Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Fałszywy Świt
(01-08-2020, 11:19)Gunnar napisał(a): – Książę, zamordowano dziś mojego syna, mojego pierworodnego. Jak myślisz, jak mogę się czuć? Chcę wiedzieć, co się wydarzyło i dlaczego ci gwardziści nie zapobiegli tej potwornej zbrodni.
(01-08-2020, 11:19)Gunnar napisał(a): Christo zbladła.

(01-08-2020, 11:19)Gunnar napisał(a): – Wstrzymajcie się(przecinek) mężowie. – Rohanian uniósł dłoń, pragnąc pohamować zapędy współsędziów.
Myślę, że z przecinkiem lepiej wybrzmiewa.

W ogóle nie dziwię się odczuciom Lorelei. Dla mnie to miejsce, ich religia, a może nie religia, ale ich interpretacja, jest obrzydliwa. "Gwałt na innowierczyni to nie gwałt" - no super. Pokrętna logika. Naprawdę miałam nadzieję, że księżniczka wróci do siebie. W ogóle, mam nadzieję, że namiesza w planach sukcesji tronu. Ona, albo jej dziecko. Aristo dobrze myśli, dziecko Lorelei i syna miałoby prawa do obu tronów, a to duża sprawa.

Czarny Kardynał nadal jest dla mnie tajemnicą i myślę, że dopiero zaczyna mieszać. Podejrzewam, że dziewczyny nie czeka w tym miejscu nic dobrego. Chyba bym uciekała w jej sytuacji. Za dużo tam korupcji i układów, a "wypadki" się zdarzają. Może nie tak często żonom następcy tronu, ale nie spałabym spokojnie.

Dziwi mnie, że beczki z porwaną służką nie umocowali jakoś lepiej na wozie. Nie czepiam się, bo co do czego nie zgrzyta, ale zlecili to jakimś słabo zorganizowanym ludziom Big Grin

Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy Wink
Odpowiedz
Rozumiem tak, że Likaria jest znacznie bardziej zaawansowana pod względem osiągnięć w kwestiach praw człowieka, niż ten kraj, w którym teraz mieszka Lorelei.
Odpowiedz
(04-08-2020, 16:12)Eiszeit napisał(a): Czarny Kardynał nadal jest dla mnie tajemnicą i myślę, że dopiero zaczyna mieszać. Podejrzewam, że dziewczyny nie czeka w tym miejscu nic dobrego. Chyba bym uciekała w jej sytuacji. Za dużo tam korupcji i układów, a "wypadki" się zdarzają. Może nie tak często żonom następcy tronu, ale nie spałabym spokojnie.
Kluczowa była tu przemiana księcia Christo, który w krytycznym momencie stanął całkowicie po stronie żony i w zasadzie publicznie powtórzył to, co ona. Tym samym po raz pierwszy otwarcie sprzeciwił się własnej rodzinie i religijnym dostojnikom. Dokonał "emancypacji". To najważniejsze wzmocnienie pozycji Lorelei. Powoli zaczyna się tworzyć jej stronnictwo. Ma za sobą już prawnika Rufiliana, a nawet sędzia Rohanian, który wojował z nią podczas sprawy o gwałt, teraz stał się jej wyraźnie przychylny. Rodzi się pewien potencjał na dworze. Teraz od Lorelei zależy, czy to dostrzeże i wykorzysta. Czy zostanie w roli "ofiary", czy wyjdzie  z tego kryzysu mocniejsza.

(04-08-2020, 16:12)Eiszeit napisał(a): Dziwi mnie, że beczki z porwaną służką nie umocowali jakoś lepiej na wozie. Nie czepiam się, bo co do czego nie zgrzyta, ale zlecili to jakimś słabo zorganizowanym ludziom Big Grin
Nikt nie jest doskonały Big Grin
Odpowiedz
(04-08-2020, 19:11)D.M. napisał(a): Rozumiem tak, że Likaria jest znacznie bardziej zaawansowana pod względem osiągnięć w kwestiach praw człowieka, niż ten kraj, w którym teraz mieszka Lorelei.

Dokładnie tak, a spora w tym zasługa Sędziego Rollina.
Odpowiedz
ROZDZIAŁ XXX – ZMIENNOŚĆ CIENIA
18 Nenegar
Sąsiedztwo morza sprawiało, że pomimo upału dzień był całkiem przyjemny. Zgromadzone w porcie tłumy mieszkańców Bresco żegnały opuszczającego Bursztynowe Wybrzeże księcia, mającego objąć tron Likarii. Delegację żegnał palatyn Ramiz. Księżna Juaditi nie pofatygowała się.
– Pewnie dlatego, że tylko formalnie są małżeństwem, a dzieci nie są jego – skomentował półgłosem Solvinius.
– Jeszcze nie został królem, a już mam go dosyć – odparł Trojden.
Po czterech decemach spędzonych na Bursztynowym Wybrzeżu, osiemnastego Nenegar, załoga likaryjskich okrętów podniosła kotwice. Hrabia Wyrte z zadowoleniem patrzył na oddalający się ląd. Lothar jawił mu się jako nieznośne, rozkapryszone dziecko, które jak najszybciej trzeba oddać pod opiekę innej piastunki. Już współczuł szwagrowi.
20 Nenegar
2. Podczas trzeciego dnia rejsu trafili na burzę. Nieustanne kołysanie przyprawiło Trojdena o chorobę morską. Nie pojawił się na wieczerzy w jadalni na środkowym pokładzie. Odesłał również pachołka, który przyniósł mu strawę do kajuty. Solvinius był zaniepokojony jego stanem. O zmierzchu, gdy nadal trwała nawałnica, wysłał Sadeha, by sprawdził, jak czuje się hrabia Wyrte.
Trojden leżał na koi, otulony kocem. Czoło zraszał mu zimny pot. Torsje wracały co jakiś czas, ale żołądek miał już pusty. Nieustanne kołysanie i pojękiwania drewnianego kadłuba przyprawiały o dreszcze. Miał wrażenie, jakby mózg mu się przelewał, obijając rozbryzgującymi falami po czaszce. Gdy na chwilę uchylał powieki, widział niewyraźne zarysy przedmiotów, muskane zamierającym światłem, wdzierającym się przez niewielkie okienko. Mimo to wolał widzieć tylko ciemność. W jakiś irracjonalny sposób sprawiała, że czuł się bezpieczniej. Na okręcie nie towarzyszyli mu strażnicy. Szpiegów ostatni raz widział w porcie, podczas pożegnania księcia, ale nie miał wątpliwości, że są także na pokładzie. Na ogromnym okręcie było wiele zakamarków, gdzie mogli się ukryć. On zaś ukrywał się przed nimi w ciemności. Z początku nie zwrócił uwagi na nowy dźwięk. W nieznośnym szumie wiatru i deszczu ciężko było go odnotować. Świadomość hrabiego została zaatakowana przez nagły niepokój. Zabójcy odnaleźli jego kryjówkę! Ciemność okazała się niewystarczającą zasłoną. Odgłos ostrożnych kroków nie pozostawiał wątpliwości. Trojden wsunął dłoń pod poduszkę, gdzie trzymał krótki sztylet. Powoli wyciągnął ostrze. Serce biło mu jak oszalałe. Usłyszał ciche skrzypienie drzwi. Przez ledwo uchylone powieki zobaczył zarys postaci, otoczony nieśmiałą obwódką żółtawego światła. Intruz stanął nad nim, unosząc dłoń. Coś błysnęło za oknem, ukazując na mgnienie szkaradną, zniekształconą twarz. Trojden znienacka uderzył sztyletem, zanim zdołała go dosięgnąć podniesiona ręka potwora. Nieproszony gość jęknął. Hrabia uderzył jeszcze raz i jeszcze raz. Postać zniknęła w mroku z niewyraźnym odgłosem skrytym wśród pojękiwań kadłuba. Coś poturlało się po podłodze, zabierając ze sobą żółtawą poświatę. Serce hrabiego powoli zwalniało. Nie będąc pewnym, czy całkiem unieszkodliwił napastnika, cały czas w wyciągniętej ręce trzymał sztylet. Gdy dłuższą chwilę nic w kajucie się nie poruszyło, cofnął dłoń i ostrożnie usiadł na posłaniu. Przy kolejnym przechyle, spod przykręconej do podłogi skrzyni wyturlał się walcowaty przedmiot, napełniając pomieszczenie ciepłym blaskiem. Hrabia schylił się, chwytając go. Uzmysłowił sobie, że w ręce trzyma świecę. Nabrawszy nieco odwagi, nadal dzierżąc sztylet, zdecydował się spojrzeć w kąt komnaty. To nie był sen. Na podłodze, oparty o ścianę, rzeczywiście leżał jakiś ludzki kształt. Najpierw dostrzegł obute nogi. Powiódł wzrokiem wyżej, chcąc zobaczyć oblicze nasłanego asasyna. Po drodze zauważył ciemne plamy na brzuchu intruza, w miejscach, gdzie kąsał jego sztylet. Twarz była zwyczajna, całkiem ludzka. Blask świecy odbijał się w otwartych, lecz martwych już oczach. Przysunął się bliżej. Potrzebował chwili, by do jego świadomości dotarło, że martwe oblicze należy do Sadeha, sekretarza lorda Deemara. Trojden cofnął się na łoże. A więc to był zdrajca – pomyślał – dobrze się maskował. Wytarł sztylet o połę szaty urzędnika i schował go pod poduszkę. Całkiem uspokojony położył się z powrotem na posłaniu. Splótł dłonie na brzuchu, trzymając w nich świecę. Dolegliwości w żołądku i przełyku ustąpiły. Leżał dłuższą chwilę, z ulgą przyjmując poprawę samopoczucia. Czuł, jak wraca mu trzeźwość myślenia. Zaraz zdał sobie sprawę, że w jego kajucie, na wyciągnięcie ręki, leży ciało. Gnany nagłym uczuciem niepokoju usiadł na koi. Przyświecając sobie zdobycznym źródłem światła, przeszukał podłogę i ciało sekretarza. Coś ścisnęło go za gardło. Nigdzie nie znalazł potencjalnego narzędzia zamachu. Uderzyła go nagła świadomość, że zabił niczemu niewinnego urzędnika. Ale ta twarz! Przypomniał sobie to, co zobaczył w blasku błyskawicy. To nie było naprawdę. To tylko moje przywidzenia. Opuszczając Firidin miał nadzieję, że dziwne twarze zostaną w rodzinnym mieście, gdzie czasami widywał je w tłumie na rynku. Nie był pewien, czy to ci sami, którzy czasami podsłuchiwali pod drzwiami jego komnaty, lub pod oknem wychodzącym na ogród. Nigdy nie dali się nakryć na gorącym uczynku. Czasami przychodziło mu na myśl, że naprawdę nie istnieją, jak strachy widywane w dzieciństwie. Bardzo się pilnował, by nie rozmawiać o nich z rodziną czy służbą. Z dwojakiego powodu. Po pierwsze, nie wiedział kto jeszcze może być w spisku, a po drugie, czy cały spisek nie istniał tylko w jego głowie. Nagle odzyskał pełną trzeźwość rozumowania. Skutkowało to chwilową paniką. Wziął kilka głębszych wdechów. Sam się w to wpakowałem, teraz sam muszę się z tego wyplątać. Obawiał się, że zaraz strachy wrócą i znów straci kontrolę nad własnym umysłem. Musiał działać szybko. Sprawdził korytarz i schody na górny pokład. Nie spotkał tam żywego ducha. Wziął Sadeha pod pachy i przeciągnął na korytarz. Wtedy przypomniał sobie, że jest na rufie. Na tym poziomie jest przecież galeria. Łatwiej będzie tamtędy wyrzucić zwłoki, niż targać je schodami na górę. Starając skryć się w odgłosach wiatru, powoli przeciągnął ciało wąskim korytarzem aż do wyjścia na galerię. Co chwila zatrzymywał się, nasłuchując, czy w mijanych kajutach nikt się nie porusza. Dłuższą chwilę przystanął przy drzwiczkach. Zdawał sobie sprawę, że gdy je otworzy, odgłosy z zewnątrz staną się wyraźniejsze. Musiał zebrać siły, by zdążyć wyrzucić ciało, zanim dźwięki burzy kogoś obudzą. Z bijącym sercem pchnął ozdobne skrzydło. Najszybciej jak się da przeciągnął ciało na zewnątrz i zamknął za sobą drzwi. Galerię oświetlało zielonkawe światło dwóch lamp, przytwierdzonych do ścian na jej końcach. Burza odsuwała się na południe. Wiatr tracił na sile, a deszcz przestał zacinać. Trojden przysunął Sadeha do rzeźbionej barierki. Zbierając się na spory wysiłek, przerzucił ciało przez balustradę i łapiąc za nogi wypchnął za burtę. Wpadło do wody z mniejszym łoskotem niż się spodziewał. Starł z mokrej barierki ślady krwi. Niepokój go opuścił. Odetchnął. Zadowolony obrócił się w stronę drzwi i nagle zamarł. Kątem oka dostrzegł czyjąś obecność. Powoli obrócił się w lewo. Zobaczył chłopaka okrętowego, opartego jedną ręką o rzeźbioną poręcz i wpatrującego się w niego bez słowa. Zdał sobie sprawę, że majtek wszystko widział.
– Co tu robisz? – Zapytał jakby nieswoim głosem, ruszając w jego kierunku.
– Zawsze po zmroku lubię…
Chłopak nie dokończył. Trojden szybkim ruchem złapał go za włosy. Z impetem uderzył tyłem jego głowy o ścianę. Odbicie wzmocnił energicznym wymachem, przerzucając chłopaka ponad barierką. Pachołek szybko zniknął wśród spienionych fal. Jakiś mrok powoli nasuwał się na umysł hrabiego. Obejrzał się podejrzliwie, czy aby jeszcze jakiś wścibski szczeniak nie stoi przypadkiem z drugiej strony. Wracał do kajuty z przekonaniem, że udało mu się skutecznie obronić przed nasłanymi szpiegami.
21 Nenegar
3. Trojden obudził się wypoczęty i w dobrym nastroju. Z zadowoleniem skonstatował, że kołysanie i przeraźliwe odgłosy ustały. Dopiero gdy się ubierał, przypomniał sobie koszmar, jaki śnił tej nocy, o tym, że zabił Sadeha i jakiegoś chłopaka. Co za okropieństwo! Wzdrygnął się. Nagle, jakby nie wierząc samemu sobie, sięgnął po sztylet. Przyjrzał się ostrzu, zwracając je w stronę okna. Odetchnął, gdy okazało się, że nie ma na nim żadnych śladów, bo przebiegło mu przez myśl, że to mógł nie być tylko sen. Niedorzeczność – roześmiał się w duchu. Udał się do jadalni, gdzie już śniadali książęta Lothar i Murtaza wraz z kapitanem statku, Solviniusem i Kivanem. Ich uwadze nie umknął wesoły nastrój Trojdena.
– Dobrze wyglądasz, hrabio. Chyba wczorajsze dolegliwości minęły? – zapytał Kivan.
– Odeszły razem z burzą.
Na stole był spory wybór jadła, ale Trojden rzucił się na wędzoną rybę. Z przyjemnością napełniał żołądek, spustoszony przez chorobę morską jak sioło przez morowe powietrze. Po śniadaniu wyszedł na górny pokład. Po nocnej burzy nie było śladu. Firmamentu nie zakłócała nawet pojedyncza chmurka. Słońce kąpało się w błękitnej tafli morza. Płynęli wzdłuż wybrzeża Kurgan. Po drodze mieli zawinąć do Sevarinn i zabrać stamtąd Malthusa Diltheya i jego żonę Vergilię. Kapitan poinformował Trojdena, że jutro dotrą do Essen. Hrabia obserwował fale, tworzące się za rufą. Nagle przed oczyma mignął mu obraz ciała wpadającego do wody. Wychylił się za barierkę, ale z tego miejsca nie sposób było dostrzec galerii środkowego pokładu. Mimo upalnego dnia przeszedł go dreszcz. Zaraz jednak odegnał niepokojące myśli. Likaria jest już blisko. W Essen powinna czekać powitalna delegacja ze stolicy. Nareszcie pozbędę się kłopotu. Wyprostował się, wystawiając twarz na lekki powiew. Dołączył do niego Solvinius.
– Hrabio, nie widziałeś wczoraj Sadeha?
– Nie, czemu pytasz? – Trojden uciekł wzrokiem na bok. – Cały dzień się źle czułem, nie wychodziłem z kajuty – odrzekł, wpatrując się w ożaglowanie okrętu.
– Nie zjawił się na śniadaniu, w kajucie też go nie było.
– Jesteśmy na statku. – Ton hrabiego wyrażał dezaprobatę, że musi wypowiadać rzecz tak oczywistą. – Nie mógł się za bardzo oddalić.
Podszedł do nich Kivan.
– Nigdzie go nie ma – zwrócił się do Solviniusa. – Kapitan mówił, że zniknął też jeden z chłopców okrętowych.
Po wnętrznościach Trojdena przeszedł skurcz. Spojrzał z ukosa na towarzyszy, ale na szczęście rozmawiali nie patrząc na niego.
– Ludzie tak po prostu nie znikają. Każ przeszukać cały okręt – polecił Solvinius.
– To chyba ma prawo zarządzić kapitan.
– Więc powiedz mu o tym. Na pewno nie będzie miał nic przeciwko temu, a zresztą, weź kilku gwardzistów i sami to zróbcie.
Kivan ukłonił się i odszedł. Solvinius odwrócił się w stronę Trojdena, ale hrabiego nie było już przy barierce. Kapłan nie bardzo wiedział, co myśleć o tym zaginięciu. Ostatni raz widział Sadeha wczoraj, gdy poprosił go, by sprawdził, czy z Trojdenem wszystko w porządku. Hrabia mówił, że się z nim nie widział. Co mogło się stać w tak krótkim czasie?
22 Nenegar
4. Trojden stał z Solviniusem na dziobie flagowego okrętu. Powoli zbliżali się do portu. Wśród tłumów zgromadzonych na nabrzeżu, dostrzegł grupkę dostojników. Z tej odległości nie widać było twarzy, ale był pewien, że jego szwagier jest wśród nich. Jako pierwszy opuścił okręt, gdy marynarze spuścili trap. Z wyraźną ulgą przywitał Marcusa.
– Jak przebiegła podróż? – zapytał Sędzia.
– Dobrze, bez zakłóceń. Musisz jednak o czymś wiedzieć. Lothar jest żonaty, ma dzieci, ale z wyjątkiem brata nie przywiózł nikogo z rodziny.
Rollin tylko nieznacznie uniósł brew.
– Rozumiem. Powinienem wiedzieć coś jeszcze?
Trojden zastanawiał się, od czego zacząć, ale uznał, że inne informacje nie są tak pilne.
– Resztę opowiem ci na osobności.
Niedługo okręt flagowy opuścili książęta w otoczeniu kilku dworzan.
– Oto książę Lothar, przyszły król Likarii, oraz jego brat, książę Murtaza – zawołał doniosłym głosem Trojden. Podczas gdy tłumy wiwatowały, grupa możnych podeszła bliżej.
– Witaj na likaryjskiej ziemi, najdostojniejszy książę. – Sędzia pokłonił się, a wraz z nim wszyscy przybyli. Lothar rozejrzał się po nabrzeżu, zanim skierował wzrok na półelfa.
– Witajcie. Pragnę odpocząć po podróży – rzekł, przesuwając wzrokiem po tłumach stojących za plecami gwardzistów.
– Naturalnie. Moja rezydencja jest do twojej dyspozycji – rzekł siwowłosy starzec, stojący obok Sędziego. – Jestem lord Likarius Galilei i zaszczytem będzie cię gościć. Uroczysta strawa już na ciebie czeka, książę.
– Nie zwlekajmy więc.
– Tędy, mój panie. – Sędzia wskazał mu wyjście z portu. – Jestem Marcus August Rollin D’aragon, najwyższy Sędzia Likarii i przewodniczący Rady Regencyjnej. Wprowadzę cię w tajniki rządzenia Likarią. Dziś gościć będziemy u lorda Galilei, a jutro wyruszymy do stolicy.
– Gdzie idziemy?
– Przed kapitanatem czeka powóz, który zawiezie ciebie i księcia Murtazę do rezydencji. Dla reszty są przygotowane konie.
Gdy wsiadali do karety, nieoczekiwanie przysiadł się do nich Holden.
– Dotrzymam towarzystwa książętom – rzucił w stronę Sędziego.
– A tak, zapomniałem. – Marcus, nim zdążył cokolwiek pomyśleć o zachowaniu Palatyna, usłyszał głos idącego obok Trojdena. – Holden wysłał swoich ludzi do księcia. Przybyli na Bursztynowe Wybrzeże jeszcze przed nami.
– Bursztynowe Wybrzeże?
– Opowiem ci po drodze.
Palatyn zasiadł naprzeciwko książąt. Dał znak woźnicy, że mogą ruszać.
– A ty, to kto? – zapytał nieco zaskoczony Lothar.
– Palatyn Holden, mój książę. Moi słudzy pierwsi przywieźli ci wieść o koronie Likarii, która na ciebie czeka.
– Ach tak. – Następca tronu uważniej przyjrzał się łysej postaci urzędnika. – Więc to ty zarządzasz tym państwem?
– W rzeczy samej. O nic nie musisz się martwić, mój książę, ja zatroszczę się o wszystko.
– Dobrze. Nie lubię sobie zaprzątać głowy nieistotnymi sprawami.
– Na Stirigos będziesz mógł oddawać się swoim pasjom bez rozpraszania uwagi – obiecał Holden z błyskiem w oku.
– Stirigos – powtórzył Lothar. – Ciekawe, czy wygląda tak, jak go zapamiętałem. Kto by pomyślał, że stary Conorius wpadnie na taki pomysł. A co się stało z Rolandem?
– Zmarł w zeszłym roku – odparł, nie wdając się w szczegóły, Palatyn.
– Jakaś sprawiedliwość jednak jest na tym świecie – skomentował Lothar.
Holden zrozumiał, że książęta nadal żywią niechęć do zmarłego monarchy. Zdał sobie sprawę, że musi się pilnować, by w ich obecności nie wypowiadać się o nim pozytywnie. Postanowił w ogóle, o ile będzie to możliwe, o nim nie wspominać.
– Ja jednak wolałbym tu nie wracać. – Murtaza odezwał się po raz pierwszy, ze smutną miną oglądając miejskie zabudowania za oknem.
– Będziesz mógł spotkać się z rodzicami – napomknął Holden, nie do końca wiedząc, co książęta sądzą o takiej perspektywie.
Murtaza odwrócił głowę i spojrzał na urzędnika tak, jakby go obraził tymi słowami.
– To chyba jedyny pozytyw przyjazdu tutaj – rzekł, na powrót zwracając się w stronę okienka. Długo tęsknił za rodzicami. Czas zatarł wspomnienia, a brak perspektyw na powrót sprawił, że już dawno umarła w nim nadzieja na ich ponowne spotkanie. Wieść o tym, że Lothar ma zostać królem i że zabiera go ze sobą, nie potrafiła wskrzesić tego martwego już od dawna uczucia. Zwykle melancholijny książę docenił swój dotychczasowy żywot dopiero teraz, uświadomiwszy sobie, że prawdopodobnie nigdy do niego nie wróci. Nie lubił zmian, a zanosiło się na to, że zmieni się wszystko.
Podczas uczty nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Nawet Lothar zachowywał się przyzwoicie, cały czas jakby speszony nowym miejscem, w którym się znalazł. Obok Murtazy siedział Adrianis Opperion, najstarszy brat Sonii i wysłannik swego ojca. Z pewnym zaskoczeniem znalazł w młodszym księciu partnera do ciekawej dyskusji, a i Murtaza, zazwyczaj małomówny, dobrze czuł się w jego towarzystwie. W grupie senatorów, która przybyła powitać nowego monarchę, był też Rafael Lornisson. Od pewnego czasu wyczuwał jakiś dystans ze strony swojego przyjaciela. Szybko domyślił się, co może być tego powodem. Po uczcie, gdy służba odprowadzała dostojników do przygotowanych dla nich komnat, podszedł do Sędziego, rozmawiającego na korytarzu ze szwagrem.
– Marcusie, mogę zająć ci chwilkę?
– Tak, Rafaelu. Trojdenie, dokończymy jutro?
– Oczywiście. – Hrabia Wyrte pokłonił się i udał w kierunku przydzielonej mu komnaty.
Sędzia spojrzał na przyjaciela, zaplatając dłonie z tyłu.
– Czuję, że coś się zmieniło, Marcusie – rozpoczął Rafael. – Nie ufasz mi z powodu planów mego ojca?
– A jakie one są? – Rollinowi nie bardzo wyszło udawanie szczerości tego pytania tonem głosu. Było oczywiste, że zna odpowiedź.
– Wiesz dobrze. – Rafael pokiwał głową, stawiając na całkowitą otwartość.
– Wiem, ale nie od ciebie – odparł Sędzia, dbając, by jego słowa nie pobrzmiewały wyrzutem. Bardziej była w niej nutka zawodu, rozczarowania.
– Marcusie, przecież nie mogłem ci powiedzieć. Nie poparłem planów ojca, ale nie mogłem o nich mówić.
– Rozumiem, wybrałeś lojalność wobec rodu. – Rollin zdawał się nie mieć pretensji.
– Nie wybrałem – zaprzeczył senator. – To niesprawiedliwe kazać mi wybierać między rodziną a przyjacielem.
– Nie ja postawiłem cię przed takim wyborem. – Rollin rozłożył ręce.
– Wiesz, co chciał zrobić ojciec. Ale czy wiesz, dlaczego Rutusa chciał ożenić z Sonią Opperion? Bo ja odmówiłem jej poślubienia. Rozumiesz Marcusie? Odmówiłem własnemu ojcu, który chciał mi dać koronę. Czy to nic dla ciebie nie znaczy? Czy w twoich oczach jestem tylko zdrajcą, który zataił niecne plany własnego ojca?
Sędzia cicho westchnął.
– Nie, Rafaelu, nie jesteś zdrajcą. Nawet przez chwilę tak o tobie nie pomyślałem. Wiem, że jesteś wiernym przyjacielem i postąpiłeś w tej sytuacji najlepiej jak można było – rzekł wyrozumiale.
– Czy więc mi wybaczysz?
– Nie, bo nie ma czego wybaczać. – Marcus podszedł, wziął go w objęcia i poklepał po plecach. Nawet gdyby myślał inaczej, wybaczyłby przyjacielowi. Wybaczenie było dla niego jak ciepłe promyki słońca po burzy, jak zapach mokrej ziemi po nawałnicy, jak tęczowy łuk po przejściu sztormu.
23 Nenegar
5. Profesor Soteriusz układał sobie szczegółowy plan szkolenia ucznia, który przeszedł próbę w Mówiących Górach. Rozrysowywał mapę zagadnień, co raz spoglądając na Pięciokąt Sztuki. W tym czasie Christian czytał podręcznik botaniki. Gdy był w trakcie rozdziału o systematyce roślin, w komnatach Wilka pojawił się skarbnik, będący prawą ręką lorda Vittorio. Urzędnik przywiózł mędrcowi złotą koronę Gavina, która po zdobyciu Gniazda Kruka trafiła do królewskiego skarbca. Soteriusz poprosił Sędziego o wypożyczenie artefaktu na jakiś czas. Chciał ją dokładnie opisać i sporządzić szkic do swojej książki historycznej o początkach Likarii. Choć skarbnik był przeciwny wypożyczaniu korony, twierdząc, że równie dobrze profesor może sporządzić szkic na zamku, Rollin zgodził się spełnić prośbę uczonego. Urzędnik nie omieszkał poinformować Soteriusza o odpowiedzialności i surowych sankcjach, gdyby coś się stało koronie. Wilk z pokorą przyjął wszystkie jego uwagi. Skarbnik raz jeszcze rzucił groźne spojrzenie i opuścił komnaty. Profesor przygotował się do sporządzenia rysunku, chcąc jak najszybciej oddać artefakt. Christian wrócił do poprzedniego zajęcia. Czytając o podziale organizmów roślinnych, poczuł suchość w gardle. Z początku ignorował to odczucie, ale nasilało się, aż język mu zdrętwiał. Odłożył księgę. Wstał, szukając wzrokiem dzbanka z wodą. Słysząc szum w uszach, zachwiał się, tracąc równowagę. Przed oczami pojawiły mu się szare smugi. Położył rękę na biurku profesora, dotykając korony. Puls nagle przyśpieszył. Przeszedł go dreszcz, włosy zjeżyły się na całym ciele. Skóra ścierpła. Towarzyszył temu dyskomfort, gdy z nagła poczuł, jak penis rozpycha mu się w spodniach. Wszystkie te bodźce stały się nieistotne, gdy stracił z oczu pracownię. W głowie pojawił się wyrazisty obraz zamkowego wzgórza. Bramę Stirigos przekroczył konny oddział. Mieszkańcy twierdzy ustawieni na dziedzińcu machali i wznosili radosne okrzyki. Obraz drgnął i przeskoczył do kolejnej sekwencji. Przybysze weszli do wielkiego, okrągłego pomieszczenia, zwieńczonego kopułą, pośrodku którego stał tron. Czekała tam na nich grupa ludzi. Jeden z nich trzymał w rękach czerwoną poduszkę, na której spoczywała lśniąca korona. Mężczyzna odziany w czarne szaty klęknął przed kimś, kto z wyglądu przypominał żercę. Kapłan nałożył na jego skronie koronę. Następnie coś powiedział, a mężczyzna w czerni powstał. Gdy miał zasiąść na tronie, do komnaty wbiegł oddział wojowników z obnażonymi ostrzami. Z rozpędu rzucili się na ludzi obecnych podczas ceremonii. Zaskoczenie zaatakowanych było tak wielkie, że żaden nawet nie podjął próby obrony. Zaraz za zabójcami wszedł mężczyzna w purpurowym płaszczu o kręconych, szpakowatych włosach. Ściągnął koronę z głowy zamordowanego mężczyzny w czerni i sam włożył ją sobie na skronie. Dumnie zasiadł na tronie, a zbrojni, którzy dokonali masakry, wznieśli miecze, wiwatując. Obraz nagle zniknął, zastąpiony przez ciemność.
Osobliwie wyglądało to z perspektywy starca. Gdy podniósł wzrok znad szkicu, ujrzał jak oparte o stół ciało młodzieńca wyprężyło się, a szybkie ruchy gałek ocznych sprawiły, że źrenice uciekły pod górne powieki. Trwało to chwilę, gdy nagle chłopak jakby się wyłączył i z łoskotem upadł na podłogę. Wilk podszedł do Christiana, który leżał z zamkniętymi oczami, postękując. Mędrzec poklepał go po policzku. Gdy uczeń odzyskał świadomość, Soteriusz pomógł mu wstać i zaprowadził na siennik do komnaty obok. Sam wrócił, przygotować dla niego odprężający wywar z ziół. Chłopak leżał na posłaniu, czując nieprzyjemny ucisk w kroczu. Poprawił gacie, przepychając twardego członka do nogawki spodni, tym samym likwidując dyskomfort. Oczy bolały jakby ktoś mu sypnął w nie piaskiem. Przeciągnął się, czując zakwasy w mięśniach pleców. Oparł dłoń na czole, obejmując palcami skronie. Sam nie rozumiał reakcji swojego organizmu i nie podobało mu się to. Świadomość mimowolnie odtwarzała obrazy, które przed chwilą zobaczył. Po jakimś czasie wrócił Wilk z kubkiem ziół.
– Wypij to. Poczujesz się lepiej – rzekł, podając mu wywar.
Chłopak usiadł na krawędzi posłania i odebrał napój. Patrząc w podłogę, upił niewielki łyk.
– Widziałem jakieś dziwne rzeczy, ludzi, wydarzenia – odezwał się, zwilżając usta naparem. Pociągnął jeszcze kilka łyków, zanim nieprzyjemne uczucie suchości w gardle zniknęło. – Wcześniej zrobiło mi się dziwnie, ale gdy dotknąłem tej korony… – zawiesił głos, podnosząc wzrok na mistrza. Ten nie wyglądał na zaskoczonego zdarzeniem.
– Doświadczyłeś wizji, młodzieńcze.
– Wizji? Nie wiem, czy to, co widziałem, ma jakiś sens – bagatelizował chłopak
– Nigdy nie lekceważ daru, który otrzymałeś.
– To dar?
– Kto był w Mówiących Górach, ten nigdy nie wraca taki sam. Coś otrzymałeś w tych jaskiniach. Musisz teraz zrozumieć, co to jest i to oswoić. Nie bój się. Pomogę ci w tym. Umiejętność wglądania w przyszłe wydarzenia to wielka rzecz. Używanie kości losu to w porównaniu z tym dziecięca igraszka. Opowiedz mi, proszę, o tej wizji.
Chłopak przymknął oczy. W głowie pojawił się wyrazisty obraz.
– Widziałem jak na Stirigos wjeżdża oddział jazdy. Mieszkańcy witali ich entuzjastycznie. Potem ci jeźdźcy znaleźli się w ogromnej, okrągłej sali, gdzie stał tron. Kapłan nałożył jednemu z nich na głowę złotą koronę. Tą, która leży na twoim biurku, mistrzu. Zaraz potem do komnaty wpadli zabójcy. Wybili wszystkich, łącznie z nowokoronowanym królem. Ich przywódca ściągnął koronę z zamordowanego i sam włożył sobie na skronie.
Szesnastolatek zauważył na twarzy starca chwilowy przestrach. Jednocześnie z zadowoleniem stwierdził, że wszelkie dolegliwości związane z wizją ustąpiły.
– Zbliża się koronacja Lothara – rzekł mędrzec, wiedząc, że kilka dni wcześniej delegacja możnych udała się do Essen, by powitać nowego władcę. – Nowy król Likarii może być w niebezpieczeństwie.
– Nie jestem pewien, czy to, co widziałem, ma aż takie znaczenie.
– Wizje nie pojawiają się bez powodu. – Wilk wyraźnie widział zakłopotanie chłopaka. Zdawał sobie sprawę, że przez skromność odrzuca doniosłość tego, co zobaczył. – Przyszłość nas ostrzega. Jako ludzie posiadający wiedzę, nie możemy ignorować jej podszeptów.
– Myślisz mistrzu, że ktoś będzie chciał zabić księcia Lothara?
– Przy zmianie władcy może być wielu niezadowolonych. Gdy tylko Sędzia Rollin wróci, osobiście udam się do niego w tej sprawie.
Christian był skonfundowany, że Samotny Wilk tak poważnie podszedł do tego, co on zobaczył w dziwnym transie. Naszedł go irracjonalny lęk, że to jakaś pomyłka, figiel spłatany przez mózg. Jego opowieść dotrze do najwyższych urzędników, wywoła jakieś poruszenie, a potem okaże się fałszywym przywidzeniem. Bał się zawieść swojego mistrza, który biorąc wizję na poważnie, w wypadku jej ośmieszenia, okryje się niesławą. Im bardziej Wilk zdecydowany był działać, tym silniejsze obawy targały umysłem chłopaka. Mędrzec zdawał się ignorować jego wypowiadane na głos zastrzeżenia, zdając się lepiej wiedzieć, co działo się w głowie młodzieńca, gdy dotknął złotej korony.
24 Nenegar
6. Augusto D’aragon bez wahania dosiadł konia, gdy Roykin Piękne Łydki przekazał mu wiadomość od kapitana Thalle. Wiedział, że tropiciel morderców z pewnością nie wzywa go na darmo. W zachodniej części miasta musiało dojść do jakiejś niecodziennej zbrodni. Wkrótce stanął przed, przytulonym do miejskiego muru, piętrowym domem z szarego kamienia. Konia przekazał jednemu ze strażników stojących przed wejściem. Stał chwilę, przyglądając się budynkowi. W frontowym portalu pojawił się Thalle.
– Witaj, lordzie. W środku mamy ciało.
– Znam to miejsce – odparł Augusto, spoglądając na czerwone dachówki. – Czy to nie tutaj dopadliśmy tego garbarza w zeszłym roku?
– Dokładnie tak. Tym razem ofiara to kobieta.
Razem weszli do środka. Ciało rozwleczone po kuchennej podłodze przypominało padlinę rozszarpaną przez dzikie zwierzęta. Obfite, czerwone rozbryzgi zdobiły ściany i meble. Wokół walały się sztućce, garnki, talerze i inne sprzęty. Sprawca otworzył i wybebeszył wszystkie szuflady i skrzynie.
– Brutalny mord – stwierdził na wstępie Roykin. – Liczne rany zadane ostrym narzędziem. Na plecach i udach pasy zdartej skóry. Lewa dłoń odcięta, w zasadzie wyszarpana. Ślady oparzeń na stopach i wewnętrznych stronach dłoni. Z pewnością była przed śmiercią torturowana.
Augusto słuchał, jak Piękne Łydki opisuje kolejne spostrzeżenia. Widać było, że z dumą przyjął przydzielenie do niedawno utworzonej, specjalnej grupy do spraw zabójstw. Taki ruch był wstępem do całościowej reorganizacji Żelaznej Pięści. Augusto w miejsce dotychczasowych oddziałów, dowodzonych przez poszczególnych kapitanów, chciał stworzyć grupy zadaniowe, które specjalizowałyby się zwalczaniem określonych rodzajów przestępstw. Naturalnym dowódcą pierwszego takiego oddziału został Thalle, który upodobał sobie młodzieńca i, odkrywszy w nim śledczy potencjał i spostrzegawczość, szkolił na swojego następcę.
– Wiecie coś o tożsamości ofiary? – zapytał Augusto, gdy Roykin skończył referować.
– To prawdopodobnie Marcjanna. Sąsiedzi mówili, że siostra garbarza. Zamieszkała tu po śmierci brata. Wygląda jakby rozszarpało ją jakieś zwierzę.
– Zwierzę w ludzkiej skórze – odparł Augusto. – Ewidentnie czegoś to bydlę szukało.
– Sądząc po bałaganie, to sprawdził wszystkie zakamarki – rzekł Thalle.
– Pytanie, czego szukał i czy to coś znalazł?
– Przeszukaliśmy cały dom, ale oprócz wszechobecnego bałaganu nic ciekawego nie znaleźliśmy.
– Przeszukajcie jeszcze raz – polecił Lord Straży. – Jeśli dalej nic nie znajdziecie, postarajcie dowiedzieć się więcej na temat ofiary. Jej śmierć po tym, co wydarzyło się tu w zeszłym roku, z pewnością nie jest przypadkiem.
Odpowiedz
(07-08-2020, 10:04)Gunnar napisał(a): Po czterech decemach spędzonych na Bursztynowym Wybrzeżu, osiemnastego Nenegar, załoga likaryjskich okrętów podniosła kotwice.
(07-08-2020, 10:04)Gunnar napisał(a): Miał wrażenie, jakby mózg mu się przelewał, obijając rozbryzgującymi falami po czaszce.
Plastycznie, da się to poczuć w głowie.

(07-08-2020, 10:04)Gunnar napisał(a): Przy kolejnym przechyle(przecinek) spod przykręconej do podłogi skrzyni wyturlał się walcowaty przedmiot, napełniając pomieszczenie ciepłym blaskiem.
Opcja.

(07-08-2020, 10:04)Gunnar napisał(a): Trojden cofnął się na łoże. A więc to był zdrajca – pomyślał – dobrze się maskował.
Przestaję mieć pewność, czy to on jest szalony, czy naprawdę ktoś chce go zabić.

(07-08-2020, 10:04)Gunnar napisał(a): Czasami przychodziło mu na myśl, że naprawdę nie istnieją, jak strachy widywane w dzieciństwie.
Czyli jednak szalony.

(07-08-2020, 10:04)Gunnar napisał(a): Łatwiej będzie tamtędy wyrzucić ciało, niż targać je schodami na górę. Starając skryć się w odgłosach wiatru, powoli przeciągnął ciało wąskim korytarzem aż do wyjścia na galerię.
Bliskie powtórzenie.

(07-08-2020, 10:04)Gunnar napisał(a): Galerię oświetlało zielonkawe światło dwóch lamp(przecinek?) przytwierdzonych do ścian na jej końcach.

(07-08-2020, 10:04)Gunnar napisał(a): Z przyjemnością napełniał żołądek, spustoszony przez chorobę morską jak sioło przez morowe powietrze.
Ładne porównanie Smile

(07-08-2020, 10:04)Gunnar napisał(a): – Czuję, że coś się zmieniło, Marcusie – rozpoczął Rafael. – Nie ufasz mi z powodu planów mego ojca?

(07-08-2020, 10:04)Gunnar napisał(a): Naszedł go irracjonalny lęk, że to jakaś pomyłka, figiel spłatany przez mózg. Jego opowieść dotrze do najwyższych urzędników, wywoła jakieś poruszenie, a potem okaże się fałszywym przywidzeniem. Bał się zawieść swojego mistrza, który biorąc wizję na poważnie, w wypadku jej ośmieszenia, okryje się niesławą. Im bardziej Wilk zdecydowany był działać, tym silniejsze obawy targały umysłem chłopaka.
To takie naturalne, ludzkie i zdarzające się w realnym świecie. Podoba mi się, nadaje realizmu.

Ten rozdział był bardzo zróżnicowany, sprawiło mi to dużo frajdy. Uważam, że Trojden powinien być leczony. W naszych czasach być może zdiagnozowano by u niego schizofrenię, ale epoka, w której żyje, pewnie nie byłaby taka wyrozumiała i nie otoczyła go opieką. Nie mam pewności. Niemniej jest niebezpieczny, taka osoba moim zdaniem nie powinna zajmować tak odpowiedzialnej funkcji. Gdyby przyszedł do niego Murtaza, albo ktoś inny, to naprawdę byłby ogromny kłopot i by się z tego nie wywinął.

Miło, że wspomniałeś lorda Galilei. On tak krąży po tej powieści, niejako spaja całość, podoba mi się to Smile Na miejscu Sędziego nie pozwoliłabym Palatynowi z nimi jechać. Już widać, że zaczyna swoje gierki i będzie robił wszystko, żeby zmanipulować przyszłego króla. Zastanawiam się tylko, czy nawet dla niego Lothar nie okaże się zbyt trudnym przypadkiem, zobaczymy.

Bardzo ciekawie zapowiada się wątek Christiana. Konsekwentnie rozwijasz tę postać, tak jak każdą z grupy Młodych Wilków. Lubię go i z ciekawością przeczytam kolejne zmagania, tym razem z wizjami. Tamte Góry były zdecydowanie przełomowe.

Lubię wątki kryminalne, więc ostatni fragment bardzo mnie zainteresował, nie napiszę, że ucieszył, bo źle by to wyglądało, ale czekam na rozwinięcie Wink 

Podoba mi się to, że w opisach coraz mocniej idziesz w naturalizm. Są realniejsze, pełniejsze, można je bardziej poczuć i doświadczyć tego, co przeżywa bohater. Mocno na plus.

Pozdrawiam i czekam na kolejny rozdział Smile
Odpowiedz
(12-08-2020, 19:52)Eiszeit napisał(a): Ten rozdział był bardzo zróżnicowany, sprawiło mi to dużo frajdy. Uważam, że Trojden powinien być leczony. W naszych czasach być może zdiagnozowano by u niego schizofrenię, ale epoka, w której żyje, pewnie nie byłaby taka wyrozumiała i nie otoczyła go opieką. Nie mam pewności. Niemniej jest niebezpieczny, taka osoba moim zdaniem nie powinna zajmować tak odpowiedzialnej funkcji. Gdyby przyszedł do niego Murtaza, albo ktoś inny, to naprawdę byłby ogromny kłopot i by się z tego nie wywinął. 

Na razie nikt nie zdaje sobie sprawy z jego przypadłości, choć w otoczeniu z pewnością pojawią się domysły.

(12-08-2020, 19:52)Eiszeit napisał(a): Na miejscu Sędziego nie pozwoliłabym Palatynowi z nimi jechać. Już widać, że zaczyna swoje gierki i będzie robił wszystko, żeby zmanipulować przyszłego króla. Zastanawiam się tylko, czy nawet dla niego Lothar nie okaże się zbyt trudnym przypadkiem, zobaczymy. 

To była niezręczna sytuacja. Nie mógł sobie pozwolić na podejście otwarcie drzwiczek i powiedzenie: "Holden, wypad!" Big Grin


(12-08-2020, 19:52)Eiszeit napisał(a): Bardzo ciekawie zapowiada się wątek Christiana. Konsekwentnie rozwijasz tę postać, tak jak każdą z grupy Młodych Wilków. Lubię go i z ciekawością przeczytam kolejne zmagania, tym razem z wizjami. Tamte Góry były zdecydowanie przełomowe. 

Zdradzę, że przed końcem tego tomu reszta przyjaciół także przeżyje swoje przełomowe momenty, które zaważą na ich dalszych losach.


(12-08-2020, 19:52)Eiszeit napisał(a): Podoba mi się to, że w opisach coraz mocniej idziesz w naturalizm. Są realniejsze, pełniejsze, można je bardziej poczuć i doświadczyć tego, co przeżywa bohater. Mocno na plus. 

Dziękuję Smile


A wątek kryminalny z pewnością będzie się rozwijał Wink

Skorzystałem z wszystkich sugestii.
Dzięki i pozdrawiam Smile
Odpowiedz
ROZDZIAŁ XXXI – W BLASKU CHWAŁY
25 Nenegar
Mieszkańcy stolicy zgotowali Lotharowi powitanie równie gorące, jak upalny był dwudziesty piąty Nenegar. Bogaty orszak, powoli zmierzający w stronę Stirigos, oglądali gromadnie przybyli mieszczanie, ustawieni wzdłuż trasy przejazdu. Zaraz za ozdobną karetą, konno podążali dostojnicy na czele z Sędzią Rollinem. Choć na postojach Marcus nie zauważył niczego osobliwego, to po drodze Trojden, Solvinius i Kivan szczegółowo opowiedzieli mu o pobycie w Vandui i upodobaniach księcia.
– We wszystkim wyręczał go Ramiz. Mówiłeś, że Holden zawarł sojusz z rodzicami Lothara. To może oznaczać, że będzie miał na niego jeszcze większy wpływ, niż na Conoriusa pod koniec jego panowania. – Trojden nie miał złudzeń co do przyszłego monarchy.
– Rzadko zdarzają się władcy idealni – odparł Marcus. – Likaria miała to szczęście przez ostatnie pół wieku. Miejmy nadzieję, że nasze państwo jest na tyle silne, że przetrwa panowanie Lothara, nawet gdyby okazał się słabym władcą.
Rollin, po odstawieniu księcia na zamek i przejęciu go przez majordomusa, zaprosił Trojdena do siebie. Holden i Galverey poprowadzili książęta na zamknięte spotkanie z rodzicami. Nim jednak Sędzia opuścił Stirigos, o rozmowę poprosił go Solvinius. Marcus odesłał więc szwagra do rezydencji, by spotkał się z siostrą, zaś w jednej z zamkowych sal przyjął na rozmowę duchownego. Gdy zostali sami, dołączył do nich sekretarz Kivan oraz lord Deemar.
– Widzę, że chcecie mi powiedzieć coś ważnego – rzekł Rollin, widząc rozmiar delegacji. – Chodzi o Lothara?
– Chodzi o twojego brata, lordzie D’aragon – odparł, wysuwając się na czoło Solvinius.
Sekretarz i duchowny opowiedzieli o tajemniczym zaginięciu Sadeha i chłopaka okrętowego, a także o dziwnej podejrzliwości hrabiego. Marcus słuchał cierpliwie, choć nie podzielał ich obaw.
– A ty, co o tym sądzisz, Deemarze? – zwrócił się do Lorda Poltara.
– Tak jak ty, wiem o tym tylko z relacji, ale ubolewam nad stratą Sadeha. Był jednym z moich najbardziej zaufanych ludzi. Uważasz, że jego zaginięcie, zwłaszcza na ograniczonej przestrzeni jaką jest statek, nie jest dziwnym wydarzeniem?
Sędzia pokiwał głową.
– Mówiliście, że stało się to podczas burzy. Może Sadeh pośliznął się i wypadł za burtę? A ten chłopak? Sam nie wiem. Skoro wy nie wiecie dokładnie, co się stało, skazani jesteśmy tylko na domysły. Nie widzę podstaw, by z tymi niejasnymi domysłami wiązać Trojdena.
– Nie śmiałbym o cokolwiek oskarżać, czy rzucać cienia podejrzeń, na hrabiego – zapewnił Solvinius. – Jednak jego podejrzliwość zdała mi się chorobliwa.
– Dobrze, panowie. Będę to miał na uwadze. Dziękuję, że mi o tym mówicie.
Sędzia pożegnał urzędników i sam udał się do rezydencji. Przestał myśleć o tym, co mu powiedzieli, zaraz po opuszczeniu Stirigos. Miał teraz wiele ważniejszych spraw na głowie. W holu z czerwonymi kolumnami już czekał na niego profesor Soteriusz. Przywiózł zapas mikstur i poprosił o prywatną rozmowę. Marcus zaprosił go do gabinetu.
– Słucham, profesorze. O co chodzi? – Rollin zasiadł za biurkiem, wskazując gościowi krzesło po drugiej stronie.
– To sprawa najwyższej wagi. Prorockie źródła mówią o strasznych rzeczach, jakie w najbliższych dniach mogą zdarzyć się w naszym mieście.
– Mów dalej. – Marcus musiał przyznać, że mędrzec przykuł jego uwagę.
– Obawiam się, że przygotowano zamach na księcia Lothara. Zabójcy dokonają tego w dniu koronacji w sali audiencyjnej na Stirigos. Pokieruje tym ktoś, kto sam będzie chciał przejąć koronę.
Sędzia przez chwilę analizował słowa mędrca.
– Nie obawiaj się profesorze. Koronacja odbędzie się nie na Stirigos, a w Świątyni Żywiołów.
– Niektóre okoliczności mogą się różnić, ale faktem jest, że życie księcia jest zagrożone.
– Dobrze, profesorze, zajmę się poprawą bezpieczeństwa podczas uroczystości – obiecał Sędzia. – Z pewnością nie zlekceważę tego ostrzeżenia.
Mędrzec wstał.
– Zrobiłem, co do mnie należało. Teraz wszystko w twoich rękach, mężu sprawiedliwości.
Soteriusz wyszedł w poczuciu, że jeśli ktokolwiek może zapobiec tragedii, to jest to właśnie Sędzia Rollin. Po jego wyjściu Marcus próbował poukładać sobie w głowie wszystkie pilne sprawy. Wyciągnął z biurka czystą kartkę oraz atrament. Miał poczucie, że jeśli nie sporządzi notatek, to zaraz wszystko uleci mu z głowy. Skreślił kilka słów, gdy do gabinetu wszedł służący.
– Mój lordzie, przybył twój brat.
– Wprowadź – polecił, odkładając pióro. Marcus ucieszył się z tej wizyty, choć na chwilę przez jego głowę przemknął jakiś cień. – Ale nie przyjechałeś mnie poinformować o jakimś spisku, planowanym zamach albo czymś w tym rodzaju? – powiedział na powitanie.
– Nie. – Lamberth zmarszczył brwi. – Coś się szykuje?
Marcus uniósł kąciki ust. Policzki na kościach jarzmowych zaokrągliły się, zdradzając dobry humor gospodarza.
– Nic, czym powinieneś zaprzątać swoją głowę. Po prostu od samego rana w związku z koronacją nachodzą mnie różni ludzie. Dobrze cię widzieć. Siadaj. – Wskazał bratu krzesło, które niedawno zajmował Samotny Wilk. Strzelił palcami na sługę. – Przynieś nam jakieś dobre wino.
Przy drugim pucharze, Lamberth przeszedł do tematu, który skłonił go do odwiedzin u brata.
– Rozmawiałem z moim majordomem, Minagrisem. Zastanawiałem się, co miałbym dalej robić w Likarii. Po objęciu władzy przez Lothara, moja pomoc w zarządzaniu państwem okaże się zbędna.
– W aparacie władzy cały czas jest dużo pracy, ale rozumiem do czego zmierzasz. Ja w pewnym momencie wyrosłem z głodu poszukiwania przygód, ty nigdy go nie utraciłeś. – W głosie Marcusa słychać było pewną nostalgię. – Zdaję sobie sprawę, że w dłuższej perspektywie przebywanie tu jest dla ciebie męczące.
– Nie zrozum mnie źle. Cieszę się, że mogłem cię wspierać, ale jak sam zauważyłeś, wzywają mnie odległe krainy. Myślę, że nic już mnie tu nie trzyma. Poważnie zastanawiam się nad powrotem do Kabiru.
– Podmrok?
– Podmrok – przyznał rycerz. – Ty już tam byłeś przed laty. Ale przejście się zawaliło i od dekad ta kraina nie miała kontaktu z powierzchnią. Chcę zobaczyć, co się tam dzieje. A tu? Nawet towarzystwo mojej kochanki, pani Trioli, mi się znudziło.
– No cóż, jeśli nawet kobiety ci się znudziły, to rzeczywiście zostaje tylko przygoda. Ale powiedz mi, co z twoim giermkiem?
– Arkusem? To tylko giermek, pojedzie ze mną. Czemu o niego pytasz?
– To nie tylko giermek, bracie. – Marcus pokręcił głową. – To syn lorda Galilei. Wiesz, że Likarius bardzo przeżył aferę z sobowtórniakiem i zabójstwo rektora Rotoi. Dużo wysiłku kosztowało mnie ponowne zjednanie sobie jego rodu. A ty chcesz zabrać z Likarii jego pierworodnego i to wbrew niemu?
– Arkus to już nie dziecko. Kodeks rycerski nakłada na niego obowiązek, ale nie będę go zmuszał, niech sam zdecyduje – orzekł rycerz. Zaraz przyszedł mu na myśl dobry argument. – Jednak wobec jego afektu do córki Lorda Skarbu, może wyjazd dobrze by mu zrobił?
– Skomplikowana sprawa – przyznał Marcus, zastanawiając się, co by zwyciężyło w chłopaku, gdyby pozostawić mu samodzielne podjęcie decyzji. Rycerski kodeks i żądza przygody, czy namiętność do niewiasty? – To już nie dziecko, ale jednak młodzieniec bez życiowego doświadczenia. Wybór dostałby ciężki, bez gwarancji, że podejmie dobrą decyzję. A gdyby przestał być twoim giermkiem?
– Nie ma takiego zwyczaju, by senior mógł oddalić giermka – rzekł obruszony Lamberth.
– Ale giermek może stać się rycerzem. Gdyby Arkus został pasowany, nie musiałbyś go zabierać do Kabiru, ani stawiać przed trudnym wyborem.
– Chcesz zorganizować pasowanie?
– Koronacja nowego monarchy to dobry moment. Arkus, zresztą tak jak Thovri, wykazał się już na polu bitwy. Cóż stoi na przeszkodzie, by stali się pełnoprawnymi członkami stanu rycerskiego? Jest jeszcze wielu innych młodzieńców, którzy po wydarzeniach ostatniego roku zasłużyli na taki zaszczyt. Nie musimy czekać aż osiągną osiemnaście czy dwadzieścia lat.
Lamberth analizował słowa brata. Cenił go za umiejętność znalezienia rozsądnego rozwiązania w każdej sytuacji. Nagle zrobiło mu się smutno na myśl o rozłące z tym pojętnym chłopakiem; jego pierwszym i jak na razie jedynym giermkiem, ale w końcu kiedyś musiało do tego dojść. Podopieczny musi się usamodzielnić. Rzeczywiście, zabranie chłopaka do Kabiru przysporzyłoby problemów wielu osobom. Czuł, że jeszcze nie nauczył go wszystkiego. Reszty nauczy go życie.
– Tak, Marcusie, to dobry pomysł – przyznał po namyśle.
– Pojutrze koronacja. Pasowanie rycerzy mogłoby ją dodatkowo uświetnić.
– Racja, nie ma co zwlekać.
– Świetnie, powiadomię Galvereya, by uwzględnił to w przygotowaniach.
Zaraz prawodawca Likarii wpadł na kolejny genialny pomysł. Zlecił bratu ostatnie zadanie przed wyjazdem. Miał zaopiekować się giermkami oraz przygotować ich i przeprowadzić przez ceremoniał pasowania. Opieka bohatera Likarii i triumfatora Wielkiego Turnieju Rycerskiego byłaby dodatkową nobilitacją dla młodzieńców. Lamberth zgodził się bez wahania. Po kolejnym pucharze wina, do komnaty ponownie zawitał służący, anonsując posłańca ze Stirigos.
– Mój lordzie. – Goniec pokłonił się gospodarzowi. – Przybywam od królewskiego majordomusa, Galvereya.
– To dobrze się składa, bo mam dla niego pilną wiadomość.
– Ta wiadomość też jest pilna, lordzie.
– Mów.
– Książę Lothar, po rozmowie z rodzicami, zdecydował, że koronacja ma się odbyć nie w Świątyni Żywiołów, ale w sali audiencyjnej na zamku.
Sędziemu natychmiast zjeżyły się włosy na przedramionach.
 
2. Viola na spotkanie z synami założyła ognistoczerwoną kreację z rozszerzanymi rękawami i wysokim, usztywnianym kołnierzem. Wcześniej kilka dwórek pracowało nad zamaskowaniem zmarszczek na jej twarzy i podkreśleniem oczu czarnym tuszem. Wyszło średnio. Elleshar nie stroił się jakoś specjalnie.
– Ach, jakże wyrośli moi chłopcy! – Viola, gdy tylko ich ujrzała, z szerokim uśmiechem pospieszyła, by wziąć ich w objęcia. – Tyle lat na to czekałam. – Książęta przywitali się z nią raczej zdawkowo. – Teraz już nikt nas nie rozdzieli. Bogowie widzieli naszą krzywdę i oddali nam sprawiedliwość. Nie martw się Lotharze, wprowadzę cię we wszystkie tajniki władania Likarią. Och, będziesz wspaniałym władcą.
Podczas gdy rozanielona Viola zajęta była prawieniem komplementów pierworodnemu, roztaczając przed nim świetlaną wizję panowania, Elleshar podszedł do młodszego syna.
– Murtaza, minęło tyle lat. Nie będę kłamał. Wyjechałeś jako sześciolatek, teraz jesteś dojrzałym mężczyzną. Nic nie zwróci czasu, który nam odebrano. Wiedz jednak, że moja miłość do was się nie zmieniła.
Młodszy książę poczuł napływające łzy. Wziął jeszcze raz ojca w objęcia. Tym razem z prawdziwym uczuciem.
– Strasznie tęskniłem, tato.
– Ja też, synu, ja też – odparł z żalem w głosie Elleshar, klepiąc go po plecach. – Pamiętam, że lubiłeś dłubać w drewnie. Jeszcze to robisz?
– Rzeźbię cały czas. Moje prace ozdabiam bursztynem.
– To wspaniale. – Elleshar szczerze się ucieszył. – Czy nie chciałbyś może przygotować kilku rzeźb do nowego mostu, który buduję na Libarinnie?
– Z przyjemnością, ojcze.
– Chodź, pokażę ci postęp prac – rzekł uradowany architekt.
Elleshar i Murtaza opuścili komnatę, podczas gdy Violę pochłaniał monolog o wspaniałości nadchodzącej koronacji.
Lothar, po spotkaniu z matką, gdzie wyraził życzenie, że wolałby koronację w wąskim gronie niż tłumną uroczystość w Świątyni Żywiołów, udał się na obchód zamku. Odwiedził salę balową, ogród zimowy, królewskie stajnie. Na końcu trafił do sali audiencyjnej. Ponad złotym tronem wisiała złowieszczo wielka czaszka z dwoma rzędami ostrych zębów. W dzieciństwie zawsze przerażał go ten szkielet. Teraz też zrobiło mu się nieswojo. Choć kości wisiały tu od prawie dwustu lat, w jego świadomości wiązały się z osobą Conoriusa; z początku dobrego wujka, który brał na kolana i rozpieszczał. Sytuacja się zmieniła, gdy sam został ojcem. Wtedy nie widział już nikogo poza Rolandem. Lothar na zmarłym królu już nie mógł się odegrać, ale zbielałe kości w irracjonalny sposób kojarzyły mu się z Conoriusem. Nie chciał zasiadać na tronie ze świadomością, że za jego plecami unosi się to widmo. Doszedł do przekonania, że szkielet Zielonego Smoka powinien zniknąć ze Stirigos, jakby był ostatnią pamiątką po znienawidzonym krewnym.
26 Nenegar
3. Rankiem Sędzia Rollin udał się na Stirigos. Długo rozmawiał z Lotharem, cierpliwie przekonując go do konieczności koronacji w Świątyni Żywiołów. Nie wspomniał o ewentualnym zagrożeniu, skupiając się ostatecznie na zapewnieniu księcia, że przygotowania są zbyt zaawansowane, by zmieniać miejsce. Między wierszami sugerował, że jako przewodniczący Rady Regencyjnej może odroczyć w czasie ceremonię na czas nieokreślony. Lothar nie czuł się pewnie na Stirigos. Wiedział, że na razie nie ma tu żadnej władzy, a Marcus zdawał mu się równie stanowczy i władczy co Holden. W końcu uległ, nie mając żadnych atutów, by przeforsować swój pomysł. Ostatecznie stwierdził, że miejsce koronacji nie jest dla niego istotne. Chciał już to mieć z głowy i zająć się organizacją dworu na wzór tego w Vandui. Rollin, zadowolony z takiego obrotu sprawy, wrócił do zadań organizacyjnych. Galverey, zorientowawszy się, że Lothar nie zna rycerskich zwyczajów, zrobił przyszłemu monarsze szkolenie. Pragnął, by książę wiedział, co będzie się działo krok po kroku. Nie chciał, by podczas tak ważnego dnia doszło do jakiejś niezręczności. W miarę poznawania ceremoniału, Lothara ogarniało coraz większe przerażenie. Był pewien, że nie spamięta wszystkich niuansów. Galverey zapewnił go, że będzie cały czas w pobliżu i będzie mu podpowiadał, co zaraz nastąpi i co powinien zrobić. Książę bardzo na to liczył.
 
4. Arkusa i Thovriego tak rozemocjonowała całkowicie niespodziewana informacja o jutrzejszym pasowaniu, że w nocy prawie nie zmrużyli oka. Większość czasu rozprawiali o zbliżającym się wydarzeniu i poprzedzającym go ceremoniale. Żaden z przyszłych rycerzy nie zdawał sobie sprawy, jakie okoliczności zaważyły na decyzji o zorganizowaniu uroczystości. Wszyscy naturalnie łączyli to z doniosłym momentem koronacji nowego króla. Przed godziną czternastą młodzieńcy zebrali się na dziedzińcu Świątyni Żywiołów, gdzie jeszcze trwały przygotowania do intronizacji. Prosto z drogi przybyli chłopcy z dworów w innych częściach Likarii, gdzie wieść o pasowaniu wczoraj przyniosły kruki. Część giermków już była w Beresteczku, gdyż przybyła ze swoimi rodzinami na koronację. Dla tych, którzy nie zdążyliby, zaplanowano drugą, skromniejszą ceremonię decem później. Wielu z nich walczyło podczas ubiegłorocznej rebelii, oblężenia Beresteczka lub pościgu za armią Ravena, stąd twarze niektórych były Arkusowi i Thovriemu znane. Najmłodszy adept sztuki rycerskiej miał czternaście lat, najstarszy dwadzieścia pięć. Wśród nich był piętnastoletni Livian Gralevinn,[1]niegdyś giermek Rolanda, siedemnastoletni Fravir (młodszy syn Lorda Straży), dwaj starsi bracia Sonii: dziewiętnastoletni Grewid i osiemnastoletni Petrus, najmłodszy bratanek marszałka Semio Semionowicza i dwudziestu trzech innych młodzieńców ze szlacheckich rodów. Oczekując na przybycie Czarnego Rycerza, chłopcy rozmawiali w grupkach. Arkus zauważył, że dwóch starszych od niego chłopaków mu się przygląda. Poczuł się nieswojo. By nie zwracać na to uwagi, zajął się rozmową z Thovrim, Livianem i kilkoma ziomkami poznanymi podczas oblężenia. Wkrótce przybył Lamberth na kabirskim ogierze. Zaprowadził giermków do świątyni, pod ołtarz, gdzie wyjaśnił im cel czuwania. Mieli modlić się do Pana Światła o siłę, męstwo, odwagę i cnotę. Ich celem było oczyszczenie umysłu i przygotowanie się na przyjęcie misji od bogów, polegającej na wypełnianiu obowiązków rycerskich. Oczywiście lord D’aragon nie zamierzał im w tym czuwaniu towarzyszyć. Zapowiedział, że przyjedzie po nich wieczorem i opuścił świątynię. Chłopcy niedługo wytrzymali w milczeniu. Rozmowy pochłonęły wszystkich. Prowadzili je jednak szeptem, by nie narażać się mnichom, którzy co jakiś czas przechodzili w pobliżu, zajęci przygotowaniami do koronacji. Dwóch chłopaków obserwowało Arkusa. Byli podobnej postury, mieli jasne włosy, jeden był nieco wyższy.
– To ten?
– Tak, to on – szeptali między sobą.
Nagle jeden z nich podszedł od tyłu i znienacka pchnął syna lorda Galilei. Livian podtrzymał chłopaka, dzięki czemu ten nie upadł. Arkus szybko obrócił się, gniewnie wypatrując w agresora. Ten jednak nie próbował udawać, że to nie on. Obaj stali, wlepiając wzrok w giermka. Nie wyglądało to na żart.
– Zgłupiałeś? Czego chcesz?
– Zaraz spuścimy ci lanie – rzekł jeden z nich, wyciągając dłoń, by szturchnąć go w ramię. Arkus szybkim ruchem odbił jego rękę.
– Zrób to jeszcze raz, to ci ją połamię – zagroził.
– Jak cię złapiemy z bratem to się nawet nie ruszysz, gdy będziemy klepać cię po pysku.
Drugi, ten nieco wyższy, wysunął się naprzód, chcąc złapać Arkusa, ale w tym momencie odepchnął go Thovri.
– Dwóch na jednego? Tacy z was rycerze? – Giermek Sędziego odważnie stanął w obronie przyjaciela.
– Nie wtrącaj się, bo też oberwiesz. To nie twoja sprawa.
– To moja sprawa, gdy dwóch nicponi, chcących zostać rycerzami, jak zbiry znienacka atakuje wojownika, który bronił razem ze mną Beresteczka przed lordem Ravenem. Was na szańcach nie widziałem. Gdzie wtedy byliście? – zapytał oskarżycielskim tonem.
– Walczyliśmy w północnych dzielnicach – odparł obruszony młodzian. – Jestem Grewid Opperion, a to mój brat Petrus. I po stokroć bardziej zasługujemy na pasowanie niż ten twój przyjaciel, więc jak ci prosty nos miły, to się nie wtrącaj.
– A co wam do mnie, synowie Lorda Skarbu? – Arkusowi minęła pierwsza złość. Nie mógł pojąć, co sprowokowało tę niespodziewaną agresję.
– Jeszcze pytasz? Przerywając ślub w tej świątyni, wystawiłeś naszą siostrę na pośmiewisko. Nie puścimy tego płazem – obiecał Grewid.
Teraz Arkus zrozumiał motywację starszych braci niewiasty, w której się zakochał.
– Nie zhańbiłem waszej siostry, a ocaliłem przed hańbą. Złożyła śluby Arvenie. Powstrzymałem profanację świątyni, którą byłby ten bezprawny ślub.
– Kłamiesz. Obraziłeś naszego ojca. Teraz zapłacisz za znieważenie naszego rodu – odparł Pertus, podnosząc pięści.
– Jeśli go uderzysz, my skopiemy wam te durne tyłki! – Po stronie zaatakowanego stanął Livian i kilku innych ziomków. Nim doszło do rękoczynów, pomiędzy obiema grupami stanął najstarszy giermek.
– Zamknijcie się wszyscy! Zachowujecie się jak banda dzieciaków niegodna pasowania. Chcecie wszczynać bójkę pod posągiem Pana Światła? Rozum wam odebrało? – zwrócił się surowym tonem do braci Opperion.
Podniesione głosy posłyszał opiekun świątyni, zakonnik Yazzid. Nim Grewid i Petrus zdążyli odpowiedzieć, wyłonił się zza posągu naczelnego bóstwa z gniewną miną.
– Co to ma być? Co to za wrzaski? To dom bogów, a nie jarmark! Macie czuwać, modlić się i rozmyślać. W ciszy! Kto będzie czynił wrzawę, tego wyrzucę precz i może zapomnieć o jutrzejszym pasowaniu – zagroził. – Zrozumiały te przyszło-niedoszłe zakute rycerskie łby? – zapytał, wodząc wzrokiem po młodzieńcach, którzy szybko spuścili oczy. Ciszę odebrał jako zgodę. – Niech no usłyszę jeszcze tylko szept, to was wszystkich wyrzucę za drzwi.
Reprymenda zakonnika poskutkowała. Pogrążyli się w ciszy i zamyśleniu. Niekiedy tylko bracia Sonii rzucali Arkusowi pełne zawiści spojrzenia, które jednak ten ignorował.
Wieczorem wrócił Lamberth. Po zakończeniu czuwania, zabrał ich do łaźni, znajdującej się w zabudowaniach zamku niskiego. Tam zdjęli wszystkie ubrania i mieli godzinę na porządne wymoczenie się w wyłożonych mozaiką basenach. Była to okazja do chwalenia się tężyzną fizyczną i mięśniami wyćwiczonymi fechtunkiem. Żarty wzbudziło dwóch pulchnych synów hrabiego Ursaneya. Jednak pojedynki w siłowaniu się na rękę dowiodły, że nie są pozbawieni mocy ani sprawności, jak mogłaby sugerować ich postura. Lamberth przywołał młodzieńców do porządku, przypominając im cel tej kąpieli. W ceremonii pasowania oznaczała oczyszczenie ciała i ducha. Przygotowywała na przyjęcie najbardziej doniosłego zobowiązania w życiu i poddania się moralnym rygorom kodeksu rycerskiego. Po kąpieli, młodzieńców odziano w jednakową białą bieliznę. Każdy dostał też po parze sandałów. Lamberth zaprowadził giermków do koszar gwardii, gdzie czekały przygotowanie dla nich sienniki. Mieli tu spędzić noc w nowej, nigdy nie używanej pościeli.
Grewid i Petrus zrezygnowali z wywarcia pomsty. Zdali sobie sprawę, że nie byłoby to mądre podczas ceremonii pasowania, a po stronie ich przeciwnika stanęłoby wielu innych młodzieńców. Arkus szybko zapomniał o incydencie. Nic nie było w stanie odebrać mu radości. Wielkie marzenie miało się ziścić już jutro.
27 Nenegar
5. Dwudziestego siódmego Nenegar roku 1000 c. e. u. już od samego rana mieszczanie gromadnie zbierali się przy trasie przejazdu królewskiego orszaku; od Stirigos, przez rynek, aż po Świątynię Żywiołów. W nocy przez miasto przeszła burza, toteż poranek był całkiem przyjemny. Wczesnym rankiem do świątyni powrócili, nocujący w koszarach gwardii, giermkowie. Mieli na sobie jednakowe, białe tuniki, przewiązane w pasie czerwonym sznurem. Dolną część ich stroju stanowiły białe getry. Nogi obuli w brązowe buty. Teraz czuwali pod posągiem Pana Światła, oczekując przyjazdu Lothara. Miejsca z przodu gmachu zarezerwowane były dla szlachty. Budowla była jednak na tyle duża, że na tyłach znalazło się jeszcze sporo miejsca dla mieszczan. Około godziny dziesiątej kolumna jeźdźców opuściła Stirigos. Przodem jechał oddział gwardii. Za nimi podążał Lothar na białym koniu, w otoczeniu członków rady królewskiej i najwyższych dworskich urzędników. Po jego prawej stronie jechał Holden, zaś po lewej Galverey, który zgodnie z obietnicą nie odstępował księcia na krok. Orszak zamykał drugi oddział gwardzistów. Mieszczanie na trasie przejazdu wznosili okrzyki i rzucali na drogę kwiaty. Na dziedzińcu świątyni jeźdźcy zsiedli z koni, które szybko zostały przejęte przez stajennych i pachołków. Lothar przekroczył bramę. Wojownicy z Zakonu Płomiennego Ostrza, stojący w dwóch rzędach od wejścia aż po sam ołtarz, wykrzyknęli „Chwała!” i dobyli mieczy, unosząc je nad głowę. Książę z przybocznymi przeszedł pod szpalerem ostrzy. Stanął niedaleko ołtarza, w towarzystwie brata i dostojników. Chór zaintonował pieśń pochwalną ku czci Pana Światła.
– Gdy skończy się pieśń, uklękniesz przed arcykapłanem – szepnął Galverey na ucho Lotharowi.
Książę niemal niezauważalnie przytaknął ruchem głowy, wdzięczny, że ma przy sobie suflera. Gdy śpiewy dobiegły końca, Lothar, odziany w biało-złotą szatę, ukląkł na kolano przed Palladiusem. Zakonnik Yazzid podał naczelnemu kapłanowi alabastrowe naczynie z oliwą. Ten odrobinę wylał na kędzierzawą głowę księcia.
– Namaszczam cię na króla Wielkiej Likarii – rzekł donośnym głosem. Po odmówieniu modlitwy do Pana Światła, skropił nowego władcę wodą ze źródła Peruna. – Niech spocznie na tobie błogosławieństwo Pana Światła. Niech będzie ci dana odwaga Peruna Ojca Sztormów. Niech cechuje cię szczodrość Wielkiej Pani Arveny, sprawiedliwość boskiej Nemerii oraz moc bóstw Słońca i Księżyca. – Palladius odebrał od Yazzida złotą koronę, bogato zdobioną kamieniami szlachetnymi oraz perłami, i powoli włożył ją na głowę księcia. – Koronuję cię na prawowitego Króla Likarii, Wielkiego Księcia Sewar, Księcia Wzgórz Griega i Pana Mareszy.
Lothar powoli wstał, rzucając spojrzenie Galvereyowi. Urzędnik kiwnął głową. Książę przełknął ślinę i zasiadł na tronie ustawionym przed ołtarzem, stając się prawowitym monarchą.
– Oto twój władca, Likario! – zawołał arcykapłan.
Zebrani wznieśli radosne okrzyki sławiące króla. Kratius, stojący w drugim rzędzie, już obmyślał, jak odnaleźć się w nowej sytuacji. Forsując stworzenie nowej dynastii, stracił okazję do zdobycia wpływu na nowego króla. Miał nadzieję, że to jeszcze nie koniec. Nadal miał pod kontrolą Senat. Babski sojusz nadal potrzebował go do rządzenia. Przynajmniej tak mu się w tej chwili wydawało.
Sędzia z zadowoleniem przyjął przekazanie władzy na barki kogoś innego. Dobrze, że nigdy nie będę królem – pomyślał. Spodziewał się, że teraz wreszcie nastanie spokojniejszy okres.
Lothar zmuszał się do uśmiechu, wewnętrznie pragnąc jak najszybciej wrócić na Stirigos, do zacisza swoich komnat. Nie lubił tłumów i nie podobał mu się cały ten zgiełk. Uroczystość traktował jako przykry obowiązek, a obowiązków z reguły nie znosił. Gdy wiwaty ucichły, przypomniał sobie, że teraz powinien przemówić. Na szybko powtórzył sobie w głowie kilka zdań przygotowanych przez Galvereya. Wstał, spojrzał na tłumy i wyrecytował z pamięci krótkie przemówienie. Gdy skończył, zgromadzeni znów wznieśli okrzyki na cześć nowego monarchy. Lothar spojrzał na urzędnika, a ten z aprobatą pokiwał głową. Młody król zapomniał, co miało być dalej. Na szczęście inicjatywę przejął Sędzia, zapowiadając ceremonię pasowania na rycerzy młodych giermków, stojących w pierwszym rzędzie przed ołtarzem. Palladius udzielił młodzieńcom błogosławieństwa, a Marcus podał Lotharowi paradny miecz ze złotą rękojeścią wysadzaną rubinami. Chłopcy podchodzili kolejno, klękając na kolano i wypowiadając słowa przysięgi. Lothar, odbierając hołd, każdego trącał mieczem w ramię. Nowi rycerze przechodzili na bok, gdzie wyznaczeni dostojnicy zapinali na ich biodrach pasy i przyczepiali do nich miecze. Od tej pory stawali się pełnoprawnymi członkami stanu rycerskiego. Po zakończeniu pasowania, uroczysty hołd lenny złożył nowemu królowi lord Sevarinn Malthus Dilthey. Na tym uroczystości związane z koronacją dobiegły końca. Lothar z ulgą opuścił podwyższenie i w towarzystwie dworu udał się w drogę powrotną na Stirigos. Po drodze przypomniał sobie, że to przecież jeszcze nie koniec. Ale przed nim była o wiele przyjemniejsza część – wystawna uczta w sali balowej.
 
6. Gwar, wesołość, tłuste potrawy i mocne trunki. Wszystko co najdroższe i najlepsze zagościło na królewskim stole; od małż i ostryg po sprowadzane z południa egzotyczne owoce. Murtaza siedział obok brata, leniwie sącząc miód pitny. Jego myśli błądziły daleko w przeszłych czasach. Historia zatoczyła koło i wrócił na zamek, na którym się urodził. Pamiętał dzień, w którym zawalił się ich świat. On miał sześć lat, jego brat dziewięć. Dorośli szeptali coś między sobą. Gdy pierwszy raz usłyszał, że wyruszają w zamorską podróż, nie przejął się tym zbytnio. Przeląkł się dopiero, gdy zrozumiał, że mają wyruszyć bez rodziców. Z pożegnania zapamiętał tylko swój płacz i słowa matki skierowane do starszego brata: „opiekuj się nim”. Na nowej ziemi, w nieznanym dworze, czuł się obco. Każdego ranka budził się z płaczem i długo zajmowało piastunkom utulenie go. Wszystko było inne niż w domu, niepokojące. Lęki objawiały się w skrzypieniu okiennic, w cieniach przesuwających się po ścianach. Uciekał wtedy do sypialni brata. W jego łożu potrafił zasnąć. Przy nim czuł się bezpieczny. A potem tak już zostało. Nawet gdy lęki minęły, a dwór w Vandui udało mu się oswoić, nadal sypiał w jednym łożu z bratem. Gdy podrośli, odkryli inne aspekty bliskości. Krok po kroku poznawali swoje ciała. Choć z czasem ich zainteresowania się rozeszły, to zawsze gdy zapadała noc, stawali się tymi samymi zagubionymi chłopcami, którzy mają tylko siebie. On oddał się sztuce. Jego brat wybrał pijackie uczty i głupie zabawy z podobnymi sobie nicponiami. Zdarzało się, że po takich zakrapianych ucztach trafiał do alkowy jednego ze swoich kompanów. Z czasem nawet do ich łoża wpuszczał jakichś służących. Murtaza zdawał sobie sprawę, że powoli się od siebie oddalają, ale nie miał żadnego pomysłu jak to zatrzymać. Nawet nie wiedział, czy warto. Raz tylko towarzystwa dotrzymał mu młody pachołek. Zadbał o to, by Lothar się o tym dowiedział, ale na bratu nie zrobiło to żadnego wrażenia. Murtaza z kielichem w dłoni wstał od stołu i wyszedł do ogrodu. Nie miał zamiaru brać udziału w tańcach dworskich, których zresztą nie znał. Nikt w Vandui nie dbał o kulturalną edukację książąt. Na zewnątrz dostrzegł młodszego od siebie o kilka lat Adrianisa Opperiona. Stał w towarzystwie młodszych braci, którzy zostali dzisiaj pasowani. Przyjemnie mu się z nim rozmawiało podczas uczty w Essen. Wyglądu też był zacnego. Podobały mu się proporcje jego twarzy, zgrabny nos i subtelne łuki brwi. Ośmielony alkoholem krążącym w żyłach, podszedł do rodzeństwa. Adrianis przedstawił mu młodszych braci. Murtaza uprzejmie pogratulował im pasowania. Przez chwilę prowadzili niezobowiązującą pogawędkę. Później młodsi Opperionowie gdzieś zniknęli, a Murtaza został sam z Adrianisem. Rozmowa płynęła im gładko. Książę był wręcz zaskoczony, gdyż nieczęsto trafiały się osoby, z którymi umiał znaleźć wspólny język, a wcale nie rozmawiali o sztuce. Pozwolił sobie nawet na kilka niedyskretnych gestów, zadowolony z braku oporu ze strony kompana. Gdy zastanawiał się, czy nie zaproponować mu czegoś więcej, zjawił się Vittorio. Szukał Adrianisa, bo chciał go komuś przedstawić. Murtaza wyraził zrozumienie i po chwili został sam. Ale nie na długo. Pod wielkim krzewem tycjanitu wypatrzyła go pewna niewiasta. Podeszła, trzymając w dłoniach dwie szklanice. Towarzyszył jej jakiś młodzieniec. Oboje ukłonili się dwornie.
– Białe wino z naszych stron – rzekła kobieta, wciskając Murtazie jeden z pucharów w dłoń. – Książę, to mój brat, Korvin Raven.
– Miło cię poznać, książę. Siostra dużo mi o tobie opowiadała.
Murtaza dopiero teraz ją skojarzył. Miała na imię Fiamma. Poznali się na uczcie w Essen. Była tam ze swoim ojcem, ministrem floty Tyraxem Ravenem. Z przelotnej pogawędki wiedział, że należy do fraucymeru jego matki.
– Mam nadzieję, że nic złego.
Korvin roześmiał się, zapewniając, że chwaliła jego talent. Po krótkiej pogawędce pod byle pretekstem wrócił do środka. Fiamma zaproponowała Murtazie spacer ogrodowymi alejkami, na co ten przystał.
– Wstydziłam się do tego przyznać, ale muszę ci coś powiedzieć – rzekła, choć w jej głosie zamiast wstydu brzmiała raczej śmiałość. – Ja też rzeźbię.
– Czemuż miałabyś się tego wstydzić? Umiejętność tworzenia sztuki to dar bogów.
– Nie sądzę, by moje rzeźby można było nazwać sztuką.
– Nie widziałem ich, więc orzec nie mogę. – Idąc krok za niewiastą, zwrócił uwagę na jej ognistorude włosy. Musiał przyznać, że to naprawdę piękna barwa. – Ojciec ostatnio zaproponował, bym wykonał kilka rzeźb na nowy most.
– To wspaniale. Z bursztynowymi elementami na pewno będą wyglądać cudownie. Jedna z rzeźb na issańskim moście jest moja.
– Doprawdy? W takim razie musisz mieć talent. Mój ojciec z pewnością nie zaakceptowałby czegoś, co nie spełniałoby jego wygórowanych standardów piękna.
– Może wybralibyśmy się kiedyś, książę, obejrzeć te rzeźby?
– Może kiedyś – odparł, nie chcąc się do niczego zobowiązywać. Fiamma uśmiechnęła się zalotnie, wyprzedziła go i usiadła na ławce naprzeciwko oczka wodnego. Murtaza usiadł obok. Spojrzał na fioletową suknię szlachcianki, oblamowaną białą koronką. Przesunął wzrokiem wyżej, przemykając po wąskiej talii, małych piersiach, dekolcie przyozdobionym sporym ametystem oprawionym w srebro. Długiej szyi niemal nie zauważył. Zatrzymał się na twarzy. Podobnie jak w wypadku Adrianisa, z uznaniem dostrzegł idealne proporcje. W głowie rysował na niej osie symetrii. Już wyobraził sobie jej odwzorowanie w drewnie.
– O czym myślisz, książę? – spytała Fiamma, dostrzegając jego zamyślenie.
– O rzeźbieniu. – Murtaza odwrócił wzrok, skupiając się na pawiach spacerujących wokół oczka wodnego. – Czasami gdy coś zobaczę, od razu nachodzi mnie myśl, jak można by to było uwiecznić w drewnie.
– Wspominałeś w Essen, że najczęściej rzeźbisz zwierzęta.
– Tak, świat zwierząt jest niewyczerpalną kopalnią inspiracji.
– Szczerze mówiąc, to nie rzeźbiłam zwierząt. Pełne rzeźby tworzę czasami. Ostatnio pochłaniają mnie płaskorzeźby, które niczym obrazy można powiesić na ścianie.
– A o jakiej tematyce te płaskorzeźby?
Fiamma doceniła pierwszą szczerą oznakę zainteresowania ze strony Murtazy. Dotąd czuła, że ciężar podtrzymywania rozmowy spoczywa wyłącznie na niej.
– Uczty, polowania, sceny dworskie i religijne. Jest przy tym dużo pracy, bo trzeba uchwycić wiele detali.
– Chętnie oglądnąłbym twoje prace. – Murtaza wrócił wzrokiem do oblicza białogłowy. Jego uwagę przyciągnęły oczy. Z zaskoczeniem stwierdził, że nie potrafi dokładnie określić ich barwy. Słowo „żółte” było zbyt pospolite i niedokładne. Bardziej pasowało „piaskowe” choć piasek przesypujący się w klepsydrach też był tylko wielkim uproszczeniem. Było w nich coś z blasku bursztynu. Sam się sobie dziwił, że nie zwrócił na to większej uwagi wtedy w Essen. Tłumaczył to sobie zmęczeniem po podróży.
– Mam pracownię w dworze mojego ojca. Ale to jest aż w Essen. Żałuję, że wtedy nie zaprosiłam cię, książę.
– Essen nie jest na końcu świata. Na co dzień tam mieszkasz?
– Tak, choć brat zapraszał mnie ostatnio, bym się przeniosła do Gniazda Kruka, ale to na drugim krańcu Likarii. Niedawno twoja matka, dama Viola, zorganizował swój fraucymer. Jestem teraz w zasadzie jej dwórką.
– Zamieszkasz tutaj?
– Tak, to dla mnie wielki zaszczyt. Chciałabym kontynuować rzeźbiarstwo, choć nie wiem, czy będę tu miała takie możliwości. – Zawiesiła głos, mając nadzieję, że Murtaza zaproponuje jakieś rozwiązanie. Książę jednak nic nie odpowiedział, również zastanawiając się, jak po przeprowadzce będzie wyglądać realizacja jego pasji. – Ciekawa jestem… a gdyby tak różne szczegóły na płaskorzeźbach robić z kamieni szlachetnych? – Fiamma zmieniła temat, nie doczekawszy się odpowiedzi.
– Ciekawy pomysł. Ja używałem dotąd tylko bursztynu. Tam skąd przybyłem jest go mnóstwo. W Bresco wystarczy przejść się plażą, by znaleźć piękne egzemplarze.
– Czy… nie wiem książę, czy mogłabym mieć do ciebie prośbę? – Popatrzyła proszącym wzrokiem, wlepiają w niego bursztynowe oczy.
– Jaką?
– Czy mógłbyś mnie nauczyć osadzania kamieni w drewnie?
– To nie jest skomplikowana rzecz.
– Dla mistrza, który robi to od lat zapewne, ale dla czeladnika jak ja…
– Cóż… – Książę spojrzał gdzieś w dal. – Przywiozłem ze sobą bursztyn i trochę drewna lipowego. Myślę, że mógłbym ci pokazać, jak to robię.
Fiamma była zachwycona. Umówili się na Moranin w zamkowych ogrodach.
Vittorio, z trunkiem w dłoni, podpierał jedną ze smukłych kolumn. Obserwował tańczące pary. W pierwszej rozpoznał siostrę króla, Rissę, która przybyła z mężem Uttalem Fargeonem. Ciekawe jak to jest, poznać swoich braci dopiero jak jest się dorosłą osobą – zastanawiał się. Córka Violi i Elleshara urodziła się już po wygnaniu książąt na południe. Przy jednym ze stołów dostrzegł czerwonego duchownego. Zaiste był to niecodzienny widok. Sorhak pierwszy raz do czasu walki z nekromantami pojawił się publicznie. Widać nie cieszył się ze sławy, jaką przyniósł mu udział w walce. Zarówno na koronacji, jak i na uczcie, widać było z jego gestów i zachowania, że nie chce rzucać się w oczy. To mógł się inaczej ubrać – zakpił w myślach Lord Skarbu. Prześliznął się wzrokiem po tronach Violi i Elleshara. Nawet nie chciał wspominać, ile kosztowały bogate siedziska królewskich rodziców. Nie mógł im jednak odmówić. Na koronację tak naprawdę nie mógł odmówić niczego. Do filara podszedł Sorios Ziller, minister handlu, ze swoim synem Parsvinem.
– Wspaniały dzień, wspaniała koronacja i wspaniała uczta, Lordzie Skarbu – zachwycał się. – We wszystkim widać bogactwo i chwałę. Chylę czoła.
Vittorio popatrzył na niego z niesmakiem. Słowa ministra odebrał jak radosne gratulacje na stypie.
– Państwo to sposób marnotrawienia środków wypracowanych przez społeczeństwo – odparł półgłosem.
– Słucham? – Wśród muzyki i gwaru rozmów Sorios nie dosłyszał wyraźnie.
– Tak, istotnie kosztowna to uroczystość – odparł głośniej Vittorio. Nie czekając na dalsze towarzyskie zaczepki Zillera, powolnym krokiem ruszył na obchód parkietu. Wśród tańczących dostrzegł małżeństwo Rollinów. Oboje tak radośni, że niemal go zemdliło. Z czego on się tak cieszy? Oddał władzę w ręce kobiet i swojego największego wroga. Musi sobie zdawać sprawę, że przy Violi i Holdenie, Lothar będzie większym figurantem niż zniedołężniały Conorius. Przynajmniej wtedy skarbiec był pełny. Ciężko westchnął na myśl, że musi wszystko zacząć od początku. Świadomość, że złoto, które odkładał tyle lat, po prostu zniknęło, nie mieściła mu się w głowie. Uśmiech Sędziego był dla niego wręcz obelgą. W przeciwieństwie do Vittoria, tego wieczora głowa Marcusa całkiem wywietrzała z politycznych myśli. Pochłaniało go towarzystwo małżonki. Soraya zaś nie mogła się napatrzeć na grzywkę męża. Uwielbiała, gdy układał ją tak, że przypominała fale wzburzonego oceanu. Działało to na nią niczym afrodyzjak. Miała wtedy ochotę zatopić palce w tych falach i ściśle przylgnąć do niego całym ciałem. Wiem, co będziemy robić po powrocie do domu – przemknęło jej przez myśl. Namiętne spojrzenie żony nie umknęło Marcusowi. Pomyślał o tym samym.


[1]Po zdobyciu Gniazda Kruka Livian wrócił do domu i został przyjęty na służbę do swojego wuja, który również należał do przyjaciół księcia Rolanda, jednak nie opuścił z nim Beresteczka po upadku rebelii sobowtórniaka (dzięki czemu uniknął śmierci z rąk Gunnara).
Odpowiedz
Cytat:W miarę poznawaniu ceremoniału, Lothara ogarniało coraz większe przerażenie.

Powinno być "poznawania" zamiast "poznawaniu".
Odpowiedz
Dzięki za wyłapanie. Literówka poprawiona.
Odpowiedz
(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): – Tak jak ty, wiem o tym tylko z relacji, ale ubolewam nad stratą Sadeha. Był jednym z moich najbardziej zaufanych ludzi. Nie uważasz, że jego zaginięcie, zwłaszcza na ograniczonej przestrzeni jaką jest statek, nie jest dziwnym wydarzeniem?
Mam kłopot z logiką w tym pytaniu. Chyba powinno być "jest dziwnym wydarzeniem".

(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): Sędzia pożegnał urzędników i sam udał się do rezydencji. Przestał myśleć o tym, co mu powiedzieli, zaraz po opuszczeniu Stirigos. Miał teraz wiele ważniejszych spraw na głowie.
Mam wrażenie, że z czasem pożałuje, że zbył temat.

(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): Wskazał bratu krzesło, na którym niedawno zajmował Samotny Wilk.
Na którym niedawno siedział, lub które niedawno zajmował.

(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): Wśród nich był piętnastoletni Livian Gralevinn,[1]niegdyś giermek Rolanda, siedemnastoletni Fravir (młodszy syn Lorda Straży), dwaj starsi bracia Sonii: dziewiętnastoletni Grewid i osiemnastoletni Petrus, najmłodszy bratanek marszałka Semio Semionowicza i dwudziestu trzech innych młodzieńców ze szlacheckich rodów.
Ten nawias mnie zaskoczył. Chyba po raz pierwszy widzę u Ciebie nawias w tekście Big Grin

(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): Była to okazja do chwalenia się tężyzną fizyczną i mięśniami wyćwiczonymi fechtunkiem.

(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): Lothar przekroczył bramę. Wojownicy z Zakonu Płomiennego Ostrza, stojący w dwóch rzędach od wejścia aż po sam ołtarz, wykrzyknęli „Chwała!” i dobyli mieczy, unosząc je nad głowę. Książę z przybocznymi przeszedł pod szpalerem ostrzy.
Może warto byłoby wprowadzić kursywę przy słowie "chwała"?

(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): Forsując stworzenie nowej dynastii, stracił okazję do zdobycia wpływu na nowego króla. Miał nadzieję, że to jeszcze nic straconego.
To trochę zgrzyta.

(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): Podobały mu się proporcje jego twarzy, zgrabny nos i subtelne łuki brwi.

(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): Oboje  ukłonili się dwornie.
Nadliczbowa spacja. 

Długi rozdział i bardzo dużo się działo. Wydarzenia galopują jedno za drugim, a to, co niedopowiedziane, potęguje ciekawość. Czytam o uczcie, ale wciąż zastanawiam się, co będzie z proroctwem z wizji Christiana. To dobre Wink Póki co Lothar nie pokazał pazurów, faktycznie jest chyba zagubiony. Zastanawiam się, po co zabierał brata, skoro ich relacja nie wygląda najlepiej.

Mam wrażenie, że lubisz pisać fragmenty związane z Murtazą, przemyślenia tego bohatera, jego aura jest bardzo dobrze widoczna, chyba swobodnie czujesz się w tej postaci. Na nazwisko Raven nadal mam mieszane uczucia i byłam podejrzliwa podczas tego spotkania w ogrodzie.

Ciekawe, co Sonia na pasowanie Arkusa. W ogóle, jak szybko to się stało, Arkus rycerzem Big Grin Spełniło się jego największe marzenie, to pewnie ważny punkt w historii tej postaci.

Sędzia przeżywa drugą młodość, albo coś w tym guście. Niech się cieszy tym co jest teraz, bo podejrzewam, że panowanie Lothara bardzo szybko przysporzy mu mnóstwo zmartwień.

Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy Wink
Odpowiedz
(16-08-2020, 17:51)Eiszeit napisał(a):
(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): – Tak jak ty, wiem o tym tylko z relacji, ale ubolewam nad stratą Sadeha. Był jednym z moich najbardziej zaufanych ludzi. Nie uważasz, że jego zaginięcie, zwłaszcza na ograniczonej przestrzeni jaką jest statek, nie jest dziwnym wydarzeniem?
Mam kłopot z logiką w tym pytaniu. Chyba powinno być "jest dziwnym wydarzeniem".
Problem w tym, że brzmi lepiej niż wersja logiczna Big Grin
Bez wtrącenia o ograniczonej przestrzeni jeszcze by uszło, ale z nim końcówka zdania traci "flow"
Jest jeszcze opcja skasowania pierwszego "nie"

(16-08-2020, 17:51)Eiszeit napisał(a):
(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): Sędzia pożegnał urzędników i sam udał się do rezydencji. Przestał myśleć o tym, co mu powiedzieli, zaraz po opuszczeniu Stirigos. Miał teraz wiele ważniejszych spraw na głowie.
Mam wrażenie, że z czasem pożałuje, że zbył temat. 
Uzasadnione wrażenie.



(16-08-2020, 17:51)Eiszeit napisał(a):
(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): Wśród nich był piętnastoletni Livian Gralevinn,[1]niegdyś giermek Rolanda, siedemnastoletni Fravir (młodszy syn Lorda Straży), dwaj starsi bracia Sonii: dziewiętnastoletni Grewid i osiemnastoletni Petrus, najmłodszy bratanek marszałka Semio Semionowicza i dwudziestu trzech innych młodzieńców ze szlacheckich rodów.
Ten nawias mnie zaskoczył. Chyba po raz pierwszy widzę u Ciebie nawias w tekście Big Grin
Miał być kolejny przypis, ale byłby krótki, więc go sobie darowałem Wink


(16-08-2020, 17:51)Eiszeit napisał(a):
(14-08-2020, 10:01)Gunnar napisał(a): Lothar przekroczył bramę. Wojownicy z Zakonu Płomiennego Ostrza, stojący w dwóch rzędach od wejścia aż po sam ołtarz, wykrzyknęli „Chwała!” i dobyli mieczy, unosząc je nad głowę. Książę z przybocznymi przeszedł pod szpalerem ostrzy.
Może warto byłoby wprowadzić kursywę przy słowie "chwała"? 
Można.

(16-08-2020, 17:51)Eiszeit napisał(a): Długi rozdział i bardzo dużo się działo. Wydarzenia galopują jedno za drugim, a to, co niedopowiedziane, potęguje ciekawość. Czytam o uczcie, ale wciąż zastanawiam się, co będzie z proroctwem z wizji Christiana. To dobre Wink Póki co Lothar nie pokazał pazurów, faktycznie jest chyba zagubiony. Zastanawiam się, po co zabierał brata, skoro ich relacja nie wygląda najlepiej. 
Z perspektywy Murtazy, Lothar uważa, że wszystko jest ok Smile


(16-08-2020, 17:51)Eiszeit napisał(a): Mam wrażenie, że lubisz pisać fragmenty związane z Murtazą, przemyślenia tego bohatera, jego aura jest bardzo dobrze widoczna, chyba swobodnie czujesz się w tej postaci. Na nazwisko Raven nadal mam mieszane uczucia i byłam podejrzliwa podczas tego spotkania w ogrodzie. 
Murtaza, zamknięty w sobie artysta ze zwichniętym życiorysem okazał się postacią nad wyraz wdzięczną do opisywania. Wszystkie te cechy skłaniają do wewnętrznych rozterek i głębokich przemyśleń. Jest też dobrym przeciwieństwem do brata, którego interesuje łatwy żywot tylko tu i teraz.
I w zasadzie nie jest to ich wina. Obu ukształtowała trauma z dzieciństwa, choć w odmienny sposób.
Korvin Raven walczył u boku Sędziego z rebelią wuja. Jego siostra, Fiamma, to młódka, która chce się w życiu ustawić. A nie ma obecnie lepszej partii niż młodszy brat króla. Nie jest jednak wyrachowana. Tym bardziej utwierdziła się w tym, że powinna starać się o jego względy, gdy dowiedziała się, że jest rzeźbiarzem tak jak ona. A czy jej się uda? Czas pokaże.


(16-08-2020, 17:51)Eiszeit napisał(a): Ciekawe, co Sonia na pasowanie Arkusa. W ogóle, jak szybko to się stało, Arkus rycerzem Big Grin Spełniło się jego największe marzenie, to pewnie ważny punkt w historii tej postaci. 
Sam byłem zaskoczony Big Grin
Gdy zastanawiałem się co dalej z Lamberthem, doszedłem do wniosku, że nic go już w Likarii nie trzyma. Musiał to oznajmić baratu. I przy pisaniu tego dialogu, z pozycji Sędziego pojawiło się pytanie "A co z Arkusem?" I wtedy pojawił się pomysł pasowania. 
To jest jeden z tych momentów, gdy powieść żyje własnym życiem i rozwój wypadków zaskakuje mnie samego Big Grin

(16-08-2020, 17:51)Eiszeit napisał(a): Sędzia przeżywa drugą młodość, albo coś w tym guście. Niech się cieszy tym co jest teraz, bo podejrzewam, że panowanie Lothara bardzo szybko przysporzy mu mnóstwo zmartwień. 
Oj, tak Wink

Dzięki za spostrzeżenia i komentarz.
Z wszystkich propozycji poprawek skorzystałem.

Pozdrawiam serdecznie Smile
Odpowiedz
ROZDZIAŁ XXXII – NA GRZBIECIE TAJEMNICY
28 Nenegar
Koronacja szczęśliwie minęła, obywając się bez gwałtownych wydarzeń, których spodziewał się profesor Soteriusz. Cieszył się, że Sędzia zdołał powstrzymać zamach. Kończąc szkic korony Gavina, naszła go myśl, że za łatwo poszło. Czy odwrócenie biegu zdarzeń mogło być takie proste? W prawdziwość wizji ucznia nie wątpił. Przywołał Christiana i kazał mu jeszcze raz opowiedzieć wszystko, co zobaczył. Zaskoczył ucznia, oznajmiając, że udadzą się niezwłocznie na Stirigos. Chłopak nie protestował. Na zamku wszyscy odsypiali wczorajszą ucztę, więc Galverey bez problemu zgodził się, by weszli do pustej sali audiencyjnej. Wilk kazał młodzieńcowi powtórnie dotknąć korony. Christian zrobił to z pewną obawą, ale nic się nie wydarzyło. Profesor poradził, by intensywnie myślał o artefakcie i skupił się na wyglądzie komnaty. Wizja uderzyła z nagła, powalając chłopaka na ziemię.
– To zawsze będzie tak wyglądać? – zapytał z rozczarowaniem w głosie, gdy ocknął się, czując te same dolegliwości co poprzednio.
– Nie sądzę chłopcze, z czasem nauczysz się w większym stopniu kontrolować swoje ciało. Mów, co widziałeś?
Tym razem młodzieniec dostrzegł więcej szczegółów wyglądu postaci. Widział jak nowy król, kazał coś wyryć na koronie.
– A sala audiencyjna. Popatrz na nią. Wyglądała tak samo?
Christian uważnie rozejrzał się po komnacie, porównując to z obrazami w swojej głowie.
– Był tron, ale inny. W zasadzie to sala z mojej wizji była bardzo pusta. Nie było aksamitnych kotar, ani szkieletu smoka.
Wilk pokiwał głową, domniemawszy, że to potwierdza jego przypuszczenia.
– Jak to możliwe, że nie widziałeś szkieletu? – Profesor postanowił pytaniami naprowadzić ucznia na ten sam wniosek.
– Nie wiem – odparł chłopak, wpatrując się w wielką czaszkę i rzędy ostrych zębów.
– Kiedy go tu nie było?
– Zanim został ustawiony za króla Khufu, który go zabił. – Chłopak zdał sobie sprawę, że wizja nie dotyczyła przyszłości. – Czyli to, co zobaczyłem, to nie przyszłość, tylko coś, co już się wydarzyło?
– Zobaczyłeś coś, co stało się wiele lat temu. Sam się sobie dziwię, że nie wpadłem na to wcześniej. Przecież Lothar nie miał zostać koronowany tą koroną. Nie miało i nie odbyło się to tutaj, ale w Świątyni Żywiołów.
– Czyli ta wizja okazała się bezużyteczna – stwierdził z zawodem w głosie esseńczyk.
– Ależ nie, chłopcze. Dla mnie osobiście to wiele znaczy. Wiesz, że piszę książkę o Gavinie. Wygląda na to, że przejął władzę siłą. Kim był zamordowany władca? Tego się pewnie nie dowiemy. Ale to koryguje datę koronacji pierwszego króla. Dotąd sadziłem, że miało to miejsce po podbojach Gavina w 812 roku. Tymczasem Gavin przejął władzę w Beresteczku pięć lat wcześniej, jak widać przemocą, i to wtedy włożył koronę na skronie.
– To dziwne, gdy przeszłość miesza się z przyszłością i teraźniejszością – stwierdził Christian.
– Przeszłość, przyszłość. Czasami zdaje się, że czas jest iluzją.
– Co masz na myśli, mistrzu?
– Przeszłość nie istnieje, nie da się do niej wrócić, ani nic w niej zmienić. Przyszłość również jeszcze nie istnieje. Wszystko co jest, to tu i teraz. Teraźniejszość to igielne ucho, przez które nieustannie przewija się nić czasu. Żyjemy w nieustannym teraz. Ale nawet to „teraz” jest nieuchwytne. Przecież to, co właśnie powiedziałem, jest już przeszłością. Więc „teraz” też nie istnieje.
– To logiczne mistrzu, co mówisz, ale miesza mi w głowie – przyznał Christian.
Wilk się roześmiał.
– Taka filozoficzna igraszka. Myślę, że nigdy tak naprawdę nie zgłębimy natury czasu. To jedna z największych zagadek wszechświata.
– Panowanie nad czasem byłoby największą władzą.
– Możliwe. Potrafisz wglądać w przeszłość. Przynajmniej w pewne jej miejsca. Jeśli nauczysz się korzystać z tego daru, może ci to przynieść wielkie korzyści. Nie wyjawiaj tego byle komu – poradził profesor. – Chodź – objął ramieniem nadal skonfundowanego chłopaka – oddamy koronę do skarbca.
 
2. Po śniadaniu, gdy dzieci zostały zabrane przez nauczycieli, a Soraya wyszła do ogrodu, Thovri poprosił Marcusa o rozmowę. Oględnie wyjaśnił, że od jakiegoś czasu nurtuje go historia jego rodziców i chciałby odnaleźć innych krewnych.
– Jeśli pozwolisz, udam się na Wzgórza Griega, do miejscowości, gdzie, według klasztornych zapisków, mieszkali moi rodzice.
– Thovri, jesteś już rycerzem. Nie musisz mnie pytać o zgodę.
– Tak, wiem. – Chłopak lekko się zmieszał. – Pragnę nadal ci służyć, jak dotąd.
– To zawsze będzie twój dom i rad jestem, że chcesz z nami zostać. Jedź, Thovri. Jedź i znajdź to, czego szukasz.
Młodzieniec uprzejmie podziękował. Sędzia zaś zastanawiał się, jakie po powrocie wyznaczyć mu zadanie.
Thovri udał się do kamienicy Galileich i pożegnał się z przyjaciółmi, którzy wkrótce mieli wyjechać do Essen. Prosto stamtąd wyruszył na poszukiwanie zaginionej przeszłości.
29 Nenegar
3. Nazajutrz po wyjeździe Thovriego, do rezydencji Rollinów dotarł transport z Essen. W podziemiach spoczęło pięć sporych skrzyń. Wszystko nadzorował Trojden.
– Doprawdy są niezwykle piękne. – Soraya przebierała w skrzyni pełnej bryłek żywicy. – Są jak zastygłe łzy słońca.
– Wiedziałem, że ci się spodobają – rzekł zadowolony Trojden. – To doskonały materiał do produkcji biżuterii. Przywiozłem z Bursztynowego Wybrzeża mistrza w jego obróbce. Zakwaterowałem go w Dźwięku Gromu. Trzeba będzie wyszukać kilku zdolnych chłopców, by nauczył ich tego rzemiosła.
– Chcesz się zająć produkcją biżuterii? – zapytał, stojący obok żony, Marcus.
– My możemy się zająć, szwagrze. To będzie bardzo dochodowy interes. Rody Rollin i Wyrte mogą się na tym bardzo wzbogacić.
– Czego oczekujesz z mojej strony? – zapytał rzeczowo Sędzia.
– Wiem, że należy do ciebie jedna z kamienic przy rynku. To idealne miejsce na pracownię i sklep. Dodatkowo można stworzyć punkt sprzedaży na Promenadzie Słońca.
Rollin wyjął ze skrzyni kawałek jasnożółtej żywicy. Obejrzał ją pod światło.
– A gdy się skończy?
– Bursztynu starczy na długo, a zanim się skończy, sprowadzimy kolejny transport z południa. Palatyn Ramiz działał mi na nerwy, ale w sprawach handlowych się dogadaliśmy.
– Co o tym sądzisz, Sorayo? – Marcus zwrócił się do żony.
– Myślę, że Likaryjkom spodobają się ozdoby z bursztynem.
Sędzia, po krótkim namyśle, przystał na propozycję szwagra.
30 Nenegar
4. Vittorio w gabinecie beresteckiej rezydencji rozmawiał z pierworodnym o przyszłości rodu. Na razie nic nie wskazywało, by coś zagrażało jego pozycji, ale Lord Skarbu zawsze wykazywał się przezornością i planował kilka kroków naprzód. Pomysł sojuszu z Lornissonami ostatecznie upadł, a zdobycie jakiegoś wpływ na Lothara też nie wydawało się prawdopodobne.
– A Murtaza? Rozmawiałeś z nim w Essen i po koronacji?
– Tak, ojcze. Mówią, że jest bardzo skryty i stroni od ludzi, ale ze mną rozmawiał swobodnie – przyznał Adrianis.
– To jest już jakiś punkt zaczepienia. Jest tutaj nowy, nikogo nie zna. Dobrze byłoby to wykorzystać. Mógłbyś się jeszcze do niego zbliżyć.
Adrianis nie wyglądał na przekonanego, co do tego pomysłu. Zacisnął wargi, odchylając się na krześle.
– Książę Murtaza dziwnie się zachowywał. Zwłaszcza gdy sporo wypił. Jego gesty były… dosyć śmiałe – mówił oględnie, nie mogąc się odważyć na głośne skonkretyzowanie swoich odczuć.
– To znaczy? Mów jaśniej. – Vittorio zmarszczył brwi, gładząc się po wąskiej bródce.
Adrianis ciężko westchnął, odrzucając obawy.
– To znaczy, że książę Murtaza najchętniej widziałby mnie w swojej alkowie, ojcze – rzekł dobitnie, wpatrując się w rodziciela.
– Żartujesz? – Vittorio, widząc brak zmiany w wyrazie twarzy syna, zdał sobie sprawę, że to nie żart. – Nie żartujesz?
– Z całą pewnością rzec nie mogę – zaznaczył pierworodny – ale takie odniosłem wrażenie.
Vittorio nie wątpił w jego zmysł. To trochę komplikowało sytuację. Szybko rozważał w głowie wszystkie za i przeciw.
– Murtaza cię lubi. Nie możemy tego zaprzepaścić. Dobrze, żebyś podtrzymywał z nim kontakt. Jego przychylność może dać naszej rodzinie sporo korzyści – mówiąc to, obserwował zmianę w wyrazie twarzy syna. Malowała się na niej mieszanka niesmaku i obrzydzenia. – Nie każę ci wchodzić do jego łoża, jednak utrzymywanie z nim bliskich relacji może być nam bardzo przydatne.
Adrianis pomyślał, że ojciec przecenia znaczenie Murtazy na dworze.
– Nie wiem, czy on ma wielki wpływ na brata i czy w ogóle go ma.
– Więc trzeba się w tym rozeznać. Po prostu trzymaj go blisko, ale nie przekraczaj granicy. Musimy go wybadać.
Adrianis pokiwał głową, przyjmując pozę posłusznego syna. Tak naprawdę robił dobrą minę do złej gry, gdyż nie uśmiechało mu się nawiązywanie bliższej relacji z niepewnym księciem.
 
5. Murtaza z Fiammą zaszyli się w ustronnym zakątku ogrodów, nieopodal krzewów forsycji. Półkolisty murek, podtrzymujący ogród skalny, wykorzystali do stworzenia prowizorycznej pracowni rzeźbiarskiej na wolnym powietrzu. Zanim Murtaza rozpoczął lekcję osadzania bursztynu w drewnie, Fiamma podała mu niewielki przedmiot. Płaskorzeźba mieściła się w dłoni. Przedstawiała żaglowiec i wyskakujące z wody delfiny. Książę pochwalił ją za dokładność i szczegóły. Gdy chciał ją oddać, rzekła, że to prezent. Murtaza podziękował i zabrali się do pracy. Najpierw książę pokazał towarzyszce swoje techniki, a potem ona pod jego okiem próbowała je naśladować. Murtaza, udzielając wskazówek, patrzył, jak mierzy się z nowym wyzwaniem. Podziwiał jej drobne dłonie sprawnie posługujące się dłutem.
– Na pewno nigdy wcześniej tego nie robiłaś? – Zaskoczony był jej pojętnością i płynnymi ruchami.
– Pierwszy raz, mój książę – zapewniła niewiasta.
– Widzisz więc, że to proste, albo to sprawa talentu mieszkającego w twoich dłoniach.
W momencie, gdy Fiamma się uśmiechnęła, na jej policzku wylądowała pierwsza kropla. Nie zwróciła na nią uwagi. Dopiero gdy kolejne zwilżyły dłonie i powieki, uniosła wzrok. Pochłonięci sztuką nie dostrzegli pojawiających się na niebie zwiastunów. Deszcz lunął nagle, zanim pomyśleli o ucieczce. Pośpiesznie zebrali swoje rzeczy i pobiegli w stronę najbliższego muru. Cali mokrzy skryli się w płytkiej arkadzie. Szczerze mówiąc, nie wiedzieli, w która stronę było najbliżej do którejś z bram ogrodu. Oboje w stan rozbawienia wprawił fakt, że dali się tak zaskoczyć. Fiamma delikatnie oparła się plecami o jego pierś. W zasięgu ręki miała jego udo, ale nie odważyła się na taką poufałość, by nawet niby przypadkiem go dotknąć. Zadowolona z tego półobjęcia, radośnie szczebiotała, co raz zadzierając do tyłu głowę, by spojrzeć na jego twarz. Za każdym razem wciągała w nozdrza zapach będący mieszaniną potu, drewnianych wiór i spirytusu, którym czyścił dłuta, i była to dla niej najpiękniejsza woń na świecie. Z trudem powstrzymywała się przed wciśnięciem w jego ramiona. On, pochłonięty rozmową i obserwacją spadających kropel, nie zwrócił uwagi na tę bliskość, nawet gdy lekko się przysunęła, ocierając pośladkiem o jego udo. Fiamma dziękowała bóstwom deszczu za takie zakończenie lekcji rzeźbienia.
1 Szariwar
6. Nazajutrz wieczorem, pierwszego Szariwar, spotkali się ponownie, tym razem na kolejnej uczcie podczas decemowego świętowania koronacji. Opuścili salę balową i przejściem skrybów dotarli na balkon wychodzący na królewskie ogrody zamku średniego. Zapadł zmierzch i na nieboskłonie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Oparci o barierkę, z pucharami wina w dłoniach, obserwowali horyzont. Rozmowa zeszła na wiosenny przebłysk w pasie Safiry, który na kilkanaście dni zabrał noc. Murtaza opowiadał, jak zostało to odebrane na Bursztynowym Wybrzeżu.
– Gwiazdy to niesamowite bóstwa. Skrywają tyle tajemnic – rzekła Fiamma, komentując opowieść księcia.
– To prawda. Kiedyś często wychodziłem nocą do pałacowych ogrodów, rozkładałem koc i patrzyłem w niebo. Obserwując te diamenciki, zastanawiałem się, skąd się biorą, co sprawia, że niektóre spadają, dlaczego mrygają?
– Mrygają? Chyba migoczą?
– Tak mówi się w moich stronach – wyjaśnił Murtaza. Odkąd ponownie postawił stopę na ojczystej ziemi, zdał sobie sprawę, że odmiana języka cestyjskiego, którą nasiąkł na Bursztynowym Wybrzeżu nieco różni się od tej używanej w Likarii. – O! Spadająca gwiazda! Widziałaś?
– Tak – potwierdziła Fiamma, spoglądając na ożywiony wyraz twarzy towarzysza. – Może spełni życzenie.
– Gdyby tak spełniały… choć… – Murtaza zamilkł, sięgając w czeluście odległych wspomnień.
– O czym myślisz? – zapytała szlachcianka, gdy dłuższą chwilę się nie odzywał.
– W zasadzie to spełniło się moje marzenie z dzieciństwa. W Vandui latem zawsze wypatrywałem spadających gwiazd. Zawsze wtedy życzyłem sobie powrotu do domu, do rodziców. Z biegiem lat straciłem nadzieję.
– Ale marzenie w końcu się spełniło.
– Tak, spełniło się. – Westchnął głęboko. – A ty, czego sobie życzysz, gdy spada gwiazda?
– Ostatnio życzę sobie… o nie. – Odsłoniła równe, perłowe zęby, unosząc wysoko kąciki ust. – Jak powiem, to się nie spełni.
Murtaza się uśmiechnął, unosząc puchar.
– Cokolwiek to jest, niech się spełni.
Wypili razem za swoje marzenia.
2 Szariwar
7. Ostatnią noc w Beresteczku Lamberth spędził w Dźwięku Gromu z Clarissą Goorsky. Już wczoraj pożegnał się z bratem, zaś rankiem drugiego Szariwar udał się do kamienicy Galileich. Zaskoczył Arkusa, oznajmiając, że przyszedł się pożegnać, bo wyjeżdża do Kabiru.
– Chętnie pojadę z tobą – zadeklarował młody rycerz. Nie przemyślawszy sprawy, w tej chwili dla przygody był w stanie poświęcić nawet znajomość z córką Lorda Skarbu. Refleksja, że Sonia jest ważniejsza od jaskiń Kabiru naszła go dopiero później.
– Wiem Arkusie, że ochoczo byś mi towarzyszył, ale jeszcze nie tym razem. Teraz musisz się uczyć zgodnie z wolą twojego ojca. Obiecuję, że gdy skończysz studia, zabiorę cię na jakąś daleką wyprawę.
– Rycerskie słowo?
– Rycerskie słowo, mój były giermku. Arkusie, jesteś już rycerzem. Męstwem w walce udowodniłeś, że w pełni zasłużyłeś na ten zaszczyt. Teraz nie zaniedbuj rycerskiej edukacji. Czytaj kodeks, ćwicz fechtunek i grę na lutni. Rozwijaj się dalej, doskonaląc szlachetne przymioty. – Lamberth udzielał pożegnalnych rad, żywiąc nadzieję, że Arkus będzie przykładnym przedstawicielem rycerskiego stanu.
– Tak będę robił – obiecał chłopak.
– Oraz bądź ostrożny w kontaktach z kobietami – powiedział z naciskiem wojownik i nieoczekiwanie dodał: – bardziej niż ja.
Pożegnał się z chłopcami i pogalopował do swojej kamienicy. Nie czynił wielkich przygotowań do wyjazdu. Wszystko czego potrzebował, mieściło się przy jego pasie i siodle Wichra. Minagris pomógł mu przywdziać czarny pancerz i wyprawił w kolejną podróż do Kabiru.
Po wyjściu Lambertha, Christian zapytał:
– Wiedziałeś, że chce wyjechać?
– Nie spodziewałem się tego. – Arkus miał wrażenie, jakby zniknął jeden z członków jego rodziny. Rozejrzał się po komnacie. Wrażenie pustki przechadzało się gdzieś na krańcach jego świadomości. – Dalej trudno mi to pojąć, jak i to, że już nie jestem giermkiem.
– Teraz chyba sam możesz mieć giermka.
– Chcesz zostać moim giermkiem?
– Wiesz dobrze, że nie mogę – odparł rozbawiony przyjaciel, przypominając o dzielącej ich różnicy stanów – poza tym mam na oku lepsze zajęcie.
– Tak? Jakie?
– Chcę zostać uniwersyteckim profesorem.
– Na razie białej brody ci brakuje – roześmiał się Arkus. – Ale niech ci bogowie dadzą.
– Brodę czy profesurę?
Obaj głośno się roześmiali.
3 Szariwar
8. Czekał na ten widok. Teraz był pewny, że nie zbłądził. Wzgórze przecięte na pół, niczym cytrynowa babka, w której pieczeniu specjalizowała się kucharka Rollinów, odsłaniało wysoką ścianę szarego kamienia. Z daleka słychać było uderzenia żelaznych narzędzi. Mijając kamieniołom, zauważył chłopów z kilofami, poganianych do pracy przez człowieka w brązowej szacie. Za kolejnym pagórkiem ujrzał wioskę będącą celem jego podróży. Kamienną otaczał strumień, ginący gdzieś w wysokich zaroślach. Przy głównej drodze stało kilkanaście niemal jednakowych chat. Sioło otaczały łany złocistych zbóż. Słońce chyliło się ku zachodowi, wydobywając z falujących kłosów, drzew i zabudowań miękkie cienie. Zapytał o nocleg pierwszą napotkaną osobę. Wiejska dziewka spędzała krowy z pastwiska za lasem. Wskazała mu jedyny w wiosce dom z grubych bali otynkowany na biało. W dwuizbowej chacie zastał rodzinę z dwójką dzieci. Mieszkający tu sołtys chętnie zgodził się go przenocować. Zaznaczył tylko, że zanim zrobi się całkiem ciemno, musi naczerpać wody dla bydląt. Thovri zaoferował pomoc. Uwiązał kasardeńską klacz przy wejściu do stajni i poszedł z gospodarzem nad strumień.
Przy późnej wieczerzy mężczyzna zapytał go, w jakim celu zawitał w te strony. W drugiej izbie spała już jego żona z trzyletnim synkiem i nowonarodzonym dzieciątkiem.
– Szukam rodziny szlacheckiej o nazwisku Ardan – wyjaśnił Thovri, wpatrując się w popiół leżący na piecu dymnym. Cieszył się, że gospodyni skończyła piec zbożowe placki, w czasie, gdy oni czerpali wodę. Gdy wszedł do chaty za pierwszym razem, oczy zaczęły mu łzawić od unoszącego się w izbie dymu. Do tej chwili pomieszczenie zdążyło wywietrzeć.
– Panów szlachty ci u nos nimo. Sioło do pana Troia z Czernych należy, co dochody z kamienia czerpie. U nas wszyscy to albo pszenicę sieją albo kamienie rąbią.
– A wcześniej? Tak ze dwadzieścia lat temu? – dopytywał chłopak.
– To też. Pan nam się nie zmienia.
– Czyli nikt o nazwisku Ardan tu nie mieszkał? – Thovri chciał się upewnić.
– Z pewnością ni.
– A Mehis i Leila? Mieszkali tu tacy ludzie?
– Też we wsi nikt tako się nie zowie ani nie zwał, a mieszkam tu od urodzenia.
– A była tu jakaś zaraza?
Chłop nagle posmutniał, kiwając głową.
– Była, była. Kilkanaście a może już ze dwadzieścia roków będzie. Dawno, ale pamiętam. Z każdego domu kogoś zabrała. Jam małą siostrę stracił, matkę a i dalszych krewnych smutno wymieniać. Nawet mogiła jest pod lasem.
– Pokazalibyście?
– A juści. Ino rankiem, bo tera to nic nie uwidzi.
Thovri na posłaniu rozmyślał, czy to na pewno ta wioska, ale w Sefarwaim u komesa Grethina upewnił się, że na Wzgórzach Griega jest tyko jedno sioło o nazwie Kamienna. Niestety, jak na razie nic nie wskazywało, że Raven kłamał. Nic nie wskazywało, by jego rodzice kiedykolwiek istnieli. Czy ja też nie powinienem istnieć? Czy zrodziłem się z kłamstwa? Choć udało mu się zasnąć, to kilka razy budził go płacz dziecka. Wczesnym rankiem, przy śniadaniu, siedział cichutko. Sołtys zauważył cienie pod jego oczyma.
– Toście się pewnie nie wyspali, bo u nas to tera nie idzie nocy spokojnie przespać. Ten starszy to grzeczny jak baranek – wskazał trzylatka w ciszy pałaszującego swoją porcję omaszczonej kaszy, co jakiś czas tylko ciekawie zerkającego na przybysza. – A to małe rozdarte jak jakieś licho czy cuś. Może go mamuna podmieniła.[1]
– Bredzisz, mój ci on – rzuciła żona, kręcąca się po izbie ze spokojnym w tej chwili maluchem na ręku. – Piękny i do ciebie podobny.
– Takie małych dzieci prawo – rzekł Thovri. – A zdrowo się chowają?
– A zdrowo, bogom dziękować. I urodzaj tutaj mamy to i głodu się nie lękamy – odparł sołtys.
Po śniadaniu mężczyzna zabrał młodego rycerza za wioskę. Przekroczyli strumień w miejscu, gdzie wczoraj czerpali wodę i udali się przez pastwiska w stronę lasu. Thovri już z daleka ujrzał spory głaz leżący w cieniu wysokich brzóz.
– Tu spoczywają ci, co ich zaraza zabrała – wskazał sołtys. Na twarzy gościa dostrzegł rozczarowanie. Thovri wpatrywał się w datę wyrytą na obelisku: 979 c. e. u., pięć lat przed jego narodzinami.
W drodze powrotnej zastanawiał się, co dalej. Nie znalazł żadnego dowodu, by kiedykolwiek istniał ktoś taki jak Mehis i Leila Ardan. Wyglądało na to, że rzeczywiście są kłamstwem. Kłamstwem wymyślonym przez lorda Ravena. Kolejne pytanie brzmiało: dlaczego Damcon wymyślił to kłamstwo? I kto naprawdę jest jego ojcem i matką? Nachalnie wracała myśl, że jest bękartem zdradzieckiego lorda, ale przecież Raven nic takiego nie powiedział. Czy gdyby był jego ojcem, to w obliczu śmierci nie przyznał by tego wprost? Może nie zdążył, umierając z wykrwawienia? Cóż to za tajemnica, którą ściga? Nagle wpadł na pomysł, że to dobre imię dla kasardeńskiej klaczy. Miał ją już niemal rok. Zasługiwała na imię, a nie tylko pieszczotliwe określenia, jakich dotąd używał. Niech zwie się Tajemnica.

[1]Mamuna – w wierzeniach ludowych brzydka kobieta o obwisłych piersiach, podmieniająca małe dzieci na własne potomstwo. Tłumaczono tym ich niegrzeczne zachowanie. Jej postać służyła także rodzicom do straszenia niesfornych pociech.
Odpowiedz
(20-08-2020, 05:41)Gunnar napisał(a): Wizja uderzyła z nagła, powalając chłopaka na ziemię.

(20-08-2020, 05:41)Gunnar napisał(a): – Zobaczyłeś coś, co stało się wiele lat temu. Sam się sobie dziwię, że nie wpadłem na to wcześniej.
Lothar ma zamiar pozbyć się szkieletu. Myślę, że nie do końca ta wizja dotyczy przeszłości.

(20-08-2020, 05:41)Gunnar napisał(a): Przecież to, co właśnie powiedziałem, jest już przeszłością. Więc „teraz” też nie istnieje.

(20-08-2020, 05:41)Gunnar napisał(a): Rozejrzał się po komnacie. Wrażenie pustki przechadzało się gdzieś na krańcach jego świadomości.
Ładne Smile

(20-08-2020, 05:41)Gunnar napisał(a): – A juści. Ino rankiem, bo tera to nic nie uwidzi.
Podoba mi się, jak zróżnicowałeś sposób wypowiadania się postaci, to dodaje klimatu.

To był przyjemny rozdział. Jest spokojnie, wątki powoli płyną swoim rytmem w swoim kierunku. Myślę nad tym, czy obecnie Arkus będzie w stanie związać się z Sonią. Jako rycerz chyba nie może wziąć ślubu, zostać ojcem itp.?

Murtaza wydaje mi się biseksualny. I na pewno zmęczony towarzystwem brata. Mam wrażenie, że rozczarował go powrót do domu, a Fiamma stanowi swego rodzaju punkt zaczepienia w nowej rzeczywistości. Ciekawe, czy im się ułoży.

Młody Opperion ma prawo być zniesmaczony, pewnie też bym była na jego miejscu, gdyby mój rodzic pchał mnie w bliskie towarzystwo osoby, która żywi wobec mnie osobliwe zamiary, a ja nie jestem nijak zainteresowana.

Masz zamiar wplatać rozwój akcji z Podmroku, kiedy Lamberth tam dotrze?

Pozdrawiam i czekam na ciąg dalszy Smile
Odpowiedz
(23-08-2020, 21:32)Eiszeit napisał(a):
(20-08-2020, 05:41)Gunnar napisał(a): – A juści. Ino rankiem, bo tera to nic nie uwidzi.
Podoba mi się, jak zróżnicowałeś sposób wypowiadania się postaci, to dodaje klimatu.
Dzięki. Chyba za rzadko w książce pojawiają się chłopi Big Grin


(23-08-2020, 21:32)Eiszeit napisał(a): To był przyjemny rozdział. Jest spokojnie, wątki powoli płyną swoim rytmem w swoim kierunku. Myślę nad tym, czy obecnie Arkus będzie w stanie związać się z Sonią. Jako rycerz chyba nie może wziąć ślubu, zostać ojcem itp.? 
Może, został rycerzem, nie zakonnikiem Wink
Ale oczywiście nie jest to takie łatwe. Musiałby przekonać do tego zarówno własnego ojca, jak i ojca Sonii. A działanie to niemalże niewykonalne.

(23-08-2020, 21:32)Eiszeit napisał(a): Murtaza wydaje mi się biseksualny. I na pewno zmęczony towarzystwem brata. Mam wrażenie, że rozczarował go powrót do domu, a Fiamma stanowi swego rodzaju punkt zaczepienia w nowej rzeczywistości. Ciekawe, czy im się ułoży. 
Tak, Fiamma jest taką przyjazną duszą w miejscu, które kiedyś było domem, a teraz jest zupełnie obce. 
Fiamma będzie zabiegała o jego względy, choć długo nie zdawała będzie sobie sprawy z jego preferencji. Co z tego wyniknie? Okaże się wkrótce Wink


(23-08-2020, 21:32)Eiszeit napisał(a): Młody Opperion ma prawo być zniesmaczony, pewnie też bym była na jego miejscu, gdyby mój rodzic pchał mnie w bliskie towarzystwo osoby, która żywi wobec mnie osobliwe zamiary, a ja nie jestem nijak zainteresowana. 
Tu się zarysowuje delikatny trójkącik. Fiamma jest zainteresowana Murtrazą, a Murtaza Adrianisem.
Te relacje z czasem będą się na siebie nakładać, co będzie potęgować emocje uczestniczących w trójkącie osób.


(23-08-2020, 21:32)Eiszeit napisał(a): Masz zamiar wplatać rozwój akcji z Podmroku, kiedy Lamberth tam dotrze? 
Nie. W tym tomie wątek Lambertha jest już zamknięty. Jego przygody mogłyby być tematem jakiegoś opowiadania, ale powrócić w powieści ma dopiero w III tomie (o ile kiedykolwiek go napiszę Tongue

Dzięki za lekturę i uwagi. Wszystkie poprawki wprowadziłem do tekstu.
Pozdrawiam serdecznie Smile
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości