Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Droga do szczęścia (CAŁOŚĆ)
#1
Star 
Przed tekstem powieści umieszczę jej reklamowe streszczenie, które zorientuje Czytelnika, o co tam chodzi, ale prawie nie zdradzi fabuły. Jeżeli ktoś jednak nie chce czytać nawet takiego streszczenia, a woli czytać od razu powieść, niech pominie tekst napisany kursywą.

REKLAMOWE STRESZCZENIE POWIEŚCI "DROGA DO SZCZĘŚCIA"

Rzecz dzieje się pod koniec XXII wieku. Ludzkość osiągnęła bardzo doskonały stan: na całym świecie panuje pokój, wygoda i szczęście. Ludzie mocno uwzględniają też interesy zwierząt, co najmniej kręgowców. Oprócz tego, dużo uwagi poświęca się zachowaniu dzikiej natury w rezerwatach. Ale czy wszystkie kręgowce są takie szczęśliwe, jak może się wydawać? Choć ludzie ich nie krzywdzą, ale też nie bronią przed prawami dzikiej natury tych dzikich kręgowców, które mieszkają w rezerwatach. Dużo zwierząt wciąż więc cierpi wskutek agresji drapieżników, ale ludzie uważają, że nie mogą tego zmienić.

15-letnia dziewczyna Ania pod wpływem pewnych wrażeń zastanawia się nad tym problemem i przekonuje swego ojca Olka do omówienia tej kwestii w Europarlamencie. Najpierw stereotypy polityki ekologicznej biorą górę nad argumentami Olka, ale Olek nie chce się poddawać i uparcie dąży do celu. Po kilku latach upór i ciężka praca przynoszą bardzo korzystne skutki nie tylko dla dzikich kręgowców, ale też dla samego Olka i dla Ani...

W trakcie czytania tej powieści Czytelnik pozna dużo ciekawych informacji o tym, jak wygląda życie w XXII stuleciu. Podejrzewam, że niektóre z tych informacji są na tyle oryginalne, że nie występują w żadnym innym utworze fantastycznym.

Na wszelki wypadek informuję, że ważne dla fabuły zdarzenia zaczynają się w rozdziale V. Za to wcześniejsze rozdziały zawierają bardzo dużo ciekawych i ważnych dla zrozumienia dalszych zdarzeń informacji o świecie XXII wieku i o rodzinie głównych bohaterów.

D. Mierzejewski

DROGA DO SZCZĘŚCIA

Rozdział I.

Budzik zadzwonił o 6:30. Olek szybko zeskoczył z łóżka, gwałtownie porzucając świat marzeń sennych i dobrze pamiętając, jaki dzień się zaczyna. To był 16 lipca 2187 roku, czyli dzień, w którym Olek miał lecieć na wycieczkę do Brazylii razem ze swoją córką Anią.

Olek, a oficjalniej Aleksander Jaroszyński, był bardzo aktywnym człowiekiem. Po pierwsze, miał pewne miejsce zatrudnienia, w odróżnieniu od ponad 80% ludzi tej epoki. Komputery tak pomyślnie zastępowały ludzi, że społeczeństwo potrzebowało znacznie mniejszej liczby pracowników, niż wynosiła liczba dorosłych osób. Każda osoba dostawała od państwa tak zwane podstawowe stypendium socjalne, które wystarczało na całkiem komfortowe życie, a dość nieliczne pracujące osoby miały jeszcze i wynagrodzenie.

Po drugie, Olek miał dziecko, co zdarzało się bardzo rzadko. Rozmnażanie się wśród ludzi już nie było ani modne, ani konieczne. Postęp medycyny ostatecznie zlikwidował starzenie się, i ludzie w zasadzie byli nieśmiertelni, chociaż od czasu do czasu ginęli w różnych nieszczęśliwych wypadkach. Według statystyki, częstotliwość urodzenia dzieci mało się różniła od częstotliwości śmiertelnych wypadków. Dlatego nie było potrzeby, by przyrost demograficzny był jakoś odgórnie regulowany (chociaż taki scenariusz był swego czasu rozważany i w razie konieczności mógł być szybko uruchomiony).

Na razie sytuacja wyglądała tak, że niektórzy nieliczni ludzie na jakimś etapie życia podejmowali decyzję o urodzeniu dziecka. To zdarzało się w bardzo różnym wieku, najczęściej w przedziale od 40 do 120 lat, choć inny wiek podjęcia tej decyzji też nikogo nie dziwił. Istnieli nawet 16-letni ojcowie i matki; wychowywanie dziecka w XXII stuleciu nie wymagało tyle wysiłków, by się martwić o wiek rodziców.

Oczywiście, dziecko, jak i każdy człowiek, automatycznie dostawało podstawowe stypendium socjalne. Ale dodatkowo państwo w istotnym stopniu uczestniczyło w organizacji życia każdego dziecka, w tym zapewniało korepetytorów (oczywiście, masowe szkoły w tych czasach już nie istniały; za to istniały okresowe krajowe spotkania dzieci, pozwalające dzieciom się przekonać, że społeczeństwo składa się nie tylko z dorosłych).

Żona Olka Karolina urodziła córkę dość wcześnie: w wieku 34 lat, przy czym Olek miał wtedy 40 lat. Do tej troski o dziecko, którą zapewniało państwo, Olek dodawał bardzo dużo własnego wkładu. A na urodziny Ani (9 lipca) zawsze odbywała się duża impreza; przy czym w tych latach, kiedy urodziny były jubileuszowe, Olek organizował dla Ani jakąś szczególną daleką wycieczkę, która się odbywała po kilku dniach od urodzin. Mianowicie, w wieku 5 lat Ania miała wycieczkę do Antarktydy, a w wieku 10 lat na Księżyc (turystyka kosmiczna była już bardzo rozwinięta, ale wciąż bardzo droga).

Zaś teraz, po tygodniu od 15 urodzin, czekała Anię wycieczka do słynnego rezerwatu przyrody w Brazylii. W XXII stuleciu społeczeństwo bardzo mocno się troszczyło o ekologię. Uważano, że ważne jest, by istniały dość duże restrykcyjnie chronione rezerwaty przyrody zupełnie pozbawione wpływu człowieka. Turystyka do takich rezerwatów była bardzo ograniczona i bardzo droga (uzyskane z niej pieniądze wydawano głównie na cele ekologiczne). W każdym rezerwacie nie mogło się odbywać kilka wycieczek jednocześnie, a poruszanie się turystów po rezerwacie odbywało się w restrykcyjnie wyznaczony sposób, tak by praktycznie nie oddziaływać na naturalnie zachodzące procesy. W Brazylii znajdował się największy na świecie ściśle chroniony rezerwat przyrody, który swego czasu powstał jako połączenie i rozszerzenie dotychczasowych Brazylijskich rezerwatów i obejmował prawie całe dorzecze Amazonki.

Olek zarezerwował tę wycieczkę rok temu i zapłacił za nią nawet więcej, niż swego czasu za wycieczkę na Księżyc. Taka sytuacja może się wydać nawet jeszcze dziwniejsza, jeśli wspomnieć, że faktycznie ta podróż nie była zagraniczna. Przecież Brazylia już dawno należała do Unii Europejskiej, a UE była faktycznie jednym państwem federalnym, choć takie określenie nie występowało oficjalnie. Właściwie, przymiotnik "Europejska" w nazwie tej struktury już nie odzwierciedlał jej lokalizacji, ale wciąż tradycyjnie pozostawał. Należące do UE kraje były na wszystkich ziemskich kontynentach, oprócz wciąż neutralnej Antarktydy. Co więcej, po prostu prawie wszystkie kraje świata należały do UE. Nie należały tylko Anglia, Chiny, Japonia, USA i jeszcze kilka krajów afrykańskich.

Te kraje afrykańskie właśnie aktywnie pracowały nad wdrożeniem kryteriów, które miały im zapewnić przystąpienie do Unii po kilku latach. Anglia uparcie nie chciała całkowicie należeć do UE, choć była z nią mocno zintegrowana (nawiasem mówiąc, w ostatnich kilku stuleciach terytorium tego państwa stopniowo się zmniejszało i teraz jego pełna nazwa brzmiała Federalne Królestwo Anglii i Walii; w skrócie FK, potocznie Anglia; nikt już nie nazywał tego państwa Brytanią, a tym bardziej Wielką Brytanią). USA i Japonia miały swoje osobliwości (zwłaszcza Japonia) i dlatego nie chciały wstępować do UE. Chiny też nie bardzo chciały, a dodatkowo pozostawały dość dalekie od niezbędnych do tego kryteriów.

Przypomnijmy, że po raz pierwszy kraj spoza Europy wstąpił do UE w 2004 roku; to był Cypr. Ale prawdziwy przełom nastąpił w latach 30. XXI wieku, kiedy UE miała okres szczególnie pomyślnego szybkiego rozwoju i zaczęła szybko rosnąć liczba państw chcących dołączyć do tej struktury. Było wśród nich też dużo państw spoza Europy. Unia nie widziała argumentów, by sprzeciwiać się takiemu globalnemu rozszerzeniu, oby tylko każdy wstępujący kraj spełniał niezbędne kryteria.

Tylko trochę przeszkadzał gwałtowny wzrost liczby oficjalnych języków unijnych, bo wymagało dużych wydatków tłumaczenie wszystkich oficjalnych dokumentów na wszystkie te języki (a tłumaczenia elektroniczne wtedy jeszcze nie działały tak dobrze, jak w XXII wieku). I dlatego w 2040 roku po długich gorących debatach zapadła decyzja o zmianie polityki językowej: od 2046 roku oficjalnym językiem UE zostało esperanto. W latach 2041-2045 był okres przejściowy, w którym oficjalnymi językami UE były już nie wszystkie języki państw unijnych, a tylko angielski i francuski. W tym okresie odbywało się intensywne zaznajomienie z esperanto tak urzędników unijnych, jak i całego społeczeństwa. W szkołach zostały wprowadzone obowiązkowe lekcje z tego wspaniałego sztucznego języka, było zachęcane też uczenie się esperanto wśród dorosłych. Jednak głównym językiem dla relacji z krajami spoza Unii nawet pod koniec XXII stulecia pozostawał język angielski (przy czym niektóre instytucje preferowały tradycyjną angielską pisownię, a niektóre tę fonetyczną, która nabyła popularności w latach 50. XXI wieku).

Ale w wieku XXII kwestie językowe już nie były istotne, bo tłumaczenie komputerowe było bardzo doskonałe i całkiem wygodne. Rozmawiając z kimś przez Internet czy telefon, odbiorca po prostu słyszał jego wypowiedź w tym języku, który wybrał sobie w ustawieniach. Analogicznie (i jeszcze prościej) to działało dla wiadomości pisemnych (nawiasem mówiąc, teksty zwykle pisano głosem; odpowiednie programy dobrze rozumiały głos i nie potrzebowały korekty). Wszyscy mieli też specjalne okulary ze słuchawkami, potocznie nazywane "poligloty". Będąc w tych okularach, człowiek koło każdego napisu w języku obcym widział jego tłumaczenie na język wybrany w ustawieniach, i była tłumaczona też każda usłyszana wypowiedź w języku obcym. Co do tego ostatniego, to można było wybierać różne ustawienia: albo po prostu słyszeć wypowiedź tylko w wybranym języku; albo słyszeć tak oryginalny dźwięk, jak i tłumaczenie; albo słyszeć oryginalny dźwięk i widzieć pisemne tłumaczenie. Jednak rozmowy między obywatelami różnych krajów UE nie potrzebowały poliglotów: wygodniej było rozmawiać w języku esperanto, niż zakładać poligloty.

Ale wróćmy do naszych bohaterów, czyli do Jaroszyńskiego i Michalskich (Michalskie to Karolina i Ania; w wieku XXII w UE zazwyczaj dziewczynkom nadawano nazwisko matki, a chłopczykom nazwisko ojca). Nawet w tym dniu, kiedy Olek i Ania musieli się obudzić o 6:30, Karolina obudziła się znacznie wcześniej od nich. Była "skowronkiem" i zwykle budziła się około 5:00. Lubiła, póki wszyscy śpią, układać pasjanse na ekranie komputera. Z jakiegoś niezrozumiałego powodu kręciła ją ta stara już mało popularna zabawa, ale jednocześnie wydawała się niestosowna do popołudnia czy wieczoru. Dzisiaj Karolina również układała pasjanse, ale kilkanaście minut poświęciła na przeprogramowanie urządzeń kuchennych.

W XXII wieku ludzie nie musieli bardzo się przejmować gospodarstwem domowym: prawie wszystkie czynności wykonywały roboty. Tylko od czasu do czasu ludzie trochę się wtrącali do tej sfery, żeby coś przeprogramować lub naprawić. No, i jeszcze podczas kupowania człowiek miał pokwitować odbiór, choć zamawiał zakup przez Internet zazwyczaj robot i przynosił do domu też robot (tylko już ten należący do sprzedawcy). Roboty codziennie przygotowywały i podawały ludziom jedzenie według menu, którego można było nawet nie układać, a zadowalać się tym, co roboty ułożą automatycznie. Jednak wielu ludzi lubiło samodzielnie programować menu. Ten proces miał bardzo wygodny interfejs, przy czym komputer wyraźnie ostrzegał użytkownika, jeżeli okazywało się, że w menu ilość jakiegoś składnika odżywczego znacznie wykracza poza zalecany przedział.

Karolina właśnie bardzo interesowała się kwestiami kulinarnymi i lubiła programować menu. Olek był do tego dość obojętny. Karolina często proponowała mężowi i córce skosztowanie jakiegoś egzotycznego dania. Z reguły Ani podobały się takie dania, a Olkowi nie bardzo, zwłaszcza jeżeli zawierały dużo różnych składników; Olek lubił jedzenie proste i zrozumiałe. I dziś Karolina właśnie przeprogramowała menu z uwzględnieniem tego, że około 7 dni będzie pozostawać w mieszkaniu sama (to oddziaływało tak na ilość podawanego jedzenia, jak i na charakter dań).

Karolina nie wybierała się na wycieczkę z Olkiem i Anią, bo nie bardzo lubiła podróżować. Zainteresowanie podróżami utrzymywało się u niej tylko w wieku dziecięcym. To samo można było powiedzieć o większości ludzi tej epoki, bo w XXII wieku całkiem wystarczało rozrywek niewymagających znaczącego przesuwania swego ciała w przestrzeni fizycznej. Nawiasem mówiąc, prawie nikt już nie posiadał samochodów osobowych; tylko niektórzy wielbiciele motoryzacji lubili je kolekcjonować. Natomiast samochód można było łatwo wynająć (a prowadzić samochód umieli wszyscy: to należało do podstawy programowej w obowiązkowej edukacji dziecięcej). Samochody XXII wieku z wyglądu mało się różniły od tych z wieku XXI, ale wykorzystywały energię elektryczną i miały ogniwa słoneczne, czyli akumulatory ładujące się automatycznie od światła słonecznego (choć w razie potrzeby mogły być ładowane też od zwykłego gniazdka elektrycznego). Oprócz tego, ówczesne samochody były mocno skomputeryzowane i zdolne nawet do dość pomyślnego samodzielnego poruszania się bez udziału kierowcy.

Byli też tacy, którzy lubili jeździć raczej rowerami niż samochodami, choć zwykle również je wynajmowali, a nie posiadali własnego roweru. Niektórzy z kolei preferowali transport zbiorowy (to było taniej). Na ogół pojazdy zbiorowe mało się zmieniły w porównaniu nawet z drugą połową XX wieku, tylko autobusy były elektryczne i w ogóle analogiczne do wspominanych wyżej samochodów osobowych. Transportu na ulicach było mniej, niż kiedyś, bo się zmniejszyło zapotrzebowanie na wyjazdy. Jeszcze na ulicach można było obserwować różnego rodzaju roboty na kołach, w tym te dostarczające towary konsumentom; było ich na ulicach nawet więcej, niż bardziej tradycyjnego transportu lądowego. Jeśli zaś chodzi o transport powietrzny, to samoloty i śmigłowce zostały wyparte przez tak zwane uniwersaloty, które dokładniej poznamy później.

Po zjedzeniu śniadania (które podał im robot po naciśnięciu odpowiednich przycisków) Olek i Ania poszli myć zęby. Olek korzystał ze staromodnej szczotki i pasty, bo mówił, że inaczej niepokoi go odczucie, że niby zęby nie są dostatecznie czyste. Natomiast u Ani mycie zębów polegało na ssaniu specjalnego cukierka, który eliminował wszystkie bakterie zagrażające zębom i nie powodował żadnych niepożądanych skutków (chociaż niektóre wyczuwalne kawałki jedzenia, tkwiące między zębami, Ania wyjmowała nicią dentystyczną przed ssaniem cukierka). Nawiasem mówić, w razie konieczności leczyć zęby było znacznie prościej, niż w wieku XXI.

Nawet gdyby Ania myła zęby tak samo, jak Olek, łatwo mogłaby to robić jednocześnie z Olkiem, bo w mieszkaniu były dwie łazienki (a dokładniej, jedna właściwie łazienka, jedna właściwie toaleta i jedna łazienka połączona z toaletą). Posiadanie kilku łazienek było w XXII wieku całkiem zwykłym zjawiskiem; tak było w około 70% mieszkań UE. Jeszcze mieszkanie Michalskich i Jaroszyńskiego zawierało 4 pokoje, dość dużą kuchnię i przedpokój w postaci długiego korytarza, z którego prowadziły osobne drzwi do każdego z 8 wspomnianych wyżej pomieszczeń.

A znajdowało się mieszkanie na 3. piętrze 15-piętrowego bloku. W XXII wieku ludzie woleli mieszkać w blokach. Budynki parterowe, zwłaszcza te jednorodzinne, były uważane za nieekologiczne. Przecież im mniejsza powierzchnia jest zajęta przez budynki, tym więcej miejsca pozostaje dla różnych terenów zielonych. A jasne jest, że jeżeli mieszkania są w bloku, to ta sama liczba mieszkań potrzebuje znacznie mniejszej powierzchni gruntu, niż jeżeli mieszkania przedstawiają sobą budynki parterowe.

W pewnym momencie Karolina zobaczyła przez okno zbliżający się uniwersalot.

- Chyba to już wasz - powiedziała.

Ania podeszła do okna i obserwowała, jak uniwersalot ląduje na pobliskiej ulicy. Chyba to faktycznie był właśnie ten, którym mieli lecieć do Brazylii. Uniwersaloty przedstawiały sobą z wyglądu niezgrabne konstrukcje, z których sterczały różne śmigła i dysze bardzo różnych wielkości. Skomplikowany system śmigieł i dysz pozwalał wykonywać praktycznie jakiekolwiek manewry w powietrzu i dlatego uniwersaloty miały wszystkie zalety zarówno śmigłowców, jak i samolotów. Miały też stosunkowo niewielkie skrzydła, nie odgrywające tak dużej roli, jak w samolotach, ale znacznie ułatwiające manewry; zwłaszcza ważne było, że uniwersalot w niektórych sytuacjach machał tymi skrzydłami, jak ptak. Mógł też jeździć, jak zwykły samochód (i miał koła, które czasem były nazywane podwoziem przez niektórych staromodnych wielbicieli lotnictwa).

Ten uniwersalot, którym mieli lecieć nasi bohaterowie, był niewielki, bo przeznaczony dla 4 osób. Rozmiarem był zbliżony do dużego autobusu. Oprócz miejsc dla dwóch pasażerów i dwóch członków załogi (z możliwością przekształcania foteli w łóżka), były tam łazienka i pomieszczenie techniczne (w którym m.in. roboty przygotowywały jedzenie) oraz dużo miejsca zajmowały urządzenia niezbędne do prawidłowego działania uniwersalotu. Jak prawie wszystkie ówczesne środki lokomocji, uniwersaloty wykorzystywały energię elektryczną; miały ogniwa słoneczne (choć w razie potrzeby mogły być ładowane też od zwykłego gniazdka elektrycznego).

Do automatycznego sterowania uniwersaloty były zdolne nawet bardziej, niż samochody. Zwłaszcza takie wycieczkowe, jak ten, którym mieli lecieć Olek i Ania. Prawdopodobnie, nie zdarzyłoby się nic złego, gdyby oni wsiedli tam bez załogi i odbyli wycieczkę w takiej postaci, jak to było zaprogramowane w komputerach uniwersalotu. Wszystkie niezbędne dla turystów informacje były wyraźnie komunikowane przez system. Ale, ponieważ to była bardzo poważna wycieczka do restrykcyjnie chronionego rezerwatu, prawo nakazywało, by turystom towarzyszyła dwójka przewodników. No, i ponadto na niektórych etapach wycieczki przewodnicy mieli opowiadać różne ciekawostki; co prawda, do tej sprawy można byłoby natomiast zaprogramować komputer, ale uważano, że ludzie bardziej pasują do wyjaśnień podczas wycieczek (co najmniej, lepiej umieją odpowiadać na ewentualne pytania).

Z uniwersalotu, który Michalskie obserwowały przez okno, wyszło dwoje ludzi. Za chwilę już byli przed drzwiami mieszkania i nacisnęli dzwonek (już dawno zanikł powszechny w XXI wieku zwyczaj zamykania na zamek wejść do klatek schodowych). Olek otworzył drzwi dwojgu przewodnikom. Oboje byli przedstawicielami tak zwanej rasy żółtej, mężczyzna był raczej Indianinem, natomiast kobieta chyba miała przodków z Dalekiego Wschodu. Warto jednak zauważyć, że w tej epoce różnice rasowe postrzegano w przybliżeniu tak, jak różnice w kolorze włosów. Co prawda, w Polsce wciąż około 75% ludności stanowili przedstawiciele rasy białej bez domieszek lub prawie bez domieszek. Olek i Karolina raczej należeli do tych 75%, choć Olek miał nad oczami bardzo wyraźne zmarszczki nakątne, sugerujące obecność żółtych przodków.

- Cześć! - powiedziała przewodniczka w języku esperanto. - Czy jesteś Aleksander Jaroszyński?

Czytelnik powinien mieć na uwadze, że w XXII wieku prawie we wszystkich językach zupełnie zanikła różnica między zwracaniem się na ty i per pan/pani oraz zniknęły wszystkie oparte na tej różnicy formalne zwyczaje grzecznościowe. Dlatego wszystkie dialogi w tej powieści będą przedstawiane tak, jak gdyby rozmówcy byli ze sobą na ty.

- Cześć! - odpowiedział Olek (oczywiście, również w języku esperanto). - Tak, jestem Aleksander Jaroszyński. A oto jest moja córka Anna Michalska. Jak rozumiem, jesteście przewodnikami do naszej wycieczki.

W trakcie wzajemnych uścisków dłoni przewodnicy wymienili swoje egzotycznie brzmiące imiona, ale Olek ich nie zapamiętał (i nie bardzo się starał, bo wiedział, że Ania zapamięta). Potem przewodnicy sprawdzili dowody osobiste swoich klientów, a klienci sprawdzili dokumenty przewodników. Oczywiście, w dokumentach były napisane ich imiona; zgodnie z powszechną unijną praktyką, imiona w dokumentach podawano w dwóch postaciach: jak się pisze i jak się czyta (transkrypcja oparta na pisowni esperanto). Ale Olek znów nie zapamiętał tych imion. Miał zwyczaj nie trzymać w głowie informacji, bez których można się obejść, bo tak łatwiej być aktywnym człowiekiem.

Potem wszyscy, w tym Karolina jako osoba żegnająca podróżników, zeszli na dół, wyszli z bloku i podeszli do uniwersalotu. Przewodnik otworzył pilotem drzwi tego statku powietrznego. Nadszedł czas się pożegnać. Olek i Ania ciepło żegnali Karolinę. Olek m.in. powiedział:

- Spodziewam się, że będziesz miała wspaniałych kochanków, póki nas nie będzie.

- Chyba tak - odpowiedziała Karolina.

Być może, Czytelnik z XXI wieku pomyśli, że to oni tak żartowali. Nie, to nie były żarty. Po prostu małżeństwo Olka i Karoliny było otwarte, jak 65% ówczesnych małżeństw UE. W takich małżeństwach żaden z małżonków nie miał nic przeciwko temu, by inny małżonek czasem miał kontakty seksualne z kimś innym (zwłaszcza gdy małżonkowie znajdują się daleko od siebie). Za to w pozostałych 35% małżeństw zdrady małżeńskie prawie nigdy się nie zdarzały. A kiedy jednak się zdarzały, to zwykle strona zawiniona przyznawała się i mówiła: "Chyba się nie nadaję do wierności. Być może, zróbmy nasze małżeństwo otwartym?" Odpowiedź strony pokrzywdzonej mogła być "No OK, niech będzie otwarte" albo "No nie, musimy się rozwieść". Jeszcze zasługuje na uwagę taka ciekawostka, że według statystyki procent małżeństw otwartych był wyższy wśród małżeństw tradycyjnych (czyli monogamicznych różnopłciowych), niż wśród małżeństw innych rodzajów.

Olek wiedział, że Karolinie trudno byłoby wytrzymać 7 dni bez partnera seksualnego. Kiedy Olek gdzieś wyjeżdżał, ona zwykle znajdowała sobie kochanka wśród sąsiadów. Olek również mógł mieć kochanki podczas wyjazdów, choć to dla niego nie było aż tak ważne. Jednak w tym przypadku to raczej nie wchodziło w grę. Przecież oni mieli do odwiedzania bezludne tereny, gdzie nie będzie żadnego człowieka, oprócz Olka, Ani i przewodników. Przewodniczka nie mogła być partnerką seksualną: to byłoby nieetyczne, bo uważano, że bliskie relacje z klientami mogą zakłócać właściwy przebieg świadczenia usług. Choć podczas podróży, którą wkrótce zaczniemy opisywać, Olek i Ania dużo rozmawiali z obojgiem przewodników na różne tematy, ale przewodnicy nie powiedzieli żadnego słowa o swoim życiu prywatnym, i wszyscy wiedzieli, że nie warto o to pytać.

Wreszcie wszyscy, oprócz Karoliny, weszli do pojazdu. Przewodnicy usiedli na dwóch przednich siedzeniach, przy czym przewodniczka od razu nadała siedzeniu pozycję poziomą, bo dla niej się zaczynał czas spania (rozkład działalności przewodników był dobrany tak, by w każdym momencie podróży co najmniej jeden z nich nie spał). Zaś Olek i Ania usiedli za przewodnikami i powiesili na haczkach obok siedzeń swoje plecaki. Plecaki były nieduże: w XXII stuleciu podróże wyglądały znacznie prościej, niż we wcześniejszych czasach, i potrzebowały mniej sprzętu. Nawiasem mówiąc, te rzeczy do podróży zebrały roboty, ale Olek na wszelki wypadek dociekliwie sprawdził zawartość plecaków wieczorem przed wyjazdem.

Zakręciły się śmigła, i uniwersalot oderwał się od asfaltu. Podróż się zaczęła. Nasi bohaterowie byli nastawieni na ciekawe przygody, ale nie wiedzieli, jaką dużą rolę odegra ta podróż dla świata...

Rozdział II.

Dość istotną wadą uniwersalotu był głośny szum podczas lotu, chyba nawet bardziej uciążliwy, niż u dawniejszych statków powietrznych. Ale jeszcze na początkowym etapie rozwoju lotnictwa uniwersalnego oddziaływanie tej wady na pasażerów zostało kompletnie wyeliminowane. Mianowicie, te dźwięki po prostu są zupełnie niesłyszalne w środku zamkniętego uniwersalotu: pochłania je specjalny system przeciwdźwiękowy. Ale w wyniku tego niesłyszalne są też inne dźwięki zewnętrzne, co w niektórych sytuacjach może przeszkadzać.

W połowie XXII wieku zaczęto konstruować uniwersaloty, które tej ostatniej wady również nie miały. To działa tak: wszystkie zewnętrzne dźwięki rejestruje pewien komputer, który następnie tak przetwarza tę informację, że eliminuje dźwięki wytwarzane przez uniwersalot, a pozostawia wszystkie inne dźwięki; taki przetworzony wynik dostarcza się na głośniki w środku uniwersalotu i pasażerowie po prostu słyszą zewnętrzne dźwięki, ale bez szumu uniwersalotu. Ten system okazał się taki wygodny, że w latach 80. XXII wieku już nie stosowano uniwersalotów bez tego systemu. W razie potrzeby można było też zmieniać głośność zewnętrznych dźwięków lub nawet zupełnie je wyciszyć.

À propos dźwięków w uniwersalocie, Olek i Ania mieli do wyboru różne opcje co do tego, jakie jeszcze dźwięki chcą słyszeć podczas lotu. Mogła grać muzyka, mogły być demonstrowane różne filmy na ekranie, mogły być opowiadane informacje o miejscach, nad którymi uniwersalot przelatuje... Ale wybrali nieobecność żadnej z takich dodatkowych usług. Nikt w rodzinie Olka nie lubił stosować muzyki jako tła; kiedy słuchali jakiejś piosenki, to skupiali się właśnie na jej słuchaniu. A kiedy gdzieś jechali, to większość czasu spokojnie patrzyli w okno i nie zawracali sobie głowy jakimiś innymi zajęciami. Co prawda, podczas jazdy transportem lądowym Ania lubiła otworzyć laptop i śledzić według mapy z Internetu, gdzie aktualnie się znajduje. Ale w przypadku lotu na dużej wysokości to nie było ciekawe. Tym bardziej wydawało się zbędne słuchanie jakichś informacji o jakichś miejscach zupełnie niedotyczących celu wycieczki.

Trzeba jednak uznać, że po prostu patrzyć w okno aż 12 godzin (a tyle miał trwać lot do pierwszego lądowania w Brazylii) to raczej przesada. Oczywiście, podczas tego lotu Olek i Ania mieli też dużo innych zajęć. Odnotujemy najpierw, że oni jedli jedzenie, które specjalnie dla nich przygotowywały uniwersalotowe roboty. W tym zakresie istniało dużo opcji do wyboru. Klient mógł nawet zamówić całkiem konkretne menu. Ale dla naszych podróżników nie było ważne, co konkretnie będą jedli podczas podróży, i oni się ograniczyli do warunku, by jedzenie było wegetariańskie i nieostre. Przewodnicy też jedli nieostre wegetariańskie jedzenie; zazwyczaj w podobnych wycieczkach załoga jadła takie samo jedzenie, jak klienci, jeśli tylko to nie było sprzeczne z przekonaniami żadnego z członków załogi i nie szkodziło zdrowiu żadnego z nich.

Główna różnica między wegetariańskim i niewegetariańskim jedzeniem polegała na tym, czy zawierało jedzenie składniki zrobione z owadów. W tej epoce nikt już nie jadał mięsa kręgowców. Ponadto nikt nie wykorzystywał kręgowców do celów gospodarczych (chyba że w Chinach jeszcze pozostawały gospodarstwa domowe, w których trzymano koty dla łapania myszy). Nabiału więc również nie produkowano. Prawa zwierząt były mocno chronione, zwłaszcza w UE. Ale to dotyczyło tylko kręgowców. Inne zwierzęta były uważane za niewystarczająco świadome, by warto było się troszczyć o ich interesy. Dlatego dużą popularność zdobyły dania robione z owadów.

Ale w rodzinie Olka Jaroszyńskiego wszyscy byli wegetarianami, tzn. nie jadali ani owadów, ani takiego bardziej egzotycznego mięsa, jak raki, małże, ślimaki, robaki itp. Kiedyś Olek z ciekawością odkrył, że jego nazwisko bardzo mu pasuje, bo pochodzi od już zupełnie zapomnianego słowa "jarosz" będącego synonimem słowa "wegetarianin". Ponadto Olek był tak zwanym czystym wegetarianinem w tym sensie, że nie lubił produktów, których smak imitował smak mięsa (takie produkty swego czasu odegrały olbrzymią rolę w rezygnacji ludzkości z mięsa, a teraz wciąż pozostawały popularne). Jednak weganinem Olek nie był, bo czasem jadał miód.

Ale wróćmy do opisu spędzania czasu w uniwersalocie. Znaczny kawałek tego czasu Olek i Ania poświęcili na granie w szachy 960. Mieli przy sobie komplet malutkich szachów magnetycznych (można byłoby grać też wirtualnie, stosując laptopy, ale to byłoby mniej wygodne). Właśnie szachy 960 były jedną z najpopularniejszych gier w drugiej połowie XXII wieku. Jeśli zaś chodzi o zupełnie klasyczne szachy, to one były popularne głównie wśród dzieci; trochę podobnie do gry w kółko i krzyżyk. To dlatego, że klasyczne szachy były już grą rozwiązaną i w Internecie można było łatwo znaleźć optymalny algorytm gwarantujący remis. Co więcej, okazało się, że przybliżoną, ale prawie niezawodną, modyfikację tego algorytmu było nawet dość łatwo zapamiętać (co najmniej to było łatwe dla ludzi o dobrze rozwiniętym myśleniu szachowym).

Natomiast tak zwane szachy 960 na razie były rozwiązane tylko dla części możliwych pozycji początkowych. I zwykle gracze nie wybierali pozycji losowo, tylko się umawiali, od której pozycji grać, wybierając którąś z tych nierozwiązanych. Dlatego inna nazwa tej gry - "szachy losowe" - nie bardzo pasowała. Bardziej powszechna była nazwa "szachy 960" (choć ona również była myląca, bo faktycznie do wyboru było znacznie mniej pozycji początkowych, niż 960).

W ogóle, w XXII stuleciu gry były bardzo istotną częścią życia codziennego. Przypomnijmy, że większość ludzi nie pracowała, a nawet pracujący mieli całkiem sporo czasu wolnego. Nie jest więc dziwne, że dużo czasu ludzie poświęcali właśnie grom. Bardzo różnym. Dla jednego gracza, dla dwóch lub dla większej liczby osób. Gry można było podzielić na komputerowe i niekomputerowe, przy czym w te ostatnie można było grać tak tradycyjnie, jak i z pomocą komputera, a często też z pomocą tak zwanych wirtualnych okularów. Nie bardzo pasowały do wersji komputerowej tylko gry sportowe, ale i one też miały swoje komputerowe odpowiedniki, tyle że te odpowiedniki nie zawsze tak skutecznie rozwijały sprawność fizyczną, jak normalne odmiany takich gier.

Nie będziemy nudzić Czytelnika dalszymi rozważaniami o klasyfikacji gier. Napiszemy tylko, że dużą popularność miały tak gry stare, klasyczne, jak i te wymyślone w stuleciach XX, XXI i XXII. W szczególności, dość wielu ludzi lubiło różne bardzo egzotyczne odmiany szachów.

Inne, co często robili ludzie w czasie wolnym, dotyczyło różnych dzieł sztuki: utworów literackich, muzyki, obrazów (zwykle tworzonych komputerowo), filmów itp. Prawie wszyscy często czytali utwory literackie i często oglądali filmy. A na około 14% ziemskiej ludności składały się osoby twórcze, które regularnie same tworzyły dzieła sztuki. Swego czasu po gwałtownym spadku liczby zatrudnionych osób nastąpił gwałtowny wzrost aktywności artystycznej. A wkrótce po tym na całym świecie zostało zliberalizowane prawo autorskie. Autorskie prawa majątkowe wygasały już po 5 latach od pierwszego rozpowszechnienia utworu, a wielu twórców nawet od razu się zrzekało tych praw.

Dość wielu ludzi prowadziło też badania naukowe. W większości to robili pracownicy różnych instytucji badawczych, ale było też wielu amatorów wykonujących takie badania całkiem pomyślnie. Po pewnym okresie zahamowania znów rozkwitły badania w zakresie ciekawostek niemających zastosowania praktycznego (zwłaszcza matematycznych). Amatorzy często osiągali sukcesy dlatego, że mieli dużo czasu na studiowanie interesujących ich tematów. W ogóle, czytanie w Internecie różnych informacji naukowych było dość popularnym zajęciem.

Oczywiście, ludzie XXII stulecia poświęcali dużo czasu też na zwykłe rozmawianie ze sobą (bezpośrednio lub w różnych serwisach internetowych), na różnego rodzaju spacery itp. Niektórzy lubili też podróżować; ale większości wystarczało natomiast oglądanie w Internecie otwartego monitoringu z różnych dalekich miejsc publicznych. I oczywiście, podana tu lista metod spędzania wolnego czasu jest bardzo niepełna.

