Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
KISIEL
#1
Pisać o pisarzu, to syzyfowe zadanie. Niewdzięczne, bo - stronnicze. Tym bardziej o nim, o człowieku, który przez długie okresy życia był odsunięty od publikowania swoich utworów literackich i kompozycji muzycznych, nad którym ciążyła klątwa wzmożonej adiustacji. Co musiało i co wpłynęło na bezpardonowy ton jego wypowiedzi. Na zdezorientowane snucie rozważań o roli, jaką przyszło mu pełnić.

Skłonny do hamletyzowania, do egzystencjalnych wędrówek po swoim wnętrzu, targany sprzecznymi ocenami własnych zalet, skazany na bierne i bezradne przypatrywanie się zamieraniu posiadanych talentów, obserwował, jak znikają z ludzkiej pamięci.

Jak on sam, poprzez konsekwentne zakazy nieprawomyślnego pisania felietonów i tworzenia muzyki, oddala się od istniejącej rzeczywistości. Znika z pola czytelniczego widzenia.

Traci kontakt z dotychczasowymi i nie potrafi nawiązać go z następcami; jest odseparowany od hodowlanej generacji jeszcze młodych, a już wyzutych ze wspomnień, od karykaturalnego pokolenia późnych wnuków, od zniewieściałych plemion, plemion karmionych przeinaczoną historią i pozbawionych genealogii.

Ma przygnębiające wrażenie daremności pisania. Ma dosyć nietrafnych złudzeń związanych z adresowaniem swoich tekstów. Tekstów wymierzonych w ludzi ogarniętych przez samonakręcające się sprężyny psychoz. Kierowanych do ludzi żyjących pośród obłudy, przeinaczeń i zakłamanej historii. Słania ich do nieznanych czytelników. Odbiorców pogodzonych ze swoim egoizmem i brakiem ambicji. Postaci zadowalających się złudzeniami, przystosowanych do małej stabilizacji, do kluczenia między świeczką, a ogarkiem. Wegetujących z nawyku do śniętego spokoju.

Wtedy z Dzienników przebija gorycz. Smutek niedosytów. Świadomość zbliżania się do kresu życia. Starzenia się i upływu lat spędzonych na daremnym oczekiwaniu na Godota, na niewymuszone refleksje i nieskrępowane wypowiedzi, na brak paszportowych dylematów czy zaspokojenie głodu podróży gdziekolwiek.

Dzienniki powstają w ukryciu, w zeszytach, z myślą o późniejszej książce wydrukowanej w sprzyjających warunkach. I myśl ta jest motorem, siłą napędową jego dorobku.

Jest też jedynym sposobem na pozostawienie po sobie świadectwa pełniejszego niż doraźna bazgranina w reżimowych gazetach, gdzie musiał ważyć słowa, z konieczności dawkować aluzje, mówić szyfrem. Nie dlatego, by kogoś nie urazić, ale dlatego, by nie zamknąć sobie drogi do dalszych wypowiedzi.

Natomiast w dziennikach nazywanych przez niego żółciowymi, pozwala sobie na swobodę ciętych sformułowań, rzuca się na hazard politycznych spekulacji.

Dopuszcza się wtedy ocen sprawiających przykrość ludziom z którymi ma na co dzień do czynienia: miota nazbyt radykalnymi, nazbyt krzywdzącymi, nazbyt brutalnymi określeniami.   

Ma tego szyderczą świadomość; odsunięty od możliwości wzięcia udziału w krajowych polemikach, zadowala się przymusowym pisaniem do szuflady.
*
Truizmem jest powiedzenie, że co pisarz, to osobowość; niekiedy silna, niekiedy nie. Są pisarze nieprzejednani, dysponujący odwagą cywilną, mający ugruntowane zapatrywania i są zamulacze, wsteczniacy posiadający paskudne, ugodowe zapatrywania, przekonania uzależnione od wiaterków historii: poglądy przystosowane do okoliczności.

Stefan Kisielewski miał usposobienie weredyka i płacił za to wysoką cenę.

Jakiś czas temu radiowa Dwójka zaprezentowała jedną z jego pięciu powieści (Widziane z góry). Nadano ją w wyśmienitej interpretacji Jerzego Stuhra. Podzielona na 49 odcinków, stanowiła ucztę dla znękanych uszu.

Jednak słuchając jej, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że została stworzona w innym rytmie niż dzienniki, w odcieniach bardziej kontemplacyjnych niż radykalnych, gdyż autor zdawał sobie sprawę: powieścią nie rządzi prędkość.

Nie włada, bo co innego nerwowa nota w dzienniku czy emocjonalny zapis artykułu, rejestr faktów i szkic spostrzeżeń sporządzonych pod presją chwili, na gorąco, podczas ciągłego użerania się z partyjnymi matołami, w trakcie przymusowych randek z cenzurą, a co innego romans, gdzie można pozwolić sobie na szerszy oddech, głębsze zastanowienie, rozlewny malunek pejzażu, psychologiczny portret, rozbudowę atmosfery; publicystyka, to streszczenie, a epopeja, to rozwinięcie.

Ale fabuła pociąga go mało: woli uprawiać publicystykę. W niej dopatruje się dobrych stron swojego pisania. W niej może dowieść głoszonych racji.

W niej dostrzega sens. Jednak wie, że sens uprawiania publicystyki jest tylko wtedy, gdy ma ona odbiorcę i autor może liczyć na rezonans. Lecz oddźwięk napisanych przez niego dzieł jest słabiutki: od czasu nazwania gomułkowskiej ekipy dyktaturą ciemniaków, poszczególny ciemniak odwzajemniał mu się prześladowaniem, szykanami, bojkotem druku, a poszczególny cenzor niszczył go prasowym milczeniem i zakazywał mu publikacji pod własnym nazwiskiem. Co zaowocowało rozczarowaniem, depresją, częstą samokrytyczną analizą.  

Zrazu pod kątem ideologicznej ortografii sprawdzały go partyjne myszołowy. W późniejszym okresie do stada gnębicieli dołączyli trwożliwi obrońcy praworządności z Tygodnika Powszechnego.

Pisze zatem poza PRL, omijając partyjny parnas bęcwałów w walonkach. Większość felietonów zakwestionowanych przez partię drukuje w zaciszu paryskiej Kultury: u Giedrojcia. Powieści umieszcza poza PRL.: w małonakładowych, emigracyjnych gazetkach.

W kraju jest mało słyszalny, a jeszcze mniej – rozumiany.

Z kim by nie gadał, wszędzie jest sam: traktowany z lekceważeniem przez przyjaciół z opozycji, a przez wrogów z aparatu - jak niebezpieczny awanturnik na furiackich papierach. Obcy z powodu swojej przenikliwości, wypowiada i o jednych i drugich sądy ostre, bezwzględne, budzące namiętny sprzeciw.

I nie tylko o ludziach jest złego zdania, bo i na temat państw wyraża się krytycznie: z uporem przechodzącym w manię twierdzi, że Zachód jak zwykle nie rozumie Wschodu i jest wobec niego nieustraszenie uległy.

Jest wobec niego naiwny, bo nie tyle nie rozumie, co nie chce zrozumieć jego postępowania.
*
Wtłoczony w  duszną izolację, zmęczony szarpaniną z karłowatymi ludźmi, od których zależał los jego publikacji, wieczny desperat, empiryk, szyderca, ironista i moralista w jednej osobie, boleśnie odczuwa zmarnowany czas. Jako niespokojny, polemiczny, niesforny duch i mentor z powołania, stale popada w rozterki: broni się przed krasomówczym pustosłowiem, a dostrzegając śmieszność swojej sytuacji, kpinkuje z siebie, bo ma uczucie, iż jest jak skryba bez pióra, inkaustu i kałamarza, muzyk bez słuchu i weny, krótko mówiąc: gaduła ukarany milczeniem.

Ratuje się więc ucieczką w zjadliwy chichot ze wszystkich, którzy wrobili go w ten pasztet; chroni się za parawanem szyderstwa, opędza przed napadami wściekłości, dostrzega absurd w niejawnym pisaniu i w chodzeniu na ugodę z korektą. Widzi nonsens w poruszaniu tematów na indeksie i treści odpychających, ponieważ wie, że i tak nie będzie mógł opublikować tego, co mu w duszy gra.

Na kartach Dzienników porusza temat własnej jesieni przemijania. Powraca do tego wątku bardzo często, wręcz obsesyjnie, co jest w miarę zabawne, zważywszy, że o swojej rychłej śmierci i demencji mówi w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat, a czeka go jeszcze dwadzieścia wiosenek z dużym hakiem.

Dziennik jest niewyczerpaną kopalnią wiedzy o postaciach, z którymi się spotyka. O reprezentantach różnych dziedzin kultury. Muzyki, prozy, poezji, filozofii. Starczy wymienić kilku: Bacewicz, Penderecki, Lutosławski, Miłosz, Kołakowski, Słonimski, Iwaszkiewicz, Putrament, Gombrowicz, Bartoszewski, Gołubiew, Eile.

Zabiera w nim głos na temat znanych i nieznanych wydarzeń. Ocenia je i przytacza fakty z przemijającej epoki. Jak umie, tak pisze, a że umie doskonale, to pisze z werwą, przekornie i błyskotliwie, przeważnie sceptycznie, bez patosu przynależnego wszelkiej propagandzie. Indoktrynacji, której nienawidzi. Nie znosi, gdyż według niego jest za często stosowana i dlatego – drażniąca jak wszelka przesada.
*
Pisze z przygniatającą inteligencją. Pisze nie patyczkując się doborem karkołomnych słów. Nie stroniąc od kolokwializmów, cytatów i przysłów. Unikając ekwilibrystyki znaczeń; prosto z mostu.

Jego teksty nigdy nie są letnie, a zawsze kontrowersyjne. Lecz choć przepojone żarem i pisane z ogniem, to nie odnosiły spodziewanego skutku.

Jakkolwiek, jak sam powiada, jest to ogień ledwie pełgający: przygaszony zanadto przedłużającym się stresem, niekiedy rosnącym poczuciem klęski, bezskutecznym mówieniem do głuchych, bazgraniem w kagańcu, tłumaczeniem ażurowym umysłom tej prawdy, że są zniewolone, trawione korozją pamięci.

Nie oszczędza w nich nawet przyjaciół.

Lecz pomimo bolesnych doświadczeń, wciąż nie potrafi powstrzymać się przed wyrażaniem swojego zdania.

Wynikają z niecierpliwości, rozczarowań i frustracji. Są więc dla niego zastępczą formą istnienia, ucieczką przed postępującymi, fizycznymi degradacjami wieku. Są artystyczną rekompensatą za osobiste niepowodzenia i zachodzące w nim, biologiczne procesy.

W nich nie musi bić czołem przed mikrobami; jest oswobodzony ze złogów służalczych myśli. A jednocześnie te niesprawiedliwe opinie o przyjaciołach zdają się sprawiać mu radość, bo, jako waleczna istota, lubi się przekomarzać.

Lubi czytać ich rozjuszone repliki. Na przykład zaczepiony przez niego Tyrmand odpowiada mu i charakteryzuje go jako zapijaczonego niechluja z fryzjerskim wąsikiem. Na co, dokumentnie uszczęśliwiony Kisiel, wyraża się o Tyrmandzie z wielką czułością.
 
Z czego płynie wniosek, że kruk krukowi nie nasobaczy pod ogon.
 
"Zawsze pamiętaj, że tłum, który oklaskuje twoją koronację, jest tym samym tłumem, który będzie oklaskiwał twoją egzekucję."
T. Pratchett "Piekło pocztowe"

Odpowiedz
#2
Dobrze było przeczytać. Szczepan za ów tekst dziękuje.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości