Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Pieńko
#1
Eeech, znów się dałem złamać...

Miałem poczekać z wrzucaniem tego opowiadania (przynajmniej do czasu ukończenia i przepisania pewnego innego), no ale to niniejsze, chociaż jeszcze właściwie dopracowuję zakończenie, mam już w większości w formie elektronicznej, więc zamieszczam połowę już dzisiaj...Smile

Jest to kolejne opowiadanie z sagi o Tymonie i Ongusie. Bezpośrednio następuje po TYM PROLOGU.

Zauważyłem, że, w sumie nie do końca zamierzenie, że opowiadania w tym moim drugim cyklu jakby coraz mniej mają charakter odrębnych historii - a raczej bardziej są rozdziałami jednej. Choć może nie do końca. Zresztą, może za wcześnie, żeby to stwierdzić (i dla mnie osobiście coraz mniejsze to ma znaczenie, bo cała opowieść jest żywa tam u mnie, gdzieś pod kopułąSmile), ocenę pozostawię również Czytelnikom Wink

Zapraszam do lektury Big Grin

Pieńko (cz. 1 z 2)

Zlecenia od wójta gminy Rakicice zawsze warto było brać i dokładać należytej staranności do ich wykonania. Nieźle płacił, ale nie był to jedyny powód. Jako znaczna osobistość miewał nieraz gości spoza osady, a tamci łatwo wpadali w zachwyt nad meblami, które tworzył stolarz Jóźwik.

Tym razem włodarz namówił majstra na wykonanie prezentu dla córki. Rzemieślnik miał sporządzić wójtównie zabawkę, lalkę z drewna. Choć z początku ostrzegał zleceniodawcę, że dotąd nie rzeźbił zbyt wiele, to koniec końców się zgodził. Zwłaszcza, że wójt świadom żmudności takiego dłubania przy małej rzeczy, zaoferował zapłatę jak za coś większego.
Jóźwik, wziąwszy kawałek miękkiego pnia lipy, wyrzeźbił postać chłopca. Krótko zastanawiał się, jak przymocować kończyny do korpusu. W rezultacie wbił na końcach rąk i nóg, oraz w miejscu ich łączeń z tułowiem metalowe zaczepy z zagiętych gwoździ.
Ustroiwszy całą lalkę, rzemieślnik uświadomił sobie, że czegoś brakuje w jej twarzy. Nos, który wcześniej ukształtował, wydał mu się teraz jakby przycięty, niepełny. Zamiast niego wyciął więc w tym miejscu otwór i naprędce wcisnął weń kolejny kawałek drewna. Akurat sękaty, ale postanowił to zmienić nazajutrz – z tego co wywnioskował, minęła już duża część nocy.
Spojrzał jeszcze raz na wykonane dzieło, kiwnął z satysfakcją i uznaniem głową. Było niemal gotowe, tylko ten nos… A po nim robota rzeźbiarza skończona, dalej wszystko w rękach krawca. Jóźwik odłożył lalkę i, zmęczony ale zadowolony, poszedł układać się do snu.


***
Tymon podleciał jeszcze kawałek wzdłuż drogi wiodącej do Rakicic. Po chwili zawrócił, zmrużył oczy przed słońcem wschodzącym po drugiej stronie Wolszebnik. Skulił się przed kolejnym przeszywającym powiewem wiatru i zaczął opadać.
Spojrzał przelotnie na swoją chałupę, później na krąg zaklętych sielan, na koniec na Tadka, który stał nieopodal, gapiąc się na fruwającego ziomka z uniesioną głową i rozdziawioną gębą.
– Voleo stagra – mruknął Tymon jakieś dwa łokcie nad ziemią. Opadł.
– I jak? – zainteresował się Tadyk.
– Zimno…
– No ale co ze zjawami? Widział żeś jaką?
– O, już, pewnie! Patrz, za pazuchą jedną trzymam! – burknął zapytany. – Uważaj, bo weźmie i sama do nas która przyjdzie! Zdrowiście, powie, miałam tu przyjść, bo wzywali, to i jestem i radam służyć.
Tadyk nie odpowiedział, tylko lekko się nachmurzył.
I Tymon był naburmuszony. Nie wiedział, czy przez naiwność ziomka, czy, po prostu, z zimna. Nie wiedział też, po co jeszcze co rano wznosił się nad siołem, wypatrując czegokolwiek niezwykłego. Na samym początku wierzył, że nawet jeśli nic się nie przydarzy, to już sam lot odbiegał od normy. Szybko jednak stał się nużący, a wręcz drażnił. Tym bardziej, że chłop nie widział nic, co chciałby zobaczyć, a kończyło się zawsze przemarzniętymi członkami, załzawionymi oczyma i cieknącym nosem.
– Idziem do wolszebnika – oznajmił. – Musi już, niecnota, nie śpi.
Ongus rzadko kiedy wychodził do nich sam z siebie. Ale skoro zawsze doń zachodzili, bo potrzebowali tej dodatkowej pary rąk do pracy, to i po co?
Tym razem nie spał już od pewnego czasu. Ruszał się zbyt żwawo jak na kogoś, kto dopiero co się obudził; w piecu też miał napalone, tak że w pomieszczeniu na górze było ciepło. Tymon czuł z tego powodu wdzięczność.
Wolszebnik siedział przy stole, właśnie jadł. Nigdy nie narzekał na brak jedzenia, ale tego dnia to już w ogóle jego śniadanie wyglądało jakby miało wystarczyć dla rodziny liczącej pół tuzina. Sęk jednak w tym, że, owszem, mieli za darmo o wiele więcej żywności, ale wpierw musieli nieźle się natrudzić przy obrządkach.
– Dobry – przywitał go Tymon.
Ongus nie odpowiedział, a tylko pokiwał energicznie głową. Właśnie przeżuwał.
– Gotów?
– A wy już po śniadaniu? – Wskazał stół zapraszającym gestem.
Obaj już jedli wcześniej, ale Tymon nie miał nic przeciwko dokładce i posiedzeniu w cieple. Zwłaszcza po, jak by nie patrzeć, dość męczącym lataniu. Wzruszył ramionami i się dosiadł. Tadyk stał nieco dłużej, ale też zajął miejsce i sięgnął po chleb.
– Zimno?
– Ano. A i jeszcze padać zaczyna.
– Zaklętym, na szczęście, brak ciepła zdaje się nie szkodzić – rzekł Ongus między kęsami. – Ale jak spadnie śnieg, należałoby go trochę z nich zgarnąć jakąś miotełką.
Chłopi skinęli.
– Jednako, nie jest to dobrze – ciągnął czarotwórca, kręcąc głową – że tylko dbamy o sioło, a poza tym właściwie nic nie przedsiębierzemy… Co, twoim zdaniem, powinniśmy zrobić? Jako wolszebnik musisz się nauczyć rozwiązywać podobne problemy.
Zapytany Tymon odchylił się na krześle. Właściwie od pewnego już czasu nikt odeń nie wymagał samodzielnego myślenia. Głośno wypuścił powietrze.
– Trzeba… – zaczął. I jakoś przez chwilę nie potrafił dokończyć. – Odczarować tamtych.
Ongus pokiwał w zadumie głową.
– Dobrze – rzekł. – Idź i to zrób.
– Ale jak?
– To ja mam wiedzieć? – żachnął się wolszebnik. – Podajesz rozwiązanie, nie znając sposobu jego wykonania? Tedy słabe to rozwiązanie…
Tymon w zdziwieniu uniósł brwi.
– Czy ty myślisz, że nie wpadłem na to – ciągnął jego nauczyciel – żeby zdjąć ten czar? To mnie oświeć, powiedz konkretnie co zrobić, radym wysłuchać.
– Przecie za tą robotą to nawet nie ma czasu się zastanowić – próbował bronić się chłop. – A po wszystkim człowiek do niczego się nie nadaje, jak tylko do żarcia i spania…
– Zatem nasuwa się wniosek, że trzeba najpierw jakoś sobie ulżyć, odjąć trochę roboty, prawda? Nie myśl, jak widziałby ci się koniec całego kłopotu, ale najpierw, jak krok po kroku doń doprowadzić.
Tymon spuścił głowę i milczał. Nie wiedział, co powiedzieć.
– Oto, co dziś zrobimy. – Ongus, na szczęście, wiedział. – Ja zostanę w siole, będę sobie tu powoli obrządzał. Zaś wy dwaj idźcie do Rakicic, najmijcie kilku parobków do pomocy. Mówcie, że mamy tu ich gdzie przenocować i czym karmić, aż nadto. Wiadomo, trochę roboty będzie, ale w więcej osób szybciej i weselej. Całej sprawy z tym czarem nie ma co ukrywać, wielu już i tak pewnie jest zaznajomionych. Jednak nie ma co też jej na siłę ogłaszać, bo ktoś może się przedwcześnie zniechęcić. Niewykluczone jest i to, że od innych dowiemy się co nieco na cały temat.
Wolszebnik przerwał, swoimi słowami zasiewając w sercach chłopów nową nadzieję. Tymon zdumiał się, że nie wpadł na to wcześniej – zamiast skupić się na szukaniu zjaw, najpierw sobie trochę w tym ulżyć…


