Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Szept Gromu - powieść high fantasy (2010-2020)
#1
Witajcie.

Niniejszym publikuję moją powieść high fantasy - Szept Gromu. Starsi użytkownicy mieli możliwość zapoznania się z niektórymi rozdziałami. Powstaje ona od roku 2010, włączając w to poprawki, aż po dziś dzień. W temacie widnieje rok 2020, gdyż kosmetyka jeszcze się nie skończyła. Będę sukcesywnie dodawał kolejne fragmenty, co zakończy się zapewne gdzieś około roku 2020. 
Docelowo pragnę zamieścić na forum darmowego e-booka.

Pozdrawiam Serdecznie
Bazyli Tarnawski

SPIS TREŚCI

Proroctwo Zubina
Prolog
Mapa Świata
ROZDZIAŁ I – SĘDZIA I GIERMEK
ROZDZIAŁ II – WIZYTA PROFESORA
ROZDZIAŁ III – WINOBRANIE
ROZDZIAŁ IV – CZARNY RYCERZ
ROZDZIAŁ V – PROROCTWO WODY
ROZDZIAŁ VI – BIAŁE MURY  z piosenką "Tęcza" autorstwa kubutek28
ROZDZIAŁ VII – ŁZY NEMERII
ROZDZIAŁ VIII – RÓŻOWA CHUSTKA I KRYSZTAŁOWA GROTA
ROZDZIAŁ IX – TALIA KART I WYŚCIGI RYDWANÓW
ROZDZIAŁ X – STARCIE TYTANÓW
ROZDZIAŁ XI – SEKRETY KURHANÓW
ROZDZIAŁ XII – ŚWIĘTO PLONÓW
ROZDZIAŁ XIII – SPOWIEDŹ GIERMKA
ROZDZIAŁ XIV – SOBÓR W BERESTECZKU
ROZDZIAŁ XV – NA SCHODACH SENATU
ROZDZIAŁ XVI – W DRODZE DO DOMU
ROZDZIAŁ XVII – RYSA NA SZKLE
ROZDZIAŁ XVIII – PIERWSZY ARAHSAMNA
ROZDZIAŁ XIX – GROŹBY I POGRÓŻKI
ROZDZIAŁ XX – MINISTER GUNNAR
ROZDZIAŁ XXI – WYSTARCZAJĄCO BOSKI
ROZDZIAŁ XXII – WIELKIE TAJEMNICE
ROZDZIAŁ XXIII – ANIELSKA IKONA
ROZDZIAŁ XXIV – TRZY NOGI PAJĄKA
ROZDZIAŁ XXV – PERŁOWY NASZYJNIK
ROZDZIAŁ XXVI – JAD WĘŻA
ROZDZIAŁ XXVII – PODANIE O ZIELONYM SMOKU
ROZDZIAŁ XXVIII – NURTY ISANNY



DODATKI – kalendarz, miary, władcy etc.
DODATKI – spis postaci
Odpowiedz
#2
SZEPT GROMU
Bazyli Tarnawski


W roku upadku zielony smok spustoszy białe mury
Podpali gmachy dostojnych, porwie narodów klejnoty
Oto znak: gęsty dym wzniesie się ze stoków złotej góry
Zanim poczujecie niedogodności jesiennej słoty
Niegodziwe ostrze przebije zgubnych losów wybrańca
Zaś jad unieruchomi źrenicę jego pięknej damy
Już z dala słyszeć będziecie kroki ciemności posłańca
Co rychło oblegnie miasto, mury i drewniane bramy
Żywot swój w nic niewartej ofierze złoży srebrnowłosy
Mądrość kości słoniowej przysłoni blask drugiego słońca
Dwie siły będą walczyć o plony, o złociste kłosy
Poszukując krwawych zmagań bardziej chwalebnego końca
I druga fałszywa noc przyniesie ulgę uciśnionym
Choć po prawdzie nie będzie to ptaków śmierci ostatni śpiew
Księga pospołu z niejednym życiem w ofierze złożonym
W odległym mieście świętych wzbudzi kamiennej ciemności zew
Kamienie światła tylko u boku anielskiej ikony
Wydobędą blask przeciw sile mgły i ostrzu srebrnemu
Zdolne zranić tego, któremu służą kruki i wrony
Władcy Cienia, który nie składa hołdu życiu kruchemu
W sprowadzaniu nieszczęścia swoim niszczycielskim ramieniem
Tylko połączeniem cienia ze światłem będzie zwiedziony
Jedynie pana pierwszego smoka w górę uniesieniem
Który mrocznym losem pchany będzie w trzeciej śmierci szpony
 
Choć wyzwoliciel przez śmierć nigdy nie będzie ukojony…
 
Zubin Esseński
871 c. e. u.
Odpowiedz
#3
Panie, 
niepokojące rzeczy dzieją się w naszej ojczyźnie. Hydra z północy niebezpiecznie podnosi swe głowy. Nasz przyjaciel z Chalcedonu nie żyje. Nieoficjalne wieści niosą, że został zamordowany z powodu sprzyjania naszemu krajowi. Teraz działania naszych wrogów z północy mogą okazać się jeszcze bardziej śmiałe. Głęboko niepokoję się o twego brata. W drodze powrotnej jego karawana została napadnięta. Polało się wiele krwi niewinnej. Minęły niemal dwa decemy, odkąd zjawił się w stolicy całkiem sam. Wszyscy jego towarzysze zginęli. Nie opuszcza rezydencji. Z nikim się nie widuje. Odprawił nawet sług króla. Ludzie szepczą, że leczy straszliwe rany, lub popadł w obłęd. Politycy rozprawiają między sobą o nadchodzącej wojnie. Twój mądry przyjaciel powiedział, że zaczynają się spełniać stare proroctwa, ale nic więcej nie chciał wyjawić, oczekując twojego powrotu.
Jeśli otrzymasz mą wiadomość wiedz, że sytuacja jest poważna. Zechciej wrócić do ojczyzny, nim mroki nadchodzącej burzy okryją ją całą.
 
Twój lojalny sługa Minagris
Beresteczko, 25 Duzu 999 roku c. e. u.
Odpowiedz
#4
Historia ta dzieje się na kontynencie zwanym Taugia, leżącym na planecie podobnej do Ziemi.
Oto północno-zachodni fragment Taugii:

[Obrazek: 34xmhs4.jpg]
Odpowiedz
#5
ROZDZIAŁ I – SĘDZIA I GIERMEK
30 Simanu 999 c. e. u.
Jeszcze raz, powoli, przesunął wzrokiem po całym pomieszczeniu. Uczucie deja vu było silniejsze niż zwykle. Stał lekko pochylony, obiema rękoma oparty o masywne, dębowe biurko. Szczelnie skrywające ściany regały, dźwigały całe oceany wiedzy. Po prawej, w glinianej donicy, rosła egzotyczna w tych stronach palma. Po lewej, na podłodze pośrodku pokoju, kładła się jasna plama z okratowanego okna. Już kiedyś był w tym miejscu. Wzór tworzony przez sączące się, wczesnopopołudniowe słońce wydawał się znajomy. I ten odgłos szybko nadciągających kroków… Deja vu rzadko wróżyło coś dobrego. 
Do gabinetu wpadł zdyszany giermek, klękając na kolano pośrodku słonecznej plamy. Przez chwilę utkwił wzrok w marmurowej podłodze, łapiąc oddech. W końcu podniósł oczy.
– Prokonsul Galio nie żyje! – Rozpalony z przejęcia młodzieniec, jednym tchem wyrzucił z siebie wiadomość.
Sędzia Rollin spodziewał się czegoś zaskakującego, ale to przerosło jego oczekiwania. Jeszcze kilka godzin temu, rankiem, rozmawiał z Prokonsulem w zamkowych ogrodach. W niemym zaskoczeniu wpatrywał się w giermka.
– Prokonsul wypadł z okna, leży na dziedzińcu. – Chłopak uprzedził pytanie. – Panie, chodź zobaczyć.
Giermek wstał i pospieszył przodem. Na korytarzu Rollin ruszył za nim szybkim, ale dostojnym krokiem, adekwatnym do roli dyplomaty. Z zamkowych pokojów wychynęły różne osoby, wywabione wstrząsającą wiadomością. Wszyscy, z wyrazami zaskoczenia i niedowierzania na twarzach, zmierzali na dziedziniec.
Prokonsul leżał w bezruchu kilka łokci od wieży mieszkalnej, gdzie znajdowały się jego komnaty. Głowa, przekrzywiona na bok, wpatrywała się zastygłym wzrokiem w kostkę brukową. Ręce spoczywały bezwładnie wzdłuż ciała. Urzędowa, wełniana szata barwy purpury okrywała je niczym pogrzebowy całun. Wokół zebrali się mieszkańcy zamku, służba oraz bawiący tu cudzoziemcy, ale tylko nadworny lekarz i dwóch strażników podeszło bliżej. Pod wieżą łkała młoda służąca, obejmowana ramieniem przez starszą kobietę. Wnioskując po stroju, przełożoną zamkowej służby. Po chwili doktor głośno zawyrokował sprawę w tych okolicznościach oczywistą:
– Nie żyje.
Sędzia spojrzał w górę na otwarte, duże okno trzeciej kondygnacji. Z wysokości komnat i ułożenia zwłok wnioskował, że Galio musiał stać tyłem w momencie wypadnięcia z niego. Jeszcze raz spojrzał na ciało. Bruk nie nosił najmniejszego śladu krwi. Przy dużym szczęściu można by było wyjść z takiego upadku nawet bez szwanku. Niestety, Galio nie miał go nawet odrobinę.
 
2. Tymczasowo obowiązki Prokonsula przejął przewodniczący rady miejskiej Archelaus. Jego pierwszym zadaniem było wyjaśnienie okoliczności śmierci władcy Chalcedonu Zatarkackiego. Stosowne kroki podjęto jeszcze tego samego popołudnia. Protokół dyplomatyczny nie przewidywał przesłuchiwania ambasadorów, ani osób z ich poselstw, ale okoliczności były niecodzienne. Sędzia Rollin, jako jedna z najwyższych rangą zagranicznych osobistości przebywających na dworze, dał dobry przykład, pozwalając na przesłuchanie swojego giermka. Wobec tego innym gościom nie wypadało zasłaniać się protokołem.
Na dziedzińcu w chwili zdarzenia było kilkanaście osób z zamkowej służby oraz paru członków zagranicznych misji. Żadnych oficjeli. Nikt nie widział samego upadku. Giermek Sędziego był pochłonięty rozmową z miejscowym stajennym i pomocnikiem chalcedońskiego kupca, gdy usłyszeli głuchy odgłos upadku. Podobnie zeznali wszyscy znajdujący się na dziedzińcu. Nikt także nie zauważył w oknach trzeciej kondygnacji żadnej postaci, która mogłaby przyczynić się do śmierci Galio. Tylko zeznania pokojówki były nieco odmienne. Szła przez dziedziniec, niosąc kosz bielizny, ze wzrokiem utkwionym w szarym bruku, gdy nagle przed nią upadło ciało Prokonsula. Doświadczenie to było dla niej tak szokujące, że kilka godzin zajęło ochmistrzyni, wspomagającej się naparem z ziół, uspokojenie roztrzęsionej i płaczącej spazmatycznie dziewczyny.
1 Duzu
3. Tej nocy Sędzia spał krótko. Rozmyślał o porannej rozmowie z Prokonsulem w zamkowym parku. Misja, z którą przybył do Chalcedonu Zatarkackiego, była niezwykle istotna, zarówno dla wciśniętego między dwa łańcuchy górskie państewka Galio, jak i ojczyzny Sędziego – Likarii. U wspólnego sąsiada – Kreonii – trwała właśnie wojna domowa, zagrażająca szlakom handlowym. Poza tym przeniesienie się płomienia konfliktu do Likarii i chciwe oko nowych władz Kreonii wobec malutkiego, ale zasobnego w bogactwa naturalne Chalcedonu, stawiało oba państwa w roli naturalnych partnerów nie tylko jak dotąd handlowych, ale politycznych, a może i militarnych. Prokonsul był równie zaniepokojony rozwojem wypadków, co Rollin.
– Zawsze uważałem połączenie amiriańskiej gorliwości z polityką za niebezpieczne – przyznał Galio.
– Niestety zaowocowało to w Kreonii niepohamowaną przemocą – zauważył Sędzia.
– Dobrze wiem, Marcusie, że gdy Inkwizycja rozprawi się z wewnętrznymi wrogami, zwróci się w stronę terytorialnej ekspansji. I tutaj – Galio wziął głęboki oddech – tutaj moja mała ojczyzna może stać się pierwszą ofiarą.
– Umiejętna współpraca w regionie może przyczynić się do utrzymania pokoju.
– Wiem, do czego zmierzasz. – Prokonsul uśmiechnął się. – Jak dobrze wiesz, ja, tak jak i większość moich poddanych jesteśmy amirianitami. Otwarty sojusz z pogańską, wybacz określenie, Likarią i to wymierzony w amiriańskich sąsiadów, byłby dla mnie samobójstwem. Zwłaszcza teraz, gdy na twarzach wielu radnych widzę niezdrową fascynację ideami i metodami Inkwizycji. – Mina dostojnika zdradzała zatroskanie.
– Wasza Ekscelencjo, sojusz nie musi być tak otwarty. – Likaryjczyk uśmiechnął się przebiegle, odgarniając nisko zwisającą gałąź ozdobnej jabłoni. – Myślę, że subtelne sposoby działania w tym względzie mogą być nawet skuteczniejsze.
Gospodarz tylko się uśmiechnął. Był niezwykle roztropnym politykiem, a ponadto serdecznym i pogodnym człowiekiem, co sprawiało, że ciężko było nie darzyć go sympatią.
– Zdecydowanie nasza współpraca musi pozostać w wąskim kręgu zaufania. Problemem jest – zawahał się, zastanawiając czy powinien to mówić – to, że nie do końca wiem… komu mogę zaufać na własnym dworze. – Galio stopniowo ściszał głos tak, że jego ostatnie słowa były dla Sędziego ledwo słyszalnym szeptem. Gdzieś w głębi ogrodu zaśpiewał słowik.
– Sytuacja w Likarii też nie jest łatwa, Wasza Ekscelencjo – powiedział z namysłem Rollin.
– Masz na myśli coś więcej niż problemy z Kreonią? – Zaciekawił się Galio.
– Nasze zewnętrzne problemy łączą się z wewnętrznymi. W Likarii jest amiriańska mniejszość, która rośnie w siłę. Ma coraz bardziej wpływową reprezentację w naszym Senacie. Dąży do tego, by sprowadzić Inkwizycję także do nas.
– O tym nie wiedziałem – przyznał rozmówca. – Muszę jeszcze raz wszystko przemyśleć.
– Naturalnie Ekscelencjo – przerwał mu Rollin, gdy Galio nabrał powietrza, i sam natychmiast skarcił się w myślach za to wtrącenie. Prokonsul jednak nie zwracając na to uwagi, pociągnął swoją myśl:
– Przyjdź do mych komnat po uroczystej kolacji. Omówimy szczegóły.
 
Pierwsze promienie wiosennego słońca dotknęły dziedzińca. Baszty kładły długie cienie, sięgające murów po zachodniej stronie. Do pomieszczenia, w którym spali strażnicy z likaryjskiego poselstwa, nieoczekiwanie wszedł Sędzia.
– Zbierz wszystkich – polecił czyszczącemu miecz giermkowi. – W południe wyjeżdżamy.
Chłopak nie ukrywał zdziwienia. Wyjazd, nie czekając na uroczystości pogrzebowe, zakrawał na dyplomatyczny skandal. Jednak o nic nie pytał, wiedząc, że dowie się wszystkiego we właściwym czasie.
 
4. Rollin wymógł natychmiastową audiencję u przewodniczącego Archelausa. Przeprosił za pośpieszny wyjazd, usprawiedliwiając się wieściami, jakie nad ranem otrzymał z ojczyzny. Złożył też kondolencje w imieniu króla Likarii i swoim własnym.
Przed wyjazdem pomaszerował do amiriańskiej katedry, która obok pałacu Prokonsula była najokazalszą budowlą w Nuuk, stolicy Chalcedonu. Jej potężne mury nie raz dawały schronienie ludności miasta w czasie wielkich niepokojów i wojen.
Ciało władcy leżało na katafalku z kości słoniowej, ustawionym przed ołtarzem w głównej nawie świątyni, odziane zgodnie z amiriańskimi zwyczajami pogrzebowymi w prostą białą togę. Jedynie ciężki naszyjnik ze złotym orłem, herbem Chalcedonu, spoczywający na piersi Galio, świadczył o godności piastowanej przez niego za życia. Ciało i ołtarz tonęło w kwiatach.
Przejście Sędziego wzbudziło niemałe poruszenie wśród czuwających i modlących się mieszczan. Oto poganin szedł godnym krokiem przez sam środek ich katedry. Obecność pogan nie była zakazana, ale zazwyczaj było to związane z chęcią nawrócenia się na jedyną wiarę, czemu towarzyszyła pokora i skrucha widoczna w postawie przyszłego neofity. Przetykana złotą nicią, ciemnozielona szata dyplomaty, szeleściła przy każdym kroku, wśród powietrza przesiąkniętego zapachem kadzidła. Zdawało się, że małe złote smoki wyhaftowane na jej śnieżnobiałym oblamowaniu poruszają skrzydłami.
Przystanął przed katafalkiem. Dłuższą chwilę patrzył na unieruchomioną śmiertelnym spokojem twarz Prokonsula. Szepty ucichły. Przykląkł na kolano, skinieniem głowy oddał hołd zmarłemu, po czym wstał i podobnie dostojnym krokiem opuścił świątynię.
 
5. Drzewa po zachodniej stronie zaczęły strzępić tarczę słońca. Senior z giermkiem nieco wyprzedzili delegację. Reszta jeźdźców została przy wozie, który powoli toczył się podgórskim traktem. Thovri, szczupły piętnastolatek z okrągłą twarzą i czarną czupryną, był wyraźnie dumny z przypasanego do biodra krótkiego miecza i służby u Sędziego.[1]
– Patron Gimaldi chyba nie był zadowolony z tak szybkiego wyjazdu? – zagadnął, wskazując na wóz.
– Nie był. – Odpowiedzi towarzyszył subtelny uśmiech. – W końcu nasza misja miała charakter handlowy, a on i ci dwaj kupcy, których ze sobą wleczemy, nie zdążyli załatwić zbyt wielu interesów w Chalcedonie.
– Ale czy nie wzięliśmy ich, tak no – Thovri zastanowił się nad brakującym słowem – dla niepoznaki?
Sędzia roześmiał się.
– Masz rację. – Zawsze poprawiało mu to humor, gdy chłopak błysnął jakąś bystrą myślą lub wnioskowaniem. – Tak, wzięliśmy patrona kompani handlowej, by nasza misja na takową wyglądała, choć w rzeczywistości była o wiele ważniejsza. Niestety… – Zawiesił głos. Nastała chwila milczenia, po czym odezwał się znowu:
– Thovri, jak myślisz? Czy śmierć Prokonsula była wypadkiem?
– Nie wiem – zaczął z wolna giermek, wiedząc, że Sędzia często wystawia na próbę jego inteligencję zręcznymi pytaniami – ale nie słyszeliśmy żadnego okrzyku. Ta dziewczyna też mówiła, że po prostu upadł przed nią bez życia. Zupełnie jakby… – przerwał, wahając się, ale widząc łagodny wzrok rozmówcy kontynuował – jakby był już martwy w chwili upadku.
Senior spochmurniał. Zaniepokoiło to Thovriego. Czy powiedziałem coś nie tak? Nie znosił rozczarowywać go swoimi odpowiedziami. Ale dziś twarz Sędziego sposępniała z innego powodu.
– Tak, chłopcze – powiedział, ciężko wzdychając – tak właśnie mogło być.
Thovri z jednej strony odetchnął z ulgą, choć z drugiej poczuł ukłucie w sercu. Sędzia podzielał to, co dla niego było dotąd tylko domniemaniem, że ten serdeczny człowiek – Prokonsul – został zamordowany.
– Będziemy dziś przekraczać Tarkaty? – zagadnął nieśmiało po dłuższej chwili niezręcznego milczenia.
– O nie, mój młody przyjacielu. Górskie przełęcze są tym bardziej zdradliwe nocą. Zatrzymamy się w gospodzie u podnóża, w której nocowaliśmy ostatnio.
– Mogę o coś zapytać?
– Pytaj – przyzwolił Rollin.
– Dlaczego wyjechaliśmy przed pogrzebem Prokonsula?
– Rano otrzymałem wieści z Likarii, które zmusiły nas do natychmiastowego wyjazdu.
– Co to za wieści? – dopytywał Thovri.
– A to już tajemnica państwowa. – Dyplomata znacząco się uśmiechnął.
Jechali jeszcze kawałek, przysłuchując się melodii ptaków w tarkackich lasach. Później przystanęli, by dogonił ich wóz i reszta jeźdźców.
 
6. Panujący w karczmie półmrok rozświetlały żarzące się w kominku drwa i kilka lamp oliwnych. Wnętrze wypełniał zapach piwa, pieczonego mięsa i spokojna muzyka grana przez wędrownego barda. Przy największym stole zasiadł Sędzia Rollin, patron Gimaldi, Thovri, kapitan straży Gubbaru i dwóch likaryjskich kupców – Savidis i Gnadis. Strażnicy posilali się na zewnątrz, pilnując koni i wozu. Patron dłubał widelcem w pieczonym udźcu, jakby posiłek był dla niego męką.
– Szkoda, że tak brutalnie przerwano naszą wizytę w Nuuk – odezwał się w końcu.
Po tych słowach włożył do ust widelec z małym kawałkiem mięsa. Był człowiekiem o słusznej tuszy, acz dość wysokim. Jego szaty błyszczały pomarańczem i fioletem. Niska czapka z piórkiem przekrzywiła się i wyglądała, jakby zaraz miała się zsunąć z łysiejącej głowy kupca.
Rollin mógłby się nawet z nim zgodzić, gdyby chodziło mu o nagłą śmierć Prokonsula. Ale doskonale zdawał sobie sprawę, iż Gimaldi żałuje tylko niezrealizowanych interesów, więc pominął tę uwagę milczeniem.
– Czy sądzisz lordzie D’aragon – Patron zwrócił się do ambasadora, używając jego drugiego nazwiska rodowego – że uda się przywrócić bezpieczeństwo na szlakach handlowych przebiegających przez Kreonię?
– To już nie zależy od nas. – Zagadnięty wziął kufel i pociągnął długi łyk ciemnego chalcedońskiego piwa. – My możemy dbać o bezpieczeństwo traktów w tej części lasu Rhynn, który należy do Likarii.
– O tak – ożywił się Gimaldi – zapewne skazanie przez ciebie na śmierć tych pięciu rabusiów, schwytanych w zeszłym miesiącu, przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa, ale droga przez Rhynn jest dłuższa i tym samym kosztowniejsza. A to niestety przekłada się na cenę towarów, które kompania Drzewny Popiół oferuje odbiorcom w Likarii.
Thovri wzdrygnął się. Jakkolwiek Sędzia był prywatnie człowiekiem dobrym i sympatycznym, to na sali sądowej stawał się nieubłaganą, karzącą ręką sprawiedliwości. Jeśli ktoś popełnił czyn zagrożony karą główną, skazywał na śmierć bez mrugnięcia okiem. Był całkowicie przekonany o słuszności prawa. Zresztą nic dziwnego, sam je stworzył. Wszystkie funkcjonujące w Likarii od trzydziestu lat kodeksy wyszły spod jego ręki. Jako prawodawca cieszył się wielkim autorytetem i charyzmą, co czyniło go jedną z najbardziej wpływowych osób w państwie.
Mimo to, ten jeden aspekt trochę Thovriego przerażał. Niekiedy wydawało mu się, że jest nazbyt surowy. Nigdy nie robiło na nim wrażenia błaganie o litość. Jeśli oskarżony logicznie nie udowodnił, że przemawiające na jego niekorzyść dowody są mylne, płaczem nie dał rady uprosić łaski. Chłopak zaraz się zreflektował – to przecież Sędzia wprowadził darmowych obrońców dla biedoty, a także zrównał, jeśli chodzi o ciężar dowodowy, słowo chłopa czy mieszczanina ze słowem szlachcica, wprowadzając tym samym nieznaną chyba nigdzie indziej równość stanów wobec prawa. Zinstytucjonalizował też królewskie prawo łaski, określając warunki, kiedy można się o nie ubiegać.
– Drogi Patronie – Sędzia wygodnie ułożył ręce na stole i przechylił się do przodu – to już żelazne prawo handlu i ekonomii, że w czasach niepokojów i wojen ceny rosną.
Gimaldi zamyślił się na chwilę nad pieczonym udźcem.
– Jak zwykle masz rację, lordzie D’aragon – odrzekł, po czym chwycił kufel z piwem, przystawił do ust i opróżnił do dna.
2 Duzu
7. Thovri stał pośrodku obozu. Z dogasającego ogniska unosiła się strużka dymu. Zajrzał do namiotu Sędziego – stał pusty. Pobiegł do drugiego – także nie było w nim żywej duszy. Gdzie oni się wszyscy podziali? Zdał sobie sprawę, że jest strasznie cicho. Nie śpiewał żaden ptak. Drzewa tkwiły nieruchomo w promieniach zachodzącego słońca. Nagle usłyszał, dobiegający zza pleców, kobiecy szept:
– Thovri, Thovri, chodź tutaj, potrzebuję cię.
Gdy się odwrócił, dostrzegł powóz. Podchodząc, spostrzegł na drewnianej budzie zadrapania – tak głębokie, jakby zostawiły je pazury niedźwiedzia. Poczuł zapach rozkładającego się mięsa. Ciszę przerwało bzyczenie. Tuż koło jego głowy przeleciała samotna mucha. Chłopak śledził jej lot. Usiadła na krawędzi okienka, przespacerowała się, po czym wleciała do wnętrza. Bzyczenie wzmogło się, jakby w środku był cały rój. Podszedł, otworzył drzwiczki – zakręciło mu się w głowie. W środku leżało ciało, a zapach zgnilizny wzmógł się niemiłosiernie. Skóra trupa sczerniała, a w pustych oczodołach kłębiły się muchy. Pomarańczowo-wrzosowe szaty, jak i niska czapka, która sturlała się wprost pod jego nogi, wskazywała, że to patron Gimaldi. Thovriemu zrobiło się słabo. Chciał uciekać, ale siła strachu paraliżowała nogi. Chciał krzyczeć, ale czuł jak gardło wypełnia mu kwas żołądkowy. Nagle obraz zawirował – ogarnęła go ciemność. Uczucie w trzewiach osłabło. Próbował dojrzeć cokolwiek przez nieprzenikniony mrok. Ponad nim pojawił się jakiś szary kształt. Przybierał coraz wyraźniejszy obraz tarczy księżyca. Gdy oczy przyzwyczaiły się do słabego światła Seleny, dostrzegł, że leży na sienniku w jednym z noclegowych pokoi. Wokoło pochrapywali strażnicy. Położył rękę na piersi. Czuł jak kołatające serce powoli się uspokaja. Na Pana Światła, to był tylko sen, tylko sen – pomyślał, przewracając się na drugi bok.
 
8. Szlak wiodący tarkacką przełęczą był szeroki i łagodny. Wznosił się powoli, wśród porośniętych rzadkim lasem wzgórz. Po obu stronach wyrastały strome skały, poprzerastane karłowatymi drzewami. Pokryte kosodrzewiną szczyty, nie były zbyt wysokie, w porównaniu z północnym łańcuchem Tartaków. Samotny jeździec pokonałby przełęcz w kilka godzin. Jednak wóz pod górę toczył się wyjątkowo wolno, zaś z góry też nie można było forsować zmęczonych koni. Po drugiej stronie witały podróżnych liściaste ostępy Międzyrzecza. To z tej niewielkiej krainy sprowadzano najbardziej pożądane w budownictwie i wykańczaniu szlacheckich oraz monarszych rezydencji gatunki drzew – jesiony, graby, brzozy, klony i czarne dęby, a także miękkie drewno lipowe – idealne dla rzeźbiarzy. Różnorodność gatunków była niespotykana, a dla amiriańskich duchownych, którzy uważali tę połać ziemi za siedlisko czarownic i wszelkich niegodziwych, i plugawych stworów – nienaturalna.[2]
 
9. Pod wieczór delegacja dotarła do małej osady, leżącej na skrzyżowaniu trasy chalcedońskiej z podtarkackim szlakiem wschód-zachód. Zatrzymali się w karczmie Pod Ślepą Małpą. Na metalowej kracie, zawieszonej nad paleniskiem, skwierczały ociekające tłuszczem kawały niedźwiedziego mięsa. Gwar rozmów raz po raz przerywał głośny śmiech podpitych drwali. Likaryjczycy po skończonej wieczerzy raczyli się piwem. Thovri wpatrywał się ukradkiem w patrona Gimaldiego, jakby ciągle się upewniał, że jego śmierć była tylko snem. Nie uszło to uwagi kupca. Czuł jak rośnie w nim irytacja zachowaniem giermka. Odstawiając kufel posłał mu znienacka długie, gniewne spojrzenie. Zakłopotany chłopak szybko odwrócił wzrok. Obiecał sobie, że więcej tego wieczoru na niego nie popatrzy. Jego uwagę zwróciły dwie szepczące nieopodal osoby. Jedną był karczmarz, a drugą, sądząc po stroju i sześciostrunowej lutni trzymanej w ręce – wędrowny bard.
– Czy mogę zaśpiewać dla gości?
– Tak, tylko coś stosownego – odrzekł karczmarz. Thovri pomyślał, że wieść o śmierci Prokonsula i żałobie w Chalcedonie już tu dotarła.
Bard uderzył w struny. Gwar przycichł. Zręczna ręka wydobywała spokojną, melancholijną melodię – Pieśń Martwego Kochanka. Zaraz też dołączył czysty, mocny głos:
 
Leżę u twych stóp
Już całkiem bez lęku
Słyszę twój głos, lecz
Nie mogę wydać dźwięku
 
Mówisz, że mnie potrzebujesz
A potem rzucasz w przepaść
 
Lecz zaczekaj!
Mówisz, że przepraszasz
Nie tego się spodziewałem
Mówisz, że przepraszasz
Choć stoisz nad moim kurhanem
 
To już za późno na przeprosiny
Za późno…
 
Myślałem, że mamy szansę
Jak powietrza Cię potrzebowałem
Jak serce potrzebuje krwi
Tak ja bardzo Cię kochałem
 
Lecz obawiam się…
Że to już za późno na przeprosiny
Za późno…
 
Zaiste była to smutna pieśń. Thovri zastanawiał się, czy odtrącony kochanek popełnił samobójstwo, czy ukochana w inny sposób przyczyniła się do jego śmierci. Spojrzał na swego pana, słuchającego w skupieniu, wyglądającego jakby kontemplował każdy dźwięk. Chłopakowi zdawało się, że przez chwilę w jego oku błysnęła łza. Sędzia otworzył szerzej powieki, ukazując dwoje przenikliwych, szafirowych oczu, mieniących się jak dno południowego morza, oprawionych czarnymi łukami brwi. Wysokie czoło odbijające światło pochodni, wraz z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi sprawiało, że gładka, pozbawiona zarostu broda, tonęła w mroku. Siedział schowany za wysokim kołnierzem czarnej koszuli. Z ramion opadał mu równie ciemny płaszcz z kapturem, spięty na piersi złotą zapinką. Gdy pieśń dobiegła końca, rzucił pod nogi barda srebrnego denara. Ten skłonił się nisko, doceniając takową hojność. Marcus wstał, udając się na spoczynek.[3]Był nie tylko dyplomatą i urzędnikiem, ale też zręcznie władającym mieczem rycerzem, choć jego zgrabne dłonie i długie, szczupłe palce, wskazywałyby bardziej na artystyczną lub pisarską profesję. Nic też nie świadczyło o tym, że ma ponad sześćdziesiąt lat. Dzięki elfickiej krwi, nie wyglądał nawet na trzydzieści.[4]Thovri wiedział jednak, że przygodami jakie były jego udziałem w młodości, jeszcze zanim zaczął pisać prawo, można by obdzielić kilku podróżników.
3 Duzu
10. Słońce powoli wspinało się po bladym nieboskłonie. Okoliczne topole rzucały długie cienie. Poranek był rześki i dosyć chłodny jak na miesiąc Duzu.[5]Sędzia siedział na ławce przed karczmą, wystawiając ku słońcu złaknioną ciepła twarz. Ubrany był w długą, brązową kurtkę z kapturem obszytym futrem. Miał też na sobie parę podróżnych spodni w kolorze kory dębu. Na placu krzątali się żołnierze i pomocnicy karczmarza, przygotowując wóz do podróży. Musieli czekać na Gimaldiego, który wczorajszego wieczoru nadużył wina w towarzystwie kupca z Diagdi, zmierzającego na zachodnie wybrzeże. Gdy wszystko było już gotowe, kapitan Gubbaru poszedł delikatnie go popędzić. Thovri przysiadł na ławce obok Sędziego, który z zamkniętymi oczami chłonął promienie poranka.
– Powiedz, co jest nie tak z patronem? – powiedział półgłosem, nie otwierając oczu.
Słowa te zaskoczyły chłopaka. Spojrzał na seniora, ale ten się nie poruszył. Intensywnie zastanawiał się, o co mu chodzi. Czy o to, że Gimaldi się wczoraj upił? Chwile biegły nieubłaganie, a on nadal czuł w głowie pustkę. Jeszcze gorsza była świadomość, że milczy, nie udzielając odpowiedzi.
– Nie do końca rozumiem, co masz na myśli, lordzie – odrzekł wreszcie, czując dziwną ulgę.
– Może źle zadałem pytanie – zaczął z wolna Rollin, nadal nie otwierając oczu. – Cóż takiego intrygowało cię w Gimaldim wczorajszego wieczoru?
Thovri poczuł jak serce mu przyśpiesza, a ciało zalewa fala ciepła. A więc został zdemaskowany, nie tylko przez obiekt jego niegrzecznego wpatrywania się.
– Wczoraj… znaczy się… – giermek czuł, jak pocą mu się dłonie – bo wczoraj…
Sędzia nagle odwrócił się i popatrzył mu prosto w oczy. Thovri zamarł, jak mały chłopiec przyłapany na myszkowaniu w spiżarni.
– Co cię trapi? – powiedział z niemal ojcowskim uczuciem.
Jego ton sprawił, że Thovri poczuł ulgę. W jednej chwili spłynęło na niego uczucie spokoju. Utkwił wzrok w wydeptanej ziemi i powoli wyszeptał:
– Czy czasem… miewasz koszmary? – dokończył, podnosząc wzrok na seniora.
– Koszmary? – Sędzia pomyślał chwilę. Powoli wyprostował się, znów wystawiając twarz do słońca. – Raczej nie. Nauczyłem się przejmować kontrolę nad snami. Czy śnił ci się koszmar? Koszmar z patronem Gimaldim?
Thovri przytaknął.
– Opowiedz mi go.
– Byłem w naszym obozie, ale nie mogłem nikogo znaleźć. Potem usłyszałem głos jakby z karety. Wołał mnie, więc poszedłem. Otworzyłem drzwiczki, a w środku… – głos ugrzązł mu w gardle.
– Był patron Gimaldi? – dokończył Rollin.
– Tak, i on był… – Thovri obejrzał się przez ramię w stronę wejścia karczmy, jakby zaraz miał się w nim pojawić patron – był martwy.
– Hmm, ciekawe – odparł Sędzia i zamilkł.
– Co to może znaczyć?
– Znaczyć? – Dyplomata ożywił się. – Pewnie jakaś wróżka z podgrodzia za kilka miedziaków powiedziałaby ci co to znaczy.
– Mam rozumieć, że sny nic nie znaczą? – zdziwił się giermek.
– Znaczą, ale nie to, co się wielu powszechnie wydaje. Czasami mogą się w nich odbijać nasze głęboko skrywane strachy, ale nie ma w tym nic mistycznego. To tylko projekcje naszego umysłu – przesunął ręką po czole – który z naszych wspomnień, naszych marzeń, naszych obaw i uczuć tworzy obrazy, i złudne doznania.
– A prorocze sny naszych kapłanów, wróżbitów? – Thovriemu trudno było się pogodzić z jego słowami. – A sny Wyroczni?
– Jakby to powiedział amirianita, pogańskie gusła. A Wyrocznia… – Rollin prawie śmiał się, przeczesując dłonią ciemne włosy – a Wyrocznia wypowiada wróżby wdychając opary zioła widzenia i zaręczam ci, że gdybyś sam się tego nawdychał, to też byś miał wizje.
Thovriego z jednej strony uspokoiły wyjaśnienia odnośnie snów, z drugiej jednak nieco zasmuciło takie lekceważenie mocy bogów. Choć wychowywali go amiriańscy mnisi, nie był przekonany do jedynej wiary. Według nich jego rodzice byli poganami skazanymi na potępienie i ta myśl najbardziej mu się nie podobała. Stał na rozdrożu, wierząc zarówno w jedynego amiriańskiego Boga jak i w starych bogów. Czasem złościło go, że nie pojmuje zagmatwanego świata religii.
5 Duzu
11. Brodami przeprawili się przez Vermissę, po czym omijając Kreonię, ruszyli jej południowym brzegiem na wschód, ku lasom Rhynn. Cztery dni po opuszczenia Nuuk, podróżowali już traktem rhynnyjskim na południe. Pod wieczór rozbili obóz na niewielkiej polanie. Zapadał zmierzch. Kapitan ze strażnikami i kupcami raczyli się winem przy ognisku. Jeden z młodych żołdaków, ku uciesze podchmielonych kompanów, śpiewał sprośną, wiejską piosenkę. W pewnym momencie Gimaldi wstał i dosyć trzeźwo oznajmił, że dziękuje za towarzystwo. Nie chciał mieć drugiego pod rząd naznaczonego pragnieniem wody i bólem głowy poranka, więc udał się na spoczynek. W ślad za nim poszli cechowi kupcy. Wkrótce kapitan Gubbaru zarządził ciszę nocną. Jedynymi całkiem trzeźwymi osobami był Sędzia, który w swoim namiocie zajmował się przygotowywaniem korespondencji dyplomatycznej, i młody Fulgred mający tej nocy pełnić straż. Wszelkie odgłosy na dobre ucichły. Z lasu dobiegał tylko szelest liści poruszanych ciepłym wiosennym wiatrem i cykanie świerszczy. Marcus pogrążył się w zamyśleniu. Znów ogarnęło go to samo uczucie, jakie stało się jego udziałem, na chwilę przed śmiercią Prokonsula. Siedział przed biurkiem zrobionym z dwóch drewnianych klocków i naprędce wyciosanej deski. Trzymał niewielki nefrytowy posążek – dar Galio, w drugiej zaś ręce – pióro. Przed nim leżała nie zapisana karta pergaminu. Deja vu zawsze wiązało się z jakimś dziwnym, przytłumionym uczuciem podniecenia. Także z pewną trudną do zrozumienia przez niego samego satysfakcją, bliską mistycznego doznania wyostrzającego zmysły. Zazwyczaj też poprawiało mu humor – chyba, że wkrótce następowały jakieś niewesołe wydarzenia.
Z zamyślenia wyrwał go cichy świst. W pierwszej chwili pomyślał, że to wiatr grający w konarach jakiegoś starego drzewa. Po dłuższej chwili nie był pewien, czy rzeczywiście coś słyszał, czy też dźwięk był tylko wytworem jego umysłu. Raz jeszcze spojrzał na pergamin i gdy już miał przyłożyć do niego pióro, świst powtórzył się. Wkrótce nie miał wątpliwości. Rżenie koni i okrzyki dobiegające z obozowiska upewniły go, że zostali zaatakowani. Do namiotu wpadł Thovri.
– Zdrada, panie! Zostaliśmy… – głos nagle się urwał, gdy strzała ugodziła go w szyję.
Chłopak upadł u wejścia. W słabym świetle lampy oliwnej widać było, jak jego ciałem wstrząsają przedśmiertne drgawki, powietrze rzęzi w uszkodzonej krtani, a na ziemi rozlewa się ciemna plama krwi. Z zewnątrz dobiegał przeraźliwy krzyk mordowanych kupców. Sędzia dobył miecza.[6]W obozowisku zastał chaotyczną walkę. Nagle wybudzeni strażnicy, usiłowali odpierać ataki zamaskowanych bandytów. Nieopodal leżał Fulgred ze strzałą w piersi. Pod wielkim dębem ciało kolejnego strażnika z ciętą raną od lewego ramienia aż po prawy bok. Po drugiej stronie obozu, pod namiotem Gimaldiego, Savidis i Gnadis próbowali bronić się długimi sztyletami. Z lasu dobiegał cichnący odgłos spłoszonych koni. Jedynie Selena rzucała słaby blask na te nierówne zmagania.
Sędzia, dzięki zdolności infrawizji odziedziczonej po elfickich przodkach, widział w ciemności ciepło każdego przeciwnika. Pierwszym ciosem wyprowadzonym z góry uderzył w głowę bandytę odwróconego do niego tyłem. Cięcie tuż pod uchem niemalże odseparowało czerep od reszty ciała. Uratowało to kapitana Gubbaru, który leżał na ziemi i miał właśnie zostać przez niego dobity. Z tego uderzenia płynnie wyprowadził kolejne cięcie, uderzając w gardło topornika nacierającego z prawej. Krew trysnęła, srebrząc się w świetle księżyca, po czym uniesiony topór go przeważył. Nim jego ciało dotknęło wilgotnej darni, Sędzia zatopił miecz w brzuchu bandyty nadciągającego z lewej. Na krótką chwilę w tej części pola bitwy zapanował spokój. Rollin pomógł kapitanowi wstać. Dołączyło do nich dwóch strażników, którzy nieopodal uporali się ze swoimi przeciwnikami. Stanęli do siebie plecami, przygotowując się do odparcia kolejnej fali atakujących. Zewsząd nadciągali ubrani na czarno, zamaskowani bandyci, dzierżący miecze i topory.
Przez chwilę wydawało się, że szala zwycięstwa przechyli się na ich stronę, jednak napastników było zbyt wielu. Szyk załamał się, gdy kapitan otrzymał cios toporem w głowę. Odgłos trzaskających kości czaszki zmieszał się ze szczękiem żelaza.


[1]Rollin zabrał go trzy lata temu z jedynego amiriańskiego klasztoru w Likarii, prowadzącego ochronkę dla sierot, gdzie trafił jako niemowlę, gdy cała jego rodzina wywodząca się z drobnej, prowincjonalnej szlachty, zmarła podczas zarazy.
[2]Międzyrzecze wyglądem przypominało kwadrat, ograniczony trzema rzekami – Vermissą od południa, Estrą od wchodu, Eserkaną od zachodu – a od północy łańcuchem Tarkatów Południowych. Niewielu tu było stałych mieszkańców. Tylko gdzieniegdzie porozrzucane kolonie drwali, wcinały się w zielone ciało Międzyrzecza. Terytorium to było formalnym współwładztwem Chalcedonu Zatarkackiego i Księstwa Diagdi, lecz naprawdę nie kontrolowała go żadna władza państwowa, choć wiele krain i kompanii handlowych miało tu przedstawicieli. Drewno stąd tańsze było na zachodzie, gdzie transportowano je potężną Vermissą aż do nadmorskiego portu Essen.
[3]Sędzia był nieco wyższy i szczuplejszy niż przeciętny mężczyzna, co zawdzięczał domieszce elfickiej krwi płynącej w jego żyłach. Był synem elfickiego rycerza, Eryka Rollina i szlachcianki ludzkiej rasy, Leticii D’aragon.
[4]Elfy, jak powszechnie wiadomo, mogą żyć nawet o połowę dłużej od ludzi, długo zachowując młody wygląd.
[5]Duzu – szósty miesiąc kalendarza taugijskiego odpowiadający mniej więcej miesiącowi czerwiec w kalendarzu słowiańskim.
[6]Zielony Smok – długi elficki miecz Sędziego wykonany z zielonkawego metalu, wytopionego ze skały meteorytowej. W głowicy tkwi wielki szmaragd. Smukły trzon rękojeści zdobią elfickie runy, motywy roślinne i sentencje zapisane alfabetem taugijskim. Jelec stanowią dwa anielskie skrzydła skierowane lotkami w stronę głowni i czymś na kształt ozdobnych pazurów w stronę ostrza.
Odpowiedz
#6
[Obrazek: 118kew2.jpg]
(źródło: pintest.com)

Marcus August Rollin D'aragon (ur. 937 c. e. u.) - podróżnik, rycerz, prawnik, dyplomata. Syn elfickiego rycerza Eryka Rollina i Letici D'aragon. Młodość spędził na licznych zagranicznych wyprawach. Po powrocie do kraju na stałe, zajął się pisaniem prawa i reformą królewskich sądów. W dowód uznania otrzymał stanowisko Najwyższego Sędziego Likarii. Pojął za żonę Sorayę z domu Wyrte, z którą doczekał się czwórki potomstwa. Z natury sceptyk cechujący się umiłowaniem uczciwości i sprawiedliwości.

[Obrazek: t0lufs.jpg]
(screen własnego autorstwa z gry Lineage II)

Zielony Smok - miecz będący własnością Sędziego Rollina. Przed wiekami, w Wielkich Górach spadł meteoryt, powodując wielkie trzęsienie ziemi. Po latach został wydobyty przez elfy. Metalurdzy wytopili z niego zielonkawy, kowalny metal, nazwany "szkliwem meteorytowym". Zdolni, elficcy kowale z Cestii, wykorzystali go do stworzenia tego pięknego, lekkiego miecza. Nie wiadomo jakie były losy ostrza zanim zostało przywiezione do Likarii przez Sinsimmona - jednego z przodków Sędziego. Legenda głosi, że przez pewien czas było mieczem koronacyjnym cestyjskich elfów.
Odpowiedz
#7
No, ładnie wszystko jak narazie podane, z grafikami, mapą (w ), fragmentem ze świętej księgi(?) i listem zamiast prologu. Tym ostatnim nie wzgadziłbym. Choć przyznam wydanie papierowe może najlepiej by powieści zrobiło. To bowiem najpiękniejsza forma publikacji. Wink Zauważyłem że wielkość czcionek nieco zaszwankowała. Przyznam, trochę inaczej wyobrażałem sobie postacie bohaterów uwzględniając i te grafiki, które dawniej umieściłeś. No, ale jako autor masz przecież prawo do własnej interpretacji. Chętnie bym też poznał to, co znajduje się poza tą mapą - nawet całą planetę z widokiem z przestrzenii. Ba, całym układem, satelitami etc.
Tak, czy inaczej życzę powodzenia i pozdrawiam. Smile
Odpowiedz
#8
(09-09-2018, 22:05)Kotkovsky napisał(a): Zauważyłem że wielkość czcionek nieco zaszwankowała.
Niesforną czcionkę pod koniec 1 rozdziału poprawiłem.

(09-09-2018, 22:05)Kotkovsky napisał(a):  Przyznam, trochę inaczej wyobrażałem sobie postacie bohaterów uwzględniając i te grafiki, które dawniej umieściłeś. No, ale jako autor masz przecież prawo do własnej interpretacji. 
To tylko luźna wizualizacja. Coś co najbardziej mi pasowało z tego co w internecie znalazłem, aczkolwiek także nie odpowiada moim wyobrażeniom Wink
Grafika z BG jest mi bliższa:
[Obrazek: 33p3bwx.png]
Ale nieco nieprawomyślna, bo Sędzia, jako pół-elf, nie ma zarostu na twarzy Big Grin
I tak, ta piękna grafika, została złożona na ołtarzu wierności wobec założeń świata książki Big Grin
(09-09-2018, 22:05)Kotkovsky napisał(a):  Chętnie bym też poznał to, co znajduje się poza tą mapą - nawet całą planetę z widokiem z przestrzenii. Ba, całym układem, satelitami etc.
Tu nieco szersza perspektywa:
[Obrazek: 66jc0i.jpg]

A cały kontynent prezentuje się tak:
[Obrazek: xqdef9.jpg]
To pierwsza wersja, jeszcze z czasów zanim zrezygnowałem z nazwy Sherwood i innych zapożyczonych choćby z Władcy Pierścieni Wink
Powyższa mapa datuje się na rok 1999. Kiedyś, jak czas pozwoli, zrobię zaktualizowaną wersję.

Póki co, wersją z perspektywy kosmicznej nie dysponuję Wink

Serdecznie Pozdrawiam Smile
Odpowiedz
#9
ROZDZIAŁ II – WIZYTA PROFESORA
22 Szariwar
Po deszczowych dniach miesiąca Nenegar nastał upalny Szariwar. Skąpane w słońcu zielone łąki i wzgórza Likarii, sprawiały wrażenie krainy harmonii i wiecznej szczęśliwości. Wśród rozlewisk delty Vermissy, w mieście Essen, życie toczyło się dość leniwie. Hodowcy winorośli doglądali upraw na pobliskich wzgórzach. Jedynymi interesującymi wydarzeniami były wizyty statków kupieckich w miejscowym porcie. Na trawiastym wzgórzu za miastem, przed rodową rezydencją Galileich, siedziało dwóch starszych mężczyzn. Jeden z nich miał długą, siwą brodę, drugi starannie ogolony, był trochę niższy od gospodarza. 
– No to powiedz, stary przyjacielu, co tam słychać w stolicy? – Likarius Galilei podał rozmówcy pełny kielich słodkiego wina.
– Nastały ciężkie czasy – westchnął profesor Rotoi. – O ile tu, wybacz, na prowincji możecie jeszcze sycić się pozorami spokoju, to w stolicy narasta napięcie.
Likarius rozsiadł się wygodniej w wiklinowym fotelu, gładząc bujną brodę. Drewniana altana, porośnięta bujnymi pędami winorośli, osłaniała ich głowy przed ostrym słońcem.
– Cóż to zaprząta uwagę Beresteczka? Czyżby sytuacja w Kreonii?
– Nie tylko, choć to nasze największe zmartwienie. – Rotoi delikatnie upił trochę wina. – Już od jesieni płoną tam stosy, a na nich wszyscy parający się magią, bądź tylko w imię doraźnych politycznych interesów o to oskarżeni.
– Słyszałem, że ta zionąca żądzą mordu organizacja ma poparcie Wielkiego Patriarchy z Rhynn.
– W rzeczy samej. A wydawał mi się rozsądnym człowiekiem. – Rotoi zamyślił się, patrząc, jak trunek skrzy się w kielichu.
– Myślisz, że zbliża się wojna?
– Gorzej przyjacielu. – Profesor podrapał się po łysiejącej głowie, otoczonej diademem siwych włosów.
Likarius uniósł brwi w geście zdziwienia.
– Inkwizycja chce rozszerzyć działalność na nasz kraj. Amiriańska mniejszość rośnie w siłę i ma w naszym Senacie kilku wpływowych przedstawicieli.
– Ale niby jak chcieliby wtargnąć do nas bez wojny? – Możliwość taka wydała się Likariusowi nieprawdopodobna.
– Może w to nie uwierzysz, ale amirianici uwiedli swoją retoryką wielu prawomyślnych senatorów, a nawet część mieszczaństwa wespół z pospólstwem.
– Niemożliwe! – Likarius uderzył pięścią w stół. Zreflektował się zrazu, widząc poważną twarz profesora. – Jak mogło do tego dojść?
– Widzisz mój drogi, Likaria widziana z perspektywy Essen jest prostsza. Niestety rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona. Przywódcy Inkwizycji nie są głupimi fanatykami – Rotoi wziął głębszy oddech – na nasze nieszczęście. Nie wszczęli prześladowań religijnych. Wyznawcy innych religii padają ofiarą, o ile parają się magią albo z innych względów są niewygodni. Wiesz, że zanim zaczęło się to szaleństwo, Kreonia i tak nie była spokojna, a napaści opryszków władających pewnymi aspektami Sztuki były na porządku dziennym. Inkwizycja powstała i przejęła władzę pod hasłami zaprowadzenia porządku. Może to wydawać się dziwne, ale nawet niektórzy, dla nich pogańscy, kapłani poparli Inkwizycję. A w ich najwyższej radzie zasiada kapłan boskiego ognia.
– A więc nie walczą z innymi bogami tylko z magią? – Niebieskie oczy Likariusa lśniły w jasnej twarzy otoczonej siwizną, jak szafiry leżące w śniegu.
– Tak i dlatego część naszych senatorów i naszego społeczeństwa nie widzi w nich zagrożenia. – W głosie profesora słychać było strapienie.
– A co na to Arcykapłan Beresteczka? – Likarius był pewien, że najwyższy duchowny rodzimych kultów nie dał się porwać temu szaleństwu.
– Milczy – powiedział krótko Rotoi. Po chwili dodał: – Dasz wiarę, że niektórzy z naszych duchownych, aż palą się do stawiania stosów? Choć trzeba dla przeciwwagi przyznać, że są i tacy, którzy publicznie potępiają Inkwizycję, nawet wśród samych amirianitów. – Rotoi oddał sprawiedliwość stanowi kapłańskiemu, który tylko nosił pozory jednolitości.
Obaj pogrążyli się w zamyśleniu.
– A gdzie twa najstarsza latorośl? – Profesor przerwał milczenie, zmieniając temat.
– Arkus? A pewnie razem z Christianem grasują gdzieś na wzgórzach za miastem.
– Cieszy się z wyjazdu na studia do Beresteczka? – spytał Rotoi, który był jednocześnie ministrem handlu i rektorem Uniwersytetu Beresteckiego.
– Tak, cieszy się – odpowiedział Likarius, zdając sobie sprawę, że tak naprawdę nie wie, co o wyjeździe myśli jego syn. Od śmierci matki ich kontakt znacznie osłabł.
 
2. Christian padł w trawę, ciężko dysząc. Koszula przylepiła mu się do spoconych pleców. Wypuścił z ręki drewniany miecz.
– Jeszcze raz – wysapał stojący nad nim Arkus.
– Nie, już nie dam rady – zaprotestował Christian, łapiąc oddech po każdym słowie.
Arkus stał nad nim jeszcze chwilę, po czym legł obok w soczystej trawie. Wpatrywali się w błękitne niebo, po którym przesuwały się samotne baranki.
– Musimy dużo ćwiczyć, żeby zostać rycerzami. – Arkus uniósł się na łokciach, patrząc na przyjaciela.
– Ja i tak nie zostanę rycerzem.
– Dlaczego? – zapytał Arkus.
– Ty chodzisz na lekcje fechtunku, a mój ojciec uważa, że to strata czasu.
– Dlatego ćwiczymy, pokazuję ci wszystko, czego się uczę. – Chłopak zdjął koszulę przez głowę. Słońce szybko wysuszyło jego mokre od potu ciało.
– Ale i tak nie będę rycerzem – powtórzył Christian.
Arkus znowu spojrzał na niego pytająco.
– Ojciec nigdy by mi na to nie pozwolił. Mam hodować winorośle, handlować winem jak on. Zresztą, i tak mieszczanin nie może być rycerzem – przypomniał niemal z nutką rozczarowania, ocierając usta wierzchem dłoni. Na wargach został mu słonawy posmak.
Christian dotknął czułej różnicy pomiędzy nimi. On był synem dorabiającego się na winie mieszczanina, którego rodzice byli biednymi chłopami z podesseńskiej wsi. Arkus zaś szlachcicem od pokoleń, którego rodzina wytwarzała znane w całym regionie wino. Mimo, że ich przyjaźń była bardzo silna, to jednak gdzieś wisiała nad nimi ta różnica pochodzenia – jak jakieś fatum. Zresztą Arkus nie lubił wracać do tej kwestii, dlatego tę uwagę zbył milczeniem. Wstał, podnosząc drewniany miecz. Po chwili zastanowienia, rzekł:
– Kto się na polu bitwy wykaże odwagą, tego król może pasować od razu.
– Tak, ale po studiach wolałbym być urzędnikiem na dworze, więc i tak chyba nie zostanę rycerzem.
– Zostaniesz czy nie, umiejętność posługiwania się mieczem na pewno ci się przyda. No dalej, jeszcze raz. – Arkus pociągnął przyjaciela za rękę.
– No dobrze. – Christian niechętnie poddał się jego woli.
23 Szariwar
3. W rezydencji Galileich zwykle panował spokój, a wręcz, jak uważał Arkus, nuda. Tym razem z okazji wizyty profesora Rotoi, ożyła za sprawą uwijającej się służby, która gruntownie wysprzątała i przyozdobiła wszystkie komnaty i korytarze. Arkus wolał spędzać czas poza rezydencją. Często wykradał się z Christianem do esseńskich karczm i na wiejskie zabawy. Likariusowi nie podobało się to zbytnio, ale nie wypominał tego synowi. Zdawał sobie sprawę, że jego pierworodny chadza własnymi ścieżkami. Zresztą aż nadto miał zajęcia z młodszym rodzeństwem Arkusa – dwoma braćmi i trzema siostrami. Chociaż całą piątką zajmowały się piastunki i prywatni nauczyciele, jak to było w zwyczaju w bogatych dworach, Likarius wolał osobiście doglądać wychowania swoich latorośli. 
Rozpoczęła się uroczysta uczta. Na szczycie stołu zasiadł gospodarz – Likarius Galilei. Naprzeciwko – honorowy gość, profesor Rotoi. Po prawicy gospodarza najznamienitsze osobistości Essen – starosta z małżonką, Wyższy Kapłan Arveny, kilku szlachciców i mieszczan spod znaku winorośli. Wśród tych ostatnich ojciec Christiana wraz z synem. Po lewej dzieci Likariusa, a także kapitan Straży Miejskiej z żoną. Dwóch paziów uzupełniało kielichy gości, podczas gdy służba wnosiła kolejne potrawy. Na stole zagościła zupa warzywna podbita kaszą, wędzone ryby, pieczone mięso przepiórcze, kosze jabłek i gruszek, winogrona i figi na srebrnych i cynowych półmiskach. Każdy mógł wybrać pomiędzy trzema rodzajami sosów do mięsa. Stały na stole w małych dzbankach z barwionego szkła. Do picia – wino, miód, maślanka i mleko. Na deser kilka rodzajów ciast. Nie mogło też zabraknąć małych marynowanych cebulek – przysmaku dworu Galileich. Rozmawiano o bieżących problemach miasta i przygotowaniach do Festiwalu Arveny. Gdy skonsumowano główne dania, do jadalni wprowadzono muzyków, którzy umilali proces trawienia zebranym. Na zakończenie występu wykonali, dobrze znaną w stolicy, Pieśń Uzurpatora:
 
Dzielny rycerz, rosły Boragus, królom służył
Imię jego odwagą i honorem brzmiało
Gdy się tą służbą wielce utrudził i znużył
Pragnienie władania tronem w nim zamieszkało
 
Garść ziela wrzuciła w płomienie wiedźma stara
Wzięła miecz z mroczną czaszką smoka w rękojeści
Gdy za usługę dał jej srebrnego denara
Szeptając oznajmiła mu takowe wieści:
 
„Tak, nadejdzie twój wielki dzień w pełni księżyca
I sam na swe skronie włożysz złotą koronę
Gdy strzaskana zostanie książąt potylica
I wszystkich, którzy mogliby wziąć ich w obronę”
 
Niedługo wzeszła twarz księżyca pozłacana
Tego dnia krwawa bitwa wielu uciszyła
Ostrym toporem czaszka króla rozpłatana
Złoty tron królestwa nagle opustoszyła
 
Na tę chwilę czekał smoczy miecz Boragusa
Sześciu monarchy synów na jednym kamieniu
Razem zginęło z ręki niecnego sługusa
Życie ludu zanurzając w wielkim cierpieniu
 
Aż powstał Ethelred i mu rzucił wyzwanie
Zdrajca Boragus z furią na niego uderzył
A w dniu, gdy wypadło ich bitewne spotkanie
Mało brakło, by go śmiałek nie przeżył
 
Lecz dzięki swemu sprytowi życie ocalił
Na koniec w pojedynku uśmiercił potwora
Którego zwłoki lud śpiesznie na rynku spalił
Tak kończąc los Boragusa Uzurpatora
 
– Piękna pieśń – westchnął profesor, gdy umilkły ostatnie dźwięki. – Opowiada historię Likarii.
– To wydarzyło się naprawdę? – zaciekawił się Christian.
– Tak młodzieńcze – powiedział z powagą Rotoi. – To historia sprzed ponad stu lat. Gdy król Snofru Długoręki, zginął w bitwie, jego marszałek zamordował sześciu małoletnich książąt i obwołał się królem. Rozpętał też prześladowania zwolenników dynastii.
– Ale Ethelred go pokonał?
– Tak, ale zanim to zrobił, musiał wydostać się z wielu zasadzek. Boragus chciał go zabić, bo Ethelred był bratankiem króla Snofru i naturalnym następcą tronu. W końcu młodzieniec w uczciwym pojedynku zabił uzurpatora.
– I co było dalej? – Christian z rosnącym zaciekawieniem dopytywał za dwóch. Wyraz twarzy Arkusa również zdradzał wielkie zainteresowanie wszystkim, co wiązało się z królami, rycerzami i bitwami.
– Lud obwołał go królem. Ethelred to dziadek miłościwie nam panującego króla Conoriusa.
Twarze chłopców wyrażały zachwyt opowieścią profesora. Wyglądali jak małe dzieci, słuchające barwnych historii, opowiadanych na dobranoc przez piastunki.
– A co się stało z mieczem? – zapytała, pochodząca z Beresteczka, żona starosty. Dobrze znała tę pieśń i zawsze ją to intrygowało. A tak uczona osoba jak profesor Rotoi mogła zaspokoić jej ciekawość.
– Zyskał miano Zabójcy Książąt. Była to piękna klinga z czarnego żelaza, którego głowicę rękojeści stanowiła stylizowana czaszka smoka. Nie wiadomo co się z nią stało po śmierci Boragusa. Podobno Ethelred kazał miecz połamać i przetopić.
– Istnieje też możliwość – do rozmowy włączył się kapłan – że król Ethelred urzeczony pięknem narzędzia zbrodni, zaniechał jego zniszczenia i przekazał w depozyt Świątyni Pana Światła. Niestety, zaginął on w czasie wielkich niepokojów, w początkach panowania króla Conoriusa.
Arkus uśmiechał się, patrząc na siedzącego naprzeciwko kapłana. Jego biała szata nie była praktyczna przy ucztowaniu. Rękawy nosiły ślady jasnobrązowego sosu do mięsa, a na wysokości piersi, w materiał, wpiło się kilka kropel wina. Arkus tylko czekał, kiedy zamaszyście gestykulujący duchowny, przewróci na siebie kielich, koło którego niebezpiecznie blisko łopotał, jak żagiel handlowego statku, biały rękaw jego szaty.
– To prawda – przyznał Rotoi – słyszałem o takiej wersji zdarzeń. Jakkolwiek dziś nikt nie wie, gdzie znajduje się miecz i czy w ogóle jeszcze istnieje.
– Wtedy robiono wspaniałe ostrza, nie to co ostatnio sprowadzono z Kurgan. – Kapitan po tych słowach wrzucił do ust lśniące winogrono.
– Mówisz o mieczach dla Straży, kapitanie? – podchwycił temat Likarius Galilei.
– Tak, nie minęło pół roku, a rękojeści zaczęły rdzewieć i się rozpadać – mówił z dezaprobatą gwardzista.
– To czemu nie zakupiono likaryjskich wyrobów? – Profesor Rotoi zainteresował się miejscowym problemem.
Kapitan spojrzał wymownie na starostę. Ten zmieszał się, nagle sobie uświadamiając, że większość biesiadników utkwiła w nim wzrok.
– Były tańsze – powiedział ściszonym głosem – ale to nie oznacza, że miały prawo się rozpaść – dodał zaraz, odzyskując powoli pewność siebie. – Po prostu zostaliśmy oszukani. Kupiec, który je dostarczył, został obciążony kosztem wymiany uzbrojenia.
– I tak po prostu zaakceptował karę? – zapytał z subtelnym uśmiechem profesor, który jako minister handlu dostrzegł pewną nieścisłość w wypowiedzi starosty.
– Rzeczywiście profesorze. Wyraziłem się, jakby problem został już załatwiony – sprostował starosta. – Kupiec odwołał się do arbitrażu książęcego. Czekamy na orzeczenie, ale nie wątpimy, że będzie korzystne dla miasta – dodał z rosnącą pewnością siebie.
– Oczywiście, kochany. – Żona pogładziła go po ramieniu. – Ale w dzisiejszy wieczór naszą uwagę powinny przykuwać przyjemniejsze rzeczy. Lordzie Galilei – zwróciła się do gospodarza – czy moglibyśmy jeszcze usłyszeć jakąś balladę?
– Oczywiście. – Likarius uśmiechnął się szeroko, po czym skinął na majordomusa.
Zaraz jadalnię znów wypełniła muzyka i dźwięczny śpiew.
 
4. Zbliżał się czas wyjazdu profesora Rotoi, który zatrzymał się w Essen, podróżując na zachód. Kareta była już gotowa do drogi. Arkus pożegnawszy go, poszedł spotkać się z Christianem. Likarius, podczas osuszania pożegnalnego kielicha wina, postanowił wrócić do jednej kwestii, która zaintrygowała go poprzedniego poranka.
– Wspominałeś, że Inkwizycja nie jest twoim jedynym zmartwieniem. – Lord Galilei potrafił wyłowić z cudzych wypowiedzi pojedyncze słowa, które tak naprawdę mogły skrywać wiele tajemnic.
– Likariusie, mam wiele zmartwień i nie sposób o wszystkich opowiedzieć, a o części mówić nie mogę. – Profesor był bardzo poważny.
– Chyba możesz uchylić rąbka tajemnicy staremu przyjacielowi? – Gospodarz z dużego dzbana dolał mu wina.
– Dobrze Likariusie, ale to musi zostać między nami. – Profesor nachylił się, ściszając głos.
– Naturalnie.
– W kancelarii Sędziego pojawił się projekt… sam Sędzia Rollin jest… zresztą nieważne. – Rotoi pominął wątek poboczny, który przyszedł mu na myśl, co oczywiście nie umknęło uwadze przyjaciela. – Pojawił się projekt, by Departament Manufaktur wydzielić z Ministerstwa Handlu, spod mojej jurysdykcji, i to właśnie teraz…
– Gdy…
– Gdy dzieją się te rzeczy. – Rotoi z konspiracyjnym naciskiem na ostatnie słowo, spojrzał prosto w oczy Likariusa. – Odkryłem, że ktoś wyprowadza pieniądze z królewskich manufaktur; browary, przędzalnie, kuźnie…
– Kto? – Likarius nie ukrywał zaciekawienia.
– Tego właśnie usiłuję się dowiedzieć. – Żylasta dłoń mocniej ścisnęła kielich. – Różnice w księgach rachunkowych są subtelne, ale takie rzeczy nie ukryją się przed moim wzrokiem. Zleciłem zaufanemu człowiekowi przeprowadzenie śledztwa w tej sprawie. Gdy wrócę z Torverey, oczekuję jego raportu.
– Widzę, że cała stolica jest niespokojna. – Likarius postanowił nie drążyć tematu, czując, że nie powinien wiedzieć o szczegółach. Jak sam lubił powtarzać: „Nieświadomość często jest błogosławieństwem”.
– Likariusie, chyba tylko miejska biedota nie ma żadnych zmartwień, oddając się swoim ulubionym zajęciom. – Twarz profesora nieco pojaśniała.
– Drobnym kradzieżom, żebractwu i prostytucji. – Likarius roześmiał się, kończąc myśl profesora.
– Ale na koniec porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym – rzekł Rotoi. – Jak tam przygotowania do winobrania?
– Maskaram[1]
zbliża się wielkimi krokami, a pogoda w tym roku była idealna dla upraw. – Gospodarz pogładził siwą brodę. – Jeśli Arvena nam poszczęści, zbiory będą obfite.
– Ona zawsze ci szczęści, Likariusie – odparł profesor.
25 Szariwar
5. Noc po wyjeździe rektora miała przywrócić w rezydencji Galileich zwykły stan ciszy i spokoju. Jednak ta noc nie była ani cicha, ani spokojna. Dobrze po północy mieszkańców Essen zbudził głos alarmowego dzwonu na ratuszowej wieży. Wszyscy dorośli mężczyźni wylegli na ulice z mieczami. A tam szalały giberlingi. Tłukły wystawy sklepów na podcieniach, płoszyły konie, demolowały puste stragany. Było to o tyle dziwne, że te małe, nagie, głupie i wyjątkowo tchórzliwe humanoidy nigdy nie atakowały osiedli ludzkich. Zazwyczaj mieli z nimi do czynienia pasterze, pilnujący stad na wzgórzach lub nieostrożni podróżni, którzy zboczyli z drogi. Na szczęście szybko unieszkodliwiono hordę. Po tym jak kilka stworów padło pod ciosami wciąż oszołomionych mieszkańców, reszta rozpierzchła się w panice. Co poniektórzy ścigali je jeszcze do granic upraw, ciągnących się za miastem. Inni czuwali do świtu, ale nie wydarzyło się już nic niepokojącego. Rano wszelkie rozmowy zdominował nocny atak giberlingów. W świadomości esseńczyków była to anomalia, porównywalna do śniegu w lecie lub narodzin cielaka z dwiema głowami. Arkus przysłuchiwał się rozmowom prowadzonym na rynku: 
– Nie dość, że te szkodniki tutaj narozrabiały, to poniszczyły winorośle na wschodnich wzgórzach – opowiadał z przejęciem jeden z mieszczan zajmujących się produkcją wina. – Na własne oczy widziałem powyrywane krzewy na polach sąsiada. Na szczęście mnie ominęła ta zaraza.
– Coś musiało je wypłoszyć z siedlisk – rzekła miejscowa zielarka Halishia, wpatrując się w niebo, jakby chciała tam dostrzec znaki, które odpowiedzą na pytanie, co by to mogło być. – To nie jest ich normalne zachowanie.
– Jakby ci, którzy co roku wyprawiają się na wiosnę, by je przetrzebić, lepiej się starali, to potem giberlingi nie skakałyby po rynku – zżymała się pulchna żona karczmarza. – A czy ktoś w ogóle ich sprawdza? Może przez cały decem[2] obijają się w lesie.
– Przecież to starosta opłaca, więc chyba pilnuje.
– Racja, wszystko jest skrupulatnie rozliczane – zapewnił urzędnik z ratusza, zadowolony, że ktoś wziął władzę w obronę.
– A ja wam mówię, to na pewno sprawka jakiegoś przeklętego maga. – Przygarbiona staruszka zaczęła wymachiwać laską. – Jak nic nie zrobimy, ten pomiot doprowadzi nas do zguby.
– Co ty pleciesz kobieto? Jakiego maga? Przecież u nas…
Arkus dłużej nie słuchał. Wypatrzył w tłumie Christiana. Razem wybrali się obejrzeć wyścigi kurczaków, organizowane w pobliskiej wsi. Właściciele zwycięskich zwierząt mogli liczyć na kilka denarów wygranej z zakładów. Jednak dla zmagającego się drobiu nie było to zbyt szczęśliwe. Zgodnie ze zwyczajem, trzy najszybsze kurczaki z każdego wyścigu, były pieczone, zjadane i popijane piwem podczas pikniku po zawodach. Tańce i radosne śpiewy kończyły się dobrze po zachodzie słońca, zawsze przyciągając złaknionych zabawy wieśniaków, mieszczan, a nawet młodocianych szlachciców. W stolicy byłoby to nie do pomyślenia, ale tu, na prowincji, wspólna zabawa łączyła wszystkie stany. 

W ciągu kilku kolejnych nocy sen mieszkańców Essen był wyjątkowo czujny. Jednak gdy minęło kilka dni, a atak się nie powtórzył, temat giberlingów znikał z ust mieszkańców, wypierany przez zbliżające się Winobranie.

[1]Maskaram – dziewiąty miesiąc kalendarza taugijskiego odpowiadający mniej więcej miesiącowi wrzesień w kalendarzu słowiańskim.
[2]Decem – okres dziesięciodniowy. Każdy miesiąc składa się z trzech decemów.
Odpowiedz
#10
Cytat:To tylko luźna wizualizacja. Coś co najbardziej mi pasowało z tego co w internecie znalazłem, aczkolwiek także nie odpowiada moim wyobrażeniom [Obrazek: wink.gif]
Grafika z BG jest mi bliższa:
[Obrazek: 33p3bwx.png]
Ale nieco nieprawomyślna, bo Sędzia, jako pół-elf, nie ma zarostu na twarzy [Obrazek: biggrin.gif]
I tak, ta piękna grafika, została złożona na ołtarzu wierności wobec założeń świata książki [Obrazek: biggrin.gif]
    Istotnie, lepsza wizualizacja - wbrew pozorom całkiem "prawa". Można ją wytłumaczyć tym że cechy ludzkie stały sie w Nim wyjątkowo przeważające nad elfimi. Wyobrażałem sobie zaś Rollina jako postać dość wysoką, dość tęgą ale i dość muskularną i łysą. Pamiętam też inne wyobrażenia - Lambert przypominał pewnego bohatera ze znanego uniwersum.
   No a widok globu interesujący, ale choć nie masz perspektywy kosmicznej to chyba już wiesz co jest dalej we wszystkich kierunkach komtynentu. Zwłaszcza na wschód, bo widać wyraźnie że "obciąłeś" kontynent.
A na samym pd. mamy chyba coś jak półwysep w pewnym stanie "hameryki"? Zaś miejsce po upadku meteorytu to ta zatoka - jezioro na samej północy? Wink
Odpowiedz
#11
(21-09-2018, 20:31)Kotkovsky napisał(a):  Wyobrażałem sobie zaś Rollina jako postać dość wysoką, dość tęgą ale i dość muskularną i łysą. Pamiętam też inne wyobrażenia - Lambert przypominał pewnego bohatera ze znanego uniwersum.
To jest piękne, jak każdy czytelnik może sobie bohatera wyobrazić nieco inaczej.

(21-09-2018, 20:31)Kotkovsky napisał(a):    No a widok globu interesujący, ale choć nie masz perspektywy kosmicznej to chyba już wiesz co jest dalej we wszystkich kierunkach komtynentu. 
Są tam jakieś inne kontynenty. Jest przejście północno-wschodnie - taka grobla która odsłania się raz na 20 lat, która można dotrzeć na sąsiedni kontynent. Ale większość to dla mnie samego terra incognita Wink

(21-09-2018, 20:31)Kotkovsky napisał(a):  Zwłaszcza na wschód, bo widać wyraźnie że "obciąłeś" kontynent.
A na samym pd. mamy chyba coś jak półwysep w pewnym stanie "hameryki"? Zaś miejsce po  upadku meteorytu to ta zatoka - jezioro na samej północy?   Wink
Tylko środkowa część doczekała się aktualizacji - i w niej kontynent mieści się na arkuszu, nic nie wystaje Smile z przyczyn czysto technicznych - by nie trzeba było dorabiać małej mapki na ten wystający skrawek.  

(21-09-2018, 20:31)Kotkovsky napisał(a): A na samym pd. mamy chyba coś jak półwysep w pewnym stanie "hameryki"? Zaś miejsce po  upadku meteorytu to ta zatoka - jezioro na samej północy?   Wink
Kształt jest autorski, podczas tworzenia nie sugerowałem się istniejącymi kontynentami ani Florydą Wink Chodziło mi wtedy, o ile pamiętam, o coś na kształt ogona skorpiona.
Zaś co do ogromnej, zamarzniętej zatoki na samej północy, to ciekawa koncepcja z meteorytem. Tak własnie mogło być Wink
Odpowiedz
#12
[Obrazek: wh5jp.jpg]
(źródło: internet)

Likarius Galilei (ur. 934 c. e. u.) - podróżnik, szlachcic, producent wina. Dziedzic jednego z najpotężniejszych likaryjskich rodów. Młodość spędził w licznych podróżach. Zdołał przeprawić się na drugą stronę kontynentu. Późno założył rodzinę. Ze związku z Maryam, szlachcianką z Kurgan, doczekał się trzech synów i trzech córek. Niestety po porodzie najmłodszej córki Maryam zmarła. Bogactwo rodu pochodzi głównie ze sprzedaży najwyższej jakości wina, znanego w całym kraju, a także poza jego granicami. Likarius jest spokojnym, statecznym mężczyzną. Jego ulubionym powiedzeniem jest "Nieświadomość często jest błogosławieństwem."
Odpowiedz
#13
ROZDZIAŁ III – WINOBRANIE
1 Maskaram
O Arveno! Pokłon ci składamy w blasku słońca. Oto tu, oto teraz niech się stanie, dzień Wielkiej Pani, Winobranie! – Odziany w biel starosta wzniósł ręce. Odpowiedziały mu żywiołowe okrzyki esseńczyków, tłumnie zgromadzonych na rynku. Mężczyzna wziął z rąk odświętnie ubranego chłopca wieniec z liści winogron i już miał ukoronować Arvenę, gdy nagle, na trybunę ustawioną pod ratuszową wieżą, wtargnęła czarna wiedźma. 
– O nie! Korona mnie się należy. Oddaj ją mnie starosto, pókim dobra! – wykrzykiwała ochrypłym głosem.
– Arvena naszą prawdziwą królową – ripostował, wkładając winogronowy diadem na głowę Synthi, która w tym roku odgrywała rolę Arveny.
– O niewierni! Niech deszcz nagły wasze winnice zmłóci, niech grad spadnie na nie, przeklinam Winobranie! – wykrzyczała wycofująca się wiedźma. Nadszedł czas na błogosławieństwo. Synthia zwróciła się ku świętującym, wyciągając ręce w geście triumfu.
 
Radujcie się moje dzieci!
Niech wam zawsze łagodne słońce świeci!
 
Niech słodkie winogrona dojrzewają
Niech się radują chłopcy i dziewice
Niech raduje ich smak młodego wina
Niech tańczą w blasku słońca i księżyca
 
Radujcie się moje dzieci!
Niech wam zawsze łagodne słońce świeci!
 
Starosta ujął dziewczynę za rękę i razem zeszli do paradnego rydwanu, zaprzężonego w dwa białe rumaki. Arvena w długich szatach koloru południowego nieba i zachodzącego słońca wsiadła do pojazdu. Zaraz za nią uczynił to starosta. Bogini raz jeszcze rzuciła do tłumów:
– Radujcie się moje dzieci!
Rydwan ruszył powoli, a za nim zaczęła się formować procesja do świątyni Arveny. Zaraz za pojazdem kroczyli najprzedniejsi obywatele miasta, dalej muzycy z harfami, trąbkami, fletami i bębnami, następnie tancerze i tancerki, a za nimi mieszczanie odziani w świąteczne stroje. W blasku słońca, spoglądającego z bezchmurnego nieba, procesja mieniła się barwami tęczy, jak witraże w amiriańskiej katedrze. Wielu nosiło, wykonane specjalnie na tę okazję, finezyjne maski przedstawiające różne zwierzęta i baśniowe postacie. Gdy pochód posuwał się brukowanymi uliczkami, kobiety rzucały z okien kamienic płatki kwiatów, które wirując w letnim powietrzu, łagodnie opadały na rozradowany i roztańczony tłum. Przed świątynią przywitał ich Wyższy Kapłan Arveny. Pomógł wysiąść z rydwanu staroście i bogini, wygłosił zwyczajowe błogosławieństwo i wprowadził młodych artystów. Aktorzy na marmurowych schodach przedstawili świąteczną sztukę, opowiadającą, w jaki sposób boska Arvena związała się z winoroślą i jej hodowcami. Po zakończeniu sztuki kapłan zaprosił wszystkich do środka, gdzie można było do woli oddawać się piciu wina, jedzeniu winogron i wznoszeniu toastów na cześć bogini.
2 Maskaram
2. Nazajutrz, na tym samym placu przed świątynią, aktorzy z Królewskiego Teatru w Beresteczku, odegrali sztukę, opowiadającą o narodzinach Taugii.[1] Specjalnie na tę okazję sprowadził ich Likarius Galilei. Przed świątynią ustawiono dekorację, mającą imitować wody oceanu. Scenografia i gra aktorska spotkały się z ogromnym uznaniem publiczności.[2]
Dzień zwieńczyło odsłonięcie marmurowego posągu Arveny na dziedzińcu świątyni. Zgromadzeni wznosili toasty za boginię, króla i Likarię. Zwyczajowo też starosta rozsypywał pośród tłumu garście miedzianych monet,[3]których zbieraniem zajęły się małe dzieci.
Motywem przewodnim trzeciego dnia było miłosierdzie wobec biednych, słabych i potrzebujących. Dziewczynki przebrane za Arvenę i chłopcy w zielonych strojach Ducha Lasu kwestowali na rzecz sierocińca. Starosta zaś, w przedsionku świątyni, podjął uroczystym obiadem miejskich żebraków i kilka rodzin ubogich chłopów. 
5 Maskaram
3. Na zabawie upływał cały dziewięciodniowy okres święta. Rano esseńczycy zbierali winogrona, a od południa trwonili czas na zabawy, tańce, maskarady, pochody, śpiew i picie wina. Piątego dnia Christian i Arkus, by odetchnąć od zgiełku, udali się na okoliczne wzgórza i wznowili ‘rycerskie’ treningi. Christian, zazwyczaj podchodzący dosyć pasywnie do fechtunku, tym razem zaangażował się w walkę. Arkus, odpierając szybkie ataki, był zdziwiony, ale i zadowolony. Pomyślał, że wreszcie przyjaciel traktuje rycerskie rzemiosło tak jak on sam. Starcie było tak gwałtowne, że w pewnym momencie drewniany miecz Arkusa złamał się z trzaskiem. Chłopcy usiedli w cieniu wielkiego dębu.
– To była dobra walka, ale potrzebuję nowego miecza. – Arkus z wyraźnym zadowoleniem oglądał złamany oręż.
– Ja też, popatrz, mój jest pęknięty. – Christian wyciągnął go przed siebie, by przyjaciel mógł obejrzeć długą rysę, ciągnącą się od rękojeści aż do połowy ‘ostrza’.
– Poprosimy Hadragana, żeby zrobił nam nowe.
– O ile nie jest na jakimś pochodzie, albo przedstawieniu. – Christian położył się na trawie i przymknął oczy, ciesząc się zapachem kwitnącej łąki.
– Starego Hadragana nie interesują przebieranki i teatr. – Arkus roześmiał się. – O ile go gdzieś nie wyciągnęła żona, to powinien być u siebie.
– Wiem, że jest najlepszym stolarzem w Essen i ma wiele zamówień, ale chyba w czasie święta pozwala sobie na odpoczynek? – Christian znów usiadł, spoglądając na przyjaciela.
– Chodźmy się przekonać. – Arkus szybko wstał. – Kto ostatni przy bramie ten troll! – krzyknął i rzucił się pędem w dół wzgórza. Christian nie lubił wyścigów, wydawały mu się dziecinne, a i nie często je wygrywał. Szybko jednak poderwał się i ruszył za Arkusem, postanawiając nie oddać łatwo zwycięstwa. Przeskakując płynnym susem nad powalonym konarem, przypomniał sobie, co daje mu najwięcej frajdy w wyścigach. Czas, w trakcie lotu nad przeszkodą, zdawał się zwalniać. Gdy odrywał od ziemi obie nogi, mógł napawać się doświadczeniem zarezerwowanym dla ptaków. Przypomniał też sobie, jak z ojcem wybrał się do Sanktuarium na Górze. Stroma, leśna ścieżka wiodła przez wiele stopni uformowanych z korzeni. O ile wspinaczka była męcząca, to powrót był niesamowity. Szybkie zbieganie po tych leśnych schodach niezwykle angażowało wzrok. Trzeba było w ułamku sekundy decydować, gdzie postawić stopę, by przyjemność nie zakończyła się bolesnym upadkiem. Należało to do najbardziej fascynujących doznań w jego życiu. Jakkolwiek niechętnie wybierał się z ojcem do Sanktuarium, tak w drodze powrotnej zapewniał, że chętnie pójdzie tam po raz drugi. Taka atrakcja była warta męczącej wspinaczki. Także i ten wyścig stał się przyjemnością, tym większą, że tym razem to Christian był pierwszy przy bramie. Odetchnęli chwilę i weszli do miasta. Na ulicy Rzemieślniczej musieli przeciskać się pod ścianami kamienic, gdyż w przeciwną stronę podążał kolorowy, świąteczny pochód. W końcu dotarli na podwórko cieśli. Przed wejściem żona stolarza rozmawiała z miejskimi strażnikami. Jej twarz naznaczona dotykiem czasu na czole i wokół oczu, otoczona średniej długości, falowanymi, brązowymi włosami, zdradzała zatroskanie.
– … co mogło się stać. Dziś miał występować w przedstawieniu księżycowym. Specjalnie uszyłam dla niego tę szatę. – Kobieta trzymała na ręku krótką, fałdowaną tunikę z oliwkowego aksamitu.
– Ale mówiła pani, że… – Strażnik zawiesił głos, gdy dostrzegł chłopców. – Czego szukacie?
– Przyszliśmy do stolarza. – Arkus wysunął się naprzód.
– A co od niego chcecie? – Ton mężczyzny zabrzmiał szorstko.
– On robi dla nas miecze – powiedział Arkus z taką godnością, jakby przemawiał na posiedzeniu Senatu.
– Miecze? – Strażnik uniósł brwi.
– Tak, drewniane.
– Znam tych chłopców – wtrąciła Halishia, żona cieśli. – To Arkus, syn lorda Galilei i Christian, syn winiarza. Mąż robił dla nich drewniane miecze do zabawy.
Jakiej zabawy? Do lekcji fechtunku, kobieto! – Arkus obruszył się w myślach.
– Nie wiecie, gdzie on jest? – spytał łagodniej strażnik.
– Właśnie chcieliśmy go prosić o wykonanie nowych, bo poprzednie nam się połamały – wyjaśnił młody Galilei, hardo utrzymując kontakt wzrokowy ze strażnikiem.
– Oni nic nie wiedzą. – Drugi mężczyzna machnął ręką z dezaprobatą.
– Właśnie szukamy Hadragana. Jak mówi pani Halishia, nie ma go od dwóch dni. Gdybyście go spotkali albo mieli jakieś informacje o nim, to dajcie znać pani Halishii albo nam. –  Pierwszy dał im do zrozumienia, że powinni się oddalić.
Arkus skinął głową. Chłopcy odeszli, a strażnicy podjęli przerwaną rozmowę z zielarką.
– Czemu nic nie mówisz? – zagadnął Christian, gdy wracali przez pustą ulice, na której jedynym znakiem niedawnego pochodu były rozrzucone płatki kwiatów. – Szkoda, ale będziemy musieli odłożyć nasze treningi.
– Nie tym się martwię. – Arkus pokręcił przecząco głową, nie odrywając wzroku od skąpanego w słońcu bruku. – Ciekawe, co się stało z Hadraganem. Zostawiłby pracownię i żona nic o tym nie wie?
– Może nie znasz go aż tak dobrze, jak ci się wydaje. A może chciał trochę spokoju. – Christian przestał na chwilę mrużyć oczy, gdy znaleźli się w chłodnym cieniu kamiennej bramy. – Słyszałem, że jego żona jest kłótliwa. Pewnie zmusiła go do udziału w tym przedstawieniu, sam słyszałeś.
– Tak, uszyła dla niego strój. Pewnie nie był z tego zadowolony.
– I może postanowił zniknąć na kilka dni – kontynuował przypuszczenia Christian.
– Chyba masz rację – przyznał Arkus. – Jutro sprawdzimy, czy wrócił. 
Christian przejął inicjatywę w szukaniu zastępczego oręża. Najpierw próbowali z ociosanymi gałęziami, potem wzięli kije używane przy hodowli winorośli, ale były za długie i za ciężkie. Pomyśleli o innym stolarzu, ale przed końcem święta nie było szans, by oderwać kogoś od zabawy. 
Hadragan nie wrócił przez kolejne dwa dni. Arkus uznał, że głupio byłoby pytać Halishię po raz trzeci. Smutek w głosie zielarki przenikał serce. Ta na oko pięćdziesięcioletnia kobieta miała w mieście opinię swarliwej, ale chłopak nigdy nie widział, ani nie słyszał niczego, co by to potwierdzało. Zawsze była otwarta na wspieranie innych. Tyle lat pomaga esseńczykom, a teraz nikt jej nie wesprze? Czy Straż coś robi w tej sprawie? Arkus rozważał włączenie się w poszukiwania, jednak nazajutrz było zakończenie Winobrania, a potem wyjazd na studia do Beresteczka. Czekało go jeszcze wiele przygotowań do podróży.
9 Maskaram
4. Dziewiątego dnia miesiąca Maskaram chłopcy bezczynnie wylegiwali się na wzgórzu, z którego roztaczał się widok na morze. Raczyli się dzikimi jagodami z rosnących nieopodal krzewów. Słońce powoli zbliżało się do błękitnej gładzi oceanu. Na złotych falach unosiła się kupiecka koga, płynąca do Salem.
– Wiesz, że na zakończeniu Festiwalu byłoby tak samo jak każdego roku. – Arkus usiłował przekonać przyjaciela, że dobrze zrobili, bycząc się, zamiast uczestniczyć w paradzie kończącej Winobranie.
– No – przytaknął bez przekonania Christian, nie odrywając wzroku od okrętu – ale czy Arvena się nie pogniewa?
– Arvena to radosna bogini. Bardziej obawiałbym się gniewu naszych ojców. – Na twarzy Arkusa zagościł łobuzerski uśmiech.
– Dlaczego? – Christian oderwał wreszcie wzrok od znikającego na horyzoncie żaglowca i spojrzał na przyjaciela.
– Że tracimy tutaj czas, zamiast przygotowywać się do wyjazdu i szlochać z piastunkami. – Arkus odchylił się do tyłu i oparł łokciami o miękką trawę.
– Na to będzie czas jutro. Słyszałem, że zabierasz ze sobą zapas wina.
– Nie ciesz się tak, to wino nie dla mnie. – Arkus się roześmiał. – To prezent od mojego ojca, który mamy zawieźć profesorowi Rotoi.
Christian przypomniał sobie, że jest beneficjentem tej znajomości. Mógł dostać się na Uniwersytet tylko dzięki bliskim relacjom ojca z Likariusem Galilei, jak i przyjaźni tego ostatniego z rektorem Rotoi. Zwykle bramy uczelni były zamknięte dla prowincjonalnych mieszczan. Christian cieszył się z tej możliwości. Zawsze chciał być urzędnikiem na królewskim dworze. A droga do takich godności wiodła właśnie przez Uniwersytet Berestecki. Odmiennie postrzegał to Arkus. Jechał na studia z woli ojca, który przewidział dla niego karierę, o której marzył Christian. On jednak chciał zostać wojownikiem. Irytowało go, że stracił już tyle czasu. By osiągnąć cel, powinien od kilku lat szkolić się u boku jakiegoś rycerza. Gdyby ojciec mu na to pozwolił, kto wie, może pasowanie miałby już za sobą i już teraz byłby pełnoprawnym członkiem stanu rycerskiego. Jedynym jego sukcesem w tej materii, było pozwolenie na lekcje fechtunku.
– Patrz na ten okręt! – Christian zauważył zbliżający się do portu żaglowiec.
– To chyba nie kupcy z Salem? – Arkus wytężył wzrok, by dostrzec więcej szczegółów.
– Nie, z pewnością nie, okręty z Salem są mniejsze. I bandera nie jest z Salem.
Okręt stawał się coraz większy i wyraźniejszy.
– Nie widzę dobrze, ale jest pod banderą kabirską albo szaradzką. – Christian usiłował przyporządkować flagę powiewającą na maszcie, do któregoś z krajów znajdujących się na południe od Salem.
– Rzadko przypływają do nas statki z tak daleka.
– Zobaczmy co przywieźli. – Christian wstał szybko. – Kto ostatni w porcie ten troll!
Niemal jednocześnie dopadli nabrzeża. Chwilę spierali się o to, kto był pierwszy. W końcu nauczeni bezcelowością takich polemik, wiedząc, że żaden z nich nie ustąpi, ogłosili remis.
W tym czasie okręt przybił do nabrzeża. Wkrótce po przybyciu, załoga zabrała się do rozładunku. Pielgrzymka pachołków podążyła do magazynów portowych, z workami i beczkami pełnymi orientalnych towarów. Chłopcy obserwowali, jak jeden z ogorzałych marynarzy, wyprowadza z pokładu konia. Zaraz za nim zszedł ze statku jego właściciel. Wysoki rycerz w lśniącej zbroi inkrustowanej złotem, z wyraźnym znużeniem na twarzy, podążał leniwym krokiem za wierzchowcem. Trzymał pod pachą hełm z przyłbicą, z tego samego lśniącego czernią metalu, z którego zrobiona była zbroja. Chłopcy podeszli bliżej, by się przyjrzeć. Napierśnik, jak i płyty nachodzące na niego z ramion bogato zdobiły płaskorzeźby bohaterów, walczących z mitologicznymi stworami, i wkomponowanymi w to motywami roślinnymi. Poniżej grupy postaci niosły instrumenty muzyczne i dzbany z winem. Kiedy ich mijał, zauważyli, że wszystkie elementy są podobnie wykonane. Rycerz przejął od marynarza uzdę  i powędrował w stronę miasta – zapewne szukając miejsca na nocleg. Chłopcy wiedli za nim wzrokiem, aż zniknął za załomem budynku kapitanatu.
– Ciekawe ile dukatów wydał na taką zbroję? – zastanawiał się Christian.
– Takie rzeczy robi się tylko na zamówienie i nie wiem, czy w całej Likarii znalazłby się płatnerz zdolny coś takiego wykonać. – Arkus nadal nie mógł wyjść z podziwu nad misternie zdobionym pancerzem.
– Może są, ale na pewno nie w Essen. – Christian się uśmiechnął.
Port po odejściu rycerza stracił na atrakcyjności, więc ruszyli z powrotem na wzgórza. Żegnały ich wrzaski mew i rybitw oraz odgłosy pracujących marynarzy.
– Na pewno zmierza do Beresteczka na turniej.
– Dobrze, to znaczy, że jeszcze go zobaczymy. – Arkusowi od razu zrobiło się raźniej na myśl o oglądaniu Wielkiego Turnieju Rycerskiego, odbywającego się raz na cztery lata w Beresteczku. –  Tak jak i króla, i wielu rycerzy z całej Taugii.
– Z całej to może nie. Wątpię, by przybył ktoś zza Wielkich Gór. – Christian miał lekko irytującą Arkusa zdolność wyłapywania małych nieścisłości w jego wypowiedziach.
– No to prawie całej. – Arkus niechętnie się poprawił. Zaraz jednak znów się rozchmurzył, wracając myślą do turnieju. – Wyobrażasz sobie: konkursy łucznicze, pojedynki na kopie, miecze, topory, wyścigi rydwanów…
– Nie  – Christian zrobił prowokacyjną pauzę – dlatego chętnie to wszystko zobaczę. Ale zauważyłeś, że ten rycerz był sam?
– Co masz na myśli?
– No, nie było z nim nawet giermka. A taki bogaty rycerz, bo chyba musi być bogaty jak ma taką zbroję, płynąc z tak daleka, to powinien mieć ze sobą przynajmniej kilku służących. – Christianowi wydawało się, że jego przyjaciel, jako bogaty szlachcic, sam powinien zwrócić na to uwagę.
– A może to jeden z tych prawdziwych rycerzy przemierzających Taugię, biorący udział w wielkich bitwach i walczący z potworami. – Młody Galilei zdawał się rozanielony wizjami, które teraz wywoływał w głowie.
– Rycerz, który ma służbę, nie jest prawdziwy?
– Wielu naszych lordów w pięknych zbrojach nigdy nie widziało żadnej bitwy, ani żadnego smoka[4]czy choćby wiwerny.[5]– Arkus z dezaprobatą machnął ręką koło czoła. – Tak mówił mój ojciec. A jak wiesz sam w młodości przemierzył całą Taugię po tej stronie Wielkich Gór. – Chłopak wrócił pamięcią do opowiadań Likariusa, których uwielbiał słuchać w dzieciństwie. –  I to bez armii służących.
– Chciałbyś być taki jak on?
– Tak, tylko on tego nie chce. – Arkus zmarszczył brwi. – Chce żebym był jakimś tam urzędnikiem.
Ze złością kopnął niewielki kamień, który poturlał się ścieżką i wpadł w przydrożne zarośla.
– Arkusie, gdy skończysz studia sam będziesz robił to, na co masz ochotę – rzekł Christian ze spokojem i pogodną powagą godną Pana Światła.
– Tak, masz rację przyjacielu. – Arkus podniósł głowę wyżej, patrząc, jak słońce powoli zanurza się w morzu. – Wtedy mu pokażę, że mogę być rycerzem takim, jakim on kiedyś był.
Szli chwilę w ciszy. Christian z zadowoleniem kontemplował poprawę humoru przyjaciela. Rubinowe promienie zastały ich w alei dębowej, rozmawiających o wyjeździe i atrakcjach stolicy. Jutro ich życie miało się na zawsze odmienić.
 
5. Profesor Rotoi stał na szerokim tarasie pałacu książęcego, górującego nad całym Torverey. Pod nim rozciągały się miejskie zabudowania, schodzące stromym zboczem aż do największego portu północy. Przystanie, pomosty i magazyny portowe ciągnęły się wzdłuż całego wybrzeża, obejmując swoimi ramionami półkolistą zatokę. Z tej odległości jej wody przypominały mrowisko. Brązowe poszycia statków handlowych oraz kutrów rybackich nieustannie zawijały i wypływały z portu. Blask słońca odbijający od morskich fal niemal oślepiał. Minął decem, odkąd profesor przybył do Torverey, będącego głównym miastem Ligi Morskiej. A miał tu spędzić jeszcze co najmniej drugie tyle. Liga była zainteresowana współpracą, stawiała jednak twarde warunki.[6]Największą przeszkodę w zawarciu umowy, stanowiły liczne zawiłości prawne, które jak dzikie pnącza oplatały wspólne relacje. W ostatnich dniach Rotoi prowadził wyczerpujące dyskusje nad każdym punktem aktu, który umożliwiłby przystąpienie likaryjskich portów do związku. Jeden z towarzyszących urzędników właśnie dołączył do niego na tarasie.
– Profesorze, negocjatorzy Ligi są gotowi do dalszych rozmów.
Rotoi powoli skinął głową. Raz jeszcze spojrzał na miasto i port. Z rękoma zaplecionymi z tyłu powrócił do środka. Zasiadł przy długim, kamiennym stole, który potęgował panujące tu uczucie chłodu. Choć komnata była całkiem jasna, dzięki światłu dostającemu się od strony tarasu, to masywne ściany z szarego piaskowca wysysały ciepło. Nie zapobiegały temu nawet gobeliny rozpięte od podłogi po wysoki strop.
Kolejną kwestią było rozwiązywanie sporów między członkami organizacji.
– Spory handlowe rozstrzyga wewnętrzne prawo Ligi – spokojnym głosem główny negocjator Torverey, burmistrz Al-Salidi, wyraził stanowisko związku.
Profesor, zanim odpowiedział, pociągnął głęboki łyk soku winogronowego. Nie przywykł do tak długich debat i czuł już drapanie w gardle.
– W Likarii książę Roland jest arbitrem sporów handlowych.
– Ale wewnątrz waszego państwa, a nie w sporach zewnętrznych – zauważył Al-Salidi, którego ciemna karnacja kontrastowała z jasną cerą pozostałych negocjatorów.
– Zgadza się – przytaknął profesor, gładząc się po policzku. – Z tym, że Liga nie jest państwem, a tylko związkiem niezależnych miast. I nie tylko niezależnych.
– Nie możemy pozwolić, by w nasze wewnętrzne spory Ligi angażowała się obca monarchia. Te sprawy nie mogą podlegać jurysdykcji księcia Rolanda. – Ton burmistrza brzmiał coraz bardziej zdecydowanie.
– Nawet gdybym przystał na takie rozwiązanie, to do ograniczenia kompetencji księcia trzeba by uchwały naszego Senatu i oczywiście zgody króla. – Profesor mnożył przeszkody.
– Chwileczkę, czy my rozmawiamy o układzie między portami a Ligą, czy między Likarią a Ligą? – gwałtownie spytał jeden z negocjatorów.
– Valdie, proszę – uciszył go burmistrz. – Rozumiemy te komplikacje profesorze Rotoi, jednak Ligą rządzą zjazdy przedstawicieli wszystkich miast, działamy jednomyślnie i, naprawdę, konflikty wewnętrzne to bardzo sporadyczne przypadki.
Paź czuwający nad odpowiednim poziomem soku podszedł i uzupełnił kielich rektora.
– Możemy przeformułować zapisy tak, by nie naruszały wewnętrznego prawa Likarii ani niezależności Ligi. – Rotoi przeczesując siwe włosy na skroni, skłonny był do kompromisu.
Razem ze skrybami zajęli się układaniem jak najbardziej elastycznych sformułowań. Późnym popołudniem, gdy ostateczne brzmienie tego punktu zostało uzgodnione, burmistrz zabrał profesora do małego ogrodu przylegającego do pałacu książęcego. Al-Salidi opowiadał o tym, dlaczego akurat tutaj zbudowano Torverey.[7]Chełpił się, że miasto wzniesione na skałach jest nie do zdobycia. Rotoi tego dnia niezwykle krytycznie spoglądał na gospodarza. Al-Salidi tak dumnie maszerował po rezydencji, jakby osobiście ją wybudował lub był potomkiem potężnego rodu, który tego dokonał. W rzeczywistości ród książęcy, który niegdyś panował w Torverey, został obalony przed laty przez plebejską rewoltę. Władzę przejął miejski samorząd, który od czasów rewolucji wybierał spośród siebie kolejnych burmistrzów. A ten nie był nawet miejscowym. Al-Salidi, smagły handlarz z Salem, osiedlił się na północy i dzięki pewności siebie, a niekiedy zuchwałej śmiałości, zrobił w mieście karierę polityczną. Rozmowę przerwał posłaniec:
– Wybacz – zwrócił się do burmistrza – ale kazałeś się na bieżąco informować.
– Mów – przyzwolił Al-Salidi.
– Nie znaleźliśmy Mesterchenesa w jego samotni na bagnach. Ślady wskazują, że nikogo tam od dawna nie było. Nie ma go też u rodziny w Tusco.[8]
Al-Salidi zamyślił się chwilę, po czym odesłał go gestem.
– Poszukujesz kogoś, burmistrzu? – Nagle miejscowe problemy wydały się profesorowi Rotoi bardziej atrakcyjne, od przechwałek napompowanego pychą Salemczyka.
– Zaginął rzeźbiarz wielkiej sławy w Torverey. Dosłownie jakby zapadł się w morskie głębiny. – W głosie burmistrza zadźwięczała nutka zatroskania.
Profesor nie podejrzewałby go o zdolność do takich uczuć. Jako minister handlu znał dobrze portowe miasta i ich władców. Al-Salidi zawsze drażnił go sposobem zachowania, choć jako wytrawny dyplomata, słynący z niezwykłego opanowania, nigdy tego nie okazywał. Dziś po raz pierwszy władca Torverey wzbudził w nim bardziej pozytywne emocje.
– Był ci osobą bliską? – drążył temat.
– Gdybym był monarchą, powiedziałbym, że był moim nadwornym rzeźbiarzem. – Usta burmistrza pod bujnymi, kręconymi wąsami, wydęły się w tak dobrze znany jego rozmówcy uśmiech dumy. – Chodź profesorze, pokażę ci jego dzieła z mojej prywatnej kolekcji.
Ruszył przodem, podniecony możliwością pochwalenia się czymś jeszcze przed zagranicznym gościem. Komnata stanowiła swego rodzaju skarbiec, gdzie gospodarz gromadził gobeliny, rzeźby, poroża, kły słoni, skóry lwów i tygrysów. W przeszklonej gablocie, na jesionowych półeczkach, stały malutkie rzeźby.
– W drewnie potrafi robić tak niewiarygodnie precyzyjne rzeczy. – Burmistrz wskazał misterne rzeźby w drzewie lipowym, gładząc się po przyciętej w szpic czarnej brodzie. Na półeczkach stały miniaturowe postacie, kareta z końmi, dwaj walczący rycerze, niedźwiedź w starciu z wilkami, damy odpoczywające pod baldachimem i wiele innych. Wszystkie mieszczące się na dłoni. Rotoi był zaskoczony precyzją detali. Musiał przyznać, że nadmorski rzeźbiarz odznaczał się wielkim talentem. Burmistrz Al-Salidi był wyraźnie zadowolony wrażeniem, jakie zrobił na gościu.


[1]Taugia – kontynent przedzielony wzdłuż, z północy na południe, pasmem Wielkich Gór Taugijskich.
[2]Sztuka rozpoczynała się sceną, w której Perun Ojciec Sztormów powierza panowanie nad bezkresnym oceanem dwóm synom – Neresusowi i Pontosusuowi. Jednak młodzi bogowie co rusz wszczynają kłótnie. By położyć kres ich walkom ojciec postanawia rozsiać na morzu długi archipelag wysepek, rozdzielając ich terytoria. Niestety nie ukróciło to sporów. Ojciec Sztormów wyciągnął więc wyspy ku górze, tworząc łańcuch górski przecinający wszechocean, ale i to rozwiązanie nie przyniosło pokoju. Bracia kłócili się o zwierzchność nad górami. Arvena podsunęła rozgniewanemu Perunowi myśl, by jeszcze bardziej wyciągnął góry, a z nimi ponad powierzchnię oceanu po obu stronach ląd, który nie byłby we władaniu żadnego z braci. Ojciec Sztormów poszedł za radą małżonki, wyciągnął góry jeszcze bardziej wraz z lądem po obu stronach i tak powstała Taugia. Wielkie Góry Taugijskie rozdzieliły królestwa obu braci, stąd niejednokrotnie obdarza się je dodatkowym przymiotnikiem – Wododziałowe. Taugia zaś stała się domeną Arveny. Ona to na początkowo nagiej ziemi zasadziła pierwsze rośliny. Bracia zaś wojują już tylko na dalekiej północy i dalekim południu, a objawem tego są tropikalne i lodowe sztormy.
[3]W likaryjskim systemie monetarnym z miedzi bito grosze i leptony, przy czym jeden grosz był wart cztery leptony.
[4]Smok – gatunek jednego z największych latających potworów zamieszkujących Taugię. Występuje w dziesiątkach podgatunków. Ich długie paszcze wyposażone są w dwa rzędy ostrych zębów. Charakteryzują się posiadaniem dużych skrzydeł oraz długim ogonem, z którego nie raz wyrastają kościane wypustki. Smoki zawsze posiadają cztery łapy. Ciało smoka pokryte jest twardymi łuskami, chroniącymi go przed zagrożeniami. Większość smoków potrafi ziać ogniem. Ich bronią są też potężne szczęki, ostre pazury i zwinny ogon. Stworzenia te są typem samotników i z wyjątkiem okresu godowego i lęgowego stronią od swoich pobratymców.
[5]Wiwerna – inaczej wywerna. Latający gad z wyglądu podobny do smoka z tą różnicą, że wiwerny posiadają tylko dwie łapy, są dużo mniejsze od smoków i nie posiadają zdolności ziania ogniem. Można je spotkać w stadach złożonych z pięciu do ośmiu spokrewnionych ze sobą dorosłych osobników lub dorosłych z młodymi. Część wiwern, podobnie jak smoki, prowadzi samotniczy tryb życia.
[6]Układ oznaczał dla Ligi wzrost znaczenia na północy, większy dostęp do rynków Likarii oraz łatwiejszą drogę eksportu w głąb lądu. Likaryjskim portom pozwoliłby na rozwój oraz możliwość wysyłania towarów za pośrednictwem Ligi na całe wybrzeże zachodniej Taugii.
[7]Jest to jedyne górzyste miejsce na wybrzeżu. Gdzie indziej bagna łagodnie przechodzą w piaszczyste morskie brzegi
[8]Tusco – miasto portowe leżące na północ od Torverey w zatoce Quatto, członek Ligi Morskiej.
Odpowiedz
#14
(02-09-2018, 15:44)Gunnar napisał(a): Historia ta dzieje się na kontynencie zwanym Taugia, leżącym na planecie podobnej do Ziemi.
Oto północno-zachodni fragment Taugii
Kurczę, ta mapa jest świetna. Uniwersum dopracowane od A do Zet. Język, kalendarz... Czytam, czytam, Gunnar. I oglądam. Te zdjęcia bohaterów - rewelacja. Fajnie jest połączyć część pisaną z wizualizacją... Poczytywałam już wcześniej, ale takich cymesików graficznych nie było. Teraz to jest prawdziwe High Fantazy. Chciałabym kiedyś ujrzeć Twoją powieść na półkach w księgarni... Wyobrażam sobie ją jako księgę rozmiaru A4 z piękną szatą graficzną... Aż mi zapachniało świeżym drukiem... 
No dobrze, zmykam dalej do czytania, po cichutku Smile

PS. Fajny dywan Wink
[Obrazek: oscar.jpg]
Odpowiedz
#15
Ad. rozdziału I
Hmmm... Zastanawiam się, czy koncepcja "deja vu" mogła być znana w Twym universum... Ale zostawmy to...


Cytat:wczesno-popołudniowe
Pisownia łączna.


Cytat:Ręce leżały bezwładnie wzdłuż ciała.
Z powodu bliskiego powtórzenia, proponowałabym zmianę na "spoczywały".


Cytat:gdy usłyszeli głuche uderzenie
Raczej "głuchy odgłos upadku [z wysokości]". Bo raczej nikt nikogo tam nie bił?


Cytat:Prokonsul był równie zaniepokojony rozwojem wypadków co Rollin.

Przecinek przed "co".

Na razie tyle ode mnie. W trakcie lektury będę się dzielić spostrzeżeniami Smile
[Obrazek: oscar.jpg]
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości