Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Poniedziałek
#1
Impuls, by zobaczyć, co zmieniło się w mieście, zaskoczył go; dawno już niczego nie pragnął i do niczego nie dążył; obrzydło mu rozumienie ludzi, którzy nie odpłacali mu tym samym.
*
Przemieszkiwał hen, pod samiuśkim lasem, tuż za docierającym do niego, niekiedy cichym, a na ogół wrzaskliwym echem życia, w miejscu idealnym dla mizantropów, co miało swoje niewątpliwe plusy i minusy. Minusów jednak było mniej, gdyż ze względu na odległość i trud pokonywania dystansu od metropolii, czuł się lepiej niż ci, co do niego przybywali. Co, gdy chcieli trafić do jego pustelni, musieli zaryzykować, że zastaną zamknięte drzwi i opuszczone rolety.

Dziękował więc za spadkową chatynkę, za istny pałac umożliwiający mu powroty z odwiecznych zmartwień i  utyskiwań do krain świętego spokoju; przedtem nie troszczył się o dom, nie poświęcał mu czasu, lecz gdy go odziedziczył, kiedy się z nim poniekąd utożsamił i w rezultacie stał się kawałkiem podpiwniczonego dostatku, nie było rzeczy, której by nie zrobił, by uchronić go przed wizytami nieproszonych gości. Niechcianych, bo każda ich wizyta łączyła się z bólem, z nerwowym rozdrażnieniem, napadami wściekłości i połykaniem mnóstwa uspokajających pigułek.

Zdał sobie sprawę, że poprzednio prowadził jedwabne życie idioty: osobistości przegranej, która do wszystkiego się przyczepiała, chciała o wszystkim decydować, na wszystko mieć wpływ. Teraz nie cierpiał doradców, ekspertów, dyrygentów, reżyserowania cudzego życia, obcych i podniesionych głosów. Nawet szeptów nie w porę. Teraz mało co go interesowało. Chował się przed problemami, które przestawały rozwijać się zgodnie z jego przewidywaniem. Był z nich wyłączony, na krańcu tego, co go jeszcze pasjonowało. Zakończył w sobie pewien maniakalny etap doświadczeń i rozpoczął nowy: porzucania rzeczywistości.

Wcześniej zaperzał się, a kiedy się wykrzyczał, przechodziło mu całe to histeryczne napięcie i zaczynał z innej beczki. Potulny, uwolniony od zalewającej go krwi, wnikał we własny świat, by, coraz rzadziej i coraz bardziej niechętnie, pokazywać się na zewnątrz.
A dzisiaj? Przyznawał się do swojej niecierpliwości: uwidoczniona i znana prawda o niej, była zaledwie fragmentem, częścią, wyimkiem prawdy obiektywnej, passusem z pewnością nie tłumaczącym go z zacietrzewienia, z rozdrażnionego, cholerycznego reagowania na otoczenie.

Tak o nim myślano, a on, z różnych przyczyn, nie chciał zmieniać im krzywdzącej go opinii; bo choć gdy po chwili niekontrolowanego wybuchu, miotania najgorszymi pomorami, a czasem, oskarżeniami nie trzymającymi się kupy - przenosił się do swoich spraw, cichł i sprawiał wrażenie skruszonego.
*
Piątek nie budził w nim zaufania. Gdy, jak zwykle, uważał się za skończonego, przynosili mu telegram z przymusową propozycją wyjazdu do miejsc znanych z rzeczywistego cierpienia, skierowanie do następnych zmartwień, dawano mu wolne od rutyny.

W czwartki nie wychodził też. Chyba, że do pobliskiego lasu. Zasłaniał się wtedy reumatyzmem lub pretekstami w rodzaju kwękającej pamiątki po borowinie. W środę zdarzał mu się bezrobotny facet z elektrowni, wścibski i szalenie bystry w rozglądaniu się po jego chudobie: tu spojrzy, tam zajrzy i od razu wie, czy warto posiedzieć, wkupić się w jego przychylność, czy kto gdzie mu co da na drogę, na podręczną tacę, czy do zrozumienia, blady jakiś, wymięty, no i te jego ręce.

Zaś w poniedziałek – w ten szewski czas, jak najbardziej; to był wymarzony dzień na przechadzki do ludzi. Był to dzień prawie że stykający się z niedzielą (jakkolwiek niedziela, to irytujący gwar, odświętny deptak: podstawowe komórki wyłażą ze swoich nor, przodem drałują bachory z kijami na niegrzecznych przechodniów, z tyłu maszeruje szyja rodziny, z refleksem, nadęta, upierścieniona, w kokardach, żabotach i pretensjach).

Zatem w poniedziałek Lecz nie jesienią. Jesień stanowiła dla niego za bardzo oślizłą porę roku. Przenikliwe zimno, drobny deszczyk, wczesna ciemność, rześkie i mroczne wstawanie, były to przyczyny narodzin jego melancholii. Co innego wiosną. Wiosna proponowała mu wycieczki do lasu i barwy zieleni zroszone czystością, chodzenie po czymś, co do teraz nazywał łąką.
*
Gdy tak szedł przed siebie, w pierwszy dzień wiosennego tygodnia, nie myśląc o niczym szczególnym, widok domu w środku polany sprawił, że jego nogi same skierowały go tam, gdzie ostatnio był z ładnych naście lat temu. Rozczulający widok szkraba z przeszłości, niespodziewanie nałożył się na chatkę z wesołą smużką dymu i widok ten zaczął wydłużać mu twarz, bo w miejscu, gdzie spodziewał się okna swojego pokoju i gdy niemal oczekiwał pojawienia się swojej piegowatej facjaty, zobaczył dziurę po nieistniejącej szybie, syczącą czeluść przybitą do dwóch skrzyżowanych dech, a na podwórzu, zamiast ogona Czaka, drobną, roztrzęsioną maszkarę; była tycim stworzonkiem, ujadającą furią wpisaną do encyklopedii pod hasłem pies.

Zaskoczyło go to uderzające podobieństwo do zwierząt; być może nagromadzona furia - wysusza, być może z mikrej i zjeżonej psiny, też kiedyś był tłusty brytan, a teraz została z niego skóra i kość.

Z szopy przy pompie wyszedł knypek z siekierą gotową do strzału i omiótł go niezbyt przyjaznym wzrokiem. Ziewał, a w jego szczęce czarne pieńki grały w chowanego. W słońcu przemknęła bezcielesna postać, omamowy, dyszący chęcią zemsty goguś, a ociężale merdający piesek szydził mu prosto w twarz. Jakby, wtórując swojemu panu, całym drgającym ciałkiem drwił z niego zawzięcie: „i ten cię zawiódł, i on też jest twoim Brutusem, Brutusie”.

Zapragnął uciec przed jego ironią, schować się pod pierzynę, przenieść natrętną myśl w inny kres, znaleźć się w miejscu nieodwołalnej samotności, skąd mógłby wypatrywać siebie idącego łąką, i tak sobie gwarząc z marzeniami, po godzinie marszu, dotarł do  pętli.
Wsiadł do pierwszego z brzegu tramwaju. Było czubato. W trakcie jazdy, barczysty jegomość z podgardlem perliczki, rozwalony na siedzeniu, beznamiętnym wejrzeniem smarował okno, a gdy, przed przystankiem, tramwaj nabierał szybkości, lub gdy zawadiacko przygrzewał na zakrętach, babina z paczką dwa razy większą niż ona, co chwilę, z uśmiechem proszącym o wybaczenie, lądowała mu na klapach jesionki.

Przyglądał się mu przez parę minut, a gdy się zorientował, że choć pan perliczka co rusz trącany jest paką w kark, nie ma zamiaru wstać, jak obcęgami chwycił go w dwa palce za ucho i powiedział życzliwie: a ku ku!

Na krzaczastej wysokości brwi ukazała się zdumiona facjata jesionki i od tego momentu babina siedziała z paczką na podołku, podczas gdy jegomość dostawał wysypki z oburzenia, on zaś czuł się nie tylko smętnym kronikarzem epizodów z historii, ale jej świadkiem, jej potwierdzeniem.

W nagłym porywie entuzjazmu, jednocześnie, omusnęły go te same, a mimo to różne, jasne przypomnienia ciemnych spraw, niewyjaśnionych, a bliskich, zapadłych w pamięć i bez wyraźnej przyczyny wynurzających się z niej, objawiających w drobiazgach, w gestach i poruszeniach głowy, w spojrzeniu z lustra, w tanecznym, wolnym od trosk przechadzaniu się po ulicy. Owładnął nim ten sam, lecz odmienny sen: nieobecny, patrzył na zdejmowaną i układaną na mchu jesionkę, na buty kołysane wiatrem, na wywalony język.

Spoglądając poprzez okna, w skrzypiącym trakcie pożegnalnej jazdy przez osiedla, nieoczekiwanie obce, żyjące własnym,  szokująco nowym rytmem, miał dziwaczne przekonanie: nie znalazł się tu na darmo.


Tramwaj, ze zgrzytem ulgi, zatrzymał się między przystankami. Zrozumiał, że jest to znak. Wydostał się z jego wnętrza i szedł dalej; nie mając pojęcia, dokąd. Nareszcie wydało mu się, że jest na miejscu. Zaciągnął się powietrzem i zakładając powróz pomyślał, że po raz pierwszy od lat nie musi się niczym przejmować i zamartwiać tym, co nastąpi później, gdyż to, co miało nadejść, już jest. I wiedział że nic gorszego już go nie spotka, bo najlepsze zdarzenia są już za nim, więc z rozbawieniem stwierdził: jutro też jest dzień.
"Zawsze pamiętaj, że tłum, który oklaskuje twoją koronację, jest tym samym tłumem, który będzie oklaskiwał twoją egzekucję."
T. Pratchett "Piekło pocztowe"

Odpowiedz
#2
Magiczna opowieść o porzucaniu rzeczywistości. Rezygnowaniu z uczestniczenia w życiu społecznym, zapadaniu się w sobie. Pustelnik z wyboru. Może i lepiej bez ludzi, samemu? Trochę przewrotnie, jak psychopata ukryty w mroku. Każdy ma takiego psychopatę w sobie. Tylko większości wystarczy szczypta samotności. Tutaj dostrzegam rezygnację podszytą jednak jakąś traumą, trochę ta apatia trąci depresją.

Pomijając interesującą, wielowymiarową treść (czytałam kilka razy nim zdecydowałam się napisać komentarz), forma jest świetna - od strony językowej rozpieszczasz niebanalnymi frazami, wyszukane słownictwo, znać pióro dostojne.

Bardzo dobre pisanie. Ode mnie 5/5.
[Obrazek: oscar.jpg]
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości