Via Appia - Forum

Pełna wersja: Noc wisielców
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Byłeś listopadem. Najsmutniejszym miesiącem w roku. 

  Najpierw pojawił się wiatr. Ten z rodzajów rześkich, oddzielających konturem schyłek lata od zalążków jesieni. Ludzie przechadzali się pod rękę. Ubrani w żółe swetry i szare płaszcze naciągnięte niedbale na ramiona. Niebo zrobiło się ciężkie, przysiadało na karku i błyszczało jak srebrna obroża. Zwłaszcza w te najgorsze, mało istotne dni, zaciskało obręcz na szyjach kruchych i słabych. Jeszcze nic się nie rozpętało, nie uknuło, ale powietrze już wtedy przesiąknięte było pomrukiem zła. 
  Później przyszedł deszcz. Małe krople uderzały o szyby w oknach, rozmazując się i zachodząc jedna na drugą. Z czasem były większe i szybsze, zalewały przechodniów jak zimny potok, kiedy piętrzyli się na przystankach i zamierali patrząc gdzieś w dal. Rzadko kiedy ktoś przemówił, a jeśli już, to cichym półgłosem - narzekając na pogodę. Jak gdyby człowiekowi nic innego, w tamtym momencie, nie przychodziło do głowy.
Gdy świat zajesienił się na dobre – gubiłeś drogę. Brałam cię wtedy za rękę i mówiłam:
— Spójrz. Zabłądziłeś. Zagubiłeś mi się w tym deszczu.
  Miasto znikało, było jak utajone, a każda ulica przepuszczona przez kalkę, jak kolejna kopia tego samego schematu. Staliśmy ramię w ramię. Bez żółtych swetrów z grubej tkaniny, za to z jedną coraz to ciaśniejszą obrożą. A może naprawdę nie było już rynków i ogromnych przestrzeni? Może istniały tylko ciemne zaułki i wszechobecne wody, mosty drewniane, zwycięskie, triumfalne. I  szare... pełne zdziwienia. 
Szukałam cię jeszcze wiele razy, nim spadł pierwszy śnieg. Zawsze szedłeś za mną, choć było już ciężko wracać z dalekich podróży. 
  Pamiętasz, jak dotarłeś do tego dusznego pomieszczenia? Siedziałeś z pokurczonymi nogami i chwiałeś się na boki, jakby coś w tobie tykało i łapało równowagę. Obok dwóch pijaków grało w karty, na małym stole z desek. Czuć było dym papierosów najgorszego sortu, zmieszany z zapachem czerwonego wina. Miałeś mokre spodnie i zamglony, obcy wzrok. Widziałam jak wpatrujesz się we mnie zlękniony własnych tworów, niepewny, czy to rzeczywistość czy tyko imaginacja. To wtedy, słabym szeptem kolejny raz zwielokrotniłeś źrenicę moich oczu. Kucnęłam nad tobą i znów byliśmy swoi, znów zapatrzeni w siebie, niebo zeszło nam z ramion. Odetchnęłam i przeniosłam cię przez kilka ciemności, przez deszcz i wiatr, co rześkość już dawną utracił.
  Trwaliśmy tak kilka chwil. Kupiliśmy żółte swetry i w twarz śmialiśmy się podłej jesieni. Całowaliśmy się w deszczu, pośród białej melancholii na przystanku, a słysząc, że tak nie wypada, szybko odwracaliśmy wzrok i wystawialiśmy języki. Ty i ja. Dni pachniały jak nadchodzące raje. Szczebel po szczeblu wspinałam się ku tobie. W górę ramiona, usta uchylone w uśmiechu. 
  I wtedy spadł śnieg. Obserwowałam jak wpatrujesz się w oddalony las i planujesz kolejną już podróż. Myszy znalazły schronienie w zakamarkach naszej wełnianej żółci. Czułam, że znów oplecie cię ta dziwność i zechcesz zawędrować gdzieś daleko. 
  Płatki skrzypiały  pod nogami, gdy w tamtą noc poszłam twoim śladem. Krzyczałam, żebyś zwolnił, że jest noc i las wyglądać będzie piękniej o poranku. I, że jeśli chcesz możemy zaczekać wspólnie. Zaszyć się gdzieś w zaspie, zatopić ręce w śniegu i czekać. Dmuchać sobie w dłonie i ogrzewać je nawzajem. Zrobić igloo, a może usypać tylko małą górkę i zza niej wyglądać czy już nie świta. 
  Nie słuchałeś. Jakiś impuls dowodził całym twoim umysłem, podorządkowałeś się mu i wbiegłeś w krętaninę drzew i ścieżek. Mroczny labirynt zwodził mnie rozmaitymi drogami. Było cicho, tym ciszej, im bardziej nasłuchiwałam jakiegoś hałasu. Drzewa szumiały groźnie, niosąc echo jakiegoś dziwnego szeptu. A może to nie szept, tylko krzyk twój stłumiony, pożarty przez noc i gęstwinę gałęzi? Gdzieś trzasnął lód, huk potoczył się po zlodowaciałych przestrzeniach, a potem jakby umarł w rozpadlinie.
  Znalazłam cię na rozdartej sośnie. Niebo niczym ciężkie odważniki przygniotło twój kark. Siedziałeś wysoko w koronie drzewa. Podeszłam, brodząc w śniegu i spytałam:
— Wymykasz się i wciąż gubisz drogę. Może zaczniemy podróżować razem do miejsc ciepłych, napawających radością? Gdzieś, gdzie chmury nie spadają człowiekowi na kark?
  Zrobiłeś wielkie oczy i wyciągnąłeś ręce przed siebie. Stanąłeś niepewnie na gałęzi. Zeskoczyłeś w dół. Runęło niebo, obroża zacisnęła się w mocnym uścisku.
  I nie mówiłeś już nic... Strzepałam ci z ramion resztki granatu i ciasną pętlę rozluźniłam. Patrzyłam jak zatracasz się w podróży, jak usta przebiega cień uśmiechu. Widok rozmywał się, by za chwilę nabrać znów wyraźnych konturów.
  Kiedy zamroczenie minęło, prawda błysnęła wyraźnie: byłam sama. Pośród lęku i ciemności. Równocześnie poczułam ulgę - już nie muszę cię pilnować. Weszłam na gałąź i zapragnęłam na niej zawisnąć. Majaczyło coś przed oczami, szumiało. Z góry wszystko było nieważne. Leżałeś w śniegu. Płatki przyklejały ci się do twarzy, do włosów i rąk. Żałowałam, że tego nie widzisz. Parsknęłam śmiechem. Coś majaczyło i szumiało. Daleko, nieistotnie.

Gałąź pękła. Ptak łypał na nas czarnym okiem. 
Od strony technicznej, tekst bez zarzutu. Piękna polszczyzna, wyszukane słownictwo i poetyckie formułowanie myśli. Znać nie tylko wrażliwość i ogromną erudycję, ale przede wszystkim swobodę, radość pisania. A treść... Cóż mogę powiedzieć ponad to, że przeczytałam z wielką przyjemnością i na pewno jeszcze wrócę.
Pozostawiam 5/5.
(19-11-2018, 14:40)Miranda Calle napisał(a): [ -> ]Od strony technicznej, tekst bez zarzutu. Piękna polszczyzna, wyszukane słownictwo i poetyckie formułowanie myśli. Znać nie tylko wrażliwość i ogromną erudycję, ale przede wszystkim swobodę, radość pisania. A treść... Cóż mogę powiedzieć ponad to, że przeczytałam z wielką przyjemnością i na pewno jeszcze wrócę.
Pozostawiam 5/5.
Oj, u mnie z techniką średnio, najgorzej kuleje interpunkcja. Za resztę dziękujęWink
Skromność jest cechą Wielkich. Pyszałkowie głośno krzyczą o swej wielkości, nieomylności i niezmierzonej erudycji, a wystarczy jedna mała szpilka, by balon pękł.
Tobie to nie grozi, Narcyzo ze Żmichowskich. Zacna rodzina, choć Twoja imienniczka niezbyt lubiła mężczyzn, uważając ich za ciemiężycieli.
Będę Cię śledzić i nie zapomnę przy zglaszaniu propozycji do plebiscytu na prozę miesiąca.
Świetny tekst, mroczny i esencjonalny. Aż chce się więcej.