Ale napiszemy, czego ludzie w tamtych czasach nie robili. Nie upijali się alkoholem. Gdyby takie rozluźnienie w zatrudnieniu nastąpiło, powiedzmy, w wieku XX, to chyba wzrosłaby liczba alkoholików. Ale w wieku XXII psychologia stosowana osiągnęła taki poziom, że społeczeństwo z reguły łatwo mogło przekonać człowieka, by nie czynił tego, co z dużym prawdopodobieństwem mogłoby mu zaszkodzić. Dlatego zupełnie zniknął przemysł tytoniowy, narkotyki stosowano jedynie jako środki medyczne, zniknęły też mocne napoje alkoholowe. Piwo i wino przestały być powszechne. Istnieli tylko poszczególni wielbiciele piwa i poszczególni wielbiciele wina. Oni kupowali te napoje w nielicznych specjalistycznych sklepach lub robili je sami, ale pili z umiarem.

A teraz wróćmy do naszych podróżników. W pewnym momencie uniwersalot wreszcie wylądował w Brazylii. Według planu wycieczki, wysiąść z niego można było następnego dnia. A na razie przewodnicy (właśnie w tym okresie oboje nie spali), już nie zajęci prowadzeniem uniwersalotu, dokładnie instruowali klientów na temat dalszego przebiegu wycieczki, opowiadali ciekawe fakty o Brazylii, a potem luźnie rozmawiali z klientami na różne tematy.

Dla klientów zalecane było nie dostosowywać się do czasu miejscowego, a spać w nocy czasu polskiego. Różnica w czasie wynosiła jedynie 4 godziny. Można było więc iść spać w dość wczesnych godzinach wieczornych, a się budzić nad ranem, kiedy jest jeszcze ciemno. Przy czym program wycieczki nie był rozpisany dokładnie na godziny, czyli początek każdego dnia wycieczki zależał od tego, kiedy klienci się obudzą.

Miejsce, w którym wylądował uniwersalot, znajdowało się przy granicy ściśle strzeżonego terenu i przedstawiało sobą swoisty obszar przejściowy między zwykłym terenem a rezerwatem. Dlatego tam klienci mogli opuszczać uniwersalot. Ten teren był tak zabezpieczony, że klientom tam nic nie groziło; m.in. nie było tam ani niebezpiecznych dla człowieka drapieżników, ani gryzących owadów. Wszystkie niepożądane zwierzęta były odstraszane przez odstraszacze. Przypomnijmy, że odstraszacze to przyrządy emitujące zapachy czy dźwięki oddziałujące na określone gatunki zwierząt tak, że te zwierzęta nie chcą podchodzić do odstraszacza.

W ogóle, odstraszacze istniały już od bardzo dawna; a nawet od wielu wieków, jeżeli zaliczać do nich taki prymitywny "przyrząd", jak strach na wróble. Ale w XXII stuleciu przemysł odstraszaczy był mocno rozwinięty. Te przyrządy były łatwo dostępne, często stosowane w bardzo różnych celach i zupełnie nieszkodliwe dla środowiska. Każdy odstraszacz miał określony zbiór gatunków, na które oddziałuje, przy czym ten zbiór mógł być tak szeroki, jak i bardzo wąski. Prawie każdy znany nauce gatunek zwierząt był objęty działaniem co najmniej jednego rodzaju odstraszacza. Co prawda, prawie w każdym gatunku sporadycznie zdarzały się niestandardowe osobniki, na które odstraszacze nie działały. W tych miejscach, gdzie to było bardzo ważne, w tym na terenie, gdzie wylądowali nasi podróżnicy, takie osobniki były odganiane przez roboty za pomocą bardziej bezpośredniego przymusu.

Podróżnikom nie wolno było wychodzić poza teren ograniczony odstraszaczami. Granice były wyraźnie zaznaczone. Powierzchnia tego terenu wynosiła około 25 hektarów. Ale to dotyczyło drugiego dnia wycieczki, czyli 17 lipca. A na razie Olek i Ania przekształcili swoje siedzenia w łóżka i usnęli. W przybliżeniu w tym samym czasie usnął przewodnik płci męskiej. Tak już wypadło, że właśnie jego czas snu był bliski do czasu snu klientów, a dlatego to samo można było powiedzieć o czasie czuwania. Czyli to głównie on towarzyszył Olkowi i Ani podczas ich aktywności, a przewodniczka w tym czasie z reguły spała i dołączała do całego towarzystwa jedynie na kilka godzin dziennie.

Rozdział III.

Kiedy Ania się obudziła, Olek jeszcze spał, ale nie spało oboje przewodników. Za oknem Ania zobaczyła prawie pełny Księżyc, który już się zbliżał do zachodniej części horyzontu. Nocne sylwetki drzew wydawały się bardzo romantyczne. Ania odczuła bardzo dużą chęć jak najszybszego wydostania się z uniwersalotu i pospacerowania w półmroku. Ale najpierw, oczywiście, odwiedziła łazienkę (załatwianie potrzeb fizjologicznych poza uniwersalotem było zakazane). Nie miała chęci jeść śniadania.

- No co, mogę już wyjść? - zapytała przewodników.

- Możesz - odpowiedział przewodnik. - Wolisz wyjść z latarką czy bez latarki?

- Raczej bez.

- Wtedy nie wolno odchodzić od uniwersalotu. Musisz stać koło niego.

- OK, to mi odpowiada.

- A pamiętasz, co musisz zrobić, zanim wyjdziesz?

- Aha, posmarować otwarte fragmenty skóry kremem przeciwsłonecznym. Trochę dziwnie to wygląda, bo Słońca na niebie jeszcze nie ma.

- Jednak doświadczenie pokazuje, że lepiej zrobić to od razu, bo inaczej łatwo można zapomnieć. Najważniejsze jest, że to nie będzie za wcześnie: krem działa ponad tydzień. A co jeszcze zrobisz, oprócz smarowania skóry?

Ania zastanowiła się. Czyżby było jakieś jeszcze zalecenie? Nic nie przychodziło jej na myśl. Wtedy przewodnik powiedział:

- Musisz włożyć kurtkę, bo na zewnątrz jest chłodno: trzynaście stopni.

- No oczywiście! - z uśmiechem powiedziała Ania. - Jak mogłam zapomnieć! Nawet uważnie omawialiśmy w domu, że musimy wziąć kurtki.

- A maksymalna temperatura dziś będzie dwadzieścia pięć stopni. Oczywiście, chodzi o temperaturę w cieniu - powiedział przewodnik, przewijając na ekranie okno z prognozą pogody.

W prawdziwość tych danych nikt nie wątpił. Meteorolodzy już dawno się nauczyli prognozować precyzyjnie, gdy chodziło o najbliższe parę tygodni. Warto zauważyć, że lipiec bardzo pasował do takich wycieczek. To była półkula południowa, ale w klimacie zwrotnikowym. Czyli właśnie był środek "zimy", która jednak nie tak już istotnie się różniła od "lata" temperaturą, za to bardzo się różniła ilością opadów atmosferycznych. "Lato" w tym klimacie przedstawia sobą sezon deszczowy, zaś "zima" (wypadająca na polskie lato) - sezon suchy. A więc, podróżników czekała słoneczna pogoda. Co prawda, sporadycznie deszcze tam bywają i w lipcu. Gdyby pogoda się okazała bardzo zła, to chyba plan wycieczki zostałby przerobiony i podróżnicy spacerowaliby poza uniwersalotem w bardziej pogodnym dniu. Ale w tym przypadku prognoza zapowiadała świetny 17 lipca.

Ania posmarowała kremem twarz, szyję, częściowo ręce i częściowo nogi (miała na sobie bluzkę i spodnie z systemem pozwalającym łatwo zmieniać długość rękawów i nogawek). To był bardzo doskonały krem. Chronił skórę przed wszystkimi szkodliwymi skutkami promieniowania słonecznego, ale zupełnie nie blokował korzystnych skutków tego promieniowania. A co do takiego neutralnego skutku, jak opalenizna, to jej krem nie dawał się pojawić. W tej epoce już prawie nikt nie dążył do bycia opalonym. Tylko poszczególni dziwacy lubili opaleniznę; to się kojarzyło jak coś w rodzaju tatuaży. Co więcej, z reguły opalenizna była sztuczna i przedstawiała sobą właśnie tatuaż.

Trzeba powiedzieć, że tatuaże w XXII wieku były znacznie mniej powszechne, niż w wieku XXI. A wśród tych, kto jednak robił sobie tatuaże, bardzo dużą część stanowili wielbiciele właśnie takich "naturalnych" tatuaży, imitujących albo opaleniznę, albo przynależność do innej rasy, niż w rzeczywistości. Jeszcze jedną czynnością postrzeganą analogicznie do tatuaży było farbowanie włosów. Przeważająca większość ludzi tej epoki była całkiem zadowolona ze swego naturalnego koloru włosów i nigdy nie próbowała ich farbować. A farbować siwe włosy również nie było potrzeby, bo łatwiej było pozbyć się siwizny metodami medycznymi. To po prostu się leczyło, jak i każda inna cecha starości. Chociaż byli też tacy esteci, którzy woleli być siwi.

Ania włożyła kurtkę i wyszła z uniwersalotu. Za nią wyszedł też przewodnik, bo nie miał prawa pozostawiać klientów samych poza pojazdem. Jednak odszedł kilkadziesiąt metrów dalej (będąc dobrym znawcą tego terenu), żeby nie przeszkadzać Ani w pełni przeżywać swoje wrażenia. Obecnie w uniwersalocie były wyciszone dźwięki zewnętrzne, by nie przeszkadzać klientom spać. Otwierając drzwi, Ania od razu usłyszała różne ćwierkania: ćwierkały po pierwsze jakieś ptaki, po drugie jakieś owady podobne do pasikoników. Ania stała koło uniwersalotu kilkanaście minut, podziwiając nocny widok. Sytuacja kojarzyła jej się z kilku czytanymi we wczesnym dzieciństwie bajkami; głównie z tymi, które zawierały obrazki przedstawiające nocny widok i Księżyc w pełni. Z ciekawością stwierdziła, że prawie nie pamięta fabuł niektórych z tych bajek.

I wreszcie zdecydowała wracać do uniwersalotu, informując o tym przewodnika. Kiedy Ania i przewodnik weszli do środka, Olek już nie spał.

- Ależ rewelacje! - zażartowała Ania, zwracając się do swego taty. - Przecież zwykle śpisz do jedenastej, jeśli nie masz nastawionego budzika.

- Podczas podróży zwykle mało śpię - odpowiedział Olek.

- Wiem, po prostu żartuję. Dobrze, że już się obudziłeś. Chyba zdążysz zobaczyć wschód Słońca. I przed tym nawet zdążymy spokojnie zjeść śniadanie. Ja już trochę chcę jeść.

Kiedy już było po śniadaniu i myciu zębów, Księżyc już zaszedł, a wschodnia część nieba zaczęła szybko jaśnieć, Olek posmarował się kremem przeciwsłonecznym i nasi troje podróżników (wszyscy, oprócz przewodniczki) włożyli kurtki i wyszli na zewnątrz. Przewodnik wyjaśnił, że teraz już można chodzić gdziekolwiek w granicach tego 25-hektarowego terytorium. Ania bardzo chciała wyraźnie zobaczyć sam wschód Słońca, i to jej się udało, chociaż było niebezpieczeństwo przegapienia tego momentu wskutek rozpraszania uwagi na inne obserwacje.

A obiektów do obserwowania było sporo. Ptasi śpiew już był chórem wielu rozmaitych głosów. Im jaśniej się robiło, tym wyraźniej można było zobaczyć te różne ptaki oraz tym więcej różnobarwnych motyli latało nad trawą; niektóre ptaki i niektóre motyle wyglądały bardzo egzotycznie. Teren był dość otwarty, w większości pokryty niewysoką trawą, ale było tam też dużo palm i innych drzew. Ścieżek nie było; chodzić trzeba było po trawie. To nie szkodziło: przecież dzikie zwierzęta również chodzą po trawie. Jednak ta trawa była okresowo koszona, żeby klientom nie było trudno po niej chodzić. Było też kilka miejsc zarośniętych bardziej wysoką trawą, i właśnie w tych miejscach było bardzo dużo rozmaitych kwiatów. Prawdopodobnie, takie miejsca o dużym skupieniu pięknie kwitnących roślin zostały stworzone sztucznie; ale wyglądały te miejsca dość naturalnie, zupełnie nie przypominały miejskich klombów.

Choć większość terenu była równinna, było tam jedno niewielkie wzgórze i jedno malutkie jezioro (o średnicy około 30 metrów). Brzeg jeziora w niektórych miejscach był pokryty piaskiem, a w innych miejscach koło samej wody rosła takaż trawa, jak na większości terenu. Jeszcze warto odnotować, że na tym terenie prawie nie było zauważalnych ssaków (być może, dość dużo było jakichś drobnych, a więc niezauważalnych, gryzoni). Tylko jeden raz w ciągu dnia nasi podróżnicy zobaczyli mrówkojada, który chyba właśnie przechodził od jednego mrowiska do innego; oba te mrowiska miały się znajdować poza tym terenem dla turystów, bo mrówki podlegały odstraszaniu (mogłyby trochę pogryźć klientów). Przewodnik opowiadał, że kiedyś były tu też małpy kilku gatunków, ale one czasem bywały dokuczliwe i nie wszystkim turystom to się podobało. Dlatego te małpy zostały przesiedlone i teraz wszystkie małpy podlegają odstraszaniu.

Olek i Ania spacerowali po całym terenie, w tym wspinali się na wzgórze i na niektóre drzewa (te, przy których był napis, że się na to pozwala). Olek robił dużo zdjęć (przecież widok tego terenu nie był dostępny w Internecie). W ogóle, Olek lubił fotografować, choć w XXII wieku to nie było tak powszechne, jak w wieku XXI. Dość szybko po wschodzie Słońca podróżnicy zdjęli kurtki, a potem nadal stopniowo zmniejszali zdolności grzewcze swoich ubrań. W pewnym momencie odczuli, że już chcą zjeść obiad.

Program przewidywał obiad na łonie natury. Na niskiej trawie rozłożyli koc i wynieśli z uniwersalotu jedzenie. Dania były dobrane tak, by dobrze pasowały do jedzenia na kocu. Szczególnie romantyczne wydawało się Ani wcinanie wegańskiej potrawy imitującej jajko. Takie potrawy były w tych czasach bardzo powszechne i nazywane po prostu jajkami (przecież rzeczywistych ptasich jaj już dawno nikt nie jadał). Bywały nieco różne z wyglądu. Niektóre bardzo doskonale imitowały dawne gotowane kurze jajka, włącznie ze skorupą rozbijaną lekkim uderzeniem o twardy przedmiot. Natomiast teraz Ania miała po prostu plastikową elipsoidę obrotową z odkręcaną pokrywką (w przybliżeniu jak w filmie "Seksmisja"), ale w środku doskonałe białko i żółtko, które Ania jadła łyżeczką. Po jedzeniu brudne naczynia i wszystkie odpady zabrały roboty. Nawiasem mówiąc, w tej epoce właśnie roboty dokonywały segregacji śmieci; ludzie nie musieli o tym myśleć, jak kiedyś w dawnych czasach.

Nastrój podróżników po obiedzie był taki, że chciało się luźnie pograć w jakieś gry karciane. Mieli przy sobie karty (a gdyby nie mieli, łatwo mogliby zagrać wirtualnie). Wybrali kilka gier, w które umieli grać wszyscy troje (Olek, Ania i przewodnik), i, pozostając na tymże kocu, zagrali po kolei w każdą z nich po kilka razy. Wreszcie, po zakończeniu kolejnej gry, Ania powiedziała, że już nie chce grać (przy czym właśnie wygrała i półświadomie pomyślała, że przyjemnie zakończyć jako zwyciężczyni).

- Chciałabym trochę się wykąpać w jeziorze - powiedziała. - O ile pamiętam, to jest dozwolone?

- Tak - odpowiedział przewodnik. - Tylko posmaruj kremem pozostałą część ciała.

- OK. A jeszcze mam zapytać, Teahou: jesteś nudystą czy majtkowcem?

- Nieprawidłowo zapamiętałaś moje imię - z uśmiechem odpowiedział przewodnik. - Nazywam się Taehou. A czy jestem nudystą, czy majtkowcem, to zupełnie nieważne. Jestem w pracy. Możesz się kąpać w czymkolwiek i bez czegokolwiek. Tylko posmaruj kremem wszystko, co odsłonisz.

Słowo "majtkowiec" ("kalsonetisto" w języku esperanto) było całkiem standardowym i neutralnym antonimem słowa "nudysta". Majtkowcy stanowili gdzieś około 50% ludności UE, nudyści około 40%, a pozostali byli zupełnie obojętni do tej kwestii. Każda oficjalnie wyznaczona plaża miała pewien status: albo była plażą dla majtkowców, albo plażą dla nudystów. Jeżeli zaś jakieś kilka osób chciało się wykąpać gdzieś poza plażą i wśród nich byli tak nudyści, jak i majtkowcy, to najpierw uzgadniali między sobą, jak się kąpać. Zwykle dochodzili do jakiegoś kompromisu, ale czasem musieli zrezygnować z kąpieli. Z reguły bardziej tolerancyjni byli nudyści, ale zdarzali się też nudyści twierdzący, że widok człowieka kąpiącego się w kąpielówkach może ich zgorszyć lub zbyt podniecić tak samo, jak majtkowców gorszy lub zbyt podnieca widok nagiego człowieka.

Ania była majtkowcem. W łazience uniwersalotu się rozebrała i posmarowała kremem, a potem włożyła kąpielówki zamiast majtek. O stanik nie chodziło: w XXII stuleciu pogląd, że kobiety mają zasłaniać piersi, był uważany za seksistowski. Oprócz kąpielówek, Ania pozostawiła na sobie zegarek (który był bardzo odporny tak na uderzenia, jak i na wilgoć).

