Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wieczór autorski
#1
Po­zwól­cie moi mili, że ko­lej­ne spra­woz­da­nie z tra­ge­dii za­cznę od słów nie­cen­zu­ral­nych. Ale też po­zwól­cie, że wy­po­wiem je po cichu. Zre­zy­gnu­ję z gło­śne­go prze­kli­na­nia, bo jako człek ze wszech miar tak­tow­ny i w za­sa­dzie ob­ry­ty w do­brym wy­cho­wa­niu, po­tra­fię za­mknąć dziób we wła­ści­wym mo­men­cie.

Po ni­niej­szym wy­ja­śnie­niu przy­stę­pu­ję do wła­ści­wej re­la­cji. Otóż po­nie­waż do­sta­łem pro­po­zy­cję od­by­cia wie­czo­ru au­tor­skie­go w mie­ście Lon­dyn, opa­no­wa­ło mnie dawno nie do­świad­cza­ne wzru­sze­nie. W te­le­fo­nicz­nej roz­mo­wie po­in­for­mo­wa­no mnie, że tego a tego dnia zor­ga­ni­zo­wa­no na moją cześć im­pre­zę i wszy­scy moi fani będą się czuć za­szczy­ce­ni, za­chwy­ce­ni, ucie­sze­ni etc. mogąc mnie go­ścić u sie­bie.

Zda­rzy­ło mi się to pierw­szy raz w życiu: chcia­no mnie wi­dzieć i słu­chać nie byle gdzie, tylko ZA GRA­NI­CĄ! Na­to­miast w ro­dzi­mym kraju, gdzie biło mi li­te­rac­kie serce, dla któ­re­go byłem gotów na wszel­kie po­świę­ce­nia, nikt nie do­ce­niał moich wy­sił­ków, prze­ciw­nie, gdy tylko co­kol­wiek na­pi­sa­łem, zaraz po­ja­wia­ła się horda fał­szy­wych apo­lo­ge­tów i dawaj mi wy­ka­zy­wać, żem kiep, gra­fo­man, po­mył­ka, sztucz­na kon­struk­cja!

Po­ni­ża­no mnie, ob­ra­ża­no, se­ko­wa­no gdzie się da, nie zra­ża­łem się tym jed­nak i nadal ro­bi­łem swoje, a jak wy­rzu­ca­no mnie oknem, to wła­zi­łem przez komin. I tak sobie ist­nia­łem, znany i nie­zna­ny jed­no­cze­śnie.

Zde­gu­sto­wa­ny kur­su­ją­cy­mi o mnie fa­ma­mi, za­ło­ży­łem bloga i wkle­py­wa­łem mu w be­bech różne qu­odli­be­ty, a dla unik­nię­cia wred­nych ko­men­ta­rzy, wy­łą­czy­łem je. To mi da­wa­ło swo­bo­dę w nie­skrę­po­wa­nym wy­ra­ża­niu myśli, da­le­ko idący kom­fort pi­sa­nia bez ogra­ni­czeń i po­lo­dow­co­wych norm.

Aż na­stał czas, kiedy wcho­dzi­ło mi na tek­sty dosyć sporo wi­zy­ta­to­rów i po licz­ni­ku zo­rien­to­wa­łem się, że mnie ma­so­wo czy­ta­ją. Za­chę­co­ny nie­spo­dzie­wa­nym uzna­niem po­sta­no­wi­łem ze­brać je w jakąś nie­ab­sur­dal­ną ca­łość i tak zgro­ma­dzo­ne prze­sła­łem do wy­daw­nic­twa chlu­bią­ce­go się po­waż­ną re­no­mą.

W li­ście do wzmian­ko­wa­nej ofi­cy­ny po­pro­si­łem o ocenę mo­je­go pro­duk­tu, ale choć z po­ko­rą de­biu­tan­ta cze­ka­łem ład­nych parę mie­się­cy, żaden kutas nie od­po­wie­dział. Do­pie­ro gdy za­czą­łem ko­re­spon­do­wać z an­giel­ski­mi po­lo­nu­sa­mi, za­czął się ruch w in­te­re­sie, po­czę­to moje tek­sty pu­bli­ko­wać, a to po emi­gra­cyj­nych ga­zet­kach, a to po fo­rach po­le­ca­no, pro­mo­wa­no, do­piesz­cza­no mnie kom­ple­men­ta­mi.

I z tych wła­śnie po­wo­dów, kiedy za­dzwo­ni­li do mnie stam­tąd, mile cmok­nię­ty w ego po­wie­dzia­łem, że ow­szem, po­ja­dę, wy­gło­szę i uświet­nię. Wszak kul­tu­ra, to moja ży­wio­ła i nic, co jej do­ty­czy, by­naj­mniej mi nie zwisa, do­da­łem dla pod­kre­śle­nia, żem luzak i na bon mo­tach się znam.

Tu zwie­rzę się (w hi­ste­rycz­nym za­ufa­niu), że ostat­ni­mi czasy bywam nie­przy­zwo­icie rzad­ko poza domem i trze­ba mnie końmi z niego wy­cią­gać; na­wy­kłem do wy­go­dy i nic na to nie po­ra­dzę. No ale sy­tu­acja wy­jąt­ko­wa, więc nie ma to tamto: czego nie robi się dla idei!

Toteż ubraw­szy się w naj­now­szej ge­ne­ra­cji tu­żu­rek, na­tar­łem włosy ma­sel­ni­cą i wziąw­szy pod pachę kilka eg­zem­pla­rzy swo­jej książ­ki, po­czła­pa­łem na lot­ni­sko prze­zna­czo­ne do eko­no­micz­ne­go trans­por­tu zgre­dów. Z okrop­nym fur­ko­tem nad­ła­ma­nych skrzy­deł, nie­omal z pręd­ko­ścią zga­szo­ne­go świa­tła po­mkną­łem do bi­le­to­wych kas i za­ku­piw­szy go wsia­dłem do pod­nieb­nej brycz­ki, czyli do luku ba­ga­żo­we­go i jako wy­peł­niacz kufra pew­ne­go dzia­ne­go biz­nes­me­na do­je­cha­łem do Lon­dy­nu. A tam to już droga pro­sta jak w pysk strze­lił; zgod­nie z pro­ce­du­rą wsia­dłem na kark bar­czy­ste­go tak­sów­ka­rza i ka­za­łem się za­nieść pod wska­za­ny adres.

W trak­cie ko­le­ba­nia się na jego grzbie­cie la­ta­ły mi po gło­wie różne złote myśli, cy­ta­ty i zgrab­ne afo­ry­zmy, wła­sne i cudze, któ­ry­mi po­sta­no­wi­łem ura­czyć en­tu­zja­stów mojej twór­czo­ści na go­rą­ce przy­wi­ta­nie.

Jużem się wi­dział, jak po jed­nej z moich wy­po­wie­dzi zrywa się burza okla­sków, a ja stoję po­śród aplau­zów, wi­wa­tów i na­wo­ły­wań o bis, jak nie­zna­ny, a za­ska­ku­ją­co licz­ny tłum moich wiel­bi­cie­li wy­cią­ga ręce po moje książ­ki i ko­ne­se­rzy sztu­ki pro­szą mnie o au­to­graf, a po chwi­li, gdy emo­cje opad­ną, jak dys­ku­tu­je­my, wy­mie­nia­my się po­glą­da­mi, szcze­ry­mi ana­li­za­mi, syn­te­ty­zu­je­my, dy­wa­gu­je­my i at­mos­fe­ra robi się swoj­ska, bo nagle zro­zu­mie­li­śmy, że łączy nas jakaś me­ta­fi­zy­ka, magia, kon­sen­sus lub sym­bio­za dusz…

Lecz wszyst­kie te moje an­ty­cy­pa­cje urwa­ły się nagle i prze­isto­czy­ły w pro­za­icz­ny sen wa­ria­ta, bo gdy na­resz­cie do­tar­łem na miej­sce i uprzej­my tak­sów­karz po­sta­wił mnie na ziemi, nikt nie przy­wi­tał mnie z otwar­ty­mi ra­mio­ny. Chle­ba i soli też nie do­strze­głem, a po sali, w któ­rej mia­łem za­bły­snąć, hu­la­ła cisza i ze wszyst­kich jej kątów ziało nie­opi­sa­ną pust­ką.
"Zawsze pamiętaj, że tłum, który oklaskuje twoją koronację, jest tym samym tłumem, który będzie oklaskiwał twoją egzekucję."
T. Pratchett "Piekło pocztowe"

Odpowiedz
#2
Ojej... Sad

Relacja zabawna, błyskotliwa, w tempie, nie nudziłam się podczas lektury. Jak zawsze jesteś w formie. Historia niemal tragiczna. Ba, dla literata na pewno tragiczna!
Mam nadzieję, że zmyślona. Jeśli nie - przykro, ale pobliskie londyńskie puby... Znaczy się - muzea, na pewno wynagrodziły podróż. Wink
Odpowiedz
#3
I choć zaczęło się całkiem normalnie i niemal realistycznie, o ile normą można nazwać perypetie niedocenianego, acz ambitnego twórcy, to ciąg dalszy spłynął na mnie onirycznym koszmarem. I tak odbieram ten tekst.
Nie napisałeś tylko o wybudzeniu. Może bohater nie wybudził się i pozostał w koszmarze. A może stanęlo mu serce i zmarło mu się spokojnie we śnie.
Czego i innym zapoznanym twórcom życzę.

Niezłe to. Opis podróży do Londynu i podróży po tymże, jest niemal Lemowski, jak w Kongresie futurologicznym.
Z przyjemnością

Jerzy
Kłamstwo wymaga wiary, aby zaistnieć. Uwierzę w każde pod warunkiem, że mi się spodoba.
J.E.S.

***
Jak być mądrym.. .?
Ukrywać swoją głupotę!
G.B. Shaw
Lub okazywać ją w niewielkich dawkach, kiedy się tego po tobie spodziewają.
J.E.S.

[Obrazek: oscar.jpg]
Odpowiedz
#4
Hmm. No faktycznie koszmar literata.. Mam nadzieję, że wyśniony tylko w jakimś koszmarze z przejedzenia nad ranem.
Swoją drogą całkiem zgrabnie to wszystko opisałeś. Skojarzenie z "Kongresem futurologicznym" jak najbardziej trafne.

Pozdrawiam.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#5
Faktycznie, koszmar. A konkluzja z tego taka: wszyscy piszą, nikt nie czyta.

Co do warsztatu, nie można mieć zastrzeżeń. Jest poprawnie, potoczyście, momentami nawet barokowo, co podkreśla groteskowość tej historii.
[Obrazek: oscar.jpg]
Odpowiedz
#6
Zgrabnie opisany koszmar literata, jak to już określili poprzednicy. Z odpowiednią dozą czarnego humoru, wręcz zgryźliwie.
Aczkolwiek końcowe zdania - te o podróży w bagażu i taksówkarzu, który przenosi na barana - chociaż rozumiem ten wręcz parodiujący życie klimat, to jakoś mnie nie przekonały i wybiły z realistycznego, jak dotąd, wydźwięku tekstu. Wink
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości