Via Appia - Forum

Pełna wersja: Martusia (7)
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Dostała pokój wychodzący na wiosnę. Nawet gdy padało, było w nim jasno: każda pora roku miała dla Martusi wiosenne koloryty. Obecność w biurze stanowiła dla niej nagrodę, powrót do służbowej klitki - karę. Za dnia świeciło słońce, chciało się jej żyć. Pierwsza pojawiała się w sekretariacie i wychodziła z niego ostatnia. Zjawiała się i rozkładała przed sobą papiery do wertowania, do zaznajomienia się z ich treścią. Parzyła też herbatę. Herbata stawiała ją na nogi, podnosiła ciśnienie, wpływała na cyrkulację krwi.

Przywiązana do ustabilizowanego rytmu życia, nie lubiła nagłych wstrząsów, gwałtownych zwrotów i przesileń. Kochała natomiast porządek, systematyczność, odpowiedzialność, wszystkie te wyświechtane pojęcia z lamusa. Poranne minuty, gdy nikt jej nie zaglądał przez ramię, nie przeszkadzał, nie silił się umilać jej życia, sadzić się na dowcipy, spędzała na czytaniu podań ewentualnych lokatorów Domu, na przeglądaniu materiałów będących podstawą porządkowania ludzi, sortowania względem rozmiaru i odmiany nieszczęścia.

Przekopywanie się przez nie, umożliwiało przebrnięcie przez zagadnienia, które dostarczały jej mieszanych wrażeń. Lecz kiedy w pierwszych dniach powiedziano jej, że nie warto wyrywać sobie rękawów, nie ma potrzeby tak bardzo się angażować, poświęcać im tyle czasu, gdyż i tak podania te nie są brane pod uwagę, bo nie zawierają prawdziwych przyczyn kwalifikowania rezydentów, że są przeznaczone dla potrzeb zakładowej, wewnętrznej statystyki i nie można poddawać ich rzetelnej obróbce, ponieważ służą intendentowi do planowania zakupów pościeli, mebli znajdujących się na stanie, gdyż potrzebne są dietetyczce zawiadującej ilością wydawanych posiłków, ludziom z Ratusza układającym grafiki wydatków na dom, dyrekcji planującej zatrudnienie.

A kiedy chciano ją znieczulić i namówić na rezerwę wobec przychodzących po ratunek, to - dla urzędniczej przyzwoitości - udawała, że myśli podobnie, że przegląda je tylko dlatego, by zająć się czymś, co by ją ubawiło.

Wewnątrz jednak nie posiadała się ze złości: beznamiętna bzdura takiego stanowiska zatrważała ją, bo nie tak miało być, nie z takimi reakcjami liczyła się idąc na studia, kończąc je z wyróżnieniem, jadąc tu nie po to, by drzemać.

Informacje nie wspominały o problemach pensjonariuszy zaksięgowanych i zatwierdzonych do współczucia, wpisanych na listę urodzonych w czepku. Przypuszczała, że klucz do zrozumienia postępowania ludzi krążących po Domu leżał w niechęci, z jaką się tu spotykali: na podstawie ankiet przyjmowano do zakładu nie tych, którzy się do niego nadawali, ale tych, którzy mogli udowodnić, że mają sporą rentę i będzie ich stać na utrzymanie, którzy mogli dowieść, że ich nieszczęście jest bez porównania większe niż pozostałych, że zasługują na nie cierpiącą zwłoki, przyspieszoną przychylność.

Odtrącani przez większość personelu, traktowani jako przykry dodatek do marnej pensji, snuli się po nim od parteru, aż do swoich klatek, od lustra w hollu, które już dawno przestało im oznajmiać, że są „najpiękniejsi przecie”, bezradnie kursowali aż do drzwi dyżurki, na darmo oczekując zrozumienia i współczucia. W zamian dostawali radę, że nie mają na co czekać, absorbować swoimi frasunkami, siać zamieszania, bo księżniczka i królewicz na białym koniu mają wychodne.

Lecz od tego czasu zaszły "nieodwracalne" przemiany i dom na krótko wypełnił się ludźmi potrzebującymi autentycznej pomocy.