***
– Jam bez winy! Niewinny… – zabrzmiał kolejny zew. Karlik raz po raz powtarzał te słowa, jakby ufając, że napełnia nimi jakąś osobliwą czarę. Że w końcu ktoś uwierzy i uzna, że należy przerwać egzekucję. Tym razem nie udało się, ktoś z tłuszczy uciszył go, trafiając zgniłą cebulą prosto w nos.
Wprowadzili go po drewnianych stopniach na szafot. Spojrzał na wiszącą nad nim pętlę pohybla. Spuścił zaraz głowę, uderzony w oko żołędziem. Uświadomił sobie, jak celnie gawiedź miota weń swoje pociski. Pozornie jednak – po prostu wielu chybień nie widział, skupiwszy wzrok i myśli na czym innym.
Ustawiono go przed pniakiem, nad którym sznur złowieszczo rozdziawiał swą paszczę. Tłum ucichł nieco, ale tylko tyle, by słyszeć głos urzędnika obwieszczającego wyrok:
– Z rozkazu roztropnie nam urzędującego wójta gminy Rakicice, za zuchwały i haniebny mord, który pogrążył w smutku i żalu wielu, wobec ludu zawiśnie dziś obecny tu Karlik ze wsi Wierzbiany.
Oskarżony kręcił szybko głową, jakby nie chcąc uznać swej winy. Trochę szybciej i można by pomyśleć, że przeszły go tak silne dreszcze albo dostał konwulsji stojąc. Nic mu to jednak nie pomogło. Urzędnik uległ w końcu coraz głośniejszej wrzawie tłumu i rzekł:
– Kacie, czyń swą powinność.
Wezwany wprowadził oskarżonego na pień, założył mu na szyję pętlę, kopnął podstawę pod Karlikiem, poprawił, bo za pierwszym razem tylko się zakołysała.
Wisielec poleciał w dół. Lina wycisnęła zeń całe powietrze. Wierzgnął raz i drugi, na chwilę poluzowując zacisk choć odrobinę. Na więcej siły nie miał. Skurczył płuca w rozpaczliwej próbie wdechu. Poczuł ucisk w całym ciele, mimo że nie wlało się w nie ani trochę tchu. Na ostatku spróbował znowu, ponownie wyprężył się.
Wdech…
Wdech…


***
Wciągnął ze świstem powietrze. Nie wypełniło go jednak, zupełnie jakby chwilę temu nie prowadził o nie rozpaczliwej walki, czy też… Wcale go nie potrzebował. Otworzył oczy, a raczej po prostu zaczął widzieć.
Panował półmrok. Pomyślał, że śnił o swojej egzekucji, a teraz obudził się w celi. Aż taka ciemność jednak nie zapadła. Obok jarzyła się końcówka świecy, a on sam siedział na stole. Z początku nie mógł się poruszyć, jakby nigdy nie używał swoich członków. I właściwie tak było naprawdę, bo nie przebywał w swoim dawnym ciele. Tamto dalej wisiał na pohyblu, choć on sam o tym nie wiedział. Jego obecna powłoka, co dość trudno było sobie uświadomić, zrobiona była z drewna. Mała, mierząca może ze dwa łokcie, a Karlik w niej przebywał. W końcu udało mu się poruszyć lekko głową. Nie wiedział, co właściwie i dlaczego się stało. Niespecjalnie też się tym przejmował, jakby razem z ciałem przyjął również sztywność odczuwania. Jak echo wciąż powracała jedna myśl: otrzymał skądsiś kolejną szansę, zapewne nie bez powodu. Nie znając tegoż, postanowił sam go sobie wymyślić. Zrobili zeń mordercę i za to ukarali. Należało więc dopełnić czynu, by sprawiedliwości stało się zadość. I tym razem nie zamierzał dać się złapać.


***
Gdy tylko krawcy uszyli stroje dla wykonanych przez niego lalek, te ożyły. Przyszły do jego chaty, dały pancerz i broń i kazały się zaciągnąć do armii, bo idzie wojna. Jednak oddział, do którego go przydzielili, poniósł porażkę już w pierwszej bitwie – walczyli przeciw wielkim szczurom, dosiadającym ogromnych orłów o nogach koni oraz ludzkich nosach. Dostał się do niewoli. Jego ciemiężcy zaprowadzili go do kopalni, kazali pracować do ostatka sił. Na jednym z niższych pokładów zawalił się strop. On i inny niewolnik ugrzęźli bez wyjścia. Tuż przed śmiercią z głodu, pragnienia i braku powietrza wyznał, że to wszystko nie stałoby się, gdyby wciąż wykonywał stoły, zamiast rzeźbić lalki z drewna. Próbował powiedzieć coś jeszcze, ale zaczął się dusić. Do płuc dolatywało coraz mniej powietrza…
Jóźwik zbudził się. Otworzył oczy i zobaczył, że było już jasno. Promienie słońca wpadające przez okna oświetlały siedzącą okrakiem na jego piersi małą postać. Stolarz zacharczał, oderwał od swej szyi małe rączki napastnika, rzucił go w kąt. Ludzik był, na szczęście, lekki i dość słaby. Jóźwik bynajmniej jednak nie chciał sprawdzić czy poradziłby sobie z tamtym w drugim starciu. Dopadł do drzwi chałupy, otworzył je pchnięciem, wyleciał na zewnątrz.
– Aaa! – darł się. – Dusiołek! Ratunku! Dusiołek!


***
Jóźwik bał się wrócić do domu. Nie był pewien, co właściwie mogło go tam czekać; dusiołek czy inne licho, nieistotne, prawdą jednak było, że to coś chciało go zabić. Cały drżał, po równo ze strachu i z zimna – wyleciał z chaty tak, jak spał. Szczęśliwie, że przed zaśnięciem nie chciało mu się zdejmować ciepłych onuc i chodaków, ale marzył o kożuchu czy kubraku.
Udał się na targ. Miał nadzieję znaleźć kogoś, kto mógłby mu pomóc, w taki czy inny sposób. Poza tym, zawsze to cieplej pośród ludzi, gdy wiatr musi dłużej kluczyć, by znaleźć drogę do zziębniętego ciała. Skulony zaraz wypatrzył spore zgromadzenie, gdzie, ku jego zdziwieniu, niczego nie sprzedawano. Było to tym bardziej zastanawiające, gdyż Jóźwik kojarzył człowieka, wokół którego ustawiło się kilkanaście osób; ów często przychodził wymieniać swoje króliki.
Stolarz też postanowił podejść i podsłuchać, za czym to zebranie.
– … Oj, toż za wiele dziś i tak by człowiek nie zrobił… – doleciały do niego słowa. To rozmawiało dwóch mężczyzn stojących nieopodal kramarza. – Może i prawdę mówią, że darmo co dadzą…
– Ano… – odparł drugi. – Ja to i zamiaruję, jak się będzie dało, przenocować… Poobrządzać trochu i tylko za to dostać jeść, to chyba warto. W domu beze mnie wytrzymają, a jak przyniosę jajek czy mleka, to jeszcze się ucieszą…
– Toż przecież.
– Tylko co ich tak przycisnęło, że aż robotników trza?
– To pan nie słyszałeś? Ponoć tam grajek w czasie godów zaczął grać jaką cudaczną melodię i wyprowadził wszystkich sielan nie wiada dokąd.
– Dziwności… Trza uważać, bo pójdziem, to i nas co omami i wyprowadzi…
– Niech nie gadają, jak nie wiedzą – ofuknął ich właściciel kramu. – Kogo miało zaczarować, to już zaczarowało. I nigdzie nie wyprowadziło. Stoją wszystkie na środku drogi, będzieta chcieli to, sami sobie zobaczycie.
Tamci już się nie odezwali, spojrzeli tylko po sobie. Jóźwik uznał, że jakkolwiek niepokojąco nie brzmiałaby nowina, wolał już pójść z nimi, niż wrócić do domu i mierzyć się samemu z jak najprawdziwszą groźbą tam czyhającą.
– Dobry… – Podszedł i się przywitał.
– A dobry, dobry.
– Słyszę, do roboty pan szukasz?
– Ano szukam, choć po prawdzie to już mieliśmy się zbierać, starczy nas.
– Weź pan jeszcze. – Jóźwik zadrżał z zimna. A raczej nagle wstrząsnęło nim trochę mocniej, niż dotychczas. – Pilno mi.
– Toż mogę. – Tamten wzruszył ramionami. – Żeś się pan wyletnił… Tadziu, daj no jakiego kożucha albo choć kawałek derki… Niech odzieje się, bo wyjdziem z Rakicic, będzie jeszcze zimniej. A do Wolszebnik droga wcale nie tak krótka…
Stolarz z wdzięcznością przyjął podarek. Zszedł zaraz na ubocze, dołączył do grupki kilku innych sielan, którzy tupali, bujali się – słowem, robili wszystko, by się nieco rozgrzać.
Jóźwik przypomniał sobie, że we wsi, do której idą, mieszka wolszebnik. Chociaż akurat tego po nazwie sioła nie sztuką było się domyślić. Może uda się spotkać go i poprosić o rozwiązanie problemu dusiołka. W rzemieślnika wstąpiła nowa fala nadziei i rozgrzała, niczym łyk dobrej okowity.


***
– Halo? Jest kto w domu? – zakrzyknął wójt. Zapukał. – Panie Jóźwiku? Przyszedłem spytać jak praca idzie. Mam wdzianko dla lalki, krawiec uszył na próbę…
Nie było odzewu. Drzwi były otwarte, to wszedł. Dom stał pusty. Władyka rozejrzał się, zobaczył zabawkę usadzoną na stoliku, opartą o ścianę. Przyłożył przyniesione przezeń ubranko. Było może nieco za małe, ale przecież kukiełce nie będzie to przeszkadzało.
Postanowił zabrać lalkę. Jak trzeba będzie, doniesie zapłatę w innym czasie, stolarz zawsze mógł też zgłosić się sam – wszak wiedział, gdzie wójt mieszka. Przybysz naprędce odział ludzika, wsadził go pod pachę i wyszedł. Nie mógł się już doczekać radości córki, którą wywoła tak niezwykła niespodzianka.


***
– Patrz, jak ci się szlaczek rozłazi – upomniała niania. – Rób węższe ściegi, później wszystko będzie widać.
Córka wójta, Nadziejka, miała ochotę powiedzieć coś opiekunce, ale zmarszczyła tylko nos. Nie w głowie jej było haftowanie, ale że przykazali, to chciała jak najszybciej zrobić swoje i zająć się rzeczami ciekawszymi. Widać jednak, przedobrzyła z tym popędzaniem.
– Żaden cię nie zechce, jak niczego nie będziesz umieć. Ty sobie nie wyobrażaj, że o, wójtówna, to jej już należna wszelka szczęśliwość z góry. Nie każdy będzie taki życzliwy tobie i dobry jak tatuś. Lepiej, żeby ci się trafił…
Niania urwała i Nadzia podniosła na nią wzrok, by sprawdzić, dlaczego. Piastunka z uśmiechem patrzyła na wejście do izby. Dziewczynka też spojrzała. Zaglądając do środka, zza drzwi wystawała śliczna lalka. Mała odrzuciła robótkę i z piskiem podbiegła do zabawki. Odebrała ją z rąk wójta, który też się pokazał.
– Tatku, ale ładny!
– Przekażę panu stolarzowi, że ci się spodobał.
– Tatku, tatku, a co on ma taki duży nos? – zainteresowała się Nadziejka.
Wójt przyjrzał się ludzikowi. Może to inne światło lub drewno wyschło, ale zdawało mu się, że lipowy nos był wcześniej odrobinę krótszy.
– Bo mu taki pan stolarz wyrzeźbił – odparł tylko. – Chcesz, to go podpytam, czy nie da się trochę skrócić…
– Oj nie, niech będzie taki. – Przytuliła lalkę. – Tak pytałam tylko. Cudaczny.
Władyka uśmiechnął się, widząc radość córki i jej momentalne przywiązanie do nowego towarzysza zabaw.
– To jeszcze teraz musisz uczyć się pilnie – rzekł, zerkając na nianię – by mu wdzianka przysposabiać. A i jeszcze daj mu ładnie na imię, żeby nie chodził smutny.
Odpowiedz
#2
(01-03-2019, 21:12)kubutek28 napisał(a): Rzemieślnik miał sporządzić wójtównie zabawkę, lalkę z drewna.
Zabrakło końcówki. 

Cytat:W rezultacie wbił na końcach rąk i nóg, oraz w miejscu ich łączeń z tułowiem metalowe zaczepy z zagiętych gwoździ.
Myślę, że w tym zdaniu brakowało przecinka, może w tym miejscu?

Cytat:Ukształtowawszy całą lalkę, rzemieślnik uświadomił sobie, że czegoś brakuje w jej twarzy. Nos, który wcześniej ukształtował, wydał mu się teraz jakby przycięty, niepełny.
Bliskie powtórzenie.

Cytat:Na samym początku wierzył, że nawet jeśli nic się nie przydarzy, to już sam lot odbiegał od normy, był ekscytujący. Szybko jednak stał się nużący, a nawet drażniący.
Wkradło się sporo rymów Big Grin 

Cytat:– Podajesz rozwiązanie, nie znając sposobu jego wykonania? Tedy słabe to rozwiązanie…
Kolejna genialna sentencja, jak na mentora przystało Wink 

Cytat:Tym razem nie udało się, ktoś z tłuszczy uciszył go, trafiając zgniłą cebulą, prosto w nos.
Moim zdaniem ten przecinek jest zbędny. 

Cytat:Spuścił zaraz głowę, uderzony w oko żołędziem. Przemknęło mu przez głowę, jak celnie gawiedź miota weń swoje pociski.
Bliskie powtórzenie. 

Cytat:Ustawiono go przed pniakiem, nad ? sznur złowieszczo rozdziawiał swą paszczę.
Odniosłam wrażenie, że czegoś tu zabrakło.

Cytat:Miał nadzieję znaleźć kogoś, kto mógłby mu pomóc, tak czy w inny sposób.
Może - w taki czy inny sposób?

Bardzo podoba mi się Twoja umiejętność dopasowania języka zarówno narracyjnego jak i kwestii dialogowych do czasu, w którym dzieje się akcja. Całość brzmi bardzo naturalnie, nie miałam jakichkolwiek problemów z czytaniem. Da się odczuć, że tekst nie jest technicznie tak dopracowany jak poprzednie, ale uwagi wymieniłam wyżej, więc skupię się na fabule.

Wchodzenie licha w przedmiot + lalka...dwie rzeczy, które wywołują dreszcz na moim karku, lubię tę tematykę Big Grin  Dzięki fragmentarycznej formie i przedstawieniu kilku przenikających się perspektyw, przebieg akcji mocniej podsycał moją ciekawość. Najpierw egzekucja Karlika (swoją drogą opisana bardzo obrazowo, chylę czoła), potem scena z wójtem, który zabiera lalkę dla Nadziejki...nie mogę się doczekać drugiej części Wink
Odpowiedz
#3
Dziękuję za komentarz i uwagi - poprawioneSmile.

Cóż... Ten Pieńko to taka hybryda dwóch postaci fikcyjnych. Więcej może napiszę po drugiej częściWink. A ta już pewnie wkrótce.
Odpowiedz
#4
Część druga, ostatnia - niniejszym przedstawiam i zapraszam do lekturySmile

– Ot, chcieli, to mają – burknął prowadzący grupę gospodarz. – Nikt ich stąd nie ruszał ani wyprowadzał. Jak ich zaczarowało, tak stoją.

– A was – zauważył przytomnie któryś ze zbiorowiska – czemu nie zaczarowało?
– Bo nas nie było.
– To skąd wiedzą, że ich tu zaczarowało – ciągnął ten sam ciekawski – a nie, dajmy na to, kto nie zaklął po chałupach i tu przyprowadził?
– A bo ja byłem – rozgorączkował się ten drugi mieszkaniec Wolszebnik.
– Był ów – potwierdził skinieniem znów pierwszy. – Ale, jak to na godach, popili wszyscy, a on więcej od nich i czar nad nim władzy nie miał.
Ochotnicy nie wypytywali dalej. Pokiwali tylko głowami, wymienili spojrzenia, biorąc sobie do serca tę cenną metodę przeciwstawiania się złym urokom.
Jóźwik tymczasem nie udzielał się ani słowem. Nasłuchiwał tylko po drodze, zaczął też wypatrywać wolszebnika zamieszkującego to sioło. Nie czekał długo – ów wychynął spomiędzy sparaliżowanej gawiedzi, strasząc tym trochę przybyłych.
– Zdrowiście – powitał ich. Od razu widać było, że to czarodziej – był stary, ale ruchliwy, do tego miał spojrzenie, z którego biła niezmierzona mądrość. Stolarz aż uśmiechnął się, bo patrząc w oczy tamtego od razu poczuł się bezpieczniej, pragnął wypowiedzieć swój kłopot i wiedział, że otrzyma pomoc.
– Ilu nas jest? Raz, dwa, czsz, hm, hm… – Czarodziej podliczał każdego z przybyłych skinieniem. – Trzynastu ze mną, dobrze. Serdecznie witamy w Wolszebnikach, choć, jak sami widzicie, nie najlepszy to czas dla naszego sioła. Dzięki, żeście zechcieli przyjść pomóc. Nic ciężkiego do roboty nie mamy, choć na nas trzech to było dość. Bo tylko takie zwykłe rzeczy: poobrządzać, czasem ugotować albo chleba upiec dla reszty… Kto co ma robić, jeszcze ustalimy. Czasem ja i ów tutaj, Tymon, będziemy musieli pewnie odstępować od pracy, by zająć się czym innym. Podobnie i Tadyk – wskazał wspomnianego – bo on jako jedyny widział trochę zajście z całym tym urokiem.
Wolszebnik skończył. Rozeszli się, by pokazać wszystkim gdzie co będą robić: jeść mieli w karczmie, noclegi – jeśli ktoś mógłby zostać – przygotowali w gospodzie i chałupach nieopodal.
Jóźwik, chcąc zaczepić czarodzieja, trzymał się go bliżej. Nieco zachęcony zrobionym przezeń pierwszym dobrym wrażeniem, postanowił wyjawić swój kłopot wcześniej, niż przedtem zamierzał.
– Panie dobry, zaradźcie – rzekł, pociągnąwszy tamtego lekko za łokieć. – Pomoc mi potrzebna.
Ów odwrócił głowę, spojrzał z lekkim uśmiechem.
– Sądziłem, że to wy przyszliście pomóc nam. Cóż to, jakaś pożoga była? – Odniósł się do derki, pod którą stolarz krył się dotąd. – Tedy zamieszkajcie ile trzeba u nas, w wiosce. No już, tak tylko sobie dworuję. Mówcież, co trzeba? – mruknął na końcu, bo Jóźwik zniechęcony żartem głośno cmoknął i pokręcił głową.
– Nie przez pożogę dali mi ten łachman, choć też wdziałem go nie bez przyczyny. – Wzdrygnął się od przejmującego powiewu, jakby przypominającego mu o niepełnym ubiorze. Zamilkł, ale na chwilę, bo wolszebnik patrzył tylko nań uważnie i w oczekiwaniu. – Nie miałem sposobności się ubrać, bo coś siedziało u mnie w chałupie… A nawet chciało zadusić we śnie, szczęście, żem się obudził. Nie wiem, dusiołek, czy coś inszego…
Czarodziej uniósł brwi i otworzył usta w zdziwieniu.
– Tymon – przywołał swego pomocnika, uniósłszy wzrok ponad stolarza. – Chyba mamy zjawę.
Wezwany też nastroszył się, zaraz podszedł do rozmawiających. Za nim, bez słowa, podążył ów wcześniej nazywany Tadkiem.
– Mówcie. – Wolszebnik znów zwrócił się do Jóźwika, już w obecności dwóch przybyłych. – Jakże to was chciało zadusić?
– A siadł na mnie, ów dusiołek czy inne licho… Zacisnął mi rączki na gardle, pozbawiając tchu. Przebudziłem się, zdołałem niecnotę odrzucić i uciec z chałupy.
– Jak wyglądał?
– Jak ludzik… – Stolarz wzruszył ramionami… – Mały, o taki o z wysokości. – Pokazał ręką trochę wyżej nad swoje kolana.
– Pewnyś pan jest? – wtrącił Tymon. – Nie byłeś pan podpity?
– Gdzie podpity… – Jóźwik ucichł na chwilę. – Robiłem wieczór wcześniej, a przy robocie nie piję.
Wszyscy zamilkli, dumając nad tym, co zostało wypowiedziane.
– Temu tak się wybrałem. – Jóźwik zwrócił się do Tymona, ów skinął głową. – Za tym dusiołkiem nie było nawet jak się odziać.
– Wcześniej, niż myślałem – mruknął Ongus – przyszło nam pozostawić na trochę naszych nowych pomocników.


***
Stara piastunka drzemała. Jasnym było, że Nadziejki, gdy tylko dostała małego chłopca z drewna, spętanej powrozami nie zaciągnąłbyś do robótki u boku niani. Dziewczynka zaraz wybiegła z lalką na dwór, by pochwalić się rówieśnikom. Za namową taty nadała jej imię, Pieńko – wszak zabawka wyrzeźbiona była z pnia. Mała wróciła po niedługim czasie – akurat napadało trochę śniegu, więc odniosła ludzika i poszła z innymi lepić bałwana. Opiekunka nie namyślała się długo, nim postanowiła wykorzystać darowany czas na odpoczynek. Przed snem zaczęła robić na drutach sweterek dla lalki. Może jeśli Nadziejka spostrzeże, że się da, sama się kiedyś do tego będzie garnęła.


Pieńko? Może być i Pieńko. Imię takie w sam raz do zapamiętania. I do powtarzania go w trwodze i do straszenia nim małych dzieci.
Straszenia przez piastunki, takie jak ta tutaj. Drzemała, zaciskając pomarszczone dłonie na parze drutów; na jednym z nich nawleczony był zaczęty przed kilkoma chwilami kawałek robótki. U stóp babiny zaś leżał kłębek włóczki. Ludzik podszedł doń, kopnął lekko, rozwijając. Jeszcze parę razy. Swoją drogą, pomyślał, dalej rozplątując sznurek, zabawne, że wpierw byłem uduszony ja, teraz los daje szansę odpłacić się tym samym, już drugi raz. Myśl o pierwszej, nieudanej próbie prawie mu zepsuła nastrój. Jednako, wszak człowiek uczy się na błędach. Może warto przyjąć tę metodę zabijania? Duszenie? Niech wiedzą, kto ja zacz i pożałują, żem zawisł w poprzednim ciele za niewinność.
Rozwinął kilka kolejnych zwojów włóczki, złożył ją parę razy i rozpiął między rączkami, łapiąc za końce.
Chyba nie ma co zostawać ciągle w tym samym miejscu – myślał w międzyczasie. Zwłaszcza, że ten pierwszy, stolarz, uciekł, widząc kto go dusi. Gdyby nie on, można by spróbować pozostać niezauważonym, ale teraz lepiej pozwolić trwodze rozsiewać się bardziej przez gadanie i plotki gawiedzi, niż częste ubijanie.
Stanął za fotelem z włóczką w rękach. Spojrzał na wystający znad niego, nakryty czepkiem, czubek głowy staruchy. Znieruchomiał na krótką chwilę, skoczył na poręcz, zaraz owinął sznurkiem szyję drzemiącej jeszcze piastunki. Zacisnął. Babina obudziła się, przerażona i zszokowana. Odrzuciła druty i robótkę. Chwyciła w pierwszym odruchu podłokietniki siedzenia, wyprężyła się. Po tym, ciągle charcząc, próbowała rwać okowy z szyi, jednak raczej paznokciami rozdrapywała skórę.
– Gchrh… – wydusiła babina, walcząc o powietrze.
Zupełnie jak ja, nie dalej jak wczoraj, pomyślał Karlik. Z zaciekawieniem też zauważył, że niania w szoku nie próbowała zrywać po jednym włóknie sznurka – co byłoby o wiele bardziej skuteczne – a chciała odjąć od krtani wszystko naraz.
Z każdą kolejną chwilą sięgała dłońmi do szyi z mniejszą zażartością, coraz rzadziej tłukła nogami o podłogę. W końcu znieruchomiała. Pieńko utrzymał chwyt jeszcze trochę, kierowany poprzednią nieudaną próbą. Tym razem ofiara nie uciekła, nawet nie drgnęła. Zabójca odstąpił od staruchy usatysfakcjonowany.
Zaczął rozważać, czy choć trochę uprzątnąć miejsce zbrodni. Z jednej strony chciał przecież siać trwogę, w tym celu więc, zdawało mu się, warto było pozostawić ślady. Myślał jednak, czy w ten sposób nie przyczyni się do ułatwienia zadania śledzącym go. Poprzestał na nawinięciu włóczki na kłębek. Uznał zaraz, że mały w tym sens, skoro ślady na szyi staruchy jednoznacznie wskazywały przyczynę śmierci. Na końcu wybił dziurę w oknie izby, uciekł na zewnątrz.


***
Jóźwik zbliżył się pierwszy. Nie wkroczył jednak do domu, uchylił tylko drzwi i puścił przodem czarodzieja Ongusa i jego ucznia. Przeczekał jeszcze chwilę na zewnątrz, jakby spodziewając się usłyszeć ze środka krzyki lub odgłosy walki. Potem też wszedł.
W pomieszczeniu panował półmrok i oczom zajęło trochę, nim odzwyczaiły się od jasnego słońcem i śniegiem podwórka. Pachniało drewnem, jak to u niego w domu. Najbardziej wyczuwał lekki aromat lipy, jej wióry leżały jeszcze na klepisku.
– Nikogo ani niczego – mruknął Tymon.
Jóźwik dostrzegł pozostałości wcześniejszej walki, a raczej napaści. Miał wrażenie, że były to tak subtelne ślady, że ktoś postronny mógłby je pomylić z bałaganem panującym w warsztacie.
Spojrzał na stół w pracowni.
– O – zauważył – musi wójt był.
– Czemu?
– Ludzika nie ma. Wójtównie robiłem, taką lalkę z drewna.
Ongus i Tymon spojrzeli po sobie.
– Lalkę? – powtórzył ów pierwszy.
– Ano.
– Ludzik? Z drewna? Być może wielkości tego dusiołka, co to was napadł?
Jóźwik postał chwilę w bezruchu i milczeniu. Zaraz uniósł brwi, otworzył szeroko oczy. Rozdziawił też usta, choć wciąż nie mówił nic.
– Tak jest – dopowiedział za niego czarodziej, kiwając głową. – Najpewniej nie był to żaden dusiołek, prędzej stworzenie chciało zabić swego stwórcę.


***
– Ile to… Drugi raz już dziś pana widzę. Ale ani razu z królikami, jak to kiedyś.
– Dziś nie, dziś tylko o, ziomkowi pomagamy.
– A szkoda, bo w opolu posucha, kurcza, moglibyście ze starszym panem więcej za sztukę żądać. – Zagadujący spojrzał ukradkiem na Ongusa, ale jasnym było, że to nie ów staruszek, który wraz z Tymonem zwykle sprzedawał na rynku w Rakicicach.
– No nie, dziś nie – powtórzył Tymon, powoli się oddalając. Tamten próbował jeszcze podejść, ale ostatecznie pomruczał coś pod nosem, pogadał sam do siebie i został.
– Chodź, chodź – ponaglił wolszebnik ucznia. – Licho nie śpi, gotowe znów komuś krwi napsuć.
Ruszyli znów we trzech przez plac do domu wójta. Skoro nie zastali dusiciela w domu stolarza, nie widzieli powodu, by nie mógł być u władyki właśnie.
– A jak go znajdziemy? – podjął temat Tymon. – To co, spalić? Czy odczarować jakoś?
– A jak sądzisz?
– Jak robak drewno toczy – wtrącił Jóźwik z nutą żalu – to nikt raczej nie bawi się w wykrajanie go, tylko spalić trzeba.
– Dobrze powiedziane – skinął Ongus. – Ale tutaj ważne też będzie poznanie przyczyny uroku. Bo może być, że spalimy lalkę, a czar wejdzie znów… w kurę chociażby, czy takiego królika. Najlepiej nam złapać licho, czy cokolwiek by to nie było. Popatrzymy, zbadamy, palenie może poczekać. Weźmiemy, wrzucimy do jakiegoś worka; zmieści się, co?
Stolarz skinął.
– O. Jako że już niedługo będzie zmierzchać, pewnie poszukamy noclegu gdzieś tu, w Rakicicach.
– Coś zbyt łatwym się zdaje to wszystko – bąknął Tymon.
– Nikt nie powiedział, że takie będzie – odparł Ongus ze wzruszeniem ramion. – Może być, że przy całym rejwachu ubabrzemy się cali w pocie, krwi i… trocinach, że tak się wyrażę. Wręcz głupim jest przypuszczać, że nie napotkamy trudności. Tymczasem chodźmy…
Przerwał. Byli niedaleko domu wójta, właściwie mieli budynek w zasięgu wzroku, gdy usłyszeli za sobą sapanie i jakieś okrzyki. Trochę zdziwili się, bo ku nim biegł Tadyk. Przystanęli w oczekiwaniu.
– Oj, jesteście – wystękał. – Dobrze, jużem myślał, że was nie znajdę, po całych Rakicicach będę musiał szukać…
– Co się stało? Czemuś tak pilno przyleciał?
– Oj, panie, dobra nowina! – Przybysz zwrócił się do wolszebnika podniesionym i drżącym z radości głosem. – Urok osłabł, opuścił jednego zaklętego!
– Jakże to? – Ongus zmarszczył brwi.
– Ano! Pan młody… Janek… ożył – wysapał Tadyk. – Do obiaduśmy się gotowili, w karczmie, gdy i ów się przyłączył. Nie gadał nic, to i ledwo go zoczyłem. Bo tamci, co do robót przyszli, nie znając go, nawet nie zwrócili nań uwagi. Próbowałem z nim zamienić słów kilka, ale siadł i siedział tylko niemrawy, jakby jakim obuchem po łbie dostał. Przykazałem tedy reszcie, by się nim zajęli, nakarmili i napoili jak będzie chciał, a sam czym prędzej wyruszyłem szukać was.
– I tylko on? – Ongus zdawał się mniej uradowany nowiną, bardziej zaskoczony. Widać, tego się nie spodziewał. – Jak mijałeś chochoła i zaklętych, to wszyscy inni się ostali?
– Tak mi się widzi. Jednako, dokładnie nie sprawdzałem, skoro było jak dawniej, a przybiegłem zawiadomić was.
Wolszebnik mruknął, pogrążył się w zadumie. Nie miał na to jednak dużo czasu.
Usłyszeli kobiecy pisk, dochodzący od strony domu wójta. Spojrzeli po sobie, ruszyli w tamtym kierunku. Nawet Tadyk, który jeszcze nie zdążył do końca odsapnąć po poprzednim wysiłku.
Będąc wewnątrz, nie mieli kłopotu ze znalezieniem źródła zamieszania. Część domowników już tam była, w pokoju na piętrze, inni jeszcze dobiegali. Tam też dotarli czterej przybysze.
Młoda pokojówka szlochała, wstrząsana dreszczami w objęciach wójtowej. Koło nich stał też wójt i jeszcze dwoje innych ze służby. Wszyscy ustawili się półkolem za fotelem, gdzie spoczywał trup piastunki. Przed nim w nieładzie leżała rozwinięta włóczka, druty, fragment robótki. Wybito jedną z szyb okna, szklane ułomki walały się nieopodal, wiatr wlatywał przez otwór dwóch piędzi.
Ongus wystąpił naprzód, bez słowa zaczął oględziny. Obejrzał staruszkę, później leżący sznurek, rozpoznając w nim narzędzie zbrodni. Przez dziurę, którą uznał za drogę ucieczki, wyjrzał na zewnątrz.
– Pozwól pan na chwilę, stolarzu… – odezwał się wolszebnik.
Rzemieślnik zbliżył się do okna.
– To wasza lalka?
– Mhm – mruknął Jóźwik ponuro, widząc drewnianego ludzika leżącego na zewnątrz budynku.
– Chodźcie, no, na dół – polecił znów Ongus. Do nikogo konkretnie nie mówił, ale wywołani wiedzieli, o kogo chodzi. Tymon, Jóźwik i Tadyk podążyli za nim, na zewnątrz, na tył domu wójta.
– Ciekaw jestem, czy to rzeczywiście jego dzieło, choć wręcz nie potrafię uwierzyć, że mogło być inaczej – mruknął już na dole czarodziej – i czy to już jego koniec.
– Nos mu wypadł – zauważył Tymon.
Wolszebnik podszedł do kukiełki. Obrócił ją stopą, twarzą do góry. Dziura po leżącym nieopodal sękatym lipowym kawałku nadawała lalce jakiegoś upiornego wyglądu. Właściwie, znając poczynania Pieńka, już wcześniej ten uśmiech przerażał, a z brakującym nosem jeszcze bardziej.
– Tymon, macie jakąś pustą klatkę? – zapytał Ongus. – Solidnie postrojoną, z drobnym oczkiem, żeby można było ją było przenieść?
– No zawsze – potwierdził zaczepiony. W myślach dodał, że dodatkowe pojemniki warto mieć na wszelkie wypadki, ale takiego szczególnego wypadku nie przewidywał nigdy.
– Spętać, wrzucić go całego i mieć baczenie, najlepiej jeśli będę go miał u siebie, w wieży… – Zamilkł na chwilę. – Mówisz, że zbudził się tylko jeden? – Wolszebnik zwrócił się tym razem do Tadka.
Ów w pierwszej chwili nie zareagował, zdziwiony, podobnie jak pozostali, treścią i adresatem pytania. Później skinął.
Ongus uniósł głowę, spojrzał na dziurawe okno u góry. Potem znów na drewnianą lalkę.
– Nie podoba mi się ta zbieżność liczbowa.
Odpowiedz
#5
(08-03-2019, 21:15)kubutek28 napisał(a): Pokiwali tylko głowami, wymienili wzajemne spojrzenia, biorąc sobie do serca tę cenną metodę przeciwstawiania się złym urokom.
Zrezygnowałabym z tego przymiotnika.

Cytat:Spojrzeli po sobie, ruszyli w tamtym kierunku.
Tutaj zamiast przecinka może lepiej pasowałby łącznik "i"? Nadaje trochę tempa sytuacji Wink 

Miałam zacząć nadrabiać starsze opowiadania, ale tak czekałam na drugą część "Pieńko", że nie mogłam sobie odmówić i...Kubutku nie mów, że to już koniec Huh W takim momencie? W takim napięciu?  Big Grin Mam w głowie jeszcze więcej pytań niż przedtem, chociaż myślę, że rozumiem sens zakończenia i - jeżeli rozumiem je dobrze - jest ono przerażające.
Styl jak zwykle bardzo mi się podobał, szczególnie przemawiały do mnie zimowe krajobrazy wsi, które miałam w głowie, czytając opisy - dało się poczuć ten mróz. Urzeka mnie, że potrafisz nakreślić relacje między mieszkańcami, nie poświęcając im jakiegokolwiek opisu. Spomiędzy zdań wyłania się obraz zgodnej choć prostej społeczności, gotowej sobie pomóc, często w podbramkowych i trudnych sytuacjach.
Technicznie tekst bardzo dobry, nie wyłapałam niczego więcej niż to, co zanotowałam wyżej.

Pozdrawiam Smile
Odpowiedz
#6
Cytat:
kubutek28 napisał(a): napisał(a):Pokiwali tylko głowami, wymienili wzajemne spojrzenia, biorąc sobie do serca tę cenną metodę przeciwstawiania się złym urokom.
Zrezygnowałabym z tego przymiotnika.
Poprawione (choć nie wiem, czy czegoś nie spierniczyłem przy okazjiWink)
Cytat:
Cytat: napisał(a):Spojrzeli po sobie, ruszyli w tamtym kierunku.
Tutaj zamiast przecinka może lepiej pasowałby łącznik "i"? Nadaje trochę tempa sytuacji [Obrazek: wink.gif] 
Czy na pewno? Mnie "i" kojarzy się właśnie bardziej z taką płynnością, regularnością, a przecinek, przynajmniej tutaj, z takim przeskokiem, lekkim napięciem...

Cytat:Kubutku nie mów, że to już koniec [Obrazek: huh.gif] W takim momencie? W takim napięciu?  [Obrazek: biggrin.gif]
No ja uważam, że właśnie tak jest najlepiejSmile
Pozostawiłem w niepewności, czy Pieńko jest jak zabawki z ToyStory (i budzi się, gdy tylko nikogo nie ma w pobliżu), czy po prostu rozpadł się i już jego koniec... A może jest jeszcze inaczej...?
Szczerze to sam podaję w wątpliwość metody, jakimi go potraktować, rozważam swoje pierwotne planySmile

Cytat:chociaż myślę, że rozumiem sens zakończenia i - jeżeli rozumiem je dobrze - jest ono przerażające. 
Cóż, to też celowy zabieg. Choć są tu dwie strony medalu: Bo "Pieńko" miał być właśnie taką częścią, lekko niepokojącą, sam też ten motyw na końcu miał budzić właśnie takie wrażenia. Ale sądzę, że kolejne teksty ukażą tę "zbieżność liczbową" w trochę innym świetle. Okaże się nie aż taka straszna, jak się namalowała na początkuSmile

Dziękuję Ci za komentarz, to zawsze motywacja do kolejnych krokówBig Grin

Chciałbym napomknąć o pewnym motywie, z którym podchodziłem do pisania tego opowiadania...
Myślę, że tu nie będzie zaskoczenia - imię lalki to Pieńko, czyli stworzona przeze mnie modyfikacja "Pinokia", tak, by brzmiało jak najbardziej w rodzimym języku.
Bardzo ważne też (jak nie ważniejsze) jest imię tego powieszonego bohatera - Karlik. Tu też nawiązanie. Karlik, to zdrobnienie (znaleziony gdzieś tam) od Karol. Karol po angielsku to Charles. A jedno ze zdrobnień od Charles'a to Chuck. Cóż, myślę, że wiecie, o co mi chodziSmile.
Odpowiedz
#7
(12-03-2019, 21:32)kubutek28 napisał(a): Cytat:Czy na pewno? Mnie "i" kojarzy się właśnie bardziej z taką płynnością, regularnością, a przecinek, przynajmniej tutaj, z takim przeskokiem, lekkim napięciem...
W sumie, po drugim przeczytaniu uznaję, że masz rację i ten przecinek jest ok Smile

Cytat:Ale sądzę, że kolejne teksty ukażą tę "zbieżność liczbową" w trochę innym świetle. Okaże się nie aż taka straszna, jak się namalowała na początku[Obrazek: smile.gif]
Czekam z niecierpliwością.

Cytat:A jedno ze zdrobnień od Charles'a to Chuck. Cóż, myślę, że wiecie, o co mi chodzi[Obrazek: smile.gif].
Oj, ja wiem...ciary idą po karku na samo wspomnienie Wink
Odpowiedz
#8
Fajny ten Pieńko. Trochę taki konglomerat Pinokia z laleczką Chucky.
Opowiadanie czyta się gładko, co jest zasługą lekkiego, przyjemnego języka i dialogów. Dialogi! Zawsze podkreślam ich rolę w dużych narracjach. Twoje są naturalne, podkreślają cechy indywidualne bohaterów.
Jak wirtuoz sprytnie żonglujesz słowami, budując napięcie, by wreszcie doprowadzić do wielkiego finału. I faktycznie, szkoda, że lektura tak szybko się kończy...
[Obrazek: oscar.jpg]
Odpowiedz
#9
Cytat:
Cytat: napisał(a):A jedno ze zdrobnień od Charles'a to Chuck. Cóż, myślę, że wiecie, o co mi chodzi[Obrazek: smile.gif].
Oj, ja wiem...ciary idą po karku na samo wspomnienie [Obrazek: wink.gif]
Cytat:Fajny ten Pieńko. Trochę taki konglomerat Pinokia z laleczką Chucky.
Pamiętam, że gdy na fali była laleczka Chucky (ile ja mogłem mieć lat, z osiem...), byłem przerażony. Wspominanie tego cudaka przez moich starszych braci skutkowało niepokojem, co najmniejSmile
Ale może to i lepiej - nigdy nie oglądałem żadnej z części do końca, tylko trochę z opowieści znam koniec tej historii. To mi daje furtkę do tego, by samemu pobawić się tym motywem z większą swobodąSmile
Przy tym chciałbym się przyznać do pewnej rzeczy, może to drobiazg: gdy nieraz zdarza mi się przeglądać pliki tekstowe na komputerze, przyłapuję się na tym, że widząc tytuł "Pieńko" pojawia się myśl: "Pieńko, ty dziadu". Chyba doszło do tego, że sam się niepokoję, co on jeszcze może zrobićBig Grin
Cytat:I faktycznie, szkoda, że lektura tak szybko się kończy...
I znów - chwyt, aby czytelnik miał chęć na kolejny rozdział/opowiadanie (już sam nie wiem, jaka będzie tego formaWink)
Odpowiedz
#10
(01-03-2019, 21:12)kubutek28 napisał(a): Pieńko (cz. 1 z 2)

Zlecenia od wójta gminy Rakicice zawsze warto było brać i dokładać należytej staranności do ich wykonania. Nieźle płacił, ale nie był to jedyny powód. Jako znaczna osobistość miewał nieraz gości spoza osady, a tamci łatwo wpadali w zachwyt nad meblami, które tworzył stolarz Jóźwik.
Tym razem włodarz namówił majstra na wykonanie prezentu dla swojej córki.
Widać nawet jakiś samorząd zorganizowany mają. Nie tylko opole i starszyzna.

(01-03-2019, 21:12)kubutek28 napisał(a):
– Voleo stagra – mruknął Tymon jakieś pół tuzina piędzi nad ziemią. Opadł.
1,2 m. Nie łatwiej dwa łokcie, albo cztery stopy? Wink

(01-03-2019, 21:12)kubutek28 napisał(a):
– O, już, pewnie! Patrz, za pazuchą jedną trzymam! – burknął zapytany. – Uważaj, bo weźmie i sama do nas która przyjdzie! Zdrowiście, powie, miałam tu przyjść, bo wzywali, to i jestem i radam służyć.
Cóż za sarkazm Big Grin
(01-03-2019, 21:12)kubutek28 napisał(a):
 Sęk był jednak w tym, że, owszem, mieli za darmo o wiele więcej żywności, ale wpierw musieli nieźle się natrudzić przy obrządkach.

***
– Jam bez winy! Niewinny… – zabrzmiał kolejny zew. Karlik raz po raz powtarzał te słowa, jakby ufając, że napełnia nimi jakąś osobliwą czarę. Że w końcu ktoś uwierzy i uzna, że należy przerwać egzekucję. Tym razem nie udało się, ktoś z tłuszczy uciszył go, trafiając zgniłą cebulą prosto w nos.
Wprowadzili go po drewnianych stopniach na szafot. Spojrzał na wiszącą nad nim pętlę pohybla. Spuścił zaraz głowę, uderzony w oko żołędziem. Uświadomił sobie, jak celnie gawiedź miota weń swoje pociski. Pozornie jednak – po prostu wielu chybień nie widział, skupiwszy wzrok i myśli na czym innym.
Ustawiono go przed pniakiem, nad którym sznur złowieszczo rozdziawiał swą paszczę. Tłum ucichł nieco, ale tylko tyle, by słyszeć głos urzędnika obwieszczającego wyrok:
– Z rozkazu roztropnie nam urzędującego wójta gminy Rakicice, za zuchwały i haniebny mord, który pogrążył w smutku i żalu wielu, wobec ludu zawiśnie dziś obecny tu Karlik ze wsi Wierzbiany.
Oskarżony kręcił szybko głową, jakby nie chcąc uznać swej winy. Trochę szybciej i można by pomyśleć, że przeszły go tak silne dreszcze albo dostał konwulsji stojąc. Nic mu to jednak nie pomogło. Urzędnik uległ w końcu coraz głośniejszej wrzawie tłumu i rzekł:
– Kacie, czyń swą powinność.
Wezwany wprowadził oskarżonego na pień, założył mu na szyję pętlę, kopnął podstawę pod Karlikiem, poprawił, bo za pierwszym razem tylko się zakołysała.
Wisielec poleciał w dół. Lina wycisnęła zeń całe powietrze. Wierzgnął raz i drugi, na chwilę poluzowując zacisk choć odrobinę. Na więcej siły nie miał. Skurczył płuca w rozpaczliwej próbie wdechu. Poczuł ucisk w całym ciele, mimo że nie wlało się w nie ani trochę tchu. Na ostatku spróbował znowu, ponownie wyprężył się.
Wdech…
Wdech…
A ot o i kolejne wieszanie. Wójt ma też władzę sądowniczą. W zasadzie pomniejsi urzędnicy wydawali wyroki w imieniu księcia, to fakt. Choć dalej chodzi mi po głowie organizacja plemienna ze starszyzną. Ale widać, ze tu społeczeństwo już bardziej zaawansowane.

(01-03-2019, 21:12)kubutek28 napisał(a):
 Do płuc dolatywało coraz mniej powietrza…
Tu mam wątpliwości, co do tego czasownika i jego zastosowania w tym kontekście. Powietrze w zasadzie samo nie dolatuje do nas, co je zasysamy z otoczenia Wink
Plus za dusiołka Wink

Nie dość ci, żeś potworzył mnie, szkapę i wołka,
Jeszcześ musiał takiego zmajstrować Dusiołka?

Zastanawia mnie racjonalność działań stolarza. Mieszka sam, jak się domyślam. Czy dusiołek znany ludności i znikajacy po przebudzeniu wywołałby w nim aż taką panikę? Pewnie po kilku chwilach na mrozie, by ochłoną i ostrożnie wrócił do chałupy. Gdyby drugi raz zobaczył stwora, że nie znikną jednak jak powinien normalny dusiołek, to ok.
Druga sprawa - nie szuka ratunku u sąsiadów znajomych, tylko udaje się na dobrowolne wygnanie nic nikomu nie mówiąc?

(01-03-2019, 21:12)kubutek28 napisał(a):
Władyka rozejrzał się, zobaczył zabawkę usadzoną na stoliku, opartą o ścianę. 
Władykę wybierała starszyzna o ile mnie pamieć nie myli. Tu też tak jest?
Odpowiedz
#11
(08-03-2019, 21:15)kubutek28 napisał(a):
Wezwany też nastroszył się, zaraz podszedł o rozmawiających. 
jakiejś literki zabrakło

(08-03-2019, 21:15)kubutek28 napisał(a):
Dziewczynka zaraz wybiegła z lalką na dwór, by pochwalić się swoim rówieśnikom. 

Swoją drogą, pomyślał, dalej rozplątując sznurek, zabawne, że wpierw byłem uduszony ja, teraz los daje szansę odpłacić się tym samym, już drugi raz.

(08-03-2019, 21:15)kubutek28 napisał(a):
Chyba nie ma co zostawać ciągle w tym samym miejscu - myślał w międzyczasie. 
To bym tak zapisał.

(08-03-2019, 21:15)kubutek28 napisał(a):
W pomieszczeniu panował półmrok i oczom zajęło trochę, nim odzwyczaiły się od jasnego od słońca i śniegu podwórka.
Zazwyczaj to oczy przyzwyczają się do mroku. Można i zrobić na odwrót, ale powstaje tu podwójne "od", które nie brzmi dobrze.

(08-03-2019, 21:15)kubutek28 napisał(a):
Wybito jedną z szyb okna, szklane ułomki walały się nieopodal, wiatr wlatywał przez otwór wielkości dwóch piędzi.
Podstawy kryminalistyki - jeśli na podłodze są odłamki szkła to szybę wybito od zewnątrz Wink

Trochę brakuje mi interakcji z domownikami wójta. Znaleźli trup, do domu wpada im czterech nieznjomych (z wyjątkiem stolarza) i nic nie reagują?

Chochoł, karlik i laka zaczynają się powoli łączyć. Ciekawe podejrzenie na koniec. 

No to już nie wygląda na opowiadanie ale bardziej na fragment wyraźnie zarysowanej większej całości. Choć "bossa" złapano Wink
Mam nawet podejrzenie, że Pieńko budzi się tylko, gdy zostaje w pokoju sam z kimś pogrążonym we śnie.
Dobrze się czytało, historia wciąga. 
Widzę, ze fabuła będzie bardziej skomplikowana.
Odpowiedz
#12
Pozwolę sobie wyrazić parę uwag do uwagWink. Wiele rad posłuchałem, a i parę innych może po przedyskutowaniu też znów posłucham:

Cytat:Wójt ma też władzę sądowniczą. W zasadzie pomniejsi urzędnicy wydawali wyroki w imieniu księcia, to fakt. Choć dalej chodzi mi po głowie organizacja plemienna ze starszyzną. Ale widać, ze tu społeczeństwo już bardziej zaawansowane.
Postanowiłem choć trochę wzorować się na historycznej funkcji wójta, a z tego co wyczytałem, w pewnym momencie miał całkiem sporo władzy... Odniosłem wrażenie, że wręcz jak jakiś lord nad większą połacią terenu... A i jeszcze jedna sprawa - wójt wydał rozkaz, ale nie napisane, że tylko on radził nad wyrokiem Wink
Cytat:
kubutek28 napisał(a): napisał(a):
 Do płuc dolatywało coraz mniej powietrza…
Tu mam wątpliwości, co do tego czasownika i jego zastosowania w tym kontekście. Powietrze w zasadzie samo nie dolatuje do nas, co je zasysamy z otoczenia [Obrazek: wink.gif]
Z jednej strony masz rację, ale chciałem zrobić z narratora opowiadacza, raczej nieskupionego na technice oddychania, a raczej takiego, co, jakby to powiedzieć, przywołuje odpowiedni obraz, w tym konkretnym momencie "dolatywanie" wydało mi się dobre... Bo, owszem, nie samo ono "wlatuje", ale jakoś moim zdaniem pokazuje to, że Karlikowi "skończyła się władza" nad tym, co się z nim dzieje, co jest w stanie robić...
Cytat:Zastanawia mnie racjonalność działań stolarza. Mieszka sam, jak się domyślam. Czy dusiołek znany ludności i znikajacy po przebudzeniu wywołałby w nim aż taką panikę? Pewnie po kilku chwilach na mrozie, by ochłoną i ostrożnie wrócił do chałupy. Gdyby drugi raz zobaczył stwora, że nie znikną jednak jak powinien normalny dusiołek, to ok.

Druga sprawa - nie szuka ratunku u sąsiadów znajomych, tylko udaje się na dobrowolne wygnanie nic nikomu nie mówiąc?
No tu mam zagwozdkę... Myślałem nad paroma zdaniami, które mógłbym dopisać, aby wyjaśnić pokrótce sposób jego zachowania, ale muszę ładnie to wymyślić - wrzucę, myślę, niebawemSmile.
Cytat:
kubutek28 napisał(a): napisał(a):
Władyka rozejrzał się, zobaczył zabawkę usadzoną na stoliku, opartą o ścianę. 
Władykę wybierała starszyzna o ile mnie pamieć nie myli. Tu też tak jest?
Tu użyłem po prostu tego słowa jako synonimy dla "rządcy", "władcy", czy innego sprawującego tę władzę.
Cytat:
kubutek28 napisał(a): napisał(a):
Wybito jedną z szyb okna, szklane ułomki walały się nieopodal, wiatr wlatywał przez otwór wielkości dwóch piędzi.
Podstawy kryminalistyki - jeśli na podłodze są odłamki szkła to szybę wybito od zewnątrz [Obrazek: wink.gif]
A czy nie byłoby choć paru kawałków również w środku?
Cytat:Trochę brakuje mi interakcji z domownikami wójta. Znaleźli trup, do domu wpada im czterech nieznjomych (z wyjątkiem stolarza) i nic nie reagują?
Jak trochę wyżej - to chyba też powinienem poprawić; pewnie już wkrótce się za to wezmęSmile

Cytat:
kubutek28 napisał(a): napisał(a):
W pomieszczeniu panował półmrok i oczom zajęło trochę, nim odzwyczaiły się od jasnego od słońca i śniegu podwórka.
Zazwyczaj to oczy przyzwyczają się do mroku. Można i zrobić na odwrót, ale powstaje tu podwójne "od", które nie brzmi dobrze.
A może tak?
"W pomieszczeniu panował półmrok i oczom zajęło trochę, nim odzwyczaiły się od jasnego słońcem i śniegiem podwórka."


Dziękuję za kolejne odwiedziny, jestem niepomiernie wdzięcznySmile
Z tym "podejrzeniem" na końcu mam pewien pomysł, a nawet dylemat na tle filozoficzno-moralnym Smile

Też już kolejny raz zauważam, że ta forma przestała być typowym zbiorem opowiadań, ale zapytałem się - w sumie czemu nie? Może "przystojnie" wyjdzie? Takie idealne tworzywo do ekranizacji w formie serialu na Netflixa Wink

A dusiołek już dawno przestał być w mojej głowie stworkiem tylko Leśmianowym - jakoś tak go na stałe skojarzyłem i dodałem do kanonu innych stworkówSmile. Sądzę, że akurat można go ujednolicić ze słowiańską zmorą (czy też marą, jak zwał, tak zwał)...
Odpowiedz
#13
(12-04-2019, 00:32)kubutek28 napisał(a):
Cytat:
kubutek28 napisał(a): napisał(a):
Wybito jedną z szyb okna, szklane ułomki walały się nieopodal, wiatr wlatywał przez otwór wielkości dwóch piędzi.
Podstawy kryminalistyki - jeśli na podłodze są odłamki szkła to szybę wybito od zewnątrz [Obrazek: wink.gif]
A czy nie byłoby choć paru kawałków również w środku?
Teoretycznie gdyby okno było spore i już po wybiciu dziury jakiś fragment szyby oderwał sie od górnej krawędzi i roztrzaskał o podstawę, to parę fragmentów mogłoby znaleźć się w środku. Jednak przy wyskakiwaniu przez okno impet uderzenia wyrzuca całe szkło w kierunku "wyskoku" Wink

(12-04-2019, 00:32)kubutek28 napisał(a):
Cytat:
kubutek28 napisał(a): napisał(a):
W pomieszczeniu panował półmrok i oczom zajęło trochę, nim odzwyczaiły się od jasnego od słońca i śniegu podwórka.
Zazwyczaj to oczy przyzwyczają się do mroku. Można i zrobić na odwrót, ale powstaje tu podwójne "od", które nie brzmi dobrze.
A może tak?
"W pomieszczeniu panował półmrok i oczom zajęło trochę, nim odzwyczaiły się od jasnego słońcem i śniegiem podwórka."
Tak lepiej Smile
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości