Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Szept Gromu - powieść high fantasy (2010-2020)
(09-09-2019, 22:25)D.M. napisał(a): No, to był jeden z najciekawszych rozdziałów!
Cieszy mnie, że się spodobał.

Dzięki za wszystkie wyłapane literówki. Poprawki naniosłem.

Pozdrawiam Smile
Odpowiedz
ROZDZIAŁ XLI – NA KOŃCU TĘCZY
29 Arahsamna
Strumień płynął zrobionymi przez siebie wyżłobieniami. Co jakiś czas przecinał korytarz, przytulając się do drugiej ściany, bądź skręcał na rozwidleniu. Kamienie obficie porastał gęsty mech, a gdzieniegdzie także grzyby i porosty. W pewnym momencie doszli do odgałęzienia korytarza. Strumień płynął prosto. Sonia była trochę zawiedziona, ale poszła za Thovrim, pilnującym reguły, mającej umożliwić im dotarcie do celu, jakikolwiek by nie był. Tajemnice Sędziego? Nie znalazła się tu z tego powodu. Chciała się uwolnić, przeżyć przygodę z przyjaciółmi. Co czeka na końcu podróży nie było już tak ważne. Nigdy w życiu nie zrobiła bardziej szalonej rzeczy. Czy któraś z rówieśniczek mogłaby pochwalić się czymś podobnym? I to lustro. Czuła, że labirynt pełen jest niesamowitych rzeczy. 
Na ścianach było coraz mniej mchów i porostów. Czuć było, że oddalają się od cieku wodnego. Kamienne korytarze schodziły coraz głębiej.
– Ciekawe, ile czasu minęło odkąd tu weszliśmy? – zastanawiała się Sonia.
– Mam wrażenie, jakbyśmy wędrowali od decemu. – Młody Galilei musiał przyznać, że podziemny labirynt skutecznie wyparł z jego świadomości istnienie świata zewnętrznego.
– Założę się, że północ już minęła – wtrącił Christian. – Nie wiem jak wy, ale ja strasznie zgłodniałem.
– Thovri – zawołał Arkus – może zrobimy przerwę na posiłek? Zresztą moja pochodnia już dogasa i muszę przygotować lampę.
Giermek Sędziego nie miał nic przeciwko. Christian w tobołku niósł główny zapas jedzenia. Wyjął chleb i porozrywał go, dając część każdemu uczestnikowi wyprawy. Miał również kawał żółtego sera, kilka ogórków i dwie cebule. Sonia dała Ziomkowi ostatnie jabłko.
– Zostało coś jeszcze? – Thovri zapytał Christiana.
– Tak, jest jeszcze kawałek chleba, chcesz?
– Nie, zostaw na potem. Nie wiadomo ile jeszcze czasu tutaj spędzimy.
Christian dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie są nawet w połowie podróży. A jeśli eksploracja labiryntu zajmie o wiele dłużej?
– Racja. Nie chciałbym tu umrzeć z głodu. – Arkus pochwalił Thovriego.
– Zawsze można zapolować na kościanego węża. – Sonia puściła oko do Christiana.
– Śmierć z głodu nam nie grozi – uspokajał towarzyszy Thovri. – Chyba, że się zgubimy.
– A możemy się zgubić? – Dziewczynę zaskoczyły słowa towarzysza. Od początku przekonujący ich o skuteczności reguły prawej ręki dopuszcza myśl o zbłądzeniu?
– Wszystko jest prawdopodobne.
– Teraz mówisz jak mój mistrz. – Christian się roześmiał. Uczeń Wilka wyjął z zanadrza różową chustkę i ukradkiem zaciągnął się zapachem księżniczki. Poczuł dreszcz podniecenia. Dostrzegł, że bandaż na dłoni Thovriego przesiąknął krwią, toteż zmienił mu opatrunek.
Arkus zabrał się do przygotowywania lampy oliwnej. Kiedy jej płomień już równo się palił, wyciągnął z pochwy miecz. Oglądał ostrze dające mu poczucie bezpieczeństwa. Z nim nie obawiał się żadnego zagrożenia. Jedyne, co go niepokoiło, to nadwyrężony nadgarstek. Czynił go słabszym. W walce lewą ręką nie był najlepszy, a walka prawą na razie nie wchodziła w grę. Miał nadzieję, że nie spotkają tu potworów, których pocięcie na kawałki przekraczałoby jego obniżone kontuzją umiejętności. Schował miecz do pochwy, gdy zauważył, że Christian skończył opatrywać Thovriego.
 
2. Szli, rozmawiając, gdy niespodziewanie natknęli się na portal, podobny w kształcie do tego, którym wkroczyli do labiryntu. Jego krawędzie ozdabiały polichromie z motywami roślinnymi we wszystkich kolorach tęczy. Stali porażeni jakimś dziwnym uczuciem, które wywoływał widok tego barwnego fenomenu wśród morza szarego kamienia. Portal był jak róża rosnąca pośród pustynnych wydm. Dopiero po chwili dotarło do nich, że są w miejscu, do którego zmierzali.
– To koniec labiryntu. Tego szukaliśmy. – Głos Arkusa brzmiał miękko jak nigdy.
– Przekonajmy się więc, czy było warto. – Thovri podniósł wyżej pogryzioną przez węża dłoń i wysunął się na przód. Portal był początkiem długiego, prostego korytarza, prowadzącego do spiralnych schodów. Zeszli nimi kilkanaście stóp w głąb skalnego masywu. Na dole było krótkie przejście prowadzące do obszernej komnaty. Stanęli w wejściu. Nie wiedzieli jaka jest wielka, gdyż światło lamp nie docierało ani do pozostałych ścian, ani do wznoszącego się gdzieś w ciemnościach stropu. Ziomek swobodnie fruwał po komnacie, to ginąc w mroku, to pojawiając się w zasięgu światła podróżników.
– Patrzcie na to. – Thovri zwrócił uwagę na wyryty w kamiennej podłodze runiczny znak. – To symbol oznaczający tęczę – wyjaśnił.
– Jesteśmy w tęczy? – Arkus uniósł brwi.
Christian zrobił kilka kroków naprzód.
– Raczej na jej końcu. – Przed nim, na niskim postumencie, leżały, poustawiane jedna na drugiej, sztabki złota. Lśniły jakby codziennie przecierała je szmatką skrupulatna służąca. Eksploratorzy rozbiegli się po pomieszczeniu. Komnatę wypełniały różne bogactwa. Oprócz złota leżały tu całe stosy sztabek miedzi, srebra, lśniącej stali, illitu, terrytu, mithrilu i innych cennych metali. Obok Thovri znalazł drewniane kuferki. Otwarł jeden z nich. Wewnątrz, w wyściełanym aksamitem zagłębieniu, leżała sztabka szkliwa meteorytowego, nad którą unosiła się delikatna, zielona poświata. Z takiego metalu musiał być wykuty Zielony Smok Sędziego – pomyślał. Otwierał kolejne. Były tam sztabki niezwykle cennych metali, których części nazw nawet nie znał. Niedaleko Sonia znalazła dużą, drewnianą szafę z setkami małych szufladek. Z jednej z nich wyciągnęła czarny woreczek zawiązany szkarłatnym sznurkiem. Zawartość wysypała na dłoń. Na jej ręce skrzyły się błękitem dziesiątki szafirów. Przez chwilę przyglądała im się z fascynacją, po czym z powrotem wsypała je do woreczka. Odłożyła go na znajdujący się obok drewniany stolik, misternie rzeźbiony i lakierowany, sam w sobie będący dziełem sztuki. Pod nim spoczywały wielkie bryły kryształu górskiego. Sonia wyciągała kolejne szufladki. We wszystkich znajdowały się czarne woreczki, a w nich diamenty, szmaragdy, rubiny, ametysty, topazy, kamienie łotrzyków, turkusy, jaspisy, agaty, chryzolity, onyksy, jadeity i wiele innych wspaniałych klejnotów. Po kilkunastu szufladkach jej uwagę zwrócił drewniany stolik przylegający do szafy. W szerokich przegródkach leżały perły w różnych odcieniach: białe, czarne, różowe. Także korale. W opartym o stół worku skrzyły się bryłki bursztynu. Sonia wyciągnęła z niego pełną garść zastygłej żywicy. Wzięła jeden z kawałków. Przeźroczysty, jak najwyższej jakości szkło, miał piękną żółtą barwę. W jego wnętrzu dostrzegła zatopioną ważkę. Arkus z Christianem weszli głębiej. Znaleźli powiązane sznurami ogromne, białe kły. Młody Galilei rozpoznał w nich kość słoniową.
– Tak, a te są z mamuta[1]– wskazał Christian. Arkus zapytał, skąd to wie. – Może teraz słabo widać w tym świetle, ale mają lekko niebieskawy odcień.
Obok, na drewnianym stole, wyglądającym na stanowisko rzeźbiarza, leżały różne dłuta, młoteczki i rylce, pośród niewielkich figurek wyrzeźbionych w kości słoniowej. Wyglądało jakby artysta mógł w każdej chwili wrócić do swej pracowni.
– Patrz na to. – Christian zwrócił uwagę na całe stosy równiutko poukładanych czystych kart. Wziął z góry jedną z nich. – To pergamin najwyższej jakości.
– Jak wszystko w tym miejscu – rzekł Arkus, rozglądając się po nieprzebranych bogactwach. Nagle usłyszeli pisk Sonii. Giermek dobył miecza, ruszając w jej kierunku. Spodziewali się, że wpadła w jakąś pułapkę zastawioną na zuchwałych amatorów tutejszych skarbów. Znaleźli ją w tym samym momencie, co Thovri nadbiegający z innego kierunku.
– To niesamowite – szeptała do siebie dziewczyna uśmiechnięta od ucha do ucha. Przebierała w skrzyni wypełnionej kosztownościami. Naszyjniki, kolczyki, pierścienie, broszki, bransolety, medaliony; wszystkie skrzyły się cennymi metalami i drogimi kamieniami. Arkus doliczył się dwunastu takich skrzyń.
– Myślałem, że cię dopadł jakiś potwór – rzekł z mieszanką zatroskania i rozczarowania w głosie.
– Pokazałbyś wtedy swoją rycerskość? – szydziła szlachcianka. – Nic z tych rzeczy. To najpiękniejszy widok, jaki w życiu widziałam.
– No tak, pokazać babie błyskotki – odparł zdegustowany.
– Nie mów, że nie jesteś pod wrażeniem. – Thovri włączył się do rozmowy. – Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałem. Nie wiem czy są na świecie cenne rzeczy, których by tu nie było. Tu wcześniej Soniu są gobeliny, obrazy w złotych ramach, marmurowe rzeźby, kielichy, świeczniki i wiele piękniejszych rzeczy od biżuterii. – Dziewczyna nic nie odparła pochłonięta podziwianiem błyskotek. – Chodź Arkusie. – Thovri zagarnął go ramieniem. – Tam jest coś, co na pewno docenisz. – Chłopcy poszli za nim. Ziomek został z Sonią.
Młody Galilei był pod wrażeniem. W jednym z zakątków znajdowała się istna zbrojownia. Pełno tu było pięknych pancerzy, wysadzanych cennymi kamieniami buław i buzdyganów, mieczy o niesamowitych rękojeściach, wielkich tarcz z wygrawerowanymi herbami, hełmów o fikuśnych kształtach, łuków różnej wielkości. Mnóstwo artefaktów zapierających dech bardziej niż te, wystawione w holu rezydencji Sędziego. Wzornictwo niektórych odbiegało od czegokolwiek, co w życiu widzieli. Christian zwrócił uwagę na przedmioty, które minęli po drodze. Na głębokich regałach leżały precyzyjne urządzenia: soczewki, lunety, szczypce, jakieś mechanizmy z kołami zębatymi i przekładkami. Pomyślał o swoim mistrzu. Te przedmioty na pewno zachwyciłyby Samotnego Wilka. Wziął jedną z lunet. Odkrył, że można ją złożyć, gdyż składała się z coraz mniejszych cylindrów. Na nich wygrawerowano mapę nieba i symbole astronomiczne. Obok leżały ułożone w równy stosik mapy, zarówno krain jak i nieba, niezwykle wyraziste, dokładne i szczegółowe. Gdy wreszcie oderwał od nich wzrok, wziął ze sobą lunetę i wrócił do chłopców podziwiających bronie. Arkus machał cepem bojowym z czterema bijakami. Każdy z nich okuty był metalem innego koloru.
– Szkoda, że nie mogę nim pomachać prawą ręką – rzekł z pewnym smutkiem – ale dobrze się go trzyma. Myślisz Thovri, że będzie mi się nim dobrze walczyć?
– Walczyć?
– Też sobie coś wybierz.
– No nie wiem. – Thovri pokręcił głową. – Nie wiem, czy powinniśmy brać stąd cokolwiek .
– Thovri tam są tak niesamowite urządzenia, popatrz na tę lunetę – wtrącił się Christian. – W porównaniu z tą, którą posiada mój mistrz, to jakby… kasardeński koń wobec pociągowego.
Pojawiła się przy nich Sonia. Jej szyję zdobił potężny naszyjnik wysadzany diamentami. Na nadgarstkach brzęczały bransolety. Na ramieniu błyszczała złota ozdoba z głowami gryfa.
– Jak wyglądam? – prezentowała się szlachcianka, pokazując pierścienie na każdym palcu.
– Jak żona karczmarza chwaląca się błyskotkami, na które ją stać – skomentował Arkus.
– Zazdrościsz – skwitowała Sonia.
– Nie powinniśmy nic z tego zabierać – rzekł Thovri.
– Dlaczego? – zapytał młody Galilei.
– Bo to… kradzież.
– Kradzież? Żartujesz, Thovri? Odkryliśmy ukryty skarb, więc jest nasz. – Dziewczyna przedstawiła prosty sposób rozumowania.
– Nie wiemy do kogo to należy – oponował chłopak.
– Podziemne skarby mają to do siebie, że ich właściciele dawno o nich zapomnieli – kontynuowała Sonia. – W legendach i baśniach zdobywcy po to się przedzierają przez podziemia pełne potworów, by zdobyć skarb.
– Soniu, ale nie jesteśmy w baśni ani legendzie… – Thovri usiłował sprowadzić ją na ziemię.
– Czekaj – przerwał mu Arkus. – Jak to nie wiemy, do kogo należy? To nie skarbiec twego pana?
– Nie wiem właśnie – przyznał chłopak. – Czy gdyby to było jego, okradałby manufaktury?
– A wiec przyznajesz, że ten skarb do nikogo nie należy? To znaczy do nas jako znalazców? – Sonia słyszała to, co chciała usłyszeć.
– Nie wiem, Soniu.
– Ale ja wiem. Nawet gdyby należał do Rollina, to walczymy z nim, a to środki do finansowania jego nikczemności. – Sonii przychodziły na myśl coraz to nowe argumenty.
Thovri musiał przyznać, że było tu wiele rzeczy, które mogły budzić pożądane.
– Wiecie, że nawet jeżeli uznamy, że to może być nasze, nie wyniesiemy stąd wszystkiego.
– Ale tyle ile uniesiemy można zabrać. – Dziewczyny nie opuszczał dobry humor.
– Co ja gadam – zbeształ się Thovri. – Przyjaciele, nie przyszliśmy tu po bogactwa. Pamiętacie? Pamiętacie, co jest celem naszej wyprawy? Mieliśmy odkryć tajemnice Rollina.
– I odkryliśmy. – Sonia wskazała kosztowności.
– A jeśli to nie skarbiec Rollina? Jeśli to przypadek? To nadal nie osiągnęliśmy celu. Jest on gdzie indziej, ale nie tutaj.
– Masz rację. – Arkus odłożył broń. – Przysiągłem ci pomóc w zdemaskowaniu knowań Sędziego. Choć… – w jego umyśle walczyła trzeźwość osądu z pragnieniem posiadania – myślę, że możemy zabrać coś, co nam się przyda, jako nagrodę i pamiątkę. – Znów wziął cep bojowy do ręki. – Nie potrzebuję sztabek złota, jestem z bogatego rodu, ale przyznaj Thovri: czy widziałeś kiedyś taką broń? Czy za złoto mego ojca mógłbym zdobyć coś takiego?
– Czy będzie to złe, jeśli zabiorę tę lunetę? – wtrącił nieśmiało Christian.
Thovri intensywnie myślał. Czy pozwolić im na to? Kilka rzeczy… ale gdzie będzie granica?
– Myślę, że możemy wziąć po jednym przedmiocie – rzekł Arkus. – Ale to już przesada. – Wskazał Sonię.
– Co? Ty możesz wziąć broń, a ja nie mogę biżuterii?
– Pomimo, że jest piękna, to samo masz na górze, córko Lorda Skarbu – skarcił ją Arkus. –  Weź coś pożytecznego, czego nie możesz mieć na powierzchni – dodał.
Sonia chciała mu powiedzieć coś nieprzyjemnego, ale czy w gruncie rzeczy nie miał racji? Jest córką bogatego szlachcica. Dlaczego nagle zapałała miłością do tych błyskotek? Są piękne, ale… przecież nigdy nie przywiązywała do tego wagi, nie pożądała tak…
Nagle jakby uszło z niej powietrze.
– Arkusie ty naprawdę… masz rację. – Zaczęła powoli zdejmować ozdoby. – Zatrzymam tylko tę bransoletkę. – Wskazała na złotą ozdobę z głowami gryfa.
– Cieszę się, że nie daliśmy się ponieść szaleństwu – rzekł Thovri.
– A ty, co weźmiesz? – zapytał Christian.
– Ja? Nic. Weźcie co chcecie i wracajmy. Tu nie znajdziemy tego, po co przyszliśmy.
Krętymi dróżkami ruszyli w stronę wyjścia. Przystanęli tylko w miejscu, gdzie złożono bele drogich materiałów – aksamitu, wełny barwionej purpurą, delikatnego lnu.
– Dziwne, że nie zmurszały. – Sonia dotykała tkanin. – Ciekawe jak długo tu leżą?
– Wszystko wygląda, jakby było ułożone wczoraj – rzekł Arkus.
Christiana zaintrygowały znajdujące się po drugiej stronie, ułożone w równych rzędach szklane, kamienne i alabastrowe flakony. Odkorkował jeden z nich. Z naczynia zaczął unosić się przyjemny zapach.
– Piękny. – Thovri się zaciągnął. – To pewnie wonności, kadzidła i balsamy.
– Wspaniały zapach. Wzięła bym z sobą… gdyby… no co? – Sonia popatrzyła na chłopców. – Jest naprawdę przyjemny.
– Lepiej stąd chodźmy, aby nas nie kusiło – rzekł Christian, odstawiając flaszę na miejsce. Podążyli za nim. Thovri rzucił ostatnie spojrzenie na skarbiec. Jego uwagę przykuła linia białego światła.
– Zaczekajcie. – Giermek zawrócił. Podszedł do dużej, drewnianej skrzyni, z krawędzi której dobywała się jasność. W środku znalazł mnóstwo kamieni światła. Schował lampę za skrzynią stojącą obok. Pozostali ujrzeli, jak jego oblicze oświetla łagodne, białe światło.
– One są niezwykle rzadkie, a tu jest ich całe mnóstwo. – Sonia wyjęła swój kamień. – I są większe i jaśniejsze od mojego.
– Tak, to jest rzecz, którą warto zabrać. – Thovri sięgnął po jeden z nich.
 
3. Opuścili skarbiec, zostawiając za sobą nieprzebrane bogactwa. Każdy coś zabrał. Arkus cep bojowy o czterech bijakach, Christian lunetę, Sonia złotą bransoletkę, a Thovri kamień światła. Wyszli schodami na górę i z powrotem stanęli u wrót labiryntu. Stanęli też przed wyborem. Iść w prawo, czy w lewo?
– Którędy wracamy? – Arkus zwrócił się do Thovriego.
– Jeśli będziemy się trzymać lewej strony, to wrócimy tą samą drogą.  – W momencie, gdy to mówił, zdał sobie sprawę, że nie chciałby wracać tą samą drogą. Tam gdzie można spotkać kronki i gobliny…
– Koło kościanych węży? To chyba niezbyt dobry pomysł. – Ta trasa nie spodobała się Sonii.
– Ale przynajmniej już znamy zagrożenia, które tam czyhają, wiemy gdzie są pułapki. – Christian dostrzegał niezaprzeczalne zalety tego rozwiązania.
– No tak i znów będziemy przechodzić koło lustra. – W głosie Sonii, która przypomniała sobie o intrygującym artefakcie, słychać było zachwyt.
– To już lepiej wracajmy regułą prawej dłoni – odrzekł Thovri, dostając gęsiej skórki na jego wspomnienie. – Zobaczymy gdzie zaprowadzi strumień.
– O tak! Wrócimy do wody. Podoba mi się – podchwyciła Sonia.
Arkus pokręcił głową.
– Jej zdania nie bierzmy pod uwagę.
– Uważaj jak o mnie mówisz. Jestem obok, a nie za ścianą! – oburzyła się Sonia.
– Jesteś jak chorągiewka na wietrze, albo jak kotek kiedy zobaczy świetlny ślad. Głupiutki pobiegnie za nim gdziekolwiek. – Na życzenie giermek sprecyzował swoje zdanie.
– Odszczekaj to, bo pożałujesz! – zagroziła dziewczyna.
– Spokojnie. – Thovri stanął między nimi. – Pójdziemy zgodnie z regułą prawej dłoni. Nie wiemy, co to za labirynt, czy jest jedna droga, czy kilka możliwych dróg. Być może i tak dojdziemy do miejsc, w których już byliśmy.
Tego mu nie zapomnę. Sonia stwierdziła, że Arkus przekroczył granicę. Myślała, że jest dobrym kompanem, może trochę zbyt ironicznym. Nigdy nie spędziła z nim na raz tyle czasu. Stwierdziła, że na dłuższą metę ten typ jest nie do zniesienia.
Wkrótce znów znaleźli się w korytarzach, gdzie powietrze było bardziej wilgotne, a na ścianach rosły mchy i porosty. Dotarli do strumienia płynącego wartkim nurtem w kamiennych rozpadlinach. Kilka razy skręcali w inne korytarze, tracąc go z oczu, by później do niego wrócić. Potok zaprowadził ich do jeziora pośrodku sporej komnaty. Jego kamienne brzegi łagodnie opadały do wody. Na powierzchni unosiły się wodorosty i białe kwiaty lilii, emanujące w ciemności niebieskim światłem. Sonii skończyła się woda w bukłaku, więc uklękła nad brzegiem.
– O, tam pływają małe rybki – dostrzegła. Miały przeźroczyste ciała, małe czarne oczka, a po bokach świecące paski w kolorze niebieskim i czerwonym. – Na pewno nie jest trująca – rzekła, nachylając się, by nabrać wody. Ziomek unosił się kilka stóp nad jeziorkiem, uważnie wpatrując się w jego powierzchnię. Wody zbiornika nagle wzburzyły się. Sonia zauważyła, że jej odbicie się zmienia. Nabiera ziemistego koloru, oczy stają się wielkie, z dużymi, brązowymi źrenicami. Ale to nie były jej oczy. Z wody wysunęły się dwa oślizgłe ramiona. Złapały szlachciankę mocnym uściskiem za barki. Sonia, tracąc równowagę, wpadła w odmęty jeziora. Pośród buzujących bąbelków widziała brązową, obłą postać, silnymi ramionami ciągnącą ją w dół. Nagle poczuła gwałtowne szarpnięcie, które zatrzymało jej podróż w otchłań. Jakaś inna siła złapała jej nogi. Obie walczyły teraz o jej ciało, które z każdym szarpnięciem przesuwało się trochę w stronę dna, to trochę w stronę powierzchni. Niewiele jej w płucach powietrza zostało. Wyciągnęła ręce przed siebie. Natrafiła na śliskie ciało. Uchwyciła wodnika podobnie jak on ją i usiłowała odepchnąć. Coś innego cięło wodę zaraz nad jej głową. Siła ciągnąca nogi zaczęła przeważać, ale wynurzała się stanowczo za wolno. Bała się zachłysnąć. Miała wrażenie, jakby jej płuca ścisnęły się do rozmiarów orzecha. Śliskie ciało stwora zaczęło się jej wymykać. Przesunęła ręce wyżej. Natrafiła na poprzeczne szczeliny skrzeli. Ile miała sił wsadziła w nie palce. Potwór zatrząsł się i zwolnił uścisk. Pogrążył się w otchłani, ona zaś została gwałtownie wyszarpnięta ze zbiornika. Leżała teraz na Christianie i Thovrim, plując wodą. Przekręciła się na bok, by zejść z chłopców i odsunąć się pod ścianę z dala od jeziora. Dwa kroki dalej stał Arkus z mieczem w lewej ręce. Podczas gdy chłopcy ciągnąc Sonię za nogi, siłowali się z wodnikiem, on uderzał trochę na oślep, by trafić napastnika w głowę. Jednocześnie nie chciał przypadkowo zranić dziewczyny. Teraz wyszedł z jeziora, usiadł pod ścianą, zdjął buty i wylał z nich wodę.
– Wszystko w porządku? – spytał zdyszany Christian.
– Nic mi nie jest – odparła Sonia, odcharkując ostatki wody. Ruszała uszami, by je odetkać. Rozglądnęła się wokoło. Torba przepadła w odmętach jeziora. Pseudosmok przyglądał się jej, jakby sprawdzał, czy nie odniosła większych obrażeń.
– Jeśli chciałaś się napić, dałbym ci swoją wodę – rzekł Arkus, pokazując bukłak.
– Nie, po prostu potrzebowałam kąpieli – zażartowała Sonia.
– Nie wiem, czy go zraniłem – zastanawiał się giermek Czarnego Rycerza.
– Wsadziłam mu palce w skrzela, co na pewno nie było dla niego przyjemne. Wtedy puścił.
Sonia nagle spojrzała z obawą na ramię. O dziwo, pomimo szamotaniny, złota bransoletka z gryfami nadal na nim tkwiła.
– A mogliśmy wracać starą trasą – rzekł Christian z lekkim wyrzutem.
– Nie narzekaj – zganił go Arkus. – Wodnik to nie jest nic, z czym byśmy sobie nie poradzili. Nawet Sonia znalazła na niego sposób.
– Nie zaatakowałby nas, gdybyśmy nie naruszyli jego jeziora – zauważył Thovri. – Musimy być bardziej ostrożni.
– Teraz to już nieistotne. Ruszajmy dalej. Nie wiem jak wy, ale ja już się trochę stęskniłem za powierzchnią – przyznał Arkus. Eksploracja labiryntu była niesamowita, ale pragnął już wrócić na powierzchnię. Wiele stóp nad nimi znajdowało się śpiące miasto. Kto by pomyślał? Nieograniczona przestrzeń. Możliwość poruszania się w każdą stronę, stała się nagle bardzo atrakcyjna. W labiryncie wybór ograniczał się najwyżej do trzech, czterech opcji. Ale i tak rezygnowali z tego wyboru na rzecz zasady, która miała ich doprowadzić do wyjścia. Naprawdę więc nie mieli tu żadnego wyboru. Ich drogę z góry narzucał układ szarych, kamiennych tuneli.
 
4. Przejście było zatarasowane stosem kamieni i czarnej ziemi z rozsypanej ściany, którą mieli po prawej stronie. Christian wspiął się na górę gruzu.
– Widzę dalej korytarz, ale tu jest za wąsko, by się przecisnąć.
– Jesteśmy chyba przy krawędzi labiryntu. – Thovri dotknął ściany przy wyrwie.
– Co teraz? Zawracamy? – spytał Arkus.
– Właśnie o tym myślę. Co dla nas oznacza zawalenie się części labiryntu.
Uczeń Samotnego Wilka zszedł z rumowiska.
– Nie jesteśmy już tak głęboko. – Wskazał na ziemne ściany tunelu. – Skarbiec był wykuty w litej skale.
– A jeśli ten tunel wykopał ankheg? – zaniepokoiła się Sonia.
– Ankhegi trzymają się blisko powierzchni. Znaczy, relatywnie blisko – zaznaczył Christian.
– To możliwe… nie, na pewno nie ma tu ankhegów – rzekł Thovri. – Przecież nad nami jest miasto. Poza tym pod Beresteczkiem jest wiele piwnic i sieć kanałów. Z pewnością nie jest to robota ankhega, a jeśli nawet, to ten ankheg dawno już tu nie mieszka.
– No tak, ankhegi nie żyją pod miastami, muszą mieć gdzie wychodzić na powierzchnię. – Dziewczyna przyznała rację giermkowi.
Ziemny tunel doprowadził ich do podłużnej, kamiennej komnaty z wysokim stropem. We wnęce znajdował się pokryty warstwą kurzu ołtarz, na którym leżały kawałki zwierzęcych kości. Ponad nim wznosiła się statua przedstawiająca mężczyznę o długiej, plecionej brodzie oraz dużych, okrągłych oczach, zrobionych z dysków lazurytu wprawionych w kamień. Jego ręce złożone na piersi dzierżyły insygnia władzy. Nie rozpoznali w nim żadnego likaryjskiego boga. Styl wykonania posągu odbiegał od czegokolwiek, co widzieli w świątyniach i kaplicach na powierzchni.
– Spójrzcie na to. – Arkus zwrócił uwagę na obrazki wyryte na lewo od ołtarza. Przedstawiały stwora o ogromnym cielsku z wielkimi łapami, posiadającym ponadto dziesięć głów na długich szyjach. Przed nim klęczało wielu małych ludzików.
– Ciekawe, co to za potwór? Christianie? – Sonia zwróciła się po wyjaśnienie do ucznia Samotnego Wilka, który nie raz już prezentował swoją wiedzę z zakresu bestiologii.
– Nie wiem, nie widziałem czegoś takiego nawet w bestiariuszu mistrza. To chyba podpada pod bestiologię fenomenologiczną.
– Bestiologię feno-meno… co? – Thovri usiłował powtórzyć nazwę użytą przez Christiana.
– Bestiologię fenomenologiczną – powtórzył Arkus. – To dyscyplina szczegółowa bestiologii. Było na wykładzie, a… zapomniałem, że z nami nie studiujesz. – Roześmiał się.
– To taka dziedzina zajmująca się pojedynczymi, wielkimi bestiami, a więc fenomenami – wyjaśnił Christian. – Na przykład Kazagrothem[2]czy Żelazną Bestią.[3]
– Odniosłam wrażenie, że ta dyscyplina znajduje się na pograniczu badania baśni i legend. – Sonia wyraziła swoje zdanie. Na prośbę Christiana sprecyzowała: – Zajmuje się stworami, które tak naprawdę nie istnieją.
– I to mówi ta, która baśniami uzasadniała prawo do wyniesienia całego skarbca Sędziego. – Chłopak nie mógł się powstrzymać od szerokiego uśmiechu.
– Christianie uważaj, widzę, że udziela ci się od Arkusa – ostrzegła dziewczyna. – Wiem, że baśnie to pomieszanie prawdy z fantazją. Po prostu te legendarne, fenomenalne stwory wydają mi się bardziej fikcją. – Thovri uznał, że opinia dziewczyny jest rozsądna.
Za komnatą z ołtarzem znaleźli przedsionek z wykutymi w kamieniu schodami prowadzącymi na górę. Niestety zasypanymi gruzem. Z przedsionka wychodził kolejny korytarz kończący się ślepym zaułkiem. W jego ścianie, na wysokości trzech łokci nad ziemią, znajdowała się wyrwa. Miała okrągły kształt i średnicę około trzech stóp.
– I co teraz? – Arkus rozglądnął się wkoło.
– Wygląda jakby się dało przecisnąć. – Christian lustrował otwór. Chowaniec przysiadł na krawędzi tunelu. Przeciągnął się i wszedł do środka. – Patrzcie, Ziomek poszedł przodem, to dobry znak – rzekł uczeń Samotnego Wilka. Najpierw podsadzili Sonię. Następnie wdrapał się Christian i Arkus. Na końcu poszedł Thovri. Dziewczyna, idąc przodem, posuwała się powoli, niosąc w ręce lampę oliwną, która szczęśliwie uniknęła losu torby. Czarna ziemia przylepiała się do jej mokrego ubrania. Pseudosmok nie śpieszył się. Cały czas miała w zasięgu wzroku koniec jego ogona. Tunel schodził nieco w dół. Nagle ogon pseudosmoka zniknął z jej pola widzenia. Ręką namacała koniec tunelu. Pod jej dłonią znajdowała się kamienna krawędź. Podczołgała się bliżej i przyświeciła sobie lampą. Tylko jak teraz zejść? Do posadzki było ponad dwa łokcie. Może się obrócić i zejść najpierw nogami? Spróbowała. Znalazła się w dosyć dziwnej pozie. Kiedy skręciła ramieniem, poczuła nagły ból naciągniętego mięśnia. – Soniu, co ty robisz? – spytał idący za nią Christian.
– Tunel wraca do korytarza, ale jest trochę wysoko. Chciałam się obrócić.
– Nie dasz rady dosięgnąć rękoma?
Dziewczyna wróciła do pozycji wyjściowej. Obejrzała jeszcze raz zejście, po czym oddała lampę Christianowi. Położyła się płasko i powoli odpychając od krawędzi, co chwila próbowała, czy już może dosięgnąć podłogi. W końcu się udało. Przeniosła ciężar ciała na ręce i wysunęła się z tunelu. Odebrała lampy od Christiana i ustawiła je na podłodze. Podobnym jak Sonia sposobem zaraz tunel opuścili chłopcy.
– Ale wyglądasz. – Arkus roześmiał się na widok Sonii. Całe ubranie miała oblepione ziemią.
– Teraz naprawdę przydałaby mi się kąpiel.
Pseudosmok siedział na kupie gruzu tarasującej przejście za ich plecami.
– Wygląda, że ominęliśmy rumowisko – rzekł Christian. – Ziomek dobrze nas poprowadził.
– Dobrze, że zgodziłem się na jego udział w wyprawie – przyznał Thovri, przypominając sobie, jak miał co do tego wątpliwości.
Nieco później Ziomek zaskoczył ich swoim zachowaniem. Zawisnął w powietrzu przed Thovrim, utrudniając mu przejście. Gdy chłopak go wyminął, ten znów wleciał przed niego, rycząc na swój sposób.
– Bez wątpienia nie chce byśmy szli dalej – stwierdziła Sonia.
– Ufam jego ocenie – odparł Thovri. – Zawrócimy, ale dalej będziemy trzymać się zasady.
– A jeśli to jedyna droga powrotna? – Arkus wpatrywał się w ciemny korytarz za unoszącym się w powietrzu chowańcem.
– Jest druga. Będziemy musieli wrócić do skarbca i pójść drogą, którą przyszliśmy.
– O nie! Wiesz ile to wracania?
– Nie mamy innego wyjścia – stwierdził bez cienia wątpliwości Thovri.
– Nie, bym nie wierzył Ziomkowi, ale jeśli przyjdzie nam wracać do skarbca, a potem drogą koło kościanych węży, to spędzimy tu całe decemy. – Arkus zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nie wie, od ilu godzin, a może dni, chodzą po tym labiryncie.
– Musimy podjąć decyzję. Będzie nieodwracalna – powiedział z naciskiem Thovri. – Później nie będzie nas stać na zmianę zdania i błąkanie się po labiryncie.
– Trzeba było wracać drogą, która przyszliśmy – marudził Christian.
– Żałowanie tamtej decyzji nic teraz nie zmieni – odparł Thovri. – Ja jestem za pójściem dalej. Potraktujmy tę cześć, przed którą ostrzega Ziomek, jako ślepy zaułek. Tak jakbyśmy i tak mieli wracać drugą stroną – wyjaśnił swoje stanowisko. – Ty Arkusie, co sądzisz?
– Dobrze, zgadzam się.
– Sonia?
– Ty tu rządzisz Thovri, poza tym ufam mojemu zwierzakowi.
– Christianie?
– Chyba nie mamy innej opcji. – Uczeń Wilka pokręcił głową.
Gdy ruszyli w drogę powrotną, Ziomek uspokoił się i na powrót przysiadł na ramieniu Thovriego, bacznie wpatrując się w ciemność.
 
5. Giermek Sędziego spodziewał się, że wrócą do zawalonego korytarza, ale szli już dosyć długo i jeszcze do niego nie dotarli.
– Jeszcze nie wróciliśmy do tego ołtarza nieznanego bóstwa – wyraził głośno swoje myśli.
– To dobrze czy źle? – zapytał idący za nim Arkus.
– Dobrze, jeśli jesteśmy na właściwej ścieżce do wyjścia. Źle, jeśli chodzimy teraz po zaułkach, które i tak nas tam doprowadzą.
– To nie brzmi zbyt optymistycznie. – Christian pokręcił głową. Zatrzymał się, gdy zobaczył, jak Thovri przystanął, wodząc ręką po ścianie. Przyglądał się jej, jakby oglądał barwne freski. Christian stanął przy nim. Nie widział tu nic, co mogłoby przykuć jego uwagę. Ziomek przefrunął z ramienia giermka na ramię Sonii, po czym zszedł po jej piersi i ułożył się na ręce, którą trzymała przy boku.
– Widzisz Christianie? – zapytał Thovri.
– No właśnie nie widzę.
– Albo robi się coraz chłodniej, albo ja zmarzłam po tej kąpieli z wodnikiem – rzekła Sonia.
– Rzeczywiście jest chłodniej – przyznał Arkus.
– Nie tylko to. Spójrzcie na ściany. – Thovri chciał, by towarzysze dostrzegli to, co on.
– No właśnie nie wiem, co w nich zobaczyłeś. – Zniecierpliwiony Christian kręcił głową.
– Nie są zbudowane z kamiennych bloków tylko drążone w litej skale – podpowiedział Thovri.
– To oznacza… że jesteśmy bliżej wyjścia – wywnioskował Arkus.
– Dokładnie tak. – Thovri uśmiechnął się i ruszył dalej. Coś zachrobotało pod jego stopami. Zorientował się, że to pułapka, gdy już wszedł na zapadnię. Oliwna lampa wypadła mu z ręki i poleciała w dół szybu. Na chwilę uniknął jej losu. Upadając, zdołał chwycić się kamiennej krawędzi ranną ręką. Druga, obciążona torbą, bezwładnie poleciała do tyłu. Przez chwilę widział przyjaciół. Lewa ręka boleśnie wygięła się w barku. Odbił się plecami od ściany szybu. Torba zsunęła się po prawej ręce i poleciała w przepaść. Gliniana lampa rozbiła się na dnie szybu, rozświetlając jego czeluście. Prawą ręką, uwolnioną od ciężaru tobołka, uchwycił się krawędzi, która zaczęła mu się wymykać. Zdołał się nieco podciągnąć. Ziomek wzbił się w powietrze. W tym czasie Arkus błyskawicznie rzucił swoją torbę na ziemię, wcisnął lampę Sonii i biorąc rozpęd, przeskoczył na drugą stronę zapadni. Thovri ześliznął się. Arkus zawróciwszy po skoku, przypadł do krawędzi i zdążył złapać go za dłoń pogryzioną przez węża. Prawą, kontuzjowaną, szybko złapał Thovriego w okolicach łokcia. Szarpnął. Od nadgarstka po całej ręce przeszedł ból. Nie udało mu się co prawda wyciągnąć przyjaciela, ale Thovri zdołał mocniej uchwycić się zdrową ręką kamiennej posadzki. Nad nimi w ciemności coś przemknęło. To Christian powtórzył skok Arkusa. Thovri, zapierając się rękoma, usiłował oprzeć nogę o ścianę szybu. Christian złapał go za łydkę i wspólnym wysiłkiem go wyciągnęli. Arkus przewrócił się na bok, trzymając za rwący bólem nadgarstek. Thovri, ciężko oddychając, nie miał nawet siły, by podnieść się z ziemi. Kamienne klapy zamknęły się ze zgrzytem. Sonia ostrożnie przeszła obok pułapki. Ziomek sfrunął na ziemię i podszedł do Arkusa, obwąchując jego nadgarstek. Potem ostrożnie wysunął język i musnął go kilka razy po ręce. Długo siedzieli w ciszy. Oddechy uspokoiły się, bicie serc spowolniło. Pierwszy odezwał się Thovri.
– Przepraszam. Straciłem czujność.
– Nie przepraszaj. To ty mogłeś zginąć – odparł Christian. Znów na chwilę zapadła cisza.
– Cieszę się, że wyruszyliście ze mną. Dzięki wam żyję – wyznał giermek Sędziego.
– Dzięki Arkusowi – sprecyzował Christian. – Spadłbyś, gdyby nie działał szybko. Ja tylko trochę pomogłem.
– Racja. Dziękuję Arkusie, dziękuję, że uratowałeś mi życie – rzekł Thovri, wpatrując się w oblicze przyjaciela z jednej strony oświetlone przez oliwne lampy.
– Nie zrobiłem niczego, czego ty nie zrobiłeś wcześniej. – Arkus się uśmiechnął. – Gdyby nie ty, zmiażdżyłby mnie blok skalny.
– Byliśmy tu w wielu niebezpieczeństwach – odezwała się Sonia, dotąd przysłuchująca się rozmowie chłopców – i pomagaliśmy sobie nawzajem, ratując życie. Co prawda oswobodziłam się od uścisku wodnika, wkładając mu palce w skrzela, ale gdyby wcześniej Thovri z Christianem nie złapali mnie za nogi, to by mnie utopił.
– A ile razy Ziomek ratował nam życie – dodał Arkus, spoglądając na zwierzaka, który niczym pies lizał go po chorym nadgarstku.
– Nie wydarzyło się w tym labiryncie nic, co nakazywałoby komukolwiek z nas okazywać większą wdzięczność innym za pomoc. Wszyscy pomagaliśmy sobie nawzajem – osądził swym zwyczajem Christian.
– Oczywiście, jesteśmy przecież przyjaciółmi. Jesteśmy… jedną drużyną. – Arkus drugą ręką pogłaskał Ziomka, dając do zrozumienia, że jego również zalicza do tego grona.
– Nie wiecie jak się cieszę mając takich przyjaciół. – Thovri obdarzył towarzyszy uśmiechem.
– Ja też. – Sonia czuła to samo. Jakikolwiek żal wobec Arkusa za jego żarty i uszczypliwości wyparował teraz jak poranna rosa.
– Zawrzyjmy pakt – zaproponował z ożywieniem młody Galilei. – Pakt… Młodych Wilków. – Nazwa jakoś sama mu się nasunęła. – Jakkolwiek by się potoczyły nasze losy, zawsze będziemy się wspierać. Przysięgam. – Arkus wyciągnął przed siebie zaciśniętą pieść.
– Przysięgam. – Thovri bez wahania położył dłoń na jego pięści.
– Przysięgam. – Podobnie uczynił Christian. Sonia siedziała nieco dalej. Podeszła, usiadła obok na kolanach i położyła dłoń składając przysięgę. Kręcący się pod ich złączonymi rękami pseudosmok wyciągnął długą szyję, rozejrzał się, po czym usiadł obok swej pani i oparł przednie łapy na ich dłoniach. Przyjaciele się roześmiali. Ziomek inteligentnym wzrokiem wodził po ich brudnych, ale radosnych twarzach.
 
6. Noc była chłodna, ale Sozypater ubrał się ciepło. Szedł szybkim krokiem przez zorane pola. Sierp księżyca dawał słabe światło – jedyne, jakie padało na jego ścieżkę. Schodząc z wrzosowego wzgórza, usłyszał cichy szmer rzeki. Dwie noce temu szedł tędy z matką, rodzeństwem i opiekunkami. Tej nocy szedł sam. Wiedział, że nad rzeką nie czai się żadna zasadzka. Nikomu nie powiedział o ucieczce, więc nikt go nie zdradzi.
Zbliżając się do nabrzeża, zdał sobie sprawę, że jest daleko od wszystkich. Od ojca, matki, piastunek, strażników. Pomimo licznego rodzeństwa uczucie samotności nieraz go nawiedzało. Matka zawsze była w pobliżu, ale jakoś nie czuł, by była naprawdę blisko. A ojciec? Całymi dniami w sądzie, często w wielodecemowych zagranicznych delegacjach. Tak, były te chwile, gdy siadali przy kominku. Sędzia brał na kolana Sioszka, on siadał przy jego stopach razem z Thovrim i słuchali opowieści z dawnych lat o wielkich potworach i odległych królestwach. Albo wtedy, gdy zabrał go na wysoką górę, by uczyć mapy nieba. Tamtej nocy widzieli też niesamowity deszcz meteorów. Te chwile nabrały wręcz mistycznego charakteru. Zawsze chciał, by trwały bez końca. A teraz? Teraz idzie samotnie pod osłoną nocy w pogoni za tym marzeniem.
Zobaczył drewniany pomost, a przy nim przycumowaną łódź. Wszystko wyglądało jak ostatnio. Obejrzał się, ale nikt go nie ścigał. W łodzi znalazł worki z zapasami ukrytymi przez Mariusa. Sozypater liczył właśnie na to, że nikt tych tobołków nie zabierze. Zajrzał do środka. Chleb był już czerstwy, ale ogórki, cebule, jabłka i śliwki jak najbardziej nadawały się do jedzenia. Wrócił na drewniany pomost. Odwiązał linę i wskoczył do łodzi. Odepchnął ją od brzegu. Powoli uniósł go nurt. Pod ławkami leżały wiosła, ale Sozypater ocenił, że nie będzie w stanie nimi wiosłować. Był przekonany, że uda mu się utrzymać pośrodku rzeki tylko przy pomocy własnych rąk. Po kilku chwilach łódź unoszona prądem płynęła powoli po wodzie, w której srebrzył się blask Seleny i jej dzieci. Cienie nadbrzeżnych drzew rozdzierały światło księżyca niczym mroczne szpony szarpiące srebrzystą tkaninę. Wyciągały ręce, usiłując schwycić niewielką łódkę płynącą środkiem rzeki. Przesuwały pazurami po jej burtach, muskały młodego pasażera. Sozypater z początku wytężał wzrok, by dojrzeć ewentualne zagrożenia, ale spokojny rejs ułagodził jego napiętą uwagę.
Miał chwilę, by odpocząć. Samemu udało mu się dokonać tego, czego nie udało się jego rodzinie. Zdołał uciec. Wiejska rezydencja została gdzieś daleko w mrokach nocy. Systematyczny umysł nie pozwolił mu długo cieszyć się tym sukcesem. Zaraz zaczął rozmyślać, jak długo musi płynąć przed przybiciem do brzegu. Wiedział, że rzeka wpada do Vermissy, a ta płynie w przeciwnym kierunku do celu jego podróży. W pewnym momencie trzeba będzie opuścić łódkę i udać się pieszo w stronę Beresteczka. Spojrzał w niebo. Na szczęście widać było gwiazdy. One pokierują go we właściwą stronę. Tego był pewien. Niewiadomą pozostawał odpowiedni moment na opuszczenie wodnego toru. Jeśli uczyni to za wcześnie, lub zbyt późno, dołoży sobie drogi. Skupił teraz myśli nad rozwiązaniem tego problemu.


[1]Mamuty – włochate słonie żyjące w północnych krainach, będące dla tamtejszych ludów źródłem mięsa, futer i kłów.
[2]Kazagroth (lub Kazgaroth) – ogromna bestia zamieszkująca Podmrok, co do której wyglądu trwają liczne spory. Podobno udało się pewnym poszukiwaczom przygód przynieść z Podmroku szpon Kazagrotha będący potężnym artefaktem.
[3]Żelazna Bestia – potężna, przerażająca bestia o czterech łapach i kilku rogach wyrastających spomiędzy oczu. Zamieszkuje w wielkiej pieczarze głęboko pod powierzchnią oceanu. Raz na kilka tysięcy lat wychodzi na ląd, by siać spustoszenie.
Odpowiedz
Errata:

Cytat:Komnatę wypełniały różne bogactwami.

Powinno być "bogactwa" zamiast "bogactwami".

Cytat:Uchwycił wodnika podobnie jak on ją i usiłowała odepchnąć.

Powinno być "Uchwyciła" zamiast "Uchwycił".

Cytat:Przejście był zatarasowane stosem kamieni i czarnej ziemi z rozsypanej ściany, którą mieli po prawej stronie.

Powinno być "było" zamiast "był".

Cytat:– No tak, ankhegi nie żyją pod miastami, musza mieć gdzie wychodzić na powierzchnię.

Powinno być "muszą" zamiast "musza".

Cytat:Sonia wyraził swoje zdanie.

Powinno być "wyraziła" zamiast "wyraził".

Cytat:Arkus rozglądną się wkoło.

Powinno być "rozglądnął" zamiast "rozglądną".

Cytat:– Nie, bym nie wierzył Ziomkowi, ale jeśli przyjdzie nam wracać do skarbca, a potem drogą koło kościanych węży, to spędzimy tu całe decemy.

Podwójna spacja przed "a potem".

Cytat:W tym czasie Arkus błyskawicznie rzucił swoją torbę na ziemie, wcisną lampę Sonii i biorąc rozpęd, przeskoczył na drugą stronę zapadni.

Powinno być "wcisnął" zamiast "wcisną".

Cytat:Potem ostrożnie wysunął język i musną go kilka razy po ręce.

Powinno być "musnął" zamiast "musną".

Cytat:Wiejska rezydencja został gdzieś daleko w mrokach nocy.

Powinno być "została" zamiast "został".

***

Coraz bardziej wygląda na to, że w tych podziemiach nie znajdą nic potrzebnego i tylko marnie narażali się na niebezpieczeństwa oraz stracili dużo godzin. Ponadto nie podobają mi się niektóre rzeczy w ich postępowaniu. Po pierwsze, nie popieram skradzenia przedmiotów. Po drugie, bardzo nierozsądna jest taka przysięga: "Jakkolwiek by się potoczyły nasze losy, zawsze będziemy się wspierać." A co, jak ktoś z nich zacznie zajmować się jakąś nieuczciwą działalnością? To co, inni będą musieli go wspierać w tej działalności?

Wygląda na to, że moje przypuszczenie o Sozypaterze było prawidłowe.

I jeszcze chcę zapytać o tamtym lustrze, które zachowywało się podobnie do powierzchni wody: czy wymyśliłeś jakieś dokładniejsze informacje o naturze tego lustra? Czy można przez niego przejść? Czy po takim przejściu wynik nie będzie podobny do tego z bajki o Alicji "Po drugiej stronie lustra"? Big Grin "A propos", czy istnieją na tej planecie szachy? Big Grin Jeżeli tak, to na ile ich zasady są podobne do tych ziemskich? Smile
Odpowiedz
(15-09-2019, 21:30)D.M. napisał(a): Coraz bardziej wygląda na to, że w tych podziemiach nie znajdą nic potrzebnego i tylko marnie narażali się na niebezpieczeństwa oraz stracili dużo godzin. Ponadto nie podobają mi się niektóre rzeczy w ich postępowaniu. Po pierwsze, nie popieram skradzenia przedmiotów.
Co do oceny etycznej zabrania rzeczy ze skarbca wystąpiła między bohaterami różnica zdań. Życie Smile


(15-09-2019, 21:30)D.M. napisał(a):  Po drugie, bardzo nierozsądna jest taka przysięga: "Jakkolwiek by się potoczyły nasze losy, zawsze będziemy się wspierać." A co, jak ktoś z nich zacznie zajmować się jakąś nieuczciwą działalnością? To co, inni będą musieli go wspierać w tej działalności?
To nie roboty rozważające wszystkie możliwe ewentualności. Bohaterowie zachowują się jak ludzie Big Grin
Wierzą w przyjaźń i pod wpływem pozytywnych emocji postanawiają się wspierać w przyszłości.
To, czy ta przysięga przetrwa próbę czasu, to się okaże w kolejnych tomach Wink

(15-09-2019, 21:30)D.M. napisał(a): Wygląda na to, że moje przypuszczenie o Sozypaterze było prawidłowe.
Trafnie to przewidziałeś Smile

(15-09-2019, 21:30)D.M. napisał(a): I jeszcze chcę zapytać o tamtym lustrze, które zachowywało się podobnie do powierzchni wody: czy wymyśliłeś jakieś dokładniejsze informacje o naturze tego lustra? Czy można przez niego przejść? Czy po takim przejściu wynik nie będzie podobny do tego z bajki o Alicji "Po drugiej stronie lustra"? Big Grin 
Natura lustra zostanie wyjawiona w II tomie.

(15-09-2019, 21:30)D.M. napisał(a): "A propos", czy istnieją na tej planecie szachy? Big Grin Jeżeli tak, to na ile ich zasady są podobne do tych ziemskich? Smile
Szachów nie ma. Funkcjonuje planszowa gra strategiczna o nazwie Rextigatix - o której kilka razy była mowa.

Dzięki za wszystkie spostrzeżenia. Poprawki naniosłem.

Pozdrawiam Smile
Odpowiedz
(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Sonia była trochę zawiedziona, ale poszła za Thovrim, pilnującym reguły(przecinek?) mającej umożliwić im dotarcie do celu, jakikolwiek by nie był.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Szli(przecinek?) rozmawiając, gdy niespodziewanie natknęli się na portal, podobny w kształcie do tego, którym wkroczyli do labiryntu.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Portal był początkiem długiego, prostego korytarza(przecinek?) prowadzącego do spiralnych schodów.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Nie wiedzieli jaka jest wielka, gdyż światło lamp nie docierało(nie wiem, czy w tym miejscu powinien być przecinek, dziwnie brzmi przy czytaniu na głos), ani do pozostałych ścian, ani do wznoszącego się gdzieś w ciemnościach stropu.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Były tam sztabki niezwykle cennych metali, których części nawet nie znał z nazwy.
Opcja - "Były tam sztabki niezwykle cennych metali, których części nazw nawet nie znał."

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): – Pokazałbyś wtedy swoją rycerskość? – szydziła szlachcianka. – Nic z tych rzeczy. To najpiękniejszy widok(przecinek) jaki w życiu widziałam.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): – No nie wiem. – Thovri pokręcił głową. – Nie wiem, czy powinniśmy brać cokolwiek stąd.
Może - "(...) stąd cokolwiek?"

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): – Pomimo, że jest piękna, to samo masz na górze(przecinek) córko Lorda Skarbu – skarcił ją Arkus.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Pozostali ujrzeli(przecinek?) jak jego oblicze oświetla łagodne, białe światło.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): W momencie, gdy to mówił, zdał sobie sprawę, że nie chciałby wracać tą samą drogą.
Zabrakło końcówki.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Stwierdziła, że na dłuższą metę ten typ jest nie do zniesienia.
Big Grin

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Niewiele jej w płucach powietrza zostało.
Opcja - Zostało jej niewiele powietrza w płucach.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Miała wrażenie, jakby jej płuca ścisnęły się do rozmiarów orzecha.
Dobre, plastyczne.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Z przedsionka wychodził kolejny korytarza kończący się ślepym zaułkiem.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): W tym czasie Arkus błyskawicznie rzucił swoją torbę na ziemię, wcisnął lampę Sonii i biorąc rozpęd, przeskoczył na drugą stronę zapadni.
Zabrakło końcówki.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Arkus zawróciwszy po skoku przypadł do krawędzi i zdążył złapać go za dłoń pogryzioną przez węża.
W którymś momencie warto to zdanie podzielić przecinkiem.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Sierp księżyca dawał słabe światło – jedyne(przecinek?) jakie padało na jego ścieżkę.

(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Sozypater liczył właśnie na to, że nikt tych tobołków nie zabierze. Zajrzał do środka. Chleb był już czerstwy, ale ogórki, cebule, jabłka i śliwki jak najbardziej nadawały się do jedzenia.
Dziwi mnie, że nikt nie zabrał tych bagaży. 

Ten rozdział urzekł mnie opisami. Ich bogactwo, nazewnictwo, które stosujesz, jest po prostu fenomenalne. Zwłaszcza skarbiec w labiryncie został opisany niesamowicie plastycznie. Dalej najbardziej podoba mi się ostatni fragment, opisujący ucieczkę Sozypatera. Jest bardzo poetycki. I dodatkowo cieszę się, że chłopakowi się udało. Jasne, może go czekać jeszcze mnóstwo niebezpieczeństw, ale pierwsza baza za nim.

Ciekawy zabieg z przysięgą przyjaciół. Myślę, że potrzebny, bo ładną klamrą spina wszystkie relacje. Niby wiem, że się przyjaźnią, niby są sobie oddani, ale takie podsumowanie i zamknięcie tego paktem dobrze zrobiło i wpisuje się w charakter powieści Smile Tylko nazwa Młode Wilki wydaje mi się trochę... zbyt prosta.

Thovri jest zdecydowanie najbardziej rozsądny z całej grupy. Bardzo polubiłam tę postać. Mam nadzieję, że te wszystkie starania się opłacą. Nawet, jeżeli jego pan nie wróci, to chciałabym, żeby chłopak zrozumiał, co się stało.

Jestem ciekawa, czy i jakie konsekwencje poniesie Sonia przez ten wyskok. Jednocześnie staram się pamiętać, że jeszcze nie wyszli z labiryntu i wiele może ich zaskoczyć - chociażby Sędzia przy wejściu Big Grin

Wypatruję kolejnych rozdziałów Smile
Pozdrawiam Smile
Odpowiedz
Gunnar napisał(a):To, czy ta przysięga przetrwa próbę czasu, to się okaże w kolejnych tomach

Jeżeli zakłada się, że może nie przetrwać, to po co przysięgać? Smile

Dziękuję za wszystkie odpowiedzi na pytania. Wciąż kusisz mnie następnymi tomami. Smile Ale, niestety, sądzę, że zrezygnuję nawet z zamiaru czytania II tomu. Fantasy nie należy do moich ulubionych gatunków i sądzę, że 50 rozdziałów całkiem mi wystarczy. Smile Choć uznaję, że ta powieść jest dla mnie ciekawa. Tak zresztą często bywa, że, jeśli już zaczynam czytać, to pojawia się duże zainteresowanie, choć niby nie lubię danego gatunku. Zdarza się też tak, że czytanie czegoś okazuje się nudnawe, nawet wbrew temu, że niby lubię dany gatunek. Twoja powieść należy do tych ciekawych dla mnie wbrew właściwościom gatunkowym. Smile Ale systematyczne czytanie całej powieści (zwłaszcza jeśli troszczę się o wskazywanie literówek) wymaga dużego poświęcenia czasu, a mam z każdym rokiem coraz więcej klientów... Przypuszczam, że po zakończeniu tej powieści będę natomiast czytać na tym forum różne opowiadania nieco częściej, niż czytałem dotychczas.

I jeszcze, jeżeli zaczniesz pisać fantastykę naukową o przejściu do utopii, o której kiedyś wspominałeś, to chyba chętnie poczytam, nawet jeżeli to będzie długa powieść. Smile

A na razie czekam na kolejne rozdziały "Szeptu Gromu".

Chcę jeszcze napisać dodatkową uwagę o tym, jak zareagują w domu na zachowanie Sonii. Przecież, oprócz wszystkiego, jej ubranie będzie bardzo zabrudzone. Wyobrażam sobie reakcję rodziców. I, co ciekawe, oprócz brudnego ubrania, będzie na niej jakiś drogi naszyjnik (czy co ona tam wzięła?); niesamowita kombinacja. I, co jeszcze ciekawe, to naszyjnik skradziony u Sędziego (rozumiem tak, że to jednak własność Sędziego, jeżeli prowadzi tam piwnica z mieszkania Sędziego). Przy czym to jest własność tego prawdziwego Sędziego, a nie istoty udającej Sędziego. Ciekawe, czy te "Młode Wilki" potem (w ostatnim rozdziale powieści) zwrócą właścicielowi jego rzeczy?
Odpowiedz
(16-09-2019, 14:00)Eiszeit napisał(a):
(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Niewiele jej w płucach powietrza zostało.
Opcja - Zostało jej niewiele powietrza w płucach.
Dzięki za wszystkie sugestie. Poprawki naniosłem, tylko do tej inwersji jestem przywiązany i tak zostawię Smile

(16-09-2019, 14:00)Eiszeit napisał(a):
(15-09-2019, 18:59)Gunnar napisał(a): Sozypater liczył właśnie na to, że nikt tych tobołków nie zabierze. Zajrzał do środka. Chleb był już czerstwy, ale ogórki, cebule, jabłka i śliwki jak najbardziej nadawały się do jedzenia.
Dziwi mnie, że nikt nie zabrał tych bagaży. 
W zasadzie nie było to nic cennego. Żywności w rezydencji nie brakowało. Najemnicy zrobili zasadzkę, Marius dostał w nos. Nikt nawet nie pomyślał, by to zabrać z powrotem.

(16-09-2019, 14:00)Eiszeit napisał(a): Ten rozdział urzekł mnie opisami. Ich bogactwo, nazewnictwo, które stosujesz, jest po prostu fenomenalne. Zwłaszcza skarbiec w labiryncie został opisany niesamowicie plastycznie. Dalej najbardziej podoba mi się ostatni fragment, opisujący ucieczkę Sozypatera. Jest bardzo poetycki. I dodatkowo cieszę się, że chłopakowi się udało. Jasne, może go czekać jeszcze mnóstwo niebezpieczeństw, ale pierwsza baza za nim. 
Dziękuję. Takie opinie bardzo motywują, by pod względem artystycznym dalej trzymać poziom Smile

(16-09-2019, 14:00)Eiszeit napisał(a): Ciekawy zabieg z przysięgą przyjaciół. Myślę, że potrzebny, bo ładną klamrą spina wszystkie relacje. Niby wiem, że się przyjaźnią, niby są sobie oddani, ale takie podsumowanie i zamknięcie tego paktem dobrze zrobiło i wpisuje się w charakter powieści Smile Tylko nazwa Młode Wilki wydaje mi się trochę... zbyt prosta. 
Mi też Big Grin
Gdy to pisałem, nazwa sama się nasunęła i ten "błysk" przeniosłem na Arkusa.
Może to taki podświadomy hołd dla kultowych filmów z lat 90-tych o tym tytule Wink

(16-09-2019, 14:00)Eiszeit napisał(a): Jestem ciekawa, czy i jakie konsekwencje poniesie Sonia przez ten wyskok. Jednocześnie staram się pamiętać, że jeszcze nie wyszli z labiryntu i wiele może ich zaskoczyć - chociażby Sędzia przy wejściu Big Grin
Niespodzianek będzie jeszcze sporo Wink

Pozdrawiam Smile
Odpowiedz
(16-09-2019, 16:21)D.M. napisał(a):
Gunnar napisał(a):To, czy ta przysięga przetrwa próbę czasu, to się okaże w kolejnych tomach

Jeżeli zakłada się, że może nie przetrwać, to po co przysięgać? Smile
Czynić plany i założenia to rzecz ludzka. Często życie modyfikuje coś co uważaliśmy za pewniki.

(16-09-2019, 16:21)D.M. napisał(a): Chcę jeszcze napisać dodatkową uwagę o tym, jak zareagują w domu na zachowanie Sonii. Przecież, oprócz wszystkiego, jej ubranie będzie bardzo zabrudzone. Wyobrażam sobie reakcję rodziców. I, co ciekawe, oprócz brudnego ubrania, będzie na niej jakiś drogi naszyjnik (czy co ona tam wzięła?); niesamowita kombinacja. I, co jeszcze ciekawe, to naszyjnik skradziony u Sędziego (rozumiem tak, że to jednak własność Sędziego, jeżeli prowadzi tam piwnica z mieszkania Sędziego). Przy czym to jest własność tego prawdziwego Sędziego, a nie istoty udającej Sędziego. Ciekawe, czy te "Młode Wilki" potem (w ostatnim rozdziale powieści) zwrócą właścicielowi jego rzeczy?
To co spotka Sonię w domu, pewnie cię zaskoczy.
Zaś co do skarbca i tego do kogo należy to sami bohaterowie nie są tego pewni. Pozostaje to kwestią otwartą, choć pewne wskazówki będą się pojawiać.

Cieszę się, że pomimo tego, iż nie jest to Twój ulubiony gatunek, powieść cię zainteresowała.
To wielki komplement Smile
Pozdrawiam Smile
Odpowiedz
Cytat:Czynić plany i założenia to rzecz ludzka. Często życie modyfikuje coś co uważaliśmy za pewniki.

Właśnie dlatego nie warto przysięgać co do dalekiej przyszłości. Smile

Cytat:To co spotka Sonię w domu, pewnie cię zaskoczy.

Być może, póki Sonia wróci do domu, już zacznie się zamach stanu i dlatego jej nieposłuszeństwo nie będzie ważnym tematem. Można nawet przypuścić, że sam ten dom zostanie zajęty przez ludzi pseudo-Sędziego. Niezależnie od tego, można przypuścić, że Arkus czy ktoś inny kupi jej nową sukienkę, zanim ona wróci do domu.

***

Przyszło mi na myśl jeszcze jedno pytanie: w jakim trybie młodzież załatwiała w podziemiach potrzeby fizjologiczne? Przecież byli tam długo, też jedli i pili; niewątpliwie musieli też robić coś przeciwnego. I nie wspominałeś, by w podziemiach było coś w rodzaju ubikacji. A chyba niezręcznie byłoby tak po prostu brudzić podłogę piwnicy. Przypuszczam, że wygodnie im było załatwiać te potrzeby nad strumykiem: woda wreszcie gdzieś odniesie zabrudzenie. Smile

W ogóle, to ciekawe ogólne zagadnienie literackie. W opowiadaniach i powieściach często opisuje się jakieś takie ekstremalne warunki, że powstaje pytanie: jak bohaterowi załatwiali tam potrzeby fizjologiczne? Niektórzy autorzy skłonni o tym zupełnie nic nie pisać, tak że myślący o tym czytelnik musi sam to wymyślać, a czasem nawet musi uznać, że sytuacja wygląda nieprawdopodobnie. Natomiast inni autorzy skłonni do całkiem konkretnych wyjaśnień. Z tego punktu widzenia chyba Ty jesteś gdzieś pośrodku: o ile pamiętam, w którymś z pierwszych rozdziałów tej powieści opisywałeś działania kogoś po obudzeniu, w tym też te; a podróż w podziemiach już nie obciążasz takim opisem.
Odpowiedz
(17-09-2019, 20:38)D.M. napisał(a): Przyszło mi na myśl jeszcze jedno pytanie: w jakim trybie młodzież załatwiała w podziemiach potrzeby fizjologiczne? Przecież byli tam długo, też jedli i pili; niewątpliwie musieli też robić coś przeciwnego. I nie wspominałeś, by w podziemiach było coś w rodzaju ubikacji. A chyba niezręcznie byłoby tak po prostu brudzić podłogę piwnicy. Przypuszczam, że wygodnie im było załatwiać te potrzeby nad strumykiem: woda wreszcie gdzieś odniesie zabrudzenie. Smile

W ogóle, to ciekawe ogólne zagadnienie literackie. W opowiadaniach i powieściach często opisuje się jakieś takie ekstremalne warunki, że powstaje pytanie: jak bohaterowi załatwiali tam potrzeby fizjologiczne? Niektórzy autorzy skłonni o tym zupełnie nic nie pisać, tak że myślący o tym czytelnik musi sam to wymyślać, a czasem nawet musi uznać, że sytuacja wygląda nieprawdopodobnie. Natomiast inni autorzy skłonni do całkiem konkretnych wyjaśnień. Z tego punktu widzenia chyba Ty jesteś gdzieś pośrodku: o ile pamiętam, w którymś z pierwszych rozdziałów tej powieści opisywałeś działania kogoś po obudzeniu, w tym też te; a podróż w podziemiach już nie obciążasz takim opisem.

Jak już gdzieś pisaliśmy, o ile w sedesie nie jest ukryta bomba to wizyty w ubikacji bohaterów nie mają fabularnego znaczenia, dlatego pisarze nie wspominają o załatwianiu potrzeb fizjologicznych. Podejrzewam, że podczas czytania powieści niewiele osób zastanawia się nad takimi rzeczami Big Grin

Poza tym bohaterowie w labiryncie spędzili ok. 10-12 godzin. Człowiek jest w stanie spokojnie obyć się bez toi-toia w takim okresie czasu Big Grin
Odpowiedz
(18-09-2019, 09:32)Gunnar napisał(a): Jak już gdzieś pisaliśmy, o ile w sedesie nie jest ukryta bomba to wizyty w ubikacji bohaterów nie mają fabularnego znaczenia, dlatego pisarze nie wspominają o załatwianiu potrzeb fizjologicznych.
Dokładnie.
W książce "Wielki marsz", autorstwa Stephena Kinga, motyw fizjologii jest często poruszany, ale ma on znaczenie fabularne. Co więcej, buduje nawet presję i napięcie Big Grin 
Sama opisuję fizjologię tylko w sytuacjach, kiedy przedstawia ona coś dodatkowego - chociażby zapalenie pęcherza i związane z tym trudności.
Odpowiedz
Cytat:Jak już gdzieś pisaliśmy, o ile w sedesie nie jest ukryta bomba to wizyty w ubikacji bohaterów nie mają fabularnego znaczenia, dlatego pisarze nie wspominają o załatwianiu potrzeb fizjologicznych.

Chodzi nie tylko o rzeczy podobne do bomb. Pisarz może opisywać ekstremalne warunki, w których ktoś się znajduje dużo godzin czy nawet dni, i dokładnie opisywać, jak ten bohater radzi sobie z różnymi niezbędnymi czynnościami, które sprawiają trudności w tych warunkach: jedzenie, spanie itp. Często bywa tak, że sprawy toaletowe również należą do takich, które w tych warunkach trudno załatwiać; dlatego odpowiedni opis wydaje się tak samo pożądany, jak opisy innych czynności.

Zauważyłem niektóre tendencje na ten temat. Być może, mylę się, bo jestem mało doświadczonym czytelnikiem. Ale, wychodząc ze swojego małego doświadczenia, odnoszę wrażenie, że zupełnie nie chcieli opisywać takich rzeczy pisarze epoki wiktoriańskiej, a natomiast bardzo chętnie opisywali takie rzeczy pisarze gdzieś tak ze stuleci XVI-XVIII. W szczególności, bardzo porządnie opisuje to Swift w "Podróżach Guliwera"; odkryłem ten fakt dość niedawno, bo z radzieckich wydań tej powieści często bywała wyrzucana większość takich opisów; potrafili nawet zignorować gaszenie pożaru z pomocą sikania, które jest jednym z kluczowych zdarzeń w podróży do krainy Liliputów. Sad Smile

Cytat:Poza tym bohaterowie w labiryncie spędzili ok. 10-12 godzin. Człowiek jest w stanie spokojnie obyć się bez toi-toia w takim okresie czasu

Niektórzy naprawdę tak mogą, ale to jest indywidualne. Ja chyba nie potrafiłbym. Smile
Odpowiedz
[Obrazek: run-tecza_qsaxsha.jpg]
Run tęcza

[Obrazek: Portaljpg_qsaxsrh.jpg]
Ozdobny portal
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości