Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Porosła na nich trawa
#1
Starzec schodził ze wzgórza, gdy ujrzał przed sobą las. Dostał zadyszki i nie mógł złapać tchu. Był pełen obaw, że to będzie jego ostatnia wizyta na cmentarzu.
Schorowany, stary i samotny, musiał radzić sobie sam. W mieście, wsiadał do pociągu. Wiele kilometrów dalej wysiadał w malutkiej wsi, gdzie twarze starych ludzi były spokojne i uśmiechnięte, a młodych ponure i nadąsane – znak, że przy pierwszej lepszej sposobności wyjadą z stąd i z własnej woli tu nie wrócą. Wieś faktycznie była nieciekawa, kilka domów przy żwirowej ścieżce i jeden mizerny sklep, a zewsząd pola, łąki i lasy.
Ze stacji kolejowej na miejsce pochówku szło się około sześciu kilometrów. Cmentarz poświęcony ofiarom drugiej wojny światowej, gościł zarówno cywili, jak i poległych żołnierzy. Dziadkowie, rodzice, brat i siostra, oraz przyjaciele – bracia broni, stanowili cel jego odwiedzin.
Wychodząc z gęstego, mieszanego lasu, dochodził do cmentarnych bram.
     Po deszczu, w kwietniowy poranek, las wydawał się być odświeżony. Czuł wilgoć w powietrzu i różne przyjemne zapachy. Z wiekiem większość zmysłów mu szwankuje, lecz powonienie go nie zawodzi. Nie może już czytać. Żal mu wszystkich książek, co stoją samotnie na pułkach u niego w domu. Chciałby je przeczytać jeszcze raz, ale już nie może. Jest z tym pogodzony, w końcu ma 91 lat i wciąż nieźle się trzyma. Gorzej ze słuchem. Głośne wybuchy i serie z karabinów uszkodziły mu słuch już na froncie. Odgłosy lasu, śpiew ptaków i wszelkie miłe dźwięki dochodziły do niego przytłumione, jakby przez nauszniki ochronne. Ułomność nie przeszkadzała mu w mieście.
Cmentarz momentami przypominał park, gdzieniegdzie zalesiony, lekko już zaniedbany.
     W zagajniku, na ławce siedziało trzech chłopaków. Byli to miastowi, lecz tego dziadek nie wiedział. Wszyscy mieli po 19 lat i urwali się ze szkoły. Przyjechali piękną BMW5 Zielonego. Zielony miał bogatych rodziców i ubierał się w modne hiphopowe ciuchy.
Pikawa zawsze zgolony na łyso, był lekko otyły, od niepamiętnych czasów przynosił półroczne zwolnienia z WF i przy jakimkolwiek wysiłku fizycznym, łapał się za pierś i wołał „moje serce”. Anal miał dresy i dredy dowiązane po kolegach, którzy ścieli już swoje. Takie zestawienie fryzury i ubioru kompletnie nie pasowało. Anal nieudolnie kopiował po kolegach, sam nie miał żadnego stylu. Pogodził się z głupią ksywką, po części sam był sobie winien.
Dokuczał koleżankom, a im skromniejsza dziewczyna tym bardziej niewybredne żarty stosował. Groził, że zrobi im fisting i prawie ciągle rzucał około odbytowe żarty. Kiblowy humor mieszał się z dewiacjami seksualnymi i zboczeniami. Tak więc jak za każdym razem otwierał usta, wszystko zdawało się tonąć w urynie i fekaliach. W końcu koledzy zwróciwszy uwagę na monotonność jego żartów, sami zaczęli mu dokuczać. Rysowali komiksy w których głównym bohaterem był Anal, lecz wszystkie historyjki kończyły się nieszczęśliwie, bo pomimo, że z biegiem czasu fabuła była ambitniejsza, dłuższa i lepsza jakościowo, zawsze dana historia miała skończyć się wedle ustalonego z góry schematu. Alter ego klasowego kolegi na łamach komiksu zawsze był dopadany przez grupkę potężnych murzynów i gwałcony na wymyślne sposoby. Ostatecznie ksywka okrzepła po pewnym zajściu na Woodstock. Pijany, zapraszał punkową dziewczynę do namiotu, szczerze przyznając się, że chodzi mu o seks. Gdy dziewczyna była niepewna swej decyzji, jeden ze znajomych ubrał twarz w przestraszoną minę i krzyknął „Nie wchodź tam! To jest przecież kakaowy szatan!” Co ciekawe dziewczyna momentalnie uciekła wierząc w jego słowa. I tak już zostało.
     Starzec szedł pełen zadumy. „tak to dzień na zadumę i wspomnienia. Nawet pogoda jest odpowiednia”. Pomyślał spoglądając w niebo. Chłopcy zaciekawili go, więc skręcił w ich stronę, chcąc sobie trochę pogadać. Na starość odczuwał dotkliwą samotność, toteż korzystał z każdej okazji do konwersacji.
Z daleka już widział, że pili piwa na cmentarzu, ale nie dziwił się tym. Mając tyle lat niczemu się już nie dziwił. Podchodząc, nie słyszał pojedynczych słów, ale ogólnie z tonu rozumiał, że w rozmowie dominowały narzekania. Podszedł ich od tyłu i lekko nachylony słuchał o czym mówią, a z powodu wady słuchu musiał stać przy nich naprawdę blisko.
Każdy młody człowiek pomyślałby, że starzec jest stuknięty, ale chłopaki zajęci sobą, wylewali swe żale, nie wiedząc, że za nimi ktoś stoi.
- Ale wiochę miałem!… Kurwa, zapomnieć, zapomnieć. - Poróżowiałą twarz chował Zielony w rękach, a koledzy rechotali. Podjął opowieść dalej.
- I żebyśmy chociaż sami byli. Wiecie, tam dalej na przedmieściach się zatrzymaliśmy. Tuż przy przystanku, bo zaczęła mi jazdę robić. No, pojebana jakaś, szarpała mnie jak prowadziłem. Wyszła wkurwiona, pierdolła drzwiami, sucz wredna, i pomyślałem sobie, zara mi awanturę zrobi, ludzie będą słyszeć. Ale nie, ta od razu mnie leje. Najpierw z liścia, aż se usiadłem na ławce i butuje mnie. W tej chwili Zielony musiał przerwać swą opowieść, by przebrzmiały głośne śmiechy kolegów.
- Ale mi zajebała, myślałem, że się zesram. No, broniłem się jakoś, ale po piszczelach mnie nakurwiała. Jak nie mogła mnie sięgnąć z otwartej ręki, to pięściami zaczęła. Zbutowała mnie ostro, i jeszcze przy tym darła ryja na całą ulicę. „Zdradziłeś mnie! Zdradziłeś kurwa z tą szmatą!” Próbowałem jakoś się wytłumaczyć…
- Taa… Podobno na nas chciałeś zwalić winę, chujku jeden… - Stwierdził Pikawa.
- No, powiedziałem, że ona pierwsza mnie zdradziła. Mówię jej „a ty, to co” a ona „co ja, że cię zdradziłam!? I od kogo żeś to kurwa usłyszał, od swoich koleżków jebanych?!” I się rozpłakała „To koniec z nami” rzuciła na odchodne i poszła. Pojebane babsko… Siedziałem tak dobre pięć minut na przystanku, samochód przez ten czas chodził na ulicy, drzwi otwarte, muza napierdala, w środku się świeci. I patrzę na dom przed przystankiem, a tam jakiś chuj se siedzi na balkonie, wpierdala kolację, pije herbatę. Wyszedł se kurwa popatrzeć. Byłem za bardzo zdołowany, to tylko wziąłem i odjechałem.
- Ale miałeś chujowe klimaty. - Podsumował Anal.
- I czym się przejmujesz stary. Z takim autem będziesz miał każdą. - Pocieszał Pikawa.
- No raczej, ale już się do niej przyzwyczaiłem, no ale co, kot przy jednej dziurze wyżyje? Pewnie stary, że najbardziej na świecie kocham swoje auto. Pewnie, że mogę mieć każdą. Ale czasem dołują mnie te laski. Wkurwiła mnie i mam doła.
- Patrz stary czym on się przejmuje. Ma wszystko i ciągle narzeka. Na Majorce, na wakacjach był jebany. Żeby taki wozik kupić to bym musiał mieszkanie starych sprzedać. - Powiedział Anal do Pikawy.
- Rok temu BMW dostał na osiemnastkę. A ja? Wieżę. Nie nowego kompa, żebym mógł w nowego Diablo pograć, nie laptopa, tylko taki staroć. Skąd starzy go wytrzaśli? Parę lat temu chciałem wieże, no ale kurwa, kiedy to było. A laski mają mnie w dupie.
- Bo jesteś pizda. Wykręty stary, bo auta nie masz, bo serce, bo floty nie masz, jak laska jest pijana i napalona, to ty nie, że niby brzydka, jak pałkę w szuwary zamoczyć się boisz, to sam sobie jesteś winny. - Odparł Zielony Pikawie.
- A ja teraz nie pojadę. Stara się wkurzyła. A stary „Dwóje! Nie, ty nie zdasz! Nie dostaniesz kasy!” Bo wiecie, on jest głupi, bo dla niego dwóje to jedynki.
- Mój stary też mnie wkurza. Przyszedł do mnie Czajny ponarzekać. Leci sobie Molesta w mojej zajebistej wieży, no i narzekam, bo taka prawda, żadnej przyszłości, żadnych perspektyw, beznadziejna praca za grosze, i po całych dniach, nie ma do kogo wracać, i takie tam prawdy. Stary to słyszał i wchodzi. Zaczęło się, za moich czasów ludzie byli szczęśliwsi, byli pogodniejsi, prawie nic nie było, a wy macie, wtedy to żeby mieć cokolwiek, to trza było się nastarać, w pewexie za dolary. Nienawidzę takiej gadki.
- Dzień dobry chłopcy. - Wszyscy trzej drgnęli przestraszeni. Nie mogli zrozumieć jakim cudem stary ich tak podszedł, jakby z pod ziemi wyrósł.
- Yyy… Dzień dobry… - Powiedział niepewnie Zielony za wszystkich, wciąż podejrzliwie lustrując starca, którego chyba podejrzewał o jakieś zdolności magiczne. To, że pojawił się znienacka i tak wisiał nad nimi było jakieś złowieszcze.
Lekko zgarbiony, z wysuniętą ręką, wyglądał jakby opierał się na lasce, której nie było. Pomimo starczego wieku, nie pomagał sobie żadną podporą.
- Dawniej wcale nie było lepiej. Tak wam mówią, ale to nieprawda. Za moich czasów niewiele się różniliśmy od was. Patrzę się na was i wcale się nie różnicie. Mniej więcej robicie to samo, co my wtedy.
- No właśnie! Tak myślałem, że ludzie nie mogą się tak różnić, co parę lat tylko minęło. - Powiedział Zielony.
- Ile ma pan lat? - Zapytał Pikawa.
- 91. - Odpowiedział.
- To nieźle się pan trzyma.
- Co mówisz synku? Mów głośniej, słabo słyszę.
- Nie wygląda pan! - Krzyknął Zielony.
- Inne jedzenie. Nie było wtedy tyle trucizny. Było zdrowiej.
- Przyszedł pan do kogoś, kto poległ w czasie wojny? - Użył dedukcji Pikawa.
- Że jak? - Pikawa powtórzył.
- Tak. Rodzina. Przyjaciele. Wszyscy nie żyją.
- Był pan na wojnie? - Zapytał Zielony. On i Pikawa byli względnie zainteresowani dziadkiem. Anal patrzył się tępo w przestrzeń, lekko znudzony i trochę nieobecny.
- Byłem. W 39’ miałem 16 lat. - Dużo im opowiedział o wojnie, pamiętał szczegóły, pomimo, że nie pamiętał co robił przedwczoraj. Staruszek niewątpliwie żył przeszłością. Mówił do jakiego pułku się zaciągnął, opisywał kolejno dywizjony pancerne i lotnicze, przebieg walk na froncie.
- Byłem pilotem. Najpierw latałem na polskich. To była „Mewa” potem „Czapla”. Potem latałem brytyjskim myśliwcem. To był Spitfire. Zestrzeliło się trochę Messerschmittów. Polacy latali u Brytyjczyków. Nasz dywizjon był słynny. Jest się czym chwalić, byliśmy najlepsi.
- Widziałem taki program. Dywizjon 303. - Pikawa sięgnął do pokładów swej najcięższej erudycji. Gdy pewnego dnia przyszedł zmęczony ze szkoły, włączył TV. Otępiały, gapił się w pierwszą lepszą rzecz. Był program historyczny o drugiej wojnie. Najpierw jakieś czołgi jeździły, potem były myśliwce. Nim program się skończył podeszła do niego jego mama „Ciebie to interesują takie rzeczy, prawda? Bo kiedyś widziałam jak uczysz się historii”.
Weteran wojenny starał się być oszczędny w fakty i daty. Elementy techniczne sprowadzał do minimum. Starał się raczej odzwierciedlić uczucia i relacje międzyludzkie.
Zapatrzywszy się na koszulkę Pikawy, podjął ciekawe spostrzeżenia. Chłopak miał logo jakiejś gry komputerowej. Na obrazku opancerzony żołnierz w futurystycznym kombinezonie wchodzi do olbrzymiego Mecha. Człowiek wydawał się być w takim samym stopniu robotem co jego maszyna. Wszystko było przesycone efekciarstwem na sterydach, a w tle ruiny miasta.
- Pilot myśliwca doświadcza rzeczy niewyobrażalne dla szarych ludzi. To co widzicie w telewizji nie odda prawdy. Czułem tak jakbym łączył się z maszyną. Gdy wchodziłem do jego wnętrza, to było tak jakby metalowy potwór mnie połykał i trzymał w brzuchu, mimo to byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Co za emocje. Odpalałem silnik, pomału startowałem, nabieraliśmy prędkości, powoli się wznosimy i lecimy. Siła odśrodkowa mnie wgniatała. Przez ten nacisk na ciało, czułem się jakbym stapiał się z maszyną. Mówię wam na serio chłopcy, czułem całą tą maszynę jakby była połączona z moim ciałem. Skrzydła były przedłużeniem rąk. Każda turbulencja przechodząca się po kadłubie, była odczuwalna jak dreszcz na ciele. Jakby nerwy wyjęli mi z ciała i podłączyli.
- Zestrzelili pana? - Zapytał Pikawa.
- Tak. Wyobraźcie sobie teraz, co to za uczucie, gdy urwało mi skrzydło. Dziwny ból w ramieniu, z dupy mi się kopciło ze strachu.
- Ale to taka śmierć w samolocie fajna nie? No bo szybka i bezbolesna. Grałem w grę, to od razu wybuchały jak trafiłem.
- Głupi jesteś. W grę grałeś. Oni najpierw się palą w środku i potem wybuchają. Na filmie widziałem. - Wtrącił swe argumenty Zielony przeciwko Pikawie.
- Śmierć ma różne oblicza. W przestworzach jest ograniczona do kilku możliwości. Dużo zależy od uszkodzeń samolotu. Pociski mogą uszkodzić też ciało. Mój kolega został zestrzelony, przeżył, ale urwało mu nogę. A jeśli chodzi o mnie, to porządnie przysmażyło mi dupsko zanim się katapultowałem. Spadochron był na paskach. Prawdziwa gehenna, bo wrzynały mi się w rany i oparzenia. Dałem radę wylądować, ale potem zemdlałem z bólu.
- Dobrze, że zabił pan trochę tych Niemców. Zawsze czułem odrazę do tego języka, nie wiem jak można go w szkole uczyć. Z punktu historycznego chociażby, powinniśmy nienawidzić Niemców. - Stwierdził Zielony. 
- Nie jest łatwo zabijać. Gra, czy film to zupełnie co innego. Walka w niebie czy ostrzeliwanie obiektów na ziemi z góry, też, bo nie widać w tym ludzi. Rozumiesz, że tam są ludzie, ale psychologia wie swoje. Łatwiej zabić jak nie widać konkretnych, ludzkich kształtów. W całym wojennym zgiełku nienawiść i uczucia giną wraz z ostrzałem, podobnie jak rozum i logika. Jedyne co wtedy istnieje to pomieszanie, zgiełk i dużo strachu. Najczęściej sam człowiek nie wie do czego strzela. Gdy zgiełk bitewny opadnie, a każdy wystrzał i wybuch, zdążył wstrząsnąć do głębi, nie wiadomo co myśleć, szczęśliwi niewiele czują. Po wszystkim jest śmierć. Widok śmierci.
     Miasto legło w ruinach już w pierwszych dniach. To jest straszny widok, wszystko martwe, ludzie, zwierzęta, dzieci, dorośli. Normalne ciała, rozdarte, poranione. Wszystko zniszczone. Sama rozpacz, co mogłem se myśleć, młody chłopak byłem, miałem mniej lat jak wy. Bałem się, że będzie koniec świata, wszyscy się pozabijają. Coś strasznego. Jeżeli w tym wszystkim została się jakaś nienawiść do kogoś, to do rządzących, do Hitlera. Sami szeregowcy po każdej stronie, niewiele wiedzieli o co tu chodzi. Jak się ich trochę poznało to byli tacy sami jak my. Chcieli żyć, nie chcieli zabijać, tęsknili za domem. W większości byli normalni. Mój młodszy brat miał 10 lat, wykradał dla rodziny mleko, czasem trochę jedzenia, mnie przy nich nie było, służyłem wtedy. Najgorsze jest to, że nie mogłem zapewnić im schronienia. Wszyscy zginęli. Jakiś pocisk uderzył, budynek się zawalił. Jak mój brat wracał z rzeczami do domu, to złapali go Niemcy. Było ich dwóch, pogadali między sobą i go puścili. Na pewno mieli rozkaz rozstrzeliwać za coś takiego, ale widać nie mogli. Opowiedział mi o tym sąsiad. Też był w tym budynku, ale przeżył, sam jeden.
Najgorzej było po wojnie. Czułem gorycz, smutek, byłem pusty. Źle spałem, w nocy się bałem, no i strasznie tęskniłem. Czuliśmy się skrzywdzeni, jakby nas okradziono ze wszystkiego, obdarto. Próbowałem się odnaleźć ale nie mogłem. Rodziny nie było, ani domu, miasto rodzinne zburzone, przyjaciele zabici, a ci co zostali w większości okaleczeni, niektórzy na ciele, niektórzy na umyśle. Spotykaliśmy się na rocznice, wspominaliśmy. Czy to dobrze, nie wiem, chwilowa ulga, a potem znowu.
Tyle lat minęło, ale to nic nie czuć, bo wszystko co później wydawało się snem. Nie wszyscy tacy byli, znałem kilku chłopaków co byli albo nie czuli, albo mieli nie po kolei w głowach. A może to lepiej było oszaleć. Miałem kolegę Rosjanina. Co ciekawe mnie rzuciło na tereny radzieckie, jego na Niemcy. Brał udział przy niszczeniu Drezna. Prawdziwy szaleniec, opowiadał o tych okropnościach z uśmiechem na ustach. Lubił chodzić sobie sam po tym zniszczonym mieście, wymykał się i chodził samopas, nie dbał o życie swoje, ani cudze. Kradł co się dało.
Raz usiadł se na gruzach wielkiej biblioteki i oglądał jakąś nadpaloną książkę. Oglądał sobie ją i nagle zauważył, że pod kawałem bloku na którym siedział leży ciało. W gruzach znikły tylko nogi. Twierdził, że to była piękna, młoda kobieta w niebieskiej sukni, tylko nie miała głowy. Pełna dekapitacja. Jakaś metalowa cześć, a może szkło ją zabiło, bo szyja była równo ucięta, jakby zgilotynowana. Zaczął szukać tej głowy, żeby upewnić się czy była rzeczywiście piękna. Ciało miała ładne, sylwetka i w ogóle, szczupła, tak mówił.
On chciał sobie tą głowę wziąć do domu na pamiątkę, ale nie mógł jej znaleźć. Był bardzo niepocieszony. Szaleniec.
Pod koniec wojny nie latałem. Wtedy najwięcej ludzkiego cierpienia widziałem.
Przechodziliśmy przez takie zrujnowane rosyjskie miasto. Ludzie cierpieli z niedożywienia. To było straszne, umierali z głodu. Kanibalizm, zezwierzęcenie. Potem większość ludzi nie miała siły na nic, dogorywali. Czasem jedli zmarłych, próbowali też jeść buty, części ubrań. Zwierząt nie było, psy i koty dawno zjedzone. Pamiętam jak takie dzieci siedziały. Chłopiec i dziewczynka, byli sami. Dałem im cześć mojej racji żywnościowej. Po tylu dniach nic nie jedzenia od razu próbowali wszystko połknąć. Wpychali sobie do buzi jedzenie i płakali. Czułem się jakbym jakąś krzywdę im zrobił, przedtem takie spokojne siedziały. Pewnie nie przeżyli.
Wierzyłem wtedy, że może przedłużyłem im o parę dni życie i jakaś opatrzność losu je uratuje. Często żem o nich myślał.
Byłem bezsilny, to bardzo podłe uczucie. Szliśmy, a wygłodzeni ludzie błagali nas o pomoc. Chcieli byśmy ich zabrali ze sobą.
Myślałem o głodnych, bezdomnych dzieciach gdy obserwowałem horyzont. Błyskało i wybuchało bez przerwy, a na tle żółtych i czerwonych rozbłysków rysowały się kontury zrujnowanych miast. Poszarpane linie dachów i pościnanych budynków formowały nieregularny kontur na tle dymiących pożarów. Niezliczone myśliwce i bombowce przelatywały na tle zachmurzonego nieba. Szare słupy dymu, na zmianę z czarnymi waliły w niebo, też szare, a czasem czarne. Co jakiś czas słyszałem nieludzkie dźwięki, apokaliptyczne biblijne odgłosy końca świata. Zniekształcone i wymieszane lecące z oddali. Odgłosy bitwy, walące się budynki, wybuchające czołgi, zestrzeliwane samoloty, i w tym wszystkim pewnie ludzkie krzyki.
Kilka dni po zakończeniu wojny w europie odnalazłem dalekich krewnych. Ciotka i wujek przygarnęli małą sierotkę. Dziewczynka ostatnie miesiące przeżyła zupełnie sama. Okazała się bardzo sprytna i zaradna. Wędrowała od bloku do bloku, od domu do domu. Cierpliwie, przez wiele godzin polowała na myszy i szczury. Nic nie mówiła, jakby wojna odebrała jej zdolność mowy. W domu na wsi u wujka robiła to samo. Siedziała na podłodze i czekała aż pojawi się mysz. Dostawała jeść ale i tak polowała, cierpliwie, przez wiele godzin czatowała przy dziurach, jak jakąś złapała, zjadała. Z kotem w stodole też polowała. Łaziła po drzewach i wyjadała jajka. Wiele blizn zostało tym co przeżyli.
Ci co jeszcze żyją i pamiętają są zazdrośni. Patrzą się na takich młodych ludzi jak wy i zazdroszczą wam. Zamiast dać spokój, pogodzić się na stare lata, żeby godnie odejść, żeby zło nie odebrało nam całego życia, nie mogą się pogodzić. Gniew w nich siedzi i są bezsilni.
Bo wy nie pamiętacie, nie wiecie. A ja im mówię, „Mój ty Boże! Dzięki ci, że ci młodzi mogą żyć normalnie, w pokoju. Daj żeby nie musieli tak cierpieć jak my. Chciałbym, żebyśmy wtedy wycierpieli się za całą ludzkość. Żeby dzieci i wnuki mogły żyć i nie znać tych strasznych rzeczy”.
Wyobrażam sobie, że te wszystkie maszyny zagłady, czołgi, samoloty, pokryła rdza, ziemia, zarosły rośliny, zalała woda. Wszystkie trupy, szkielety porosła trawa. Czaszka rozsypuje się w proch, a na tej trawie co porosła to wszystko, leży sobie nieświadomy niczego młody człowiek. Tak sobie wyobrażam, po tym wierszu naszej noblistki. Dopóki tego wiersza nie przeczytałem, nie umiałem swoich uczuć w słowa ubrać.
Tylko żałuje. Nie mam swojego miejsca od bardzo dawna. Od dawna tęsknię. Każdy ma swoje miejsce. Mój myśliwiec na dnie morza. Pordzewiałe maszyny w ziemi. Polegli śpią pod zieloną trawą. Wszyscy są gdzieś indziej, a tylko ja jestem tutaj i czekam. Jestem już zmęczony. Chciałbym znowu ich spotkać.
Nie przejmujcie się chłopcy, jak starzy będą narzekać, że historii nie znacie, czy nie wiecie co to patriotyzm. My sami nie wiedzieliśmy co to patriotyzm zanim wojna nie wybuchła i musieliśmy walczyć o kraj, o życie. Jeżeli jakiś podlotek będzie mi mówił, że jest patriotą, to ja wątpię czy on wie o czym mówi.
Żyjcie sobie chłopcy i nie przejmujcie się. Jesteście zdrowi i młodzi. Znałem takich co wyszli z obozów. Z hitlerowskich i ze stalinowskich gułagów, żałowali że wcześniej bez sensu tak się wszystkim zamartwiali, kłócili się, co to był za ból powiedzieć złe słowo matce i trafić bez pożegnania do obozu, nigdy więcej już jej nie zobaczyć. Mnogie przykłady. Możecie chodzić, śmiać się, macie niebo nad głową.
Nie ma się czym martwić. Żyjcie w pokoju i oby trwał. Mamy piękny dzień. - Spojrzawszy się na zachmurzone niebo, odwrócił się i zszedł ze wzniesienia na groby poległych. Nikt się nie pożegnał.
Anal głęboko zamyślony, odprowadzał starca wzrokiem, przy czym nagle się ożywił, uśmiechnął się jakby wpadł na bardzo fajny pomysł. Wstał z ławki i krzyknął za starcem
- Do domu dziadu!
- Weź kurwa Anal, debilu! Nie masz szacunku! - Wrzucił mu Zielony.
Dziadek szedł dalej miarowym krokiem, ale czy usłyszał, tego nie wiedzieli.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości