Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Pieńko
#1
Eeech, znów się dałem złamać...

Miałem poczekać z wrzucaniem tego opowiadania (przynajmniej do czasu ukończenia i przepisania pewnego innego), no ale to niniejsze, chociaż jeszcze właściwie dopracowuję zakończenie, mam już w większości w formie elektronicznej, więc zamieszczam połowę już dzisiaj...Smile

Jest to kolejne opowiadanie z sagi o Tymonie i Ongusie. Bezpośrednio następuje po TYM PROLOGU.

Zauważyłem, że, w sumie nie do końca zamierzenie, że opowiadania w tym moim drugim cyklu jakby coraz mniej mają charakter odrębnych historii - a raczej bardziej są rozdziałami jednej. Choć może nie do końca. Zresztą, może za wcześnie, żeby to stwierdzić (i dla mnie osobiście coraz mniejsze to ma znaczenie, bo cała opowieść jest żywa tam u mnie, gdzieś pod kopułąSmile), ocenę pozostawię również Czytelnikom Wink

Zapraszam do lektury Big Grin

Pieńko (cz. 1 z 2)

Zlecenia od wójta gminy Rakicice zawsze warto było brać i dokładać należytej staranności do ich wykonania. Nieźle płacił, ale nie był to jedyny powód. Jako znaczna osobistość miewał nieraz gości spoza osady, a tamci łatwo wpadali w zachwyt nad meblami, które tworzył stolarz Jóźwik.

Tym razem włodarz namówił majstra na wykonanie prezentu dla córki. Rzemieślnik miał sporządzić wójtównie zabawkę, lalkę z drewna. Choć z początku ostrzegał zleceniodawcę, że dotąd nie rzeźbił zbyt wiele, to koniec końców się zgodził. Zwłaszcza, że wójt świadom żmudności takiego dłubania przy małej rzeczy, zaoferował zapłatę jak za coś większego.
Jóźwik, wziąwszy kawałek miękkiego pnia lipy, wyrzeźbił postać chłopca. Krótko zastanawiał się, jak przymocować kończyny do korpusu. W rezultacie wbił na końcach rąk i nóg, oraz w miejscu ich łączeń z tułowiem metalowe zaczepy z zagiętych gwoździ.
Ustroiwszy całą lalkę, rzemieślnik uświadomił sobie, że czegoś brakuje w jej twarzy. Nos, który wcześniej ukształtował, wydał mu się teraz jakby przycięty, niepełny. Zamiast niego wyciął więc w tym miejscu otwór i naprędce wcisnął weń kolejny kawałek drewna. Akurat sękaty, ale postanowił to zmienić nazajutrz – z tego co wywnioskował, minęła już duża część nocy.
Spojrzał jeszcze raz na wykonane dzieło, kiwnął z satysfakcją i uznaniem głową. Było niemal gotowe, tylko ten nos… A po nim robota rzeźbiarza skończona, dalej wszystko w rękach krawca. Jóźwik odłożył lalkę i, zmęczony ale zadowolony, poszedł układać się do snu.


***
Tymon podleciał jeszcze kawałek wzdłuż drogi wiodącej do Rakicic. Po chwili zawrócił, zmrużył oczy przed słońcem wschodzącym po drugiej stronie Wolszebnik. Skulił się przed kolejnym przeszywającym powiewem wiatru i zaczął opadać.
Spojrzał przelotnie na swoją chałupę, później na krąg zaklętych sielan, na koniec na Tadka, który stał nieopodal, gapiąc się na fruwającego ziomka z uniesioną głową i rozdziawioną gębą.
– Voleo stagra – mruknął Tymon jakieś dwa łokcie nad ziemią. Opadł.
– I jak? – zainteresował się Tadyk.
– Zimno…
– No ale co ze zjawami? Widział żeś jaką?
– O, już, pewnie! Patrz, za pazuchą jedną trzymam! – burknął zapytany. – Uważaj, bo weźmie i sama do nas która przyjdzie! Zdrowiście, powie, miałam tu przyjść, bo wzywali, to i jestem i radam służyć.
Tadyk nie odpowiedział, tylko lekko się nachmurzył.
I Tymon był naburmuszony. Nie wiedział, czy przez naiwność ziomka, czy, po prostu, z zimna. Nie wiedział też, po co jeszcze co rano wznosił się nad siołem, wypatrując czegokolwiek niezwykłego. Na samym początku wierzył, że nawet jeśli nic się nie przydarzy, to już sam lot odbiegał od normy. Szybko jednak stał się nużący, a wręcz drażnił. Tym bardziej, że chłop nie widział nic, co chciałby zobaczyć, a kończyło się zawsze przemarzniętymi członkami, załzawionymi oczyma i cieknącym nosem.
– Idziem do wolszebnika – oznajmił. – Musi już, niecnota, nie śpi.
Ongus rzadko kiedy wychodził do nich sam z siebie. Ale skoro zawsze doń zachodzili, bo potrzebowali tej dodatkowej pary rąk do pracy, to i po co?
Tym razem nie spał już od pewnego czasu. Ruszał się zbyt żwawo jak na kogoś, kto dopiero co się obudził; w piecu też miał napalone, tak że w pomieszczeniu na górze było ciepło. Tymon czuł z tego powodu wdzięczność.
Wolszebnik siedział przy stole, właśnie jadł. Nigdy nie narzekał na brak jedzenia, ale tego dnia to już w ogóle jego śniadanie wyglądało jakby miało wystarczyć dla rodziny liczącej pół tuzina. Sęk jednak w tym, że, owszem, mieli za darmo o wiele więcej żywności, ale wpierw musieli nieźle się natrudzić przy obrządkach.
– Dobry – przywitał go Tymon.
Ongus nie odpowiedział, a tylko pokiwał energicznie głową. Właśnie przeżuwał.
– Gotów?
– A wy już po śniadaniu? – Wskazał stół zapraszającym gestem.
Obaj już jedli wcześniej, ale Tymon nie miał nic przeciwko dokładce i posiedzeniu w cieple. Zwłaszcza po, jak by nie patrzeć, dość męczącym lataniu. Wzruszył ramionami i się dosiadł. Tadyk stał nieco dłużej, ale też zajął miejsce i sięgnął po chleb.
– Zimno?
– Ano. A i jeszcze padać zaczyna.
– Zaklętym, na szczęście, brak ciepła zdaje się nie szkodzić – rzekł Ongus między kęsami. – Ale jak spadnie śnieg, należałoby go trochę z nich zgarnąć jakąś miotełką.
Chłopi skinęli.
– Jednako, nie jest to dobrze – ciągnął czarotwórca, kręcąc głową – że tylko dbamy o sioło, a poza tym właściwie nic nie przedsiębierzemy… Co, twoim zdaniem, powinniśmy zrobić? Jako wolszebnik musisz się nauczyć rozwiązywać podobne problemy.
Zapytany Tymon odchylił się na krześle. Właściwie od pewnego już czasu nikt odeń nie wymagał samodzielnego myślenia. Głośno wypuścił powietrze.
– Trzeba… – zaczął. I jakoś przez chwilę nie potrafił dokończyć. – Odczarować tamtych.
Ongus pokiwał w zadumie głową.
– Dobrze – rzekł. – Idź i to zrób.
– Ale jak?
– To ja mam wiedzieć? – żachnął się wolszebnik. – Podajesz rozwiązanie, nie znając sposobu jego wykonania? Tedy słabe to rozwiązanie…
Tymon w zdziwieniu uniósł brwi.
– Czy ty myślisz, że nie wpadłem na to – ciągnął jego nauczyciel – żeby zdjąć ten czar? To mnie oświeć, powiedz konkretnie co zrobić, radym wysłuchać.
– Przecie za tą robotą to nawet nie ma czasu się zastanowić – próbował bronić się chłop. – A po wszystkim człowiek do niczego się nie nadaje, jak tylko do żarcia i spania…
– Zatem nasuwa się wniosek, że trzeba najpierw jakoś sobie ulżyć, odjąć trochę roboty, prawda? Nie myśl, jak widziałby ci się koniec całego kłopotu, ale najpierw, jak krok po kroku doń doprowadzić.
Tymon spuścił głowę i milczał. Nie wiedział, co powiedzieć.
– Oto, co dziś zrobimy. – Ongus, na szczęście, wiedział. – Ja zostanę w siole, będę sobie tu powoli obrządzał. Zaś wy dwaj idźcie do Rakicic, najmijcie kilku parobków do pomocy. Mówcie, że mamy tu ich gdzie przenocować i czym karmić, aż nadto. Wiadomo, trochę roboty będzie, ale w więcej osób szybciej i weselej. Całej sprawy z tym czarem nie ma co ukrywać, wielu już i tak pewnie jest zaznajomionych. Jednak nie ma co też jej na siłę ogłaszać, bo ktoś może się przedwcześnie zniechęcić. Niewykluczone jest i to, że od innych dowiemy się co nieco na cały temat.
Wolszebnik przerwał, swoimi słowami zasiewając w sercach chłopów nową nadzieję. Tymon zdumiał się, że nie wpadł na to wcześniej – zamiast skupić się na szukaniu zjaw, najpierw sobie trochę w tym ulżyć…


***
– Jam bez winy! Niewinny… – zabrzmiał kolejny zew. Karlik raz po raz powtarzał te słowa, jakby ufając, że napełnia nimi jakąś osobliwą czarę. Że w końcu ktoś uwierzy i uzna, że należy przerwać egzekucję. Tym razem nie udało się, ktoś z tłuszczy uciszył go, trafiając zgniłą cebulą prosto w nos.
Wprowadzili go po drewnianych stopniach na szafot. Spojrzał na wiszącą nad nim pętlę pohybla. Spuścił zaraz głowę, uderzony w oko żołędziem. Uświadomił sobie, jak celnie gawiedź miota weń swoje pociski. Pozornie jednak – po prostu wielu chybień nie widział, skupiwszy wzrok i myśli na czym innym.
Ustawiono go przed pniakiem, nad którym sznur złowieszczo rozdziawiał swą paszczę. Tłum ucichł nieco, ale tylko tyle, by słyszeć głos urzędnika obwieszczającego wyrok:
– Z rozkazu roztropnie nam urzędującego wójta gminy Rakicice, za zuchwały i haniebny mord, który pogrążył w smutku i żalu wielu, wobec ludu zawiśnie dziś obecny tu Karlik ze wsi Wierzbiany.
Oskarżony kręcił szybko głową, jakby nie chcąc uznać swej winy. Trochę szybciej i można by pomyśleć, że przeszły go tak silne dreszcze albo dostał konwulsji stojąc. Nic mu to jednak nie pomogło. Urzędnik uległ w końcu coraz głośniejszej wrzawie tłumu i rzekł:
– Kacie, czyń swą powinność.
Wezwany wprowadził oskarżonego na pień, założył mu na szyję pętlę, kopnął podstawę pod Karlikiem, poprawił, bo za pierwszym razem tylko się zakołysała.
Wisielec poleciał w dół. Lina wycisnęła zeń całe powietrze. Wierzgnął raz i drugi, na chwilę poluzowując zacisk choć odrobinę. Na więcej siły nie miał. Skurczył płuca w rozpaczliwej próbie wdechu. Poczuł ucisk w całym ciele, mimo że nie wlało się w nie ani trochę tchu. Na ostatku spróbował znowu, ponownie wyprężył się.
Wdech…
Wdech…


***
Wciągnął ze świstem powietrze. Nie wypełniło go jednak, zupełnie jakby chwilę temu nie prowadził o nie rozpaczliwej walki, czy też… Wcale go nie potrzebował. Otworzył oczy, a raczej po prostu zaczął widzieć.
Panował półmrok. Pomyślał, że śnił o swojej egzekucji, a teraz obudził się w celi. Aż taka ciemność jednak nie zapadła. Obok jarzyła się końcówka świecy, a on sam siedział na stole. Z początku nie mógł się poruszyć, jakby nigdy nie używał swoich członków. I właściwie tak było naprawdę, bo nie przebywał w swoim dawnym ciele. Tamto dalej wisiał na pohyblu, choć on sam o tym nie wiedział. Jego obecna powłoka, co dość trudno było sobie uświadomić, zrobiona była z drewna. Mała, mierząca może ze dwa łokcie, a Karlik w niej przebywał. W końcu udało mu się poruszyć lekko głową. Nie wiedział, co właściwie i dlaczego się stało. Niespecjalnie też się tym przejmował, jakby razem z ciałem przyjął również sztywność odczuwania. Jak echo wciąż powracała jedna myśl: otrzymał skądsiś kolejną szansę, zapewne nie bez powodu. Nie znając tegoż, postanowił sam go sobie wymyślić. Zrobili zeń mordercę i za to ukarali. Należało więc dopełnić czynu, by sprawiedliwości stało się zadość. I tym razem nie zamierzał dać się złapać.


***
Gdy tylko krawcy uszyli stroje dla wykonanych przez niego lalek, te ożyły. Przyszły do jego chaty, dały pancerz i broń i kazały się zaciągnąć do armii, bo idzie wojna. Jednak oddział, do którego go przydzielili, poniósł porażkę już w pierwszej bitwie – walczyli przeciw wielkim szczurom, dosiadającym ogromnych orłów o nogach koni oraz ludzkich nosach. Dostał się do niewoli. Jego ciemiężcy zaprowadzili go do kopalni, kazali pracować do ostatka sił. Na jednym z niższych pokładów zawalił się strop. On i inny niewolnik ugrzęźli bez wyjścia. Tuż przed śmiercią z głodu, pragnienia i braku powietrza wyznał, że to wszystko nie stałoby się, gdyby wciąż wykonywał stoły, zamiast rzeźbić lalki z drewna. Próbował powiedzieć coś jeszcze, ale zaczął się dusić. Do płuc dolatywało coraz mniej powietrza…
Jóźwik zbudził się. Otworzył oczy i zobaczył, że było już jasno. Promienie słońca wpadające przez okna oświetlały siedzącą okrakiem na jego piersi małą postać. Stolarz zacharczał, oderwał od swej szyi małe rączki napastnika, rzucił go w kąt. Ludzik był, na szczęście, lekki i dość słaby. Jóźwik bynajmniej jednak nie chciał sprawdzić czy poradziłby sobie z tamtym w drugim starciu. Dopadł do drzwi chałupy, otworzył je pchnięciem, wyleciał na zewnątrz.
– Aaa! – darł się. – Dusiołek! Ratunku! Dusiołek!


***
Jóźwik bał się wrócić do domu. Nie był pewien, co właściwie mogło go tam czekać; dusiołek czy inne licho, nieistotne, prawdą jednak było, że to coś chciało go zabić. Cały drżał, po równo ze strachu i z zimna – wyleciał z chaty tak, jak spał. Szczęśliwie, że przed zaśnięciem nie chciało mu się zdejmować ciepłych onuc i chodaków, ale marzył o kożuchu czy kubraku.
Udał się na targ. Miał nadzieję znaleźć kogoś, kto mógłby mu pomóc, w taki czy inny sposób. Poza tym, zawsze to cieplej pośród ludzi, gdy wiatr musi dłużej kluczyć, by znaleźć drogę do zziębniętego ciała. Skulony zaraz wypatrzył spore zgromadzenie, gdzie, ku jego zdziwieniu, niczego nie sprzedawano. Było to tym bardziej zastanawiające, gdyż Jóźwik kojarzył człowieka, wokół którego ustawiło się kilkanaście osób; ów często przychodził wymieniać swoje króliki.
Stolarz też postanowił podejść i podsłuchać, za czym to zebranie.
– … Oj, toż za wiele dziś i tak by człowiek nie zrobił… – doleciały do niego słowa. To rozmawiało dwóch mężczyzn stojących nieopodal kramarza. – Może i prawdę mówią, że darmo co dadzą…
– Ano… – odparł drugi. – Ja to i zamiaruję, jak się będzie dało, przenocować… Poobrządzać trochu i tylko za to dostać jeść, to chyba warto. W domu beze mnie wytrzymają, a jak przyniosę jajek czy mleka, to jeszcze się ucieszą…
– Toż przecież.
– Tylko co ich tak przycisnęło, że aż robotników trza?
– To pan nie słyszałeś? Ponoć tam grajek w czasie godów zaczął grać jaką cudaczną melodię i wyprowadził wszystkich sielan nie wiada dokąd.
– Dziwności… Trza uważać, bo pójdziem, to i nas co omami i wyprowadzi…
– Niech nie gadają, jak nie wiedzą – ofuknął ich właściciel kramu. – Kogo miało zaczarować, to już zaczarowało. I nigdzie nie wyprowadziło. Stoją wszystkie na środku drogi, będzieta chcieli to, sami sobie zobaczycie.
Tamci już się nie odezwali, spojrzeli tylko po sobie. Jóźwik uznał, że jakkolwiek niepokojąco nie brzmiałaby nowina, wolał już pójść z nimi, niż wrócić do domu i mierzyć się samemu z jak najprawdziwszą groźbą tam czyhającą.
– Dobry… – Podszedł i się przywitał.
– A dobry, dobry.
– Słyszę, do roboty pan szukasz?
– Ano szukam, choć po prawdzie to już mieliśmy się zbierać, starczy nas.
– Weź pan jeszcze. – Jóźwik zadrżał z zimna. A raczej nagle wstrząsnęło nim trochę mocniej, niż dotychczas. – Pilno mi.
– Toż mogę. – Tamten wzruszył ramionami. – Żeś się pan wyletnił… Tadziu, daj no jakiego kożucha albo choć kawałek derki… Niech odzieje się, bo wyjdziem z Rakicic, będzie jeszcze zimniej. A do Wolszebnik droga wcale nie tak krótka…
Stolarz z wdzięcznością przyjął podarek. Zszedł zaraz na ubocze, dołączył do grupki kilku innych sielan, którzy tupali, bujali się – słowem, robili wszystko, by się nieco rozgrzać.
Jóźwik przypomniał sobie, że we wsi, do której idą, mieszka wolszebnik. Chociaż akurat tego po nazwie sioła nie sztuką było się domyślić. Może uda się spotkać go i poprosić o rozwiązanie problemu dusiołka. W rzemieślnika wstąpiła nowa fala nadziei i rozgrzała, niczym łyk dobrej okowity.


***
– Halo? Jest kto w domu? – zakrzyknął wójt. Zapukał. – Panie Jóźwiku? Przyszedłem spytać jak praca idzie. Mam wdzianko dla lalki, krawiec uszył na próbę…
Nie było odzewu. Drzwi były otwarte, to wszedł. Dom stał pusty. Władyka rozejrzał się, zobaczył zabawkę usadzoną na stoliku, opartą o ścianę. Przyłożył przyniesione przezeń ubranko. Było może nieco za małe, ale przecież kukiełce nie będzie to przeszkadzało.
Postanowił zabrać lalkę. Jak trzeba będzie, doniesie zapłatę w innym czasie, stolarz zawsze mógł też zgłosić się sam – wszak wiedział, gdzie wójt mieszka. Przybysz naprędce odział ludzika, wsadził go pod pachę i wyszedł. Nie mógł się już doczekać radości córki, którą wywoła tak niezwykła niespodzianka.


***
– Patrz, jak ci się szlaczek rozłazi – upomniała niania. – Rób węższe ściegi, później wszystko będzie widać.
Córka wójta, Nadziejka, miała ochotę powiedzieć coś opiekunce, ale zmarszczyła tylko nos. Nie w głowie jej było haftowanie, ale że przykazali, to chciała jak najszybciej zrobić swoje i zająć się rzeczami ciekawszymi. Widać jednak, przedobrzyła z tym popędzaniem.
– Żaden cię nie zechce, jak niczego nie będziesz umieć. Ty sobie nie wyobrażaj, że o, wójtówna, to jej już należna wszelka szczęśliwość z góry. Nie każdy będzie taki życzliwy tobie i dobry jak tatuś. Lepiej, żeby ci się trafił…
Niania urwała i Nadzia podniosła na nią wzrok, by sprawdzić, dlaczego. Piastunka z uśmiechem patrzyła na wejście do izby. Dziewczynka też spojrzała. Zaglądając do środka, zza drzwi wystawała śliczna lalka. Mała odrzuciła robótkę i z piskiem podbiegła do zabawki. Odebrała ją z rąk wójta, który też się pokazał.
– Tatku, ale ładny!
– Przekażę panu stolarzowi, że ci się spodobał.
– Tatku, tatku, a co on ma taki duży nos? – zainteresowała się Nadziejka.
Wójt przyjrzał się ludzikowi. Może to inne światło lub drewno wyschło, ale zdawało mu się, że lipowy nos był wcześniej odrobinę krótszy.
– Bo mu taki pan stolarz wyrzeźbił – odparł tylko. – Chcesz, to go podpytam, czy nie da się trochę skrócić…
– Oj nie, niech będzie taki. – Przytuliła lalkę. – Tak pytałam tylko. Cudaczny.
Władyka uśmiechnął się, widząc radość córki i jej momentalne przywiązanie do nowego towarzysza zabaw.
– To jeszcze teraz musisz uczyć się pilnie – rzekł, zerkając na nianię – by mu wdzianka przysposabiać. A i jeszcze daj mu ładnie na imię, żeby nie chodził smutny.
Odpowiedz


Wiadomości w tym wątku
Pieńko - przez kubutek28 - 01-03-2019, 21:12
RE: Pieńko - przez Eiszeit - 04-03-2019, 13:51
RE: Pieńko - przez kubutek28 - 05-03-2019, 08:05
RE: Pieńko - przez kubutek28 - 08-03-2019, 21:15
RE: Pieńko - przez Gunnar - 31-03-2019, 13:24
RE: Pieńko - przez Eiszeit - 09-03-2019, 11:34
RE: Pieńko - przez kubutek28 - 12-03-2019, 21:32
RE: Pieńko - przez Eiszeit - 12-03-2019, 22:21
RE: Pieńko - przez Miranda Calle - 15-03-2019, 08:37
RE: Pieńko - przez kubutek28 - 20-03-2019, 22:18
RE: Pieńko - przez Gunnar - 27-03-2019, 14:04
RE: Pieńko - przez kubutek28 - 12-04-2019, 00:32
RE: Pieńko - przez Gunnar - 15-04-2019, 16:37

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości