę
i za coś jeszcze zapomniałem

gdy czarny kot przebiega drogę
może przez chwilę czuję trwogę
ale dosłownie tak przez moment

kiedy na klatce gaśnie światło
na dzwonek trafić jest niełatwo
więc czasem sypiam poza domem

„Bardzo dobra obywatelska inicjatywa” – pomyślał Strugaczka, mocując się z górnym zamkiem.

***
W diademie z kropelek potu na czole, mieniących się w zimnym świetle śnieżącego telewizora, stał nieruchomo i patrzył na ekran, jakby próbował odczytać z miliona roztańczonych punkcików, co jeszcze szykuje dla niego przyszłość. Jakie nowe upokorzenia albo nowe nadzieje przyniesie jutro. Po chwili przeniósł wzrok na śpiącą w fotelu naczelnikową i poczuł nagły przypływ miłość do tego miasta. Miasta z watą wciśniętą pomiędzy dubeltowe okna i z bezwstydnie rozsuniętymi zasłonami. Z gołą żarówką na klatce schodowej, którą ktoś kiedyś zastąpi płomykiem z wiecznej lampki albo z rozwaloną na oścież bramą podwórka, co kusi przechodniów zapachem czarnego bzu i pleśni. Do tych wszystkich nocnych koszul falujących na sznurach, unoszonych przez byle podmuch frywolnego wiatru i do rozebranych rusztowań, które mogą sobie leżeć w nieskończoność między trzepakiem, a podwórzowym kiblem.

- Ugotowałam ci nóżki - wymamrotała naczelnikowa.

- Dziękuję! - szepnął jej do ucha naczelnik i spróbował dowiedzieć się jeszcze czegoś więcej. - Kto zabił? - Zapytał.

- Stewardessa - odpowiedziała mu półprzytomnie naczelnikowa.

- Wiedziałem – westchnął naczelnik.

***
- Wiesz – powiedziała rano matka. – Przyszedł Mesjasz! Jest już w Samborze.


Strugaczka przetarł oczy i rozejrzał się nieprzytomnie po pokoju. Wszystko w nim było takie, jak zawsze. Słońce wpadało przez płócienne story i rozlewało się na podłodze podejrzanie zwyczajnie. Meble stały na swoich miejscach, a na ścianach wisiały obrazy świętych cadyków w niezmienionej kolejności.

- Nie tak to sobie wyobrażałem! – odpowiedział Strugaczka, zaniepokojony zwyczajnością tego poranka i zamiast wyskoczyć z łóżka, żeby gnać ile sił w nogach aż na rogatki, siedział i czekał na jakiś znak. Ale nie było nic więcej, oprócz słów matki i nieznośnego zapachu przypalonego mleka, który dolatywał z kuchni.

Pokręcił z niedowierzaniem głową i sięgnął po odświętne ubranko, które matka powiesiła na oparciu krzesła. Wiążąc marynarski kołnierz, zapytał:

- A może nas ominie i pójdzie do Lwowa?

Ale matka nie odpowiedziała i Strugaczka nie pamiętał co było dalej i czy to wszystko wydarzyło się naprawdę, czy może to był tylko taki sen, mara albo jakaś wizja, a może zapowiedź czegoś niewytłumaczalnego, na co trzeba być zawsze przygotowanym. Niewykluczone, że była to zapowiedź wydarzeń, związanych z pojawieniem się w mieście cudownego obrazu pierwszego sekretarza. Naczelnik wiedział, że jeśli nic z tym teraz nie zrobi, to będzie jak z tamtym pytaniem, pozostawionym już na zawsze bez odpowiedzi.

***
- Dzień dobry, jak się pan dzisiaj czuje? – zapytała z troską sąsiadka, która całymi dniami przesiadywała na klatce, na małym stołeczku.

- Dzień dobry, w ogóle się nie czuję proszę pani – odpowiedział naczelnik Strugaczka, przystając na półpiętrze.

- W ogóle się pan nie czuje? – zdziwiła się kobieta.

- Nie – pokręcił głową.

- To może i lepiej?

- Dla kogo lepiej, proszę pani? – żachnął się naczelnik.

- No, dla pana lepiej! – odparła tama prędko.

- Dla mnie lepiej? – Zdziwił się Strugaczka. - Zdecydowanie wolę coś tam odczuwać. Wtedy wiem, że żyję. Wczoraj, na ten przykład, czułem się koszmarnie. Ból fizyczny, wymieszany z bólem egzystencjalnym. Odczuwałem każdy centymetr swojego ciała i ducha.

- I tak od wczoraj panu przeszło? – uśmiechnęła się z niedowierzaniem.

- Zupełnie! Jakbym stał obok i obserwował kogoś podobnego do mnie, a w dodatku nie odczuwał żadnych emocji względem tej osoby - powiedział rozkładając ręce.

- A może pan umarł, panie sąsiedzie?

- Umarłem?!

- Takie rzeczy się zdarzają. - wstała i zrobiła krok w jego stronę - Czy mogę pana uszczypnąć?

- Uszczypnąć? A po co? – zdziwił się i cofnął.

- Chcę się przekonać, czy nie mam do czynienia z jakimś ciałem astralnym, a pan będzie miał możliwość cokolwiek dzisiaj odczuć - zapewniła dobrotliwie.

- Hmm…sam nie wiem – podrapał się po głowie - Jestem naprawdę wykończony tym wszystkim, co wczoraj przeżywałem.

- Jak pan chce. Mogę pana uszczypnąć innym razem – odpowiedziała, obracając się przy tym, jakby chciała usiąść na swoim stołeczku.

- No dobrze, zróbmy to, żebym miał pewność, czy jeszcze żyję.

Naczelnik Strugaczka wyciągnął rękę, a sąsiadka uszczypnęła go przez ubranie.

- I co? Poczuł pan coś? – zapytała zaciekawiona.

- Nic a nic! Może za lekko mnie pani uszczypnęła, a ja mam grubą skórę – odpowiedział.

- No to jeszcze raz, ale tym razem w policzek – zaproponowała i nie czekając na odpowiedź, uszczypnęła naczelnika w policzek.

- Już? – zapytał.

- Tak! Poczuł pan coś?

- Niestety… A może to pani umarła i dlatego nie czuję żadnych uszczypnięć? – zapytał poirytowany.

- Co? Że niby ja umarłam? – zaśmiała się kobieta. - Chyba pan oszalał, panie sąsiedzie. Przecież to pan od wczoraj nic nie czuje.

- No to może poszukajmy kogoś trzeciego, tak dla całkowitej pewności?! Może zawołał żonę? – zaproponował.

- Tylko wie pan, jest pewne prawdopodobieństwo, że żona też może być duchem albo nie daj Bóg, my wszyscy jesteśmy zbłąkanymi duszami i co wtedy?

- O tym nie pomyślałem – westchnął naczelnik.

***
Kiedy tylko naczelnik Strugaczka dotarł do magistratu, to natychmiast zarządził grupowe wyjście w teren. Wszyscy podlegli mu pracownicy mieli dobrać się w pary na zasadzie przeciwieństw: liryczna i toporny, racjonalista z idealistą, histeryk ze zrównoważoną, itp. Dzięki temu będą się wzajemnie dopełniać i podejdą do tematu kompleksowo. Sparowanym rozdano czerwone chusty do założenia na szyję, żeby w oczach mieszkańców jawili się jako pionierzy-odkrywcy, przemierzający ślepe zaułki, trawniki i skwery w poszukiwaniu odpowiedzi na fundamentalne pytania. Polecono im również, aby przemieszczali się boso, prawie nie dotykając ziemi, bo tylko tak mogą zbliżyć się do prawd niedostępnych dla ludzi butnych i przyziemnych.

- Zbierzcie wszelkie informacje na temat cudownego obrazu tak, jak w niedzielę zbieramy stonkę ziemniaczaną, zrzucają przez imperialistów na nasze pola - dokładnie i z pełnym zaangażowaniem! Sięgajcie tam, gdzie wzrok nie sięga i łamcie, czego rozum nie złamie! - Krzyczał Strugaczka z prowizorycznego podium, zrobionego ze skrzynki po wodzie sodowej, a ludzie kołysali się miarowo jak łany złocistego zboża na wietrze, wierząc w to, że za chwile staną się częścią czegoś naprawdę wielkiego, bez czego dalsze istnienie traci sens.

Również naczelnik Strugaczka, chcąc dać wszystkim dobry przykład i wyznaczyć odpowiedni kierunek działań, dobrał się w parę z kierownikiem do spraw strategii i planowania. Nie dlatego, żeby jakoś bardzo się różnili w kwestiach fundamentalnych, gdyż kierownik był jednym z niewielu, którzy rozumieli wypowiedź liryczną naczelnika, ale kierownik był z innego wydziału i właśnie dzięki temu mógł zachować pewien dystans do tego wszystkiego.

- Pan pozwoli, panie kolego, że na początek wyrecytuję panu mój najnowszy wiersz, żeby wytworzyć odpowiedni klimat dla naszych poszukiwań - zaproponował naczelnik, kiedy już opuścili budynek magistratu.

- Z przyjemnością posłucham. Pańskie wiersze mają w sobie tyle metafor i niedopowiedzeń, a właśnie teraz potrzebujemy jak kania dżdżu głębokich przemyśleń i umiejętności wyciągania wniosków - odpowiedział kierownik, uśmiechając się dobrodusznie.


Naczelnik chrząknął i zaczął recytować:

Dzień dobry, wróciłem

witaj trupioblady świcie
w rozkopanej pościeli
nogi odkryte aż do kości
jeszcze ręce oplecione
pajęczą nicią która łączy
świat żywych z tamtym światem
przyjemnego chłodu nocy

krzyż na ścianie
jakby się przesuwał
to tu to tam niezdecydowany
aż po policzku wylizanym
przez muchy spłynie
ostatnia kropelka rosy
i rozleje się żar

- Dobry, przejmujący! - Zawołał kierownik. - Według mnie temat został bardzo ładnie ujęty.

***
Sparowani pracownicy magistratu, początkowo entuzjastycznie nastawieni do swojej pracy w charakterze odkrywców nieznanych faktów nt. pojawienia się w mieście cudownego obrazu pierwszego sekretarza, wkrótce przekonali się jak trudna jest to misja. Dzień był gorący i stąpanie boso po rozżarzonych kamieniach miejskiego bruku obudziło w nich wątpliwości, a u niektórych nawet niedowiarstwo. W konsekwencji wszyscy, z wyjątkiem Strugaczki i kierownika, wylądowali w miejskiej fontannie, żeby znaleźć tam odrobinę ochłody i zapomnienia. Brodząc w zielonkawej wodzie doszukiwali się w całej tej sytuacji absurdu, groteski oraz drobnych monet, srebrzących się na dnie zbiornika.

A tymczasem naczelnik Strugaczka i kierownik do spraw strategii i planowania - jak przystało na prawdziwych ideowców - szli dalej, gładząc bosymi stopami gorące jak żagwie kocie łby, aż wreszcie kierownik nie wytrzymał i zapytał:

- A skąd u pana, panie kolego taka miłość do kultury i sztuki, a w szczególności do poezji lirycznej?

Strugaczka popatrzył na niego, jak się patrzy na jakieś nadnaturalne zjawisko.

- To pan nic nie wie na temat moich powojennych losów?

- Coś tam słyszałem, ale sam pan rozumie, że w takich opowieściach rzeczywistość miesza się z mitem. - odpowiedział kierownik i zaczerwienił aż po czubki uszu.


- Kiedy pokonywałem poniemieckim Oplem Blitz niezmierzone drogi równin nadwołżańskich, na świecie właśnie kończyła się wiosenna Rasputica. Ziemia mokra od uwięzionej w niej wody parowała tak intensywnie, że widać było nie dalej, jak może na dwie albo trzy sążnie. Ja, syn bohaterskiego krasnoarmiejca, który poległ w Wielkiej Wojnie, broniąc pułkowego samowara i kołchoźnej bibliotekarki, jeździłem po wioskach i przysiółkach, żeby zwykłym ludziom pokazać nieporadność, głupotę i komizm zachodniego imperializmu.

- W jaki sposób?


- Robiłem to przy uprzejmej pomocy amerykańskiego kina niemego, z muzyką graną na żywo. Grałem do filmów patriotyczne melodie na harmoszce albo na bałałajce, żeby zadziałać na ludzi bliską sercu muzyką i w ten sposób zapanować nad ich muzykalnymi duszami. Projekcje były też zawsze poprzedzone propagandowym wstępem, o wyższości Słowian nad Anglosasami. Charlie Chaplin, bracia Marx, Buster Keaton, Flip i Flap oraz nieśmiały Harold Lloyd, wszyscy spakowani razem z przenośnym projektorem do skrzynek po Pancerschreckach. Prezent od jakiegoś pijanego majora z Ohio, którego spotkałem w Berlinie.

- Lubił pan tę robotę?


- Nigdy nie narzekałem na swój żywot komiwojażera, na trudno przejezdne nadwołżańskie drogi. Nie narzekałem na ludzi, którzy czasem żałowali amerykańskich bohaterów, zamiast psioczyć na imperialistyczny styl życia. Nie narzekałem na ciepły samogon, czy na źle sprasowaną słoninę. Nigdy nie zdarzyło mi się wyjąć zza pazuchy służbowego Makarowa, żeby nim pogrozić otaczającej rzeczywistości. Rzeczywistości, która była małostkowa, pretensjonalna, śmierdząca cebulą i przemokniętymi walonkami. Rzeczywistość, która umiała śmiać się tak pięknie, że śmiałem się razem z nią, a miłość do kultury, sztuki we mnie rosła, nabrzmiewała, aż wreszcie kiedyś wybuchła i rozlała się na pożółkłe kartki brulionu.

I kiedy tak rozmawiali o narodzinach poezji z wojennych popiołów, wyrosła przed nimi jak spod ziemi trzypiętrowa kamienica.

***
Trzypiętrowa kamienica wyglądała jak trup. Odkąd jej poprzednich lokatorów przenieśli do getta, nikt nie miał serca, żeby o nią zadbać. Duże, widne mieszkania zamieniono na kwaterunkowe klity i upchnięto w nich bandę pijaków i złodziei, którzy w czasie wojny robili jakieś ciemne interesy z okupantem.

Po dawnych mieszkańcach pozostały jaśniejsze plamy na ścianach spod obrazów świętych cadyków i zardzewiały szyld nad dawnym sklepem kolonialnym.

A ten sklep kolonialny miał kiedyś dwa wejścia. Nad głównym, tym od ulicy, wisiał ogromny szyld z napisem: "Towary korzenne i inne delikatesy".

Duża witryna z wystawą była zaaranżowana w taki sposób, że nie można było oderwać wzroku, od tych wszystkich zamorskich specjałów i człowiek nie myślał już o niczym innym, tylko o zakupach u grubego Baumanna.

Wejście od podwórza służyło poprzednim mieszkańcom kamienicy głównie do tego, żeby się dostać na ulicę, mogąc przy okazji nacieszyć oczy cudownością barw i kształtów, a nozdrza feerią orientalnych zapachów. Kiedy sprzedawca był w złym humorze, to krzyczał na ludzi, że zrobili sobie z jego sklepu deptak i zacznie pobierać opłaty za przejście, jak dozorca.

Wreszcie wyrostki wymyśliły zabawę, która polegała na tym, żeby przebiec przez sklep i nie wpaść w pulchne łapy sprzedawcy. Ten rzucał w dzieciaki landrynkami, które miały lekko kwaskowy smak, a jak któregoś nicponia złapał, to ciągnął za ucho i straszył, że teraz rodzice będą musieli go wykupić. Wszyscy się go bali.

Kiedy się okazało, że okupanci rekwirują żydowskie majątki, sprzedawca postradał zmysły i rozdał ludziom cały asortyment, a sam na oczach Niemców rozgryzł cyjanek, jak landrynkę z okrzykiem, że mu jeszcze za wszystko zapłacą Po wojnie sklep kolonialny zamieniono na pralnię chemiczną.

Z otwartego kibla na podwórku unosił się straszliwy fetor, na który odporni byli mieszkańcy kamienicy i metaliczno-szaro-niebieska chmura much. Gromadka wyrostków bawiła się pod śmietnikiem w poszukiwaczy skarbów. Dziewczynki siedziały na trzepaku i z obrzydzeniem obserwowały, jak ich koledzy i bracia grzebią w przepełnionych pojemnikach. Jedna z dziewczynek zwisała z trzepaka głową w dół. Chyba zapomniała majtek, ale nikt nie zwracał na to uwagi.

Pijany dozorca wytoczył się z bramy i był w nastroju do śpiewu i tańca. Wpadł między dzieci, a te rozbiegły się na wszystkie strony piszcząc wniebogłosy. Ich krzyki odbijały się od ścian kamienicy, żeby wraz z łuszczącym się tynkiem upaść na zdezelowany chodnik i roztrzaskać.

Z okna na trzecim piętrze wypadła wiązanka przekleństw i bluzgów, jak stado spłoszonych gołębi i zmieszała się z piskiem dzieciaków. Stara kamienica charczała i świszczała w przedagonalnym pobudzeniu.

***
Naczelnik Strugaczka i kierownik do spraw strategii i planowania znaleźli się w miejscu w których przeszłość wymieszana jest z teraźniejszością jak świąteczne rodzynki z utartym makiem.

- “To chyba tutaj!” - pomyślał Strugaczka, ale nic nie powiedział, bo ze stróżówki wyskoczył starzec na pałąkowatych nogach.

- Manipulują nami, jak zegarmistrz w starej omedze – krzyknął staruszek, a jego głos odbił się echem od ścian kamienicy i wyleciał ze studni podwórza, jak z armaty.


- Kto taki? – zapytał naczelnik Strugaczka.

- Jak to kto? – obruszył się starzec. – Podwórkowa kapela! Myślą, że będziemy tańczyć, jak nam zagra!


- Przecież oni od tego są, żeby grać do tańca – zdziwił się kierownik.
- Tak, ale powinni się liczyć z naszym zdaniem – mężczyzna powiedział już spokojniej, ocierając sobie pot z czoła. - A oni grają tylko to, co sami uważają za słuszne. I jeszcze nam wmawiają, że to wszystko jest dla naszego dobra.

- Przecież możecie się zbuntować i nie tańczyć – zasugerował Strugaczka.


- Kiedy nogi same się ruszają, do tej ich muzyki – odpowiedział mężczyzna, demonstrując kilka podstawowych kroków do jakiegoś latynoskiego tańca.

- Co to jest, bo ja się nie znam tak do końca? - zapytał kierownik, czerwieniąc się przy tym jak robotniczy sztandar.


- Manipulacja! - odpowiedział starszy pan, odchodząc tanecznym krokiem do swoich spraw.

I nagle wszystko zamarło, stanęło w miejscu, jakby w oczekiwaniu na cud.

Strugaczka zdał sobie sprawę z tego, że może to być jedyna okazja, aby przez krótką chwilę było jak dawniej. Przebiegł przez podwórze prawie nie dotykając bruku i znalazł się przed wysokimi drzwiami na klatkę schodową. Wpadł do środka i zanim wybrzmiały jego słowa odbite echem od ścian kamiennicy, on już był na półpiętrze. Przeskakując po trzy stopnie, wbiegł na piętro. Zatrzymał się przed drzwiami z łuszczącą się farbą. Nacisnął na klamkę. Szeroki korytarz przedzielała kotara zawieszona na drucie, spod której wystawało stare pianino. Po odchyleniu zasłony, stanął przed kolejnymi drzwiami. Otworzył je i znalazł się w kuchni. W kuchennej wnęce stało drewniane łóżko. Nad łóżkiem wisiał obraz, a właściwie pożółkła makatka z wyhaftowanym obrazkiem. Na obrazku był pierwszy sekretarz zanurzający dłonie w misce z mydlinami, a pod spodem napis: „Świat się kończy, ale ja umywam ręce”.

- Mam! – wyszeptał Strugaczka.

- Oddam za dwie bułki – wymamrotała wysuszona główka, wynurzając się ze świeżo wykrochmalonej pościeli.

- Jedną dla pani, a drugą dla gołębi? - zapytał naczelnik.

- Dla moich gołąbków w pierwszej kolejności – zaznaczyła główka i chciała coś jeszcze dodać, ale opadła na górę poduszek.

- Ma się rozumieć! – odpowiedział Strugaczka i zniknął za zasłonką.

***
- Musimy zrobić wszystko, aby rozweselić to miasteczko – powiedział pierwszy sekretarz, siorbiąc herbatę ze szklanki z metalowym uchwytem. – Trzeba opracować strategię, jakiś plan, znaleźć w budżecie wolne środki. Pan się tym zajmie, panie kolego.

- Rozumiem, że traktujemy tę sprawę priorytetowo? – zapytał przewodniczący, huśtając się na krześle.

- Jak najbardziej – odpowiedział pierwszy sekretarz. – W pierwszej kolejności proszę wyeliminować: żal, rozpacz, melancholię i nostalgię.

- Za dużo jest wspomnień, towarzyszu pierwszy sekretarzu. Tutaj każdy kamień jest ciężki od wspomnień.

- To proszę zakazać rozpamiętywania przeszłości! – wysyczał pierwszy sekretarz, bo akurat poparzył sobie język.

- Może zbudujmy wesołe miasteczko, jako przeciwwagę. Między mauzoleum a cmentarzem jest takie miejsce, które się na to nada.

- Ale mi się na karuzeli zawsze chce rzygać. – odparł pierwszy sekretarz – A tutaj trzeba będzie dawać przykład.

- To może niech naczelnik Strugaczka da przykład? – Zaproponował przewodniczący, łapiąc się gwałtownie za krawędź biurka.

- A co pan mi tu nagle wyskoczył z tym Strugaczką? – zdziwił się pierwszy sekretarz. - On nie pasuje do mojej koncepcji! To jest ktoś, kto balansuje na krawędzi dwóch światów.

- I właśnie o to chodzi towarzyszu pierwszy sekretarzu. Wszak to on odnalazł tę przecudną makatkę z waszą podobizną! Potrzebujemy kogoś takiego jak on! A ludzie do muru cmentarnego niech sobie się smucą, a dalej ma być radośnie. Wyznaczymy linię, a Strugaczka wszystko zorganizuje.

- Szkoda, że nie ma cytryny. Bez cytryny to jednak nie to samo – westchnął pierwszy sekretarz.


RE: Cudowny obraz pierwszego sekretarza - Bruno Schwarz - 21-07-2021

Tekst zmieniony


RE: Cudowny obraz pierwszego sekretarza - Bruno Schwarz - 05-08-2021

Troszkę rozpisałem


RE: Cudowny obraz pierwszego sekretarza - Bruno Schwarz - 18-09-2021

Troszkę pozmieniałem i coś tam dopisałem Smile