Jakim świetnym wynalazkiem jest zegarek naręczny! Czas doby rutynowo wyświetlano w bardzo wielu często oglądanych miejscach: telefonach, laptopach, tabletach, wirtualnych okularach... A jednak zawsze pozostaje aktualny ten fakt, że po prostu podnieść rękę do oczu często bywa znacznie łatwiej, niż jakoś inaczej się dowiedzieć, która godzina. W XXII stuleciu praktycznie wszystkie zegarki i zegary były cyfrowe. Zegary ze wskazówkami pozostawały tylko na niektórych gmachach w poszczególnych miastach. Większość ludzi już nie rozumiała, jak odczytywać dane z tych wskazówek. Ta umiejętność była ciekawostką tego samego rodzaju, co np. umiejętność odczytywania czasu z gwiazd.

Ania podbiegła do jeziora i zaczęła się kąpać. Przewodnik już stał koło jeziora. Miał być gotów ratować Anię, gdyby coś jej się stało. Nie musiał się rozbierać: miał na sobie taki uniwersalny strój, w którym łatwo można było pływać. A Olek jeszcze przez jakiś czas pograł w pewną grę karcianą dla jednego gracza, a potem poszedł robić kolejne zdjęcia terenu. Kąpać się nie lubił. Chociaż kiedyś w młodości nawet chodził na sekcję pływacką, ale teraz to mu się wydawało nieciekawe.

Ania z dużym zadowoleniem pływała w jeziorze i chodziła po dnie w płytkich miejscach, bardzo się cieszyła z dotyku czystej wody i z widoku drobnych rybek. Jednocześnie była bardzo obiektywnym człowiekiem i jej emocje nie oddziaływały na postrzeganie rzeczywistości. Wielu ludzi podczas takich wycieczek odnosiło wrażenie, że woda w jeziorze jest jakaś wyjątkowa. Ania natomiast stwierdziła, że ta woda jest w dotyku taka sama, jak w Zalewie Kieleckim. Potem wreszcie przyszedł moment, kiedy zdecydowała już wyjść z jeziora. Trochę pospacerowała po piasku i po trawie, a potem poszła do uniwersalotu, by się ubrać.

Na tym etapie oboje klientów już doszło do takiego stanu, że nie wiedzieli, co robić, by się nie nudzić. Według planu wycieczki, właśnie taki stan oznaczał, że ma się zacząć komentowane oglądanie terenu. Czyli klienci mieli spacerować po terenie już razem z przewodnikiem i przewodnik miał opowiadać różne ciekawe fakty o roślinach i zwierzętach spotykanych podczas tego spaceru. Ponieważ czas rozpoczęcia tej części programu zależał od klientów, to przewodnik mógł zdążyć opowiedzieć mniej lub więcej informacji, zależnie od tego, jak długo klienci potrafili samodzielnie znajdować sobie zajęcia. To nie było trudne: przewodnikowi wystarczyłoby informacji do opowiadania nawet na cały dzień od rana do pójścia spać.

Tak więc, przewodnik rozpoczął komentowane oglądanie. Najpierw dokładnie opowiadał o poszczególnych drzewach i o ptakach mających tam gniazda. Potem była przerwa na kolację. Potem przewodnik dalej opowiadał o drzewach i ptakach. Potem zaczął opowiadać o motylach. I to już wystarczyło, bo właśnie w trakcie opowiadania o motylach klienci zdecydowali, że już się zmęczyli, chcą wrócić do uniwersalotu, jeszcze trochę czegoś zjeść i iść spać. Słońce jeszcze nie zaszło, ale już się zbliżało do zachodniej części horyzontu; zaś według czasu polskiego było już po 21 godzinie.

Tak minął drugi dzień wycieczki. Nasi podróżnicy poszli spać, wiedząc, że w następnym dniu czeka ich podróż już do restrykcyjnie chronionych obszarów. I ponieważ ochrona jest restrykcyjna, to nie będzie możliwości opuszczania uniwersalotu.

Ciąg dalszy nastąpi.
Odpowiedz
#2
Ciąg dalszy.

Rozdział IV.

W nocy uniwersalot pod nadzorem przewodniczki przeleciał nad terenem restrykcyjnie chronionym do pewnego miejsca i zawisł tam. Wysokość miała być dostatecznie duża, by nie przeszkadzać ptakom; na niższej wysokości odwiedzanie tych terenów było zakazane. Co i jak można było zobaczyć w takich warunkach? Bardzo dużo, i to robiono z pomocą mikrodronów o wielkości muszki owocowej, zawierających kamery. Taki mikrodron był wypuszczany z uniwersalotu i latał po terenie, przekazując na ekran w uniwersalocie wszystko, co obserwuje jego kamera.

Czytelnik może zapytać, po co wtedy uniwersalot miał gdzieś lecieć. Przecież można pozostawać tam, gdzie podróżnicy spacerowali 17 lipca, a wysłać mikrodron do terenu, który podlega oglądaniu. Sęk w tym, że dla mikrodrona dalekie loty były znacznie trudniejsze, niż dla uniwersalotu. Ze względu na rozmiary, trudno było zaopatrzyć mikrodron w baterię utrzymującą dostatecznie energii dla długiego lotu. Tam nawet nie było ogniw słonecznych. Oprócz tego, mikrodrony były tak samo wrażliwe na wypadki losowe, jak drobne owady. W długiej drodze mikrodron całkiem mógł zostać zniszczony; i co, wysyłać inny w taką samą długą drogę z takim samym ryzykiem?

Natomiast zniszczenie mikrodrona gdzieś w przybliżeniu pod uniwersalotem nie było istotnym problemem: w takim przypadku od razu wysyłano nowy mikrodron, który szybko docierał do celu. W ogóle, loty mikrodronów odbywały się bardzo oszczędnie. Po wypuszczeniu mikrodron najpierw po prostu padał i dopiero kilkadziesiąt metrów nad powierzchnią zaczynał inteligentnie latać. Zaś po zakończeniu misji w danym miejscu uniwersalot zawisał dokładnie nad mikrodronem i ten malutki przyrząd szybko wracał po linii pionowej przy wyłączonej kamerze; w najgorszym przypadku mógł go łyknąć jakiś ptak, ale wtedy to już nieistotne, bo misja się skończyła. Dla oglądania nowego miejsca (nawet na odległości zaledwie kilku kilometrów) już robiono kolejny przelot i wypuszczano kolejny mikrodron (może być i ten sam, jeśli przetrwa i zdąży się naładować).

Oczywiście, podróżnicy się obudzili, kiedy było jeszcze ciemno. Wypuszczać mikrodrony było jeszcze za wcześnie, bo w ciemnościach prawie nic nie widać, a świecić latarkami w rezerwacie nie wolno. Na wczesnych etapach rozwoju takiej turystyki klientom proponowano obserwować nocne życie niektórych zwierząt za pomocą detektorów podczerwieni. Ale z tej usługi zrezygnowano, bo mikrodrony z takimi detektorami były znacznie droższe, a wycieczka nie była znacznie ciekawsza, niż kiedy tej usługi nie ma.

Klienci mieli więc długo czekać na początek oglądania rezerwatu i dlatego postanowili w coś zagrać. Tym razem wybrali domino. Co prawda, nie mieli go przy sobie, ale zagrali wirtualnie przy pomocy laptopa. Mieli do wyboru dwie opcje: albo korzystać bezpośrednio z dwóch laptopów, albo założyć podłączone do laptopa wirtualne okulary. Wybrali tę drugą opcję. Przez okulary każdy gracz widział, oprócz rzeczywistych przedmiotów, kamienie domina, które mógł brać i kłaść, odpowiednio poruszając palcami w przestrzeni. Ania nawet wetknęła do jednego ucha połączoną z okularami słuchawkę, żeby słyszeć uderzenia tych wirtualnych kamieni o stół (również wirtualny, bo ten rzeczywisty był nieco za mały dla takiej gry).

Jedyne, co nie było symulowane, to odczucie dotykania kamieni; dość niezwykle dla kogoś, kto nie miał podobnych doświadczeń, ale w XXII wieku wszyscy byli przyzwyczajeni do niewyczuwalnych dotykiem mocnych wizualizacji. Taka wirtualna gra miała nawet pewne zalety w porównaniu z tą realną. Po pierwsze, nie było żadnej możliwości podpatrywania cudzych kamieni: okulary nie pokazywały ich oczek nawet w sytuacji, gdyby ktoś z graczy je odwrócił. Po drugie, były fizycznie niemożliwe ruchy sprzeczne z zasadami gry.

Wreszcie przyszedł ten moment, kiedy za oknem zrobiło się dość jasno i z uniwersalotu został wypuszczony mikrodron. Zaczynały się niesamowicie ciekawe obserwacje. Obserwować obraz z kamery mikrodrona można było na dużym ekranie, przy czym ten obraz był wyraźnie trójwymiarowy (całkiem zwykła rzecz dla tych czasów, nazywana przez niektórych pseudoholografią; już nawet nie produkowano monitorów, które nie mogłyby odtwarzać trójwymiarowych obrazów). Można było natomiast założyć podłączone do systemu wirtualne okulary i po prostu widzieć wokół siebie to, co obserwuje mikrodron, zamiast wnętrza uniwersalotu. Olek i Ania stosowali obie te metody na przemian, zależnie od nastroju. Przewodnik komentował wszystko, co było obserwowane.

Ten etap wycieczki był poświęcony zaznajomieniu z trybem życia niektórych gatunków zwierząt. Podróżnicy obserwowali wybrane fragmenty z życia codziennego tych zwierząt. Większość obserwowanych gatunków należała do gromady ssaków, ale były też owady, gady, płazy i ptaki. Ciekawie, że nie obserwowano zwierząt wyraźnie drapieżnych. Najbardziej drapieżne z tych obserwowanych sporadycznie łapały i zjadały drobne gryzonie, przy czym mikrodron nie pokazywał, jak one to robią. W niektórych przypadkach pokazywano odżywianie się niewielkimi rybami. Ale z reguły obserwowane drapieżnictwo przedstawiało sobą jadanie owadów (co wyglądało najbardziej drapieżnie w tych przypadkach, kiedy jedne owady polowały na inne owady). Obserwowano też dużo całkiem roślinożernych gatunków. Chyba program był celowo dobrany tak, by nie szokować turystów okrutnością zwierząt.

I takie obserwacje trwały dwa dni z rzędu: 18 i 19 lipca. Oczywiście, z przerwami na jedzenie i z nocną przerwą na sen; a 19 lipca nad ranem, póki było ciemno, Olek i Ania grali w pewną bardzo uproszczoną odmianę brydżu. Podczas każdej przerwy uniwersalot nieco się przemieszczał, by zawisnąć nad innym terenem. Spędzenie dwóch dni z rzędu w środku uniwersalotu nie było męczące: wentylacja działała świetnie, a wrażenia były tak mocne, że życzenie opuszczenia pojazdu po prostu nie przychodziło na myśl (tym bardziej, że wystarczało założyć wirtualne okulary, by poczuć się jak na łonie natury). Chciało się natomiast dalej i dalej kontynuować ten sam tryb wycieczki.

Ale nudni unijni lekarze nie zalecali zwykłym turystom znajdować się w zamkniętym pomieszczeniu ponad 2 dni z rzędu. Dlatego na 20 lipca zaplanowano wyjście. Dla odmiany to było wyjście do brazylijskiego miasta. Jeszcze podczas rezerwowania podróży turyści mieli wybór, które miasto odwiedzić; do wyboru były Brasília, Rio de Janeiro, São Paulo. Wybrali Brasílię, czyli stolicę Brazylii, mającą bardzo oryginalne historię i architekturę.

I więc, w nocy z 19 na 20 lipca uniwersalot pod nadzorem przewodniczki przeleciał kilkaset kilometrów i zawisł w przybliżeniu nad stolicą, ale trochę obok, tak by całe miasto było widoczne przez okno. Kiedy turyści się obudzili, przewodnik pokazał im miasto, widoczne w ciemnościach dzięki światłom miejskim. Widok przedstawiał sobą dużą aglomerację kilku dużych miast. Ale łatwo można było dostrzec wśród nich kształt przypominający samolot, w który układała się Brasília. Na razie nie wolno było lądować w mieście, by nie zakłócać ciszy nocnej. Ale można było wylądować gdzieś w dużej odległości od obszaru zabudowanego. Tak i zrobili: wylądowali na szosie kilka kilometrów od najbliższego miasta. Przecież stanie na ziemi nie potrzebuje zużywania energii, w odróżnieniu od wiszenia w powietrzu.

Żeby się nie nudzić w oczekiwaniu na oglądanie miasta, Olek i Ania musieli znów zagrać w jakąś grę. Tym razem wybrali grę w okręty. Zorganizowali grę z pomocą swoich dwóch niewielkich tabletów. I właśnie w tej chwili, kiedy Ania wygrała, przewodnik poinformował, że mogą już jechać. W tym przypadku było znacznie łatwiej właśnie jechać po szosie, niż lecieć. W drodze przewodnik trochę opowiadał o niektórych obiektach, koło których przejeżdżali, zwłaszcza kiedy już jechali przez miasta. I wreszcie dotarli do Brasílii.

Na tym etapie przewodnik tak samo opowiadał o różnych obiektach tego miasta, koło których przejeżdżano. Różnica polegała na tym, że od czasu do czasu uniwersalot zatrzymywał się i podróżnicy wysiadali z niego. Nie będziemy nudzić Czytelników konkretnym opisem tego etapu wycieczki, który, choć był dość ciekawy, ale wydawał się naszym turystom czymś sztucznie wplecionym w podróż, która miała być odpoczynkiem od miejskiej cywilizacji.

Pod wieczór wreszcie się zaczął powrotny lot do rezerwatu. Na następny dzień był zaplanowany ciąg dalszy oglądania rezerwatu z pomocą mikrodronów, ale w nieco innym trybie, niż poprzednio. Mianowicie, sterować mikrodronem mieli klienci. Przewodnik od razu wyjaśnił, że, jak pokazuje doświadczenie, lepiej, żeby klienci sterowali po kolei, tzn. żeby w każdej konkretnej chwili sterowała jedna osoba, a inna nie zwracała się do niej z prośbami, jak dokładnie sterować. Turyści umówili się, że przed obiadem sterować będzie Olek, a po obiedzie Ania.

Uniwersalot, jak i w poprzednich dniach, miał od czasu do czasu zmieniać miejsce swego wiszenia, a sterujący miał mieć do dyspozycji terytorium w promieniu 2 kilometrów od miejsca, nad którym miał wisieć pojazd. Nie wolno było tylko: 1) zanurzać mikrodron do zbiorników wodnych (chociaż to i tak nie dałoby się); 2) celowo dotykać mikrodronem ciała jakiegoś zwierzęcia; 3) celowo wprowadzać mikrodron do ust lub do innego otworu w ciele jakiegoś zwierzęcia (właśnie tak było napisano w instrukcji, co nieco rozśmieszyło Anię).

Rozdział V.

21 lipca nad ranem nasi turyści znów grali w okręty, tylko tym razem wygrał Olek. Zadowolony z wygranej, zaczął energicznie sterować mikrodronem, który przewodnik właśnie zrzucił na teren. Specjalnie się tego uczyć nie trzeba było, bo system sterowania z pomocą klawiatury był bardzo standardowy, wszyscy się w tym orientowali. Tak samo, jak i poprzednio, można było obserwować teren na ekranie lub z pomocą wirtualnych okularów, przy czym w tym drugim przypadku niezbędna część klawiatury pozostawała widoczna. Tymczasem Ania cieszyła się z tego, że nie musi się troszczyć o sterowanie i niby jedzie w pojeździe prowadzonym przez tatę po dżungli. Przewodnik od czasu do czasu rzucał krótkie komentarze.

To było wspaniałe uczucie. Olek dobrze uświadamiał sobie, jak trudne i niebezpieczne byłoby realne spacerowanie po takich terenach, a jednak spacerował prawie realnie. W tym dniu częściej się zdarzały niebezpiecznie wyglądające miejsca, niż kiedy sterował przewodnik. Zdarzało się wirtualnie podchodzić np. do anakondy, zbliżać się do krokodyla w trakcie wirtualnego przelatywania nad rzeką itp. W pewnym momencie mikrodron zbliżył się do rodziny jaguarów (były tam samica i dwójka młodych).

- Piękne kotki! - zażartowała Ania.

Kilka razy widziała koty i miała doświadczenie w ich głaskaniu. Tak, właśnie kilka razy. Koty i psy w UE były rzadkością, bo swego czasu bardzo pomyślnie zadziałała polityka sterylizacji tych zwierząt. Być może, w roku 2187 kotki czy suczki zdolne do rodzenia istniały jedynie poza Unią. W zasadzie rozmnażanie zwierząt domowych było już tak samo zbędne, jak rozmnażanie ludzi, bo przy należnym nadzorze były one nieśmiertelne (starość była łatwo leczona). Natomiast zwierzęta dzikie, jak i w dawnych czasach, starzały się i umierały, bo nikt ich nie leczył, więc musiały się rozmnażać.

Po obiedzie z jeszcze większym entuzjazmem sterowała Ania. Na jakimś etapie wirtualnie latała po pewnym lesie. Teren w tym miejscu był taki, że nie byłoby zbyt trudne też realne chodzenie po nim (choć chyba byłoby niebezpieczne), bo las nie był tu zbyt gęsty. Zauważyła, że w odległości kilkudziesięciu metrów jest rzeczka. Zdecydowała stopniowo się zbliżać do rzeczki, ale nie najkrótszą drogą. W pewnym momencie zauważyła z przodu na odległości około 50 metrów kogoś szybko poruszającego się wśród drzew. Nie zdążyła zidentyfikować, kto to jest, aż raptem zrobiło się ciemno i przed oczyma pojawił się czerwony napis: "Ostrzeżenie dotyczące treści. Przemoc. Zmień kierunek lub skontaktuj się z administratorem, żeby kontynuować."

- Oj, co to jest?! - krzyknęła zaskoczona. Szybko zdjęła wirtualne okulary. Na ekranie był ten sam napis. Właściwie, od razu zorientowała się, co to jest; tyle że to było bardzo niespodziewane.

- Z przodu jakieś zwierzę stosuje drastyczną przemoc - wyjaśnił przewodnik. - Niektórzy klienci mogą być zgorszeni takim widokiem, dlatego wymagana jest wyraźna decyzja, czy klient chce to zobaczyć. Ponadto, ponieważ jesteś niepełnoletnia, nie możesz tego zobaczyć bez zgody Aleksandra.

Olek był bardzo liberalnym ojcem i pozostawił to do decyzji Ani.

- No co - powiedział - masz ochotę oglądać przemoc? Uważaj na rodzaj ostrzeżenia. Rozumiem, że nie zaszkodziłby twojej psychice widok spółkujących małp czy jaguarów, ale tu jest inny rodzaj ostrzeżenia: może chodzić o to, że jaguar czy krokodyl kogoś zabija.

- Nie chcę uciekać od tego widoku - stanowczo powiedziała Ania. - Wolę kontynuować drogę tak, jak zamierzałam. Nie lubię rezygnować z informacji dla rzekomego komfortu psychicznego.

- No cóż, przewodniku - powiedział Olek - wyrażam zgodę na oglądanie przemocy.

Taehou (a Olek wciąż nie ryzykował sprawdzać, czy pamięta to imię) przyłożył jakąś kartę do jakiegoś czytnika i na ekranie znów się pojawił widok lasu nad rzeczką. Za drzewami wyraźnie było widać jaguara, który się zajmował czymś leżącym na ziemi. Ania poprowadziła mikrodron bliżej, ale już nie chciała zakładać wirtualnych okularów. Jaguar rozdzierał i stopniowo zjadał zwłoki jakiegoś zwierzęcia. Właśnie najdrastyczniejsza przemoc już minęła, ale nawet sam w sobie widok martwego dużego ssaka wykorzystywanego jako mięso wywoływał wstręt nie tylko u wegetarian.

- O Jezu, przecież to kapibara! - zidentyfikowała zwłoki Ania.

Podróżnicy dokładnie się zaznajomili z tym gatunkiem jeszcze 18 lipca. Te największe na świecie gryzonie bardzo się podobały Ani. Jaguary również się jej podobały, ale trudno było wybaczyć jaguarowi zabicie takiej sympatycznej istoty. Ani zachciało się płakać; ale nie tak aż bardzo, by nie mogła się powstrzymać. Wolała nie uzupełniać tego smutnego widoku jeszcze smutnym widokiem płaczącej dziewczyny. Powiedziała natomiast:

- No cóż, niech sobie je.

I poprowadziła mikrodron w kierunku rzeczki. W dalszym ciągu tego wirtualnego spaceru Ania starała się zachowywać tak samo, jak wcześniej, ale była trochę roztargniona. Cały czas rozpraszała uwagę na myśli spowodowane tym smutnym widokiem. Właśnie myśli, a nie emocje. Dla Ani typowe było dokładne przemyśliwanie zagadnień powiązanych ze zdarzeniami wywołującymi u niej mocne wrażenia. I teraz stopniowo rozważała o tym, czy nie dałoby się jakoś wyeliminować drastyczną przemoc z życia dzikich zwierząt.

Tak czasem bywa, że kierują człowieka do ważnych wniosków i nawet do zmiany przekonań jakieś zdarzenia niedostarczające nowych informacji, a tylko wywołujące jakieś emocje; i te emocje zachęcają myślenie. Przecież Ania i tak dobrze rozumiała, że wśród dzikich zwierząt często się zdarzają okrutne zabójstwa. Ale poważnie zastanowiła się nad tym dopiero po oglądaniu jaguara zżerającego kapibarę.

Podczas kolacji Ania również była trochę roztargniona i małomówna. Olek rozumiał, że wciąż niepokoi ją to drapieżnictwo.

- Być może, jednak powinienem był zabronić ci oglądać tego jaguara - powiedział.

- No nie - odpowiedziała Ania. - Bardzo dobrze, że to obejrzałam. Zastanowiłam się nad tym problemem. Nie trzeba się chować przed problemami, a trzeba je rozwiązywać.

- Ale i tak nie rozwiążemy tego problemu - powiedział Olek. - Dlatego, być może, lepiej się chować. Nie martw się, a dojadaj swoją sałatkę. W niej nie ma mięsa kapibary - zażartował.

Ania się uśmiechnęła z odcieniem smutku i w milczeniu dojadła kolację. Po kolacji można było jeszcze trochę posterować mikrodronem.

- Już nie chce mi się sterować - powiedziała Ania. - Może, znów ty, tato?

- Mnie też się nie chce - odpowiedział Olek. - Chyba na dziś już wystarczy spacerów.

- No cóż - powiedziała Ania. - Taehou, rezygnujemy z dalszej części dzisiejszego programu.

- OK - odpowiedział przewodnik.

- No co, zagramy w coś? - zapytał Olek.

- Nie, grać również nie chce mi się - odpowiedziała Ania. - Proponuję przedyskutować, jak uwolnić zwierzęta od przemocy.

- Oho! Stawiasz taki ambitny cel. Oczywiście, to jest niemożliwe.

- Skąd wiesz, że niemożliwe? Czy ktoś poważnie rozważał to zagadnienie? Po pierwsze, czy naprawdę rezerwaty są tak konieczne? Już osiągnęliśmy taki poziom rozwoju, że nawet w dużych miastach nie ma żadnych problemów ekologicznych. Co złego stałoby się, gdyby wszystkie rezerwaty zostały przekształcone w zwykłe tereny zaludnione?

- Wtedy chyba na Ziemi nie wystarczyłoby roślin do utrzymania poziomu tlenu w atmosferze.

- Chyba? A czy ktoś to liczył?

- Nie wiem. Można sprawdzić w Internecie...

- No właśnie! I, co jeszcze ważne, czy rozważał ktoś możliwość zwiększenia ilości roślin w miastach? Wydaje mi się, że na tej drodze są ogromne potencjalne możliwości. Tak czy siak, to warto policzyć.

- No, załóżmy, że się uda wymyślić, jak mieć dostatecznie roślin, nie mając rezerwatów. A co proponujesz robić ze wszystkimi tymi zwierzętami, które zamieszkują rezerwaty? Może, chcesz wrócić do takiego okrutnego anachronizmu, jak zoo?

- No wiesz, chyba zaludnianie dzikich terenów miałoby się odbywać bardzo stopniowo. Ilość dzikich zwierząt stopniowo obniżałaby się tak samo, jak to zawsze się działo przy stopniowym zaludnianiu dzikich terenów. Oczywiście, to mogłoby być uciążliwe dla zwierząt, ale to jest dopuszczalna cena za to, że na jakimś etapie już nie będzie cierpienia zwierząt.

- Aha, cierpienia nie będzie, i chyba w ogóle nie będzie zwierząt bardzo wielu gatunków.

- No i co? Czy zachowanie gatunków jest ważniejsze, niż szczęście istniejących zwierząt? A wreszcie, ostatnie dzikie zwierzęta można sprowadzić i do jakiegoś schroniska.

- Być może, masz rację. To co, proponujesz zadanie dla urzędowego komputera na temat skutków likwidacji rezerwatów?

- Jak najbardziej! Ale mam jeszcze alternatywny pomysł. Można spróbować przekształcić życie zwierząt w rezerwatach tak, by tam nie było przemocy.

- Jak to sobie wyobrażasz?

- To może różnie wyglądać, ale trzeba jakoś sprawić, żeby drapieżniki przestały zabijać, a ich potencjalne ofiary obniżyły szybkość rozmnażania się. To wygląda dość fantastycznie, ale trzeba po prostu uważnie rozpatrzyć to zagadnienie. Wydaje mi się, że ze współczesną techniką da się to urządzić co najmniej w odniesieniu do kręgowców.

- Trudno wymyślić, jak to zrobić. A mówiąc ogólnie, to proponujesz zbyt drastyczną ingerencję w naturę. Ludzkość już dawno się przekonała, że to jest niebezpieczne.

- Problem polega właśnie na tym, że mówisz o tym zbyt ogólnie. A trzeba rozpatrywać konkretnie. Problemy ekologiczne spowodowane ludźmi zdarzały się, kiedy ludzie źle umieli przewidywać skutki swoich działań. Od tamtych czasów dużo się zmieniło.

- No ale jak to sobie wyobrażasz? Może, genetycznie modyfikować zwierzęta? Ale to oznaczałoby, że trzeba ingerować w życie każdej ciężarnej samicy, póki nie wymrze całe pokolenie. Nawet bez analizy komputerowej jasne, że to byłoby nierealne.

- Zgadzam się, że modyfikacja genetyczna nie wchodzi w grę. Ale można z pomocą odstraszaczy jakoś odseparować drapieżniki od ofiar, a potem karmić drapieżniki dobrze dla nich dobranym wegetariańskim jedzeniem, a nawet urządzać dla nich gry w polowanie z pomocą jakichś robotów udających ofiary. Tymczasem ofiary musiałyby dostawać dodatki do jedzenia obniżające płodność. Albo jeszcze lepiej: dostawać dodatki zupełnie eliminujące rozmnażanie, ale wtedy trzeba je leczyć ze starości.

- No, kolosalne przedsięwzięcie! I wszystko to względem ogromnej liczby par "drapieżnik - ofiara", dla każdej pary osobno. Nie da się.

- A mnie się wydaje, że przy współczesnym rozwoju techniki właśnie da się. Tak czy siak, trzeba to przeanalizować. Z pomocą ogólnych twierdzeń, że coś jest skomplikowane, ludzie usprawiedliwiają swoją niechęć do działania. I w tym przypadku ta niechęć oznacza straszne cierpienie dla milionów zwierząt. Chowamy się przed problemem zamiast spróbować pomóc.

Na tym etapie do rozmowy wkroczył przewodnik:

- Nigdy wcześniej nie zdarzało mi się obserwować, żeby wycieczka do rezerwatu spowodowała takie poważne dyskusje. Nieraz bywało, że ktoś był zniesmaczony widokiem drapieżnictwa, był potem smutny, rezygnował z dalszego programu i takie tam. Ale Anna jako pierwsza w mojej praktyce zaczęła o tym dyskutować na taką skalę.

Dla szczególnie uważnych Czytelników przyda się wyjaśnienie, że w ciągu całej wycieczki Olek i Ania rozmawiali w języku esperanto, żeby nie udawać, że mają jakieś sekrety przed przewodnikami. Oczywiście, przewodnicy i tak mogliby stosować poligloty, ale nie stosowaliby, żeby nie udawać, że chcą poznać coś sekretnego.

Potem Olek i Ania sprawdzali w Internecie, czy nie prowadzono kiedyś konkretnej analizy tych zagadnień, o których mówiła Ania. Szukali dość długo i rzetelnie, ale nic takiego nie znaleźli. Wreszcie Ania powiedziała:

- No co, zgadzasz się, że problem potrzebuje zbadania?

- Raczej tak.

- Proszę więc: kiedy wrócisz do pracy po wakacjach, spróbuj coś z tym zrobić. Przecież pracujesz w takim miejscu, że masz istotne wpływy.

- OK, spróbuję. Przekonałaś mnie.

Pora już zdradzić, gdzie Olek pracował. Był europosłem.

Rozdział VI.

Na 22 lipca było zaplanowane oglądanie zwierząt morskich mieszkających w pobliżu wschodniego brzegu Ameryki Południowej. Ponieważ żadna część oceanu nie należała do rezerwatu, zorganizować takie oglądanie było znacznie prościej, niż oglądanie terenów restrykcyjnie chronionych. Można byłoby nawet zanurzyć do morza sam uniwersalot, gdyby był jednocześnie okrętem podwodnym. Ale nie był. Dlatego uniwersalot zawisał dość nisko nad wodą i z niego wyrzucano zdalnie sterowany malutki okręcik podwodny z kamerą. Obraz z tej kamery można było oglądać, jak zwykle, na ekranie lub z pomocą wirtualnych okularów.

W tym przypadku nie trzeba było czekać, póki zrobi się jasno, bo okręcik zawierał latarkę, z której nikt nie zabraniał korzystać. Tak więc, od razu po zakończeniu porannych spraw podróżnicy zaczęli oglądać tereny podwodne. Przewodnik sterował okręcikiem tak, aby turyści poznawali po kolei różne zwierzęta morskie, analogicznie do tego, jak 18 i 19 lipca poznawali różne zwierzęta lądowe. W jakimś momencie Ania powiedziała:

- Sądzę, że rekina nam nie pokażesz, prawda?

- To zależy od tego, czy będzie jakiś rekin pływał w pobliżu naszego okręcika - odpowiedział przewodnik.

- I jeśli będzie pływał, to chyba się pojawi ostrzeżenie dotyczące treści, prawda? - zapytała Ania.

- Jeśli będzie tylko pływał, to jeszcze nie, ale jeśli zacznie polować, to może być - odpowiedział przewodnik.

Do rozmowy wtrącił się Olek:

- Ale przestań już myśleć o tym jaguarze! Mamy bardzo ciekawą morską wycieczkę.

Wycieczka faktycznie była ciekawa. Ania z dużym zadowoleniem patrzyła na różne ciekawe zwierzęta morskie i z zainteresowaniem słuchała wyjaśnień przewodnika. To jej się kojarzyło z pewną witryną internetową, na którą lubiła wchodzić w wieku 8 lat. Tam były przedstawiane informacje o różnych zwierzętach wodnych i było bardzo dużo obrazków, w tym trójwymiarowych. Ania wtedy wolała raczej oglądać obrazki, niż czytać informacje. A później już aż tak bardzo nie interesowała się zwierzętami wodnymi. I teraz, słuchając przewodnika, niby wracała do tamtych czasów, ale na wyższym poziomie, bo uważnie słuchała wyjaśnień, a nie tylko patrzyła. Przy czym widok przeważającej większości rozpatrywanych teraz zwierząt był jej dobrze znany.

Jednak, wbrew wszystkim tym przyjemnym wrażeniom, w głowie Ani wciąż tkwiło niezadowolenie z okrucieństwa drapieżników. Ale rekina nie napotkano. Wycieczka odbyła się bardzo pomyślnie i bez żadnych zakłóceń. Potem uniwersalot zawisł nad samą wodą i z jego dna wyciągnęły się pewne mechaniczne ręce, które zabrały okręcik z powrotem na pokład. Na tym się zakończyła ostatnia wycieczka w ramach tej podróży. Przyszedł czas lecieć do Polski.

Lot powrotny odbywał się głównie w czasie nocnym. Wieczorem 22 lipca Olek i Ania jeszcze zdążyli zagrać w pewną egzotyczną odmianę szachów. Potem poszli spać, by się obudzić już nad Europą w sensie geograficznym. Olkowi przyśniła się wycieczka podwodna, ale w takiej postaci, jakby on realnie się znajdował pod wodą i pływał na różnych zwierzętach morskich, podobnie do tego, jak w minionych wiekach ludzie jeździli na koniach, a głos jakiegoś nieokreślonego przewodnika przytaczał jakieś wyjaśnienia. Potem usłyszał kobiecy głos, tak jakby przewodnik został zastąpiony jakąś przewodniczką. I wkrótce ta przewodniczka powiedziała:

- No, ile można spać, tato! Już wylądowaliśmy.

Olek się obudził i otworzył oczy. Ta ostatnia fraza przewodniczki w rzeczywistości, oczywiście, była frazą Ani. Faktycznie, uniwersalot stał na ulicy w pobliżu bloku, w którym oni mieszkali. Ania i oboje przewodników z uśmiechem patrzyli na Olka.

- Ale ciekawie! - powiedział Olek. - Zwykle podczas podróży nie przesypiam tego momentu, w którym docieram do celu.

W tym przypadku to było jednak zupełnie niestraszne. Format wycieczki był taki, że przewodnicy mogli spokojnie poczekać, póki Olek zrobi wszystkie poranne sprawy. A tych porannych spraw nawet prawie nie było. Jeść śniadanie w pojeździe już nie miało sensu: lepiej zjeść w domu. Oprócz tego, nie trzeba było długo się ubierać, bo Olek spał w całym ubraniu. W uniwersalocie łatwo można było zorganizować jakiekolwiek opcje co do stroju nocnego, ale Olkowi wydawało się najbardziej naturalne spać w ubraniu, bo to przecież pojazd.

I wreszcie nasi podróżnicy ciepło pożegnali przewodników i skierowali się do domu. Tam zastali Karolinę, którą od razu zaczęli mocno przytulać i całować. Po kilkudziesięciu sekundach Karolina powiedziała:

- Mam dla was niespodziankę. Zaprogramowałam dla was barszcz.

- Sosnowskiego? - zażartował Olek.

- Sam jesteś Sosnowski! - zażartowała Karolina. - Barszcz ukraiński tej odmiany, która najbardziej ci się podoba.

- To wspaniałe! - powiedziała Ania. - Pamiętasz, tato, jak mama kilka dni badała, która odmiana barszczu jest dla ciebie najlepsza?

- Szczerze mówiąc, nie pamiętam. Nie myślę dużo o jedzeniu - odpowiedział Olek.

- No a ja dobrze pamiętam - powiedziała Karolina - że lubisz, by tam zupełnie nie było soku pomidorowego, ale żeby była fasola. Właśnie taką odmianą byłeś zachwycony.

- No, jeśli to pamiętasz, to chyba tak i jest - powiedział Olek.

- A ja lubię wszystkie odmiany barszczu ukraińskiego! - powiedziała Ania.

- Nie zupełnie - sprecyzowała Karolina - bo bywa też niewegetariański. A w minionych wiekach często dodawano do niego nawet mięso ssaków.

- No, nie rób nam już wycieczki do okrutnej przeszłości! - powiedział Olek. - My z Anią też widzieliśmy coś okrutnego. Nie uwierzysz, jakie skutki ma ta podróż: Ania zachęciła mnie do omówienia niektórych problemów w Europarlamencie. Zamierzam zrobić to po wakacjach.

- Oho! - powiedziała Karolina. - I o co chodzi?

- Chodzi o to - powiedziała Ania - że dzikie zwierzęta czasem zachowują się jeszcze gorzej, niż ludzie w okrutnej przeszłości.

- Ale mamy też dużo przyjemnych wrażeń - powiedział Olek. - Lepiej najpierw właśnie o nich opowiemy, żeby nie psuć mamie apetytu.

- Właśnie tak - powiedziała Ania. - Już chcę barszczu!

W trakcie jedzenia smacznego barszczu, który podał robot, Olek i Ania z entuzjazmem opowiadali Karolinie o swojej podróży, wymieniając znacznie więcej szczegółów, niż mógł przeczytać w tej powieści Czytelnik...

Ciąg dalszy nastąpi.
Odpowiedz
#3
Ciąg dalszy.

Rozdział VII.

We wrześniu nadszedł czas powrotu do działalności w Parlamencie Europejskim. Na razie Olek mógł to robić, nie wychodząc z domu. Jechać do Brukseli trzeba było dopiero wtedy, kiedy miały się zaczynać posiedzenia plenarne. Natomiast posiedzenia komisji odbywały się przez Internet, bo na ekranie komputera łatwo się mieściły wizerunki wszystkich członków jakiejkolwiek komisji. Każdy z nich mógł znajdować się gdziekolwiek w trakcie odwiedzania wirtualnego posiedzenia. Większość deputowanych z reguły wolała być w domu, a przewodniczący komisji najczęściej prowadzili posiedzenia ze swoich brukselskich biur.

Olek był członkiem Komisji do spraw Obrony. Jedną z licznych pasji tego wszechstronnego człowieka były sprawy militarne, przy czym interesowały go bardzo różne aspekty tych spraw. A w młodości Olek zajmował się też takim prymitywnym aspektem, jak strzelanie z różnych rodzajów broni palnej oraz z takiej archaicznej broni, jak łuk. Osiągał bardzo dobre wyniki w strzelaniu do odległego celu.

Obrona we wszystkich krajach świata była uważana za bardzo ważną część życia społecznego. W NATO (które się składało z UE, USA i Anglii) obowiązywała zasada, że na obronę trzeba wydawać co najmniej 8% PKB, a co najwyżej 10%. Dlaczego tak dużo? Głównie po to, by zapewnić, że nawet w przypadku wojny nie zajdzie potrzeba stosowania przymusowego poboru do wojska. Wszystkie kraje NATO uznawały, że bardzo ważna jest wolność człowieka i że niedopuszczalne jest zmuszanie człowieka do jakiejkolwiek pracy wbrew jego woli (a zwłaszcza do służby w wojsku).

Takie mocne finansowanie pozwalało utrzymywać wojsko na bardzo wysokim poziomie z różnych punktów widzenia, w tym płacić wojskowym gigantyczne wynagrodzenia. Jak i w innych sferach życia, główną rolę w wojsku odgrywały komputery, ale ludzie również byli niezbędni, i chętnych całkiem wystarczało. Kiedy ogłaszano konkurs na wolne stanowisko w wojsku, zwykle zgłaszało się kilkudziesięciu chętnych i z nich wybierano najlepszego (dla porównania, poza wojskiem na jedno stanowisko zgłaszało się z reguły kilku lub kilkunastu kandydatów).

Wojskowi, nie mając realnych zagrożeń, aktywnie przemyśliwali różne zmyślone sytuacje i urządzali symulacje konfliktów zbrojnych. NATO miało najmocniej rozwinięty system różnych teorii militarnych, włącznie z taką (nie praktykowaną poza NATO) ciekawostką, że rzetelnie przemyśliwano też, jak minimalizować wyrządzenie szkody żołnierzom przeciwnika bez uszczerbku dla swoich osiągnięć: np. za największy sukces uważano takie prowadzenie wojny, by fatalnie zniszczyć system wojskowy przeciwnika, ale nikogo nie zabić, a jeszcze lepiej nawet nikogo nie zranić.

Można jeszcze zapytać, po co w ogóle utrzymywać wojsko; przecież wojny już dawno się nie zdarzały. Ostatni konflikt zbrojny został zażegnany w latach 70. XXI stulecia. Odpowiedź jest oczywista: na wszelki wypadek. Jak lubił żartować pewien europoseł o chińskich korzeniach, "kto wie, co mogą wymyślić ci Chińczycy". Być może, właśnie dlatego i nie zdarzały się wojny, że wszystkie kraje były dobrze uzbrojone: "si vis pacem, para bellum", albo w brzmieniu esperanckim "se vi volas pacon, preparu militon". I poza tym, nie można było niezawodnie wykluczyć takiego hipotetycznego zdarzenia, że zaatakują Ziemię jacyś kosmici. Choć militarny charakter pierwszego kontaktu z cywilizacją pozaziemską był uważany przez naukowców za wysoce nieprawdopodobny, ale rzeczy uważane za wysoce nieprawdopodobne czasem się zdarzają.

À propos życia pozaziemskiego, to tego inteligentnego wciąż nie znaleziono nawet pod koniec XXII wieku. Natomiast swego czasu wywołało dużą sensację zdjęcie z wyraźnie widocznymi roślinami wysłane przez pewien łazik badający jedną z planet w układzie α Centauri; czy są na tej planecie też zwierzęta, pozostawało zagadką. A jeszcze wcześniej zostały znalezione niektóre organizmy jednokomórkowe na kilku księżycach Jowisza i Saturna.

Wracając do spraw militarnych, warto jeszcze odnotować, że broń nuklearna już dawno została zakazana i zniszczona, a tym bardziej nikt nie próbował trzymać broni chemicznej. Zakazana na poziomie międzynarodowym była nawet energetyka jądrowa oparta na rozszczepieniu jąder. W lepszej sytuacji była synteza jądrowa: naukowcom wciąż pozwalano badać, czy nie da się skutecznie korzystać z tego zjawiska, ale postęp był nieduży.

Teraz wróćmy do Olka. Posiedzenie Komisji PE ds. Obrony było zaplanowane na 14:00, tzn. nietrudno było dobrze się wyspać. Praca w PE dobrze pasowała Olkowi, bo był nocnym markiem, a w PE była taka tendencja, że wszelkie prace z reguły zaczynały się po południu i czasem trwały do późnych godzin wieczornych. Być może, w XXI wieku takiej osobliwości jeszcze nie było, ale stopniowo parlamenty wszystkich krajów unijnych i sam Parlament Europejski zsunęły się do "nocnego markowania", zachęcone przykładem parlamentów Polski i niektórych innych krajów, gdzie nawet wyraźnie nocne posiedzenia dawno były rzeczą zwykłą.

Olek usiadł przy komputerze o 13:50, wszedł na odpowiednią stronę i zaczął obserwować, jak stopniowo pojawiają się na ekranie inni członkowie Komisji. W tej sytuacji nie było zwyczaju się witać przez ekran. Punktualnie o 14:00 wszystkich powitał przewodniczący i posiedzenie się zaczęło. Ciekawie, że, w odróżnieniu od plenarnych posiedzeń PE, na posiedzeniach komisji nikt nie rozmawiał w języku esperanto, bo przecież i tak wszystko tłumaczył komputer. Olek wszystko słyszał w języku polskim i sam, kiedy miał coś do powiedzenia, mówił po polsku, wiedząc, że każdy usłyszy jego wypowiedź w doskonałym tłumaczeniu na swój język.

Prawdopodobnie, nawet przewodniczący nie przejmował się mówieniem w języku esperanto, a mówił po koreańsku. Na czele tej komisji stał obywatel Korei mający na imię Kim Do Ok, będący bardzo dalekim krewnym właśnie tych Kimów, którzy kiedyś tyranizowali północną część Korei i straszyli świat bombą atomową. Ale nawet gdyby był ich bliskim krewnym, ta ciekawostka nie odgrywałaby istotnej roli.

Posiedzenie tym razem było dość rutynowe, wbrew temu, że pierwsze po wakacjach. Zatwierdzono decyzje komputera i przegłosowano kilka kolejnych zadań dla komputera, z których żadne nie było szczególnie ciekawe i nie budziło kontrowersji. W tej epoce w pewnym sensie realną władzę sprawowały komputery, ale na wszelki wypadek ludzkie organy władzy miały ostatecznie zatwierdzać decyzje komputerów. Zwykle decyzje były konkretne: komputer analizował jakąś propozycję i wydawał odpowiedź o tym, jaka decyzja byłaby optymalna. Czasem natomiast się zdarzało, że komputer charakteryzował pytanie jako światopoglądowe albo jako będące sprawą smaku i dlatego nie dawał konkretnej odpowiedzi, a tylko szczegółowo przedstawiał skutki każdej decyzji. Wtedy ludzie wybierali decyzję, głosując zależnie od swoich poglądów albo zależnie od swego smaku; głosowali, oczywiście, członkowie odpowiednich organów władzy, ale w szczególnie ważnych kwestiach zarządzano referenda.

I był jeden rodzaj spraw, w których nigdy nie dawało się uniknąć głosowania opartego na subiektywnej ocenie głosujących. Tak było przy wyznaczaniu, czy skierować jakąś pewną sprawę na rozpatrywanie komputera. Przecież praca takiego inteligentnego komputera była bardzo droga, a dodatkowo każda decyzja wymagała jakiegoś zauważalnego czasu. Dlatego nie wolno było go obciążać wszystkim, co może komuś przyjść na myśl. Jeżeli zatwierdzać decyzję miał PE, to żeby skierować odpowiednie zadanie do komputera wystarczała uchwała odpowiedniej komisji PE.

I w tym dniu Olek właśnie miał propozycje takich zadań, tylko nie do swojej komisji. Musiał się skontaktować z Komisją do spraw Ochrony Środowiska Naturalnego. Dlatego po zakończeniu swego posiedzenia nie odszedł od komputera i nie wylogował się ze strony PE, a złożył wniosek o wirtualne spotkanie z przewodniczącą Komisji ds. Ochrony Środowiska Naturalnego. Otrzymał odpowiedź, że spotkanie może się odbyć o 19:00. Do tego terminu pozostawało jeszcze ponad dwie godziny. Olek przypomniał sobie, że właśnie może zjeść podwieczorek, i ocenił, że zdąży to zrobić przed początkiem spotkania.

Głównym elementem zaprogramowanego przez Karolinę podwieczorku były kanapki z wegańskim serem pokrojone na kawałki różnych kształtów. Niektóre kawałki przedstawiały sobą po prostu geometryczne figury, np. trójkąty różnych rodzajów, prostokąty, romby, koła, a niektóre były podobne do różnych obiektów, takich jak np. kwiatki, motyle, ryby, samoloty, sierp Księżyca i inne. Karolina dobrze umiała wymyślać jakieś ciekawe osobliwości, nawet kiedy programowała bardzo proste jedzenie.

I wreszcie przyszedł czas, kiedy Olek zobaczył na ekranie komputera szefową Komisji ds. Środowiska o imieniu Indira Kulkarni. Była Hinduską i nawet miała tę staromodną plamkę na czole. Dialog między Olkiem a Indirą był podobny do dialogu między Anią a Olkiem w uniwersalocie, z tym że teraz Olek był zamiast Ani, a Indira zamiast Olka. Tylko w tym przypadku Olek precyzyjniej od Ani sformułował, na czym polega propozycja. Właściwie, proponował dwa zadania dla urzędowego komputera. Pierwsze: czy warto zlikwidować rezerwaty przyrody, jednocześnie zwiększając ilość roślin na zaludnionych terenach? Jeżeli warto, to jak dokładnie to zrobić? Drugie: czy da się zreorganizować życie dzikich kręgowców tak, by nie zawierało agresji? Jeżeli da się, to jak dokładnie to zrobić?

W końcu Indira się zgodziła, że chyba te zagadnienia zasługują na zbadanie. Ale nawet gdyby się nie zgodziła, to i tak była zobowiązana nadać Olkowi możliwość wystąpić na posiedzeniu Komisji: każdy europoseł był uprawniony do poddania pod głosowanie jakiejkolwiek swojej propozycji w odpowiedniej komisji.

- OK - powiedziała - mamy następne posiedzenie 18 września o 12:00. Dodaję twoją sprawę do porządku obrad. Ale zalecam ci bardziej szczegółowo rozważyć konkretne metody wprowadzenia zmian w środowisku naturalnym. Niekonkretność będzie bardzo mocnym argumentem przeciwko analizie komputerowej, bo drastycznie zwiększy czas i koszt pracy komputera. Wyobraź sobie, ile różnych podejść będzie musiał rozważyć, jeżeli nie wskażesz konkretnej drogi.

- Rozumiem - powiedział Olek. - Postaram się jakoś to skonkretyzować. Mam jeszcze około dwóch tygodni do posiedzenia. No, dziękuję. Cześć!

- Cześć! Do zobaczenia 18 września - powiedziała Indira i zniknęła z ekranu.

Za chwilę ktoś zapukał do pokoju.

- Proszę - powiedział Olek.

Weszła Karolina.

- No co - powiedziała - umówiłeś się o rozpatrywanie swoich rewolucyjnych propozycji? Czy może umówiłeś się na spotkanie z jakąś kochanką? Usłyszałam, że masz się spotkać z jakąś kobietą 18 września.

- To będzie posiedzenie Komisji do spraw Ochrony Środowiska, a ta kobieta to przewodnicząca tej komisji. Chodzi właśnie o rewolucyjną propozycję. A jednak, umawiać się z kochanką w sytuacji, gdy oboje jesteśmy w domu, byłoby również dość rewolucyjnie.

- No nie wiem, być może, mógłbyś znaleźć jakąś kochankę, która bardziej ci odpowiada pod względem okresu spania. Właśnie przyszłam powiedzieć, że wkrótce pójdę spać. Czy jesteś teraz nastawiony na seks?

- Jak najbardziej! - powiedział Olek.

Różnica pomiędzy Olkiem a Karoliną w zwyczajach dotyczących okresu spania powodowała, że z reguły trudno im było uprawiać seks w łóżku bezpośrednio przed snem. Dlatego praktykowali oni dużo innych opcji. W skrajnych przypadkach bywało tak, że gdy Karolina już się budziła, Olek dopiero się wybierał spać; w takich okolicznościach seks również bywał mile widziany.

Rozdział VIII.

W oczekiwaniu posiedzenia Komisji ds. Środowiska Olek stopniowo przemyśliwał, jak dokładnie sformułować zadania dla urzędowego komputera. Zadanie dotyczące ewentualnej likwidacji rezerwatów wydawało się nietrudne. Natomiast jeśli chodzi o zadanie dotyczące eliminacji drapieżnictwa, to ono wyglądało bardzo mgliście. Olek wymyślał różne konkretne schematy, ale nie mógł się zdecydować, który z nich zasługuje na uwagę komputera. Na jakimś etapie rozważań Olek wreszcie wyznaczył, co dokładnie proponować.

18 września Olek siedział przy komputerze jako zaproszony na posiedzenie Komisji PE ds. Ochrony Środowiska Naturalnego. Kiedy przyszła jego kolej, zaczął wyjaśniać swoje propozycje. Według planu posiedzenia, Olek miał wyjaśnić od razu obie propozycje, ale potem każda z nich miała być dyskutowana i głosowana osobno. Starał się być bardzo przekonującym. Dość dokładnie opowiedział, jakie wrażenia z podróży skłoniły jego córkę, a potem jego samego, do rozpatrywania tych kwestii (uważał, że to może mocno zadziałać na członków Komisji). Przytaczał argumenty przeciw i wyjaśniał, dlaczego one go nie przekonują.

Pierwsze zadanie dla komputera sformułował następująco: "Załóżmy, że wszystkie rezerwaty przyrody będą stopniowo przekształcane w tereny zaludnione z należnym w takich okolicznościach poszanowaniem interesów kręgowców oraz z umieszczeniem w schroniskach i sterylizacją tych kręgowców, których pozostawienie w warunkach naturalnych uniemożliwiłoby ten projekt. Załóżmy dodatkowo, że w tymże czasie na terenach zaludnionych będzie stopniowo zwiększana ilość roślin. Zbadać, czy taka działalność może być dopuszczalna i, jeżeli tak, to jaka ilość dodatkowych roślin (wyrażona parametrem wygodnym do tego zadania) musi być dodana. Uwzględnić w szczególności: 1) eliminację cierpienia spowodowanego działalnością dzikich kręgowców w warunkach naturalnych; 2) ilość tlenu w atmosferze, mając na uwadze możliwość zdrowego oddychania ludzi i innych zwierząt."

Zaś sformułowanie drugiego zadania wyglądało tak: "Załóżmy, że w Puszczy Białowieskiej z pomocą odstraszaczy zostaną wprowadzone takie strefy, że każdy gatunek ssaków zamieszkujących tę Puszczę będzie występował tylko w pewnej odpowiadającej mu strefie, przy czym te strefy będą ukształtowane tak, by został spełniony następujący warunek: jeżeli osobniki należące do gatunku X występują jako pożywienie dla innego gatunku Y, to strefa gatunku X nie może się przecinać ze strefą gatunku Y (chyba że pole przecięcia będzie zerowe). Załóżmy dodatkowo, że wszystkie osobniki ze wszystkich gatunków ssaków, dla których nieobecność pożywienia w postaci innych ssaków byłaby uciążliwa, będą dokarmiane substancjami eliminującymi tę uciążliwość. Ponadto załóżmy, że chęć drapieżnych ssaków do polowań zostanie uspokojona za pomocą robotów doskonale imitujących zwierzęta, na które te ssaki polują. Zbadać, czy taka działalność może być dopuszczalna. Uwzględnić w szczególności eliminację cierpienia ofiar drapieżników. Wyznaczyć koszt wprowadzenia takiego porządku i coroczny koszt jego utrzymania, wyliczając go dla jakiejkolwiek jednej dopuszczalnej konfiguracji stref."

Olek zdecydował ograniczyć to drugie zadanie tylko do ssaków (czyli najbardziej świadomych kręgowców) oraz tylko do Puszczy Białowieskiej, bo obawiał się, że inaczej to będzie zbyt skomplikowane. Spodziewał się, że w przypadku powodzenia takiego programu w Puszczy Białowieskiej wkrótce zostanie on wdrożony też w innych rezerwatach. Ale nawet z takimi istotnymi uproszczeniami kwestia wydawała się bardzo zawiła. Znacznie bardziej optymistycznie Olek postrzegał zadanie pierwsze. Ale, jak wkrótce się dowiemy, to pierwsze okazało się jeszcze trudniejsze do zrealizowania, niż to drugie.

Kiedy się zaczęła debata na temat ewentualnej likwidacji rezerwatów, jako pierwszy zabrał głos pewien Arab, będący bardzo doświadczonym parlamentarzystą. Powiedział:

- Moim zdaniem, nie ma sensu dawać komputerowi takiego zadania, bo odpowiedź już znamy: komputer powie, że to jest pytanie światopoglądowe. Nie istnieje ogólnie uznana odpowiedź na pytanie, jaki stan jest dla zwierzęcia lepszy: w warunkach naturalnych czy w schronisku. Tym bardziej nie da się wyznaczyć tego z pomocą jakichś obliczeń. Dlatego komputer będzie miał nieokreślony parametr i nie potrafi wskazać optymalnej decyzji. Chyba że dojdzie do wniosku, że nie da się skompensować produkowania tlenu, i wtedy wyda decyzję negatywną. A przy założeniu, że decyzja komputera nie będzie negatywna, decydować będzie nasza komisja i jestem pewien, że decyzja, która zapadnie na tym etapie, również będzie negatywna. Dobrze znam skład naszej komisji z punktu widzenia różnych kwestii światopoglądowych. Nie wystarczy tu głosów, by sprowadzić dzikie zwierzęta do schronisk.

Opinia tego Araba mocno oddziaływała na postrzeganie sytuacji przez innych obecnych na posiedzeniu. Miał bardzo duży autorytet, bo zasiadał w Europarlamencie już od ponad 70 lat, będąc jeszcze wśród tych wybranych do PE od razu po wstąpieniu jego kraju do UE. Oprócz tego, naprawdę bardzo dobrze się orientował w nastrojach i tendencjach ludzi i komputerów. Następni przemawiający w większości poparli punkt widzenia Araba. Tylko jeden deputowany, będący białoruskim Żydem, powiedział, że jego zdaniem kwestia zasługuje na zbadanie przez komputer. Wynik głosowania był negatywny.

Dalej zaczęła się debata na temat odseparowania drapieżników od ofiar. Jako pierwszy zabrał głos ten sam białoruski Żyd, który poparł propozycję Olka w poprzedniej debacie. Powiedział, że kwestia zasługuje na dużą uwagę, zwłaszcza w sytuacji odrzucenia poprzedniej propozycji, bo dzikie życie zwierząt jest naprawdę okrutne. Przytoczył różne emocjonalne argumenty. Opowiedział m.in., jak w dzieciństwie był świadkiem zabicia kury (w czasach, kiedy jeszcze niektórzy jadali mięso tych ptaków). Stwierdził, że myślenie o tym, że np. wilki zabijają zające, wywołuje w jego pamięci wspomnienia o tamtej kurze i budzi dużą niechęć do wszelkiego drapieżnictwa. Ponadto powiedział, że byłoby mu bardzo przyjemnie, gdyby taki doniosły eksperyment na zwierzętach zaczęto właśnie w Puszczy Białowieskiej, bo przecież ta Puszcza częściowo znajduje się w jego kraju.

Jednak wśród dalszych uczestników debaty większość bardzo wątpiła w celowość pytania komputera o taki eksperyment. Argumenty z reguły sprowadzały się do tego, że nadzwyczajna wysokość jego kosztów jest oczywista, a ponadto cena obliczeń komputera również byłaby znacznie wyższa od zwykłych zadań. I to nawet z zaproponowanymi ograniczeniami: do ssaków i Puszczy Białowieskiej. A jeśli nawet założyć, że to zostanie zrobione, to będzie kropla w morzu drapieżnictwa wśród dzikich zwierząt; powstanie chęć poszerzenia takiej działalności na inne kręgowce i na inne rezerwaty, a to będzie jeszcze wielokrotnie droższe i jasne, że się nie da; więc, nie ma sensu nawet zaczynać.

Jednak niektórzy mówili, że powyższe rozważania są bardzo subiektywne i dobrze byłoby, gdyby dokładnie to zbadał komputer, tym bardziej że kwestia jest bardzo ważna dla dobra zwierząt. Występujący z takich pozycji z reguły podkreślali, że nawet realizacja takiego częściowego programu, jak się proponuje (dla ssaków i Puszczy Białowieskiej), już sama w sobie byłaby mocnym osiągnięciem i ewentualna niemożliwość poszerzenia programu nie jest argumentem przeciw.

Nadszedł moment głosowania. Olek w napięciu patrzył na tę część ekranu, gdzie miały zostać wyświetlone wyniki. I zobaczył czerwony napis: "Wniosek odrzucono." Za wnioskiem głosowało 27 członków komisji, przeciw 29, wstrzymało się 8. Niby dość niezły wynik, ale negatywny. Zanim przewodnicząca pożegnała Olka, przypomniała przepisy, według których Olek może złożyć te same wnioski do przewodniczącego PE i wtedy będą one rozpatrywane na posiedzeniu plenarnym Europarlamentu. Właśnie tak Olek zamierzał zrobić. Nie chciał szybko się poddawać.

Jednak zdecydował, że pozostawi tylko jeden wniosek: ten drugi, dotyczący odseparowania drapieżników od ofiar. Pomysł likwidacji rezerwatów był chyba niefortunny, przynajmniej nie miał szans na pomyślne przegłosowanie. Szczerze mówiąc, drugi wniosek również miał mało szans, ponieważ zwykle przeważająca większość europosłów głosowała zgodnie z decyzją odpowiedniej komisji, bo ufała odpowiednim fachowcom. Mała różnica między liczbą głosów "za" a tą "przeciw" w komisji zupełnie nie oznaczała, że wielu parlamentarzystów będzie się wahać. Ale Olek nie lubił się poddawać i wolał iść do końca.

W następnym dniu już rozmawiał przez komputer z Murzynem z Południowej Afryki, który był przewodniczącym Parlamentu Europejskiego. Wniosek został złożony. W październiku zaczynały się posiedzenia plenarne, i jedno z nich miało być poświęcone wnioskowi Aleksandra Jaroszyńskiego. Przypomnijmy, że posiedzenia plenarne odbywały się w Brukseli (trudno było łączyć przez Internet tak dużo osób).

Teraz rolę stolicy UE odgrywała wyłącznie Bruksela, a nie tak, jak dawniej, kiedy niektóre instytucje UE znajdowały się w innych miastach, a Europarlament nawet miał siedziby zarówno w Brukseli, jak i w Strasburgu. Na pewnym etapie to zostało uznane za zupełnie zbędne marnowanie pieniędzy i Bruksela zwyciężyła jako pełnowartościowa stolica. Były jednak próby wprowadzenia zupełnie nowego rozwiązania. Np. jedna dziwaczna Kanadyjka uważała, że stolica UE ma się znajdować w Indiach, ponieważ to właśnie Indie są źródłem kultury europejskiej. I, chociaż nikt nie wątpił w olbrzymią rolę Indii dla ukształtowania wartości europejskich (które teraz już były wartościami prawie światowymi), pomysł tak dalekiej przeprowadzki instytucji UE był uznany za niefortunny. Niektórzy wtedy żartowali, że analogicznie można byłoby zaproponować zastąpienie esperanto sanskrytem; nawet wspomniana wyżej Kanadyjka postrzegała to jako żart, bo wszyscy dobrze rozumieli zalety sztucznych języków w porównaniu z tymi naturalnymi.

Tak więc, w październiku Olek poleciał do Brukseli. Leciał, jak zwykle, regularnym uniwersalotem, mieszczącym kilkunastu pasażerów, czyli podróż wyglądała dość skromnie. Olek lubił podróżować, a jednocześnie nie nudziły go podróże powtarzające się. Dlatego każdy swój lot do Brukseli postrzegał jako bardzo przyjemne spędzanie czasu. W trakcie samego lotu obserwował chmurki przez okno. Przyjemnie mu było też znajdować się na różnych dobrze mu znanych dworcach uniwersalotowych. Zupełnie nie przypominały lotnisk z minionych wieków, a przypominały raczej dworce kolejowe czy autobusowe. Co więcej, regularne uniwersaloty, niczym autobusy, miały dużo przystanków (czyli lądowań) między punktem początkowym a tym końcowym. Olek zwykle latał do Brukseli uniwersalotem Baku - Dublin, który miał przystanek m.in. w Kielcach, gdzie Olek mieszkał. Czasem bywało, że wolał natomiast przejechać pociągiem od Kielc do Warszawy i stąd lecieć uniwersalotem pośpiesznym Nowosybirsk - Madryt.

Po przybyciu do Brukseli Olek, jak zwykle, zakwaterował się w specjalnym hotelu dla europosłów. Miał tam mieszkać kilka tygodni, póki będą trwały posiedzenia plenarne. Oczywiście, przygotowanie jedzenia i sprzątanie w hotelu było zorganizowano tak samo, jak w domu: z pomocą robotów. Istotna różnica między hotelem a domem polegała tylko na tym, że obok nie było żony i córki. Natomiast była kochanka: Olek się przyjaźnił z pewną europosłanką z Francji, która często z nim sypiała. Miała na imię Alicja (właściwa francuska pisownia Alice, czyta się "Alis" z akcentem na drugiej zgłosce; w języku esperanto Olek nazywał ją Alico, czasem Alinjo). W domu miała męża, ale małżeństwo było otwarte, tak samo jak u Olka.

Zaczęły się dość nudne posiedzenia, które się sprowadzały prawie wyłącznie do głosowania decyzji zaakceptowanych przez różne komisje na podstawie opinii komputera. Sytuacja zrobiła się znacznie ciekawsza, kiedy przyszedł dzień rozpatrywania wniosku Olka. Olek starał się występować jeszcze bardziej przekonująco, niż na posiedzeniu komisji. Dalej była dość ciekawa debata. Ale, jak należało się spodziewać, największą rolę w kształtowaniu zdania europosłów odgrywała decyzja komisji. Za skierowaniem zadania do komputera zagłosowały zaledwie 32 osoby; czyli z tych, którzy nie rozpatrywali tego na komisji, Olek przekonał zaledwie jakąś piątkę deputowanych, włącznie ze sobą.

Wydawało się, że to ostateczna klęska i że już nie ma możliwości powrotu do tej sprawy. Ale Olek był człowiekiem uporczywym. Nie chciał się poddać i przeczuwał, że to jeszcze nie koniec, chociaż jeszcze nie zdążył wymyślić, co dokładnie robić dalej.

W nocy, tuż po skończeniu posiedzeń, do Olka podeszła jego kochanka Alicja.

- Głosowałam za twoim wnioskiem - powiedziała. - Uważam, że to wspaniały pomysł. Być może, później się uda zrobić coś podobnego.

- Dziękuję - odpowiedział Olek. - Spodziewam się, że podjęłaś decyzję na podstawie racjonalnych rozważań, a nie naszych stosunków.

- Oj, cały czas wyolbrzymiasz moją emocjonalność!

- Ale jesteś naprawdę emocjonalna i to mi się podoba.

- Ale nie aż tak emocjonalna, by uzależniać swój głos od stosunków.

- No OK. Pójdziemy teraz do mojego pokoju czy do twojego?

- A wybierz sam.

- Więc do mojego, bo stąd jest do niego bliżej - powiedział Olek, rozpinając jedną napę na spodniach Alicji.

- OK! - odpowiedziała Alicja, zapinając napę. - Widzę, że to ty dziś jesteś nieco bardziej emocjonalny, niż zwykle.

- Chyba. Mówiąc konkretniej, bardziej seksualny.

Niepowodzenia zwykle podwyższały libido Olka...

Rozdział IX.

W następnych dniach Olek stopniowo przemyśliwał, co dalej robić z tą sprawą cierpienia zwierząt. Można, oczywiście, złożyć ten sam wniosek w następnej kadencji Europarlamentu, jeżeli Olek znów zostanie do niego wybrany. Ale, niezależnie od tego, która to będzie kadencja, warto przedstawić wniosek jakoś inaczej, bardziej przekonująco. Jak to można byłoby zrobić? Bardzo dobrze wyglądałoby, gdyby Olek sam wykonał jakieś eksperymenty na zwierzętach, podobne do tych proponowanych we wniosku. To mogłoby częściowo rozwiać obawy na temat wykonywalności i kosztu takich działań. Ale jak to zrobić?

Ze strony technicznej dużych problemów chyba nie byłoby: Olek z wykształcenia był biologiem, przy czym głównie zoologiem. Ale olbrzymie problemy były ze strony organizacyjnej. Nie wolno było tak po prostu prowadzić eksperymentów na kręgowcach; potrzebne było zezwolenie. Ale raczej nie było szans uzyskać zezwolenie na taką egzotyczną działalność, która właśnie nie znalazła poparcia w Europarlamencie. Co więcej, w Unii nawet posiadanie kręgowców było restrykcyjnie kontrolowane i każde nabycie kręgowca wymagało zezwolenia. Nawet gdy chodziło o koty czy psy (które, jak już wspominaliśmy wyżej, były dość rzadkimi zwierzętami). I przy każdym nabyciu kręgowca trzeba było podpisywać pewne zobowiązania dotyczące przyszłego obchodzenia się z nim.

Poza Unią było z tym nieco łatwiej, zwłaszcza w Chinach. Olek pomyślał, że teoretycznie można byłoby na jakiś czas przeprowadzić się do Chin, wykonać tam pewne eksperymenty, a potem wrócić do Unii i opowiedzieć o ich wynikach. Cóż, dla dobra zwierząt można nawet się zgodzić na mieszkanie w Chinach, ale Olek pozostawił tę opcję jako skrajną, na wypadek, jeżeli nie wymyśli nic lepszego. Był wyraźnym zwolennikiem europejskiej ideologii, a przeprowadzki ludzi do innych krajów w XXII wieku prawie zawsze odbywały się z przyczyn ideologicznych.

Warto też zauważyć, że takie przeprowadzki były bardzo łatwe. Już dawno podróże do innych krajów (w tym z przekroczeniem granic Unii) nie wymagały żadnych wiz czy zezwoleń. Zalążkiem takiego stanu był swego czasu Układ z Schengen, i formalnie ten Układ wciąż był ważny. Niektórzy prawnicy pamiętali teoretyczne informacje o tym, jakie kraje należą do strefy Schengen, a jakie mają inne umowy o ruchu bezwizowym. Ale to już było zupełnie nieistotne. Po prostu już dawno nigdzie przy granicach państwowych nie było ani straży granicznej, ani służby celnej. Poziom życia był w przybliżeniu jednakowy we wszystkich krajach, i zupełnie się nie opłacało wymyślać i egzekwować jakieś ograniczenia na przepływ ludzi czy rzeczy przez granice; jak i ludziom się nie opłacało coś kombinować z kupowaniem i sprzedawaniem towarów w różnych krajach.

Wracając do eksperymentów na zwierzętach, odnotujemy jeszcze, że zupełnie nie wchodziły w grę jakieś działania niezgodne z prawem; takie coś Olkowi nawet nie przychodziło na myśl, bo był człowiekiem praworządnym, jak i przeważająca większość ludzi tej epoki. Nawet jakieś drobne wykroczenie było postrzegane jako dość poważna dewiacja, chyba w przybliżeniu tak, jak w wieku XXI postrzegano umyślne zabójstwo człowieka. (A takie zabójstwa, nawiasem mówiąc, już w ogóle się nie zdarzały; ostatnie na świecie umyślne zabójstwo człowieka odbyło się w roku 2109, a w UE w 2088.)

No, a tacy dewianci, którzy jednak łamali prawo, praktycznie nigdy nie unikali odpowiedzialności. Wykrywanie przestępstw i wykroczeń było sprawą dość łatwą, m.in. dlatego, że praktycznie wszystkie miejsca, gdzie mogli przebywać ludzie, były monitorowane przez kamery. Nawet prywatne mieszkania i nawet takie intymne miejsca, jak np. łazienki. Oczywiście, oglądanie obrazów z tych kamer było możliwe tylko przez osoby uprawnione i tylko z poważnych powodów.

Ciągle oglądał te obrazy tylko inteligentny system elektroniczny, który decydował, czy zarejestrowany obraz nie ma cech, mogących świadczyć o łamaniu prawa przez kogoś lub o jakimś zagrożeniu dla kogoś. Jeżeli system podejrzewał łamanie prawa lub zagrożenie, to odpowiedni film był wysyłany do oglądania przez dwóch losowo wybranych funkcjonariuszy: policjantów, jeżeli chodziło o łamanie prawa, i strażaków, jeżeli chodziło o inne zagrożenie. Jeżeli co najmniej jeden z tych funkcjonariuszy decydował, że sprawa potrzebuje wszczęcia postępowania, to system przekazywał sprawę do funkcjonariusza, który prowadził to postępowanie dalej (zawsze do innego, niż ci dwaj początkowi, żeby ich decyzji nie zakłócało ewentualne lenistwo).

Ciekawie, że z reguły człowiek nie mógł wykorzystywać tych obowiązkowych kamer nawet do obejrzenia, co się działo w jego własnym mieszkaniu. Inna sprawa, jeżeli, oprócz obowiązkowych kamer, zainstalować w swoim mieszkaniu swoje prywatne kamery, to obrazy z tych prywatnych już można sobie oglądać bez ograniczeń. Niektórzy woleli posiadać takie prywatne kamery, ale ich zainstalowanie wymagało zezwolenia. I w razie korzystania z takiej prywatnej kamery musiał wisieć na ścianie dobrze widoczny dla gości napis o tej kamerze i jej zasięgu.

Wróćmy do rozważań Olka. Długo nie mógł on wymyślić realistycznej metody realizacji swego celu. Wreszcie skończył się okres posiedzeń plenarnych. Olek wracał do domu uniwersalotem Dublin - Baku, a w jego głowie cały czas kręciła się ta sprawa. Niektóre chmurki za oknem uniwersalotu kojarzyły mu się ze zwierzętami i Olek półświadomie analizował, czy rozmieszczenie chmurek odpowiada zasadom odseparowania drapieżników od ofiar. Chociaż częściej chmury przypominały po prostu widoki pasujące do Oceanu Arktycznego, i wtedy Olek półświadomie wyznaczał, która góra lodowa będzie odseparowywać niedźwiedzie białe od ich ofiar.

W jakimś momencie pewna chmura wydała się Olkowi podobna do ośmiornicy. Półświadomie przeskoczyły przez głowę myśli: nie kręgowiec, więc niby nie ma o co się martwić; choć niektórzy uważają poziom ich inteligencji za dość wysoki... I raptem do wyraźnej świadomości Olka dotarł bardzo prosty genialny pomysł. Nie kręgowiec! Jak mógł nie pomyśleć o tym wcześniej! Przecież ograniczenia co do posiadania i traktowania zwierząt dotyczą tylko kręgowców. Olek więc może przeprowadzić odpowiednie eksperymenty na bezkręgowcach! Oczywiście, to będzie coś trochę innego, niż proponuje wprowadzić w rezerwatach, ale coś podobnego. Pomyślność takich eksperymentów może skłonić europosłów do pozytywnej decyzji.

Tymczasem uniwersalot podchodził do lądowania w Berlinie. Do Kielc pozostawało kilka przystanków. Odbywając tę pozostałą drogę, Olek szybko budował w swoim umyśle dość konkretne plany. Wysiadając na kieleckim dworcu uniwersalotowym, już dobrze wyobrażał sobie, co będzie robił w najbliższych dniach. Odległość od dworca do domu była taka, że Olek czasem szedł na piechotę, a czasem jechał tramwajem (swego czasu autobusy w Kielcach zostały prawie zupełnie wyparte przez tramwaje, choć nie we wszystkich miastach była taka tendencja). Tym razem Olek najpierw chciał iść na piechotę, bo szybkie chodzenie dobrze pasowało do podnieconego nastroju. Ale zobaczył, że tramwaj podjechał do przystanku właśnie w tym momencie, kiedy Olek obok niego przechodził. Wtedy Olek nagle wskoczył do tramwaju, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu i opowiedzieć żonie i córce o swoich planach.

W domu, po ciepłych powitaniach, Olek powiedział Karolinie i Ani:

- Wymyśliłem, co mam robić, by przekonać deputowanych do zbadania odseparowania drapieżników od ofiar!

- Opowiesz nam to podczas kolacji - powiedziała Karolina. - Na razie lepiej odpocznij od polityki choć kilka minut. Z okazji twojego przyjazdu mamy dziś ciekawe danie na końcu kolacji: ciasteczka szachowe.

- Masz na myśli herbatniki szachowe? - zapytał Olek. Dobrze wiedział, że w Kielcach już od kilku lat bywają w sprzedaży tak zwane herbatniki szachowe, zawierające wizerunki różnych bierek szachowych. Olek bardzo lubił jeść takie herbatniki; przy czym chodziło nie o ich smak (zwykłe sobie herbatniki), a o estetyczną wartość tego faktu, że widać na nich szachy.

- Nie zupełnie - odpowiedziała Karolina. - Zaprogramowałam dla ciebie coś jeszcze bardziej szachowego. Na herbatnikach szachowych są płaskie wizerunki bierek, a nasze roboty zrobiły dziś pieczywo 3D dokładnie w kształcie bierek. Tymi ciasteczkami nietrudno byłoby nawet grać w szachy, ale raczej zalecam je zjeść.

- Wspaniale! - ocenił Olek. - A czy liczba bierek odpowiada ich liczbie w szachach?

- Właśnie tak, przy czym zaprogramowałam trzy komplety szachowe: dla każdego z nas. Oczywiście, trudno będzie zjeść to od razu, pozostanie też na później. Czarne bierki są pokryte warstwą czekolady. Chciałam jeszcze zaprogramować szachownice, ale pomyślałam, że raczej nie lubisz jadać takich dużych płatów pieczywa.

- Wspaniale! - podsumował Olek. - Doskonale znasz moje smaki. Jesteś najlepszą na świecie żoną!

- A nie powiesz, że jestem twoim najcenniejszym skarbem? - z uśmiechem zapytała Karolina.

- Raczej to zbędne - odpowiedział Olek. - Taką frazę psycholodzy zalecają stosować tylko kiedy żona się gniewa.

- Ależ cwaniaczek!

Ciąg dalszy nastąpi.
Odpowiedz
#4
Ciąg dalszy.

Rozdział X.

Jako zwierzęta doświadczalne Olek zamierzał wykorzystać owady wraz z pająkami, robakami itp. Zalety takiego wyboru są oczywiste: to zdecydowanie nie kręgowce, a dodatkowo mają bardzo małe rozmiary, co ułatwia zadanie z wielu punktów widzenia. Ale wszystko jedno potrzebny był jakiś mniej-więcej obszerny teren, na którym dałoby się ukształtować zamknięty ekosystem; co najmniej kilka arów. Dlatego w następnym dniu po przyjeździe z Brukseli Olek zaczął szukać w Internecie informacji o wynajmowanych lub sprzedawanych działkach.

Dość szybko znalazł coś takiego, co mu bardzo odpowiadało. W pewnym ogłoszeniu chodziło o wynajmowanie działki wraz z budynkiem parterowym w pewnej wsi położonej niedaleko Kielc; powierzchnia działki wynosiła 9 arów bez uwzględnienia powierzchni zajętej przez budynek. Właścicielem tej działki był Piotr Kamieński, człowiek o bardzo konserwatywnych zwyczajach. Jeszcze kilka lat temu mieszkał w tym budynku parterowym, chociaż wszyscy inni mieszkańcy tej wioski już dawno się przenieśli do bloków (w rozdziale I już wyjaśnialiśmy takie tendencje w społeczeństwie: starano się nie marnować miejsca, które mogłoby być przeznaczone na tereny zielone). Co więcej, na swojej działce Piotr uprawiał różne warzywa, co też było dość niezwykłą pasją: bardziej typowe dla rolnictwa były znacznie większe działki należące do profesjonalnych farmerów lub spółek farmerskich.

Jednak wreszcie przyszedł ten dzień, kiedy Kamieński zdecydował się przesiedlić do bloku. Kupił mieszkanie w bloku koło swojej działki i wprowadził się tam, ale nie chciał od razu pozbywać się starego domu, bo nie był pewny, czy wytrzyma takie życie. No, kilka lat wytrzymał, tyle że wszystko jedno opiekował się swoją działką; dalej uprawiał tam warzywa. W pewnym dniu, żeby wreszcie w pełni odczuć, jak wygląda normalne życie, zdecydował się na dalsze zmiany. Bał się sprzedawać działkę, bo nie był pewien, czy nie zechce do niej wrócić; w razie potrzeby zawsze można było łatwo ją sprzedać (w takich przypadkach zwykle kupcem była gmina), ale jeśli zechce wrócić, to zupełnie nie ma gwarancji, że da się kupić taką, jaka mu odpowiadałaby. Dlatego Kamieński zdecydował spróbować wynająć tę działkę. Pozostałaby możliwość powrotu, ale nie kusiłaby chęć znów coś tam robić, a jeszcze byłby dodatkowy dochód - czynsz za wynajem.

Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, Olek Jaroszyński zainteresował się tym ogłoszeniem bardzo szybko po jego umieszczeniu. Po nawiązaniu kontaktu Olek wyjaśnił w przybliżeniu, po co mu potrzebna ta działka, i poprosił o zawarcie umowy na 2 lata. Kamieński był bardziej skłonny zawrzeć umowę bezterminową, żeby móc w razie potrzeby wrócić w dowolnym momencie, ale Olkowi zależało na gwarancji, że eksperymenty nie zostaną gwałtownie przerwane. Wreszcie obaj zgodzili się na to, co proponował Olek, ale pod warunkiem, że umowa będzie zawierała pisemną gwarancję, że Olek zatrudni Kamieńskiego jako swojego laboranta, jeżeli Kamieński wyrazi taką chęć. To zapewniło Kamieńskiemu spokój, ale w rzeczywistości potem odwiedzał tę działkę bardzo rzadko oraz nigdy nie poprosił o zatrudnienie jako laboranta. Natomiast skutecznie się odzwyczajał od staromodnego trybu życia.

Kiedy umowa została ostatecznie załatwiona i Olek zaczął opiekować się działką, to w pierwszej kolejności wywiesił napisy na ogrodzeniu i na budynku: "PRYWATNE LABORATORIUM BIOLOGICZNE". Żeby nikt nie pomyślał, że w tym parterowym budynku ktoś po prostu mieszka, a więc marnuje miejsce. Budynek był podłączony do wszystkich zwykłych mediów, w tym do komunalnej sieci grzewczej. Nie było więc trzeba jakoś specjalnie się przejmować obsługą tego budynku, oby tylko płacić rachunki. Był już koniec listopada, a główna praca miała się zacząć wiosną. Jednak były rzeczy, które można było załatwić wcześniej, i Olek od razu zaczął to robić.

Na początek Olek ustawił wzdłuż całego obwodu działki tak zwane odstraszacze lokalnie uniwersalne, tzn. takie, które odstraszają wszystkie te zwierzęta, które realnie można spotkać w województwie świętokrzyskim (z wyjątkiem ludzi). Działanie tych odstraszaczy obejmowało też pewną przestrzeń podziemną, tak że przypełznąć na działkę pod ziemią już praktycznie również nikt nie mógł. Pozostało zabezpieczyć działkę od góry, głównie od ptaków (przecież Olek nie mógł obejmować eksperymentami ptaków, bo to są kręgowce). W tym zakresie było dwie małe trudności.

Pierwsza trudność: znaleźć do czego przymocować te górne odstraszacze. Na początku Olek przypuszczał, że konieczne będzie instalowanie jakiejś siatki w kształcie dachu nad całą działką. Ale okazało się, że rośnie tam dość dużo drzew, tak że liczba gałęzi jest wystarczająco duża, by przymocowane do gałęzi odstraszacze obejmowały swoim zasięgiem powierzchnię nad całą działką. Tak więc, Olek przymocował odstraszacze do górnych gałęzi drzew.

Druga mała trudność: jakoś poradzić sobie z ptakami, które, być może, mieszkają na drzewach tej działki. Nie wolno było ich wypędzić. Olek rozważał różne opcje postępowania. Wszystkie były możliwe do wykonania, ale nieco skomplikowałyby eksperyment. Ale, na szczęście, okazało się, że w momencie ustawiania odstraszaczy nie było tam takich stałych mieszkańców. Olek bardzo uważnie obejrzał drzewa, by się o tym upewnić. Nie było tam też żadnych wiewiórek. A ewentualne myszy czy inne drobne ssaki, które mogłyby mieszkać pod ziemią, nie jedzą owadów, a więc nie zakłócają eksperymentu (co do jeży, to Olek też się upewnił, że ich tam nie ma; a szukać kotów czy psów nawet nie przychodziło mu na myśl, bo te zwierzęta w tej epoce nie bywały bezdomne, nie wspominając już o tym, że one były rzadkimi zwierzętami).

Tak więc, cała fauna, która miała się rozwinąć na działce wiosną, miała być odizolowana od innej fauny i miała się rozwinąć z tych istot, które zimowały tu teraz. Ponieważ odstraszacze działały w obie strony, to nie było też niebezpieczeństwa, że ktoś z przedstawicieli tej fauny porzuci działkę. I Olek miał eksperymentować w tym zamkniętym ekosystemie. Ale ta praca czekała go wiosną. A na razie, po kilku odwiedzeniach tego laboratorium, w trakcie których zrobił wszystko wyżej opisane, Olek wrócił do zwykłego życia w domu. Tylko jeszcze, odwiedzając działkę po raz ostatni w tym roku, na wszelki wypadek zainstalował prywatny monitoring przy każdym z czterech boków tego sztucznego ekosystemu.

Ponieważ kamery rejestrowały tylko to, co się dzieje na zewnątrz, taki monitoring nie wymagał zezwolenia. W ogóle, jakaś kradzież czy dewastacja były praktycznie niemożliwe, ale Olek był człowiekiem ostrożnym i wolał mieć jakiś monitoring. To trochę analogiczne do tego, że pod koniec XXII wieku ludzie wciąż woleli zamykać na klucze drzwi swoich mieszkań, chociaż kradzieże w tej epoce były czymś bardzo wyjątkowym. Warto też zauważyć, że to, co tam rejestrował monitoring Olka, było dodatkowo rejestrowane przez monitoring obowiązkowy. Ale Olek uważał, że będzie spokojniejszy, jeżeli będzie miał własny szybki dostęp do tego wideo.

Jeździł do laboratorium i wracał z niego regularnymi autobusami. To wydawało mu się lepsze, niż wynajmowanie samochodu lub roweru. Było też wygodniejsze, niż jeżdżenie pociągiem, bo autobus miał przystanek bardzo blisko od działki, a natomiast najbliższa stacja kolejowa znajdowała się na odległości trzech kilometrów, w innej miejscowości. Na razie Olek nie nocował w budynku przy działce, ale przypuszczał, że wiosną i latem będzie taka potrzeba.

W PE już dawno się ukształtowało tak, że posiedzenia plenarne odbywały się tylko w ciągu dość krótkich okresów, których było dwa rocznie: w październiku - listopadzie oraz w lutym - marcu. To umożliwiało Olkowi zajmowanie się działką we właściwym czasie. A uczestniczyć w posiedzeniach komisji można było z budynku przy działce tak samo, jak z domu: w tej epoce Internet działał praktycznie wszędzie, gdzie mogli się znajdować ludzie, przy czym dostęp do Internetu był bezpłatny. A jakiś laptop lub tablet Olek brał ze sobą zawsze, gdy wyjeżdżał poza Kielce. A gdyby i nie wziął, to mógłby wchodzić do Internetu przez telefon. I nawet to wszystko nie było obowiązkowe, bo właściciel działki pozostawił w budynku do dyspozycji Olka staromodny tak zwany komputer stacjonarny; nie z tych wmontowanych w ściany nowszych bloków, a jeszcze z tych niezgrabnych ciężkich prostopadłościanów, do których osobno mocuje się monitor i klawiaturę; ale działał świetnie.

Co dotyczy pracy w PE, to warto też odnotować, że posiedzenia komisji odbywały się we wrześniu, w pierwszej połowie grudnia, w drugiej połowie stycznia i w kwietniu. Natomiast od początku maja do końca sierpnia trwały wakacje letnie dla szeregowych europosłów (a Olek był właśnie takim), ale ci obejmujący jakieś ważne stanowiska w PE zwykle trochę pracowali też w maju i w sierpniu. To wszystko również było wygodne dla planów Olka.

Dalszy czas do lutowych posiedzeń plenarnych Olek spędził w domu w dość zwykłym trybie, ale od czasu do czasu przemyśliwał konkretniej plan swoich eksperymentów, oglądał na wszelki wypadek obrazy ze swojego monitoringu oraz robił niektóre dalsze zakupy. Co kupował? Po pierwsze, odstraszacze na konkretne zbiory gatunków owadów, pająków, robaków itp. Już dość wyraźnie wyobrażał sobie, kogo od kogo i jak odseparuje, ale nie będziemy nudzić Czytelnika rzetelnym opisem tych planów. Po drugie, Olek już zaczął przygotowywać zapasy tych substancji, którymi zamierzał karmić swoje zwierzęta doświadczalne, a najważniejsze - wyznaczał, gdzie je najlepiej kupować i jakie dokładnie. Które z tych substancji kupował już teraz, to zależało od terminu ważności.

Informacje o tych substancjach zasługują na osobną uwagę. To były substancje dwóch rodzajów: 1) karmy; 2) środki obniżające płodność. W XXII wieku nie było problemów ze znalezieniem w sklepach internetowych różnych karm przeznaczonych dla różnych konkretnych zwierząt, w tym np. dla pająków. Jak i jedzenie dla ludzi, te karmy mogły być niewegetariańskie (czyli zawierające mięso bezkręgowców) albo wegetariańskie, przy czym nie było problemem znalezienie wegetariańskiej, ale zdrowej, karmy dla drapieżników.

Przemysł takich karm rozwinął się dlatego, że niektórzy ludzie lubili posiadać różne niezwykłe zwierzęta domowe, jak np. motyle, pająki, muchy czy osy... (i nawet pszczoły, które czasem trzymano nie dla miodu, a tak po prostu by na nie patrzyć). Moda na posiadanie właśnie bezkręgowców, zwłaszcza łatwo dostępnych owadów, umocniła się po wprowadzeniu restrykcyjnych procedur dla zezwoleń na posiadanie kręgowców. Zwłaszcza wielu takich posiadaczy było w I połowie XXII wieku; teraz, w II połowie, takich ludzi było już znacznie mniej, ale oni byli i odpowiednie karmy sprzedawano. A ponieważ wegetarianie często nie zgadzali się karmić swoich zwierząt mięsem, to pojawiło się zapotrzebowanie na karmy wegetariańskie dla różnych konkretnych gatunków i rozwinął się odpowiedni przemysł.

Z tych samych przyczyn powstał przemysł różnego rodzaju środków antykoncepcyjnych oddziałujących na szerokie zbiory gatunków. Sęk w tym, że posiadacze zwierząt często nie chcieli, by ich zwierzęta się rozmnażały. W tym celu często stosowano sterylizację, ale dla takich drobnych zwierząt, jak owady, sterylizacja była zabiegiem bardzo skomplikowanym, drogim i niebezpiecznym. Dlatego zaczęto produkować substancje, które można było po prostu dodawać do jedzenia i które zapobiegały zapłodnieniu. Producenci takich substancji osiągnęli takie duże sukcesy, że istniały substancje wywołujące obniżenie (a nie zaprzestanie) płodności i stopień tego obniżenia można było precyzyjnie regulować z pomocą wielkości dawek. Niektórzy posiadacze zwierząt woleli właśnie tak regulować rozmnażanie, i Olkowi to również bardzo odpowiadało.

W lutym i marcu roku 2188 Olek znajdował się w Brukseli, odbywając kolejny okres posiedzeń plenarnych PE. Na początku tego okresu opowiedział o swoich planach Alicji. Alicja była zachwycona poziomem jego entuzjazmu. Takie zachwycenie podwyższało jej libido...

Rozdział XI.

Praca w PE była wygodna dla Olka jeszcze i z tego powodu, że na okres posiedzeń plenarnych nigdy nie wypadały urodziny żadnego z członków jego rodziny. Najlepiej było z Anią: miała urodziny 9 lipca, czyli w okresie urlopowym. Sam Olek miał urodziny 20 września, czyli w okresie pracy w komisjach. Natomiast Karolina miała urodziny 29 marca, i teoretycznie one mogły wypadać na okres posiedzeń plenarnych, ale w rzeczywistości ten okres zawsze się kończył najpóźniej 27 marca. I tym razem Olek również łatwo zdążył wrócić do domu przed urodzinami Karoliny i cieszył się z uczestnictwa w imprezie z tortami, wielu smacznymi ciasteczkami i napojami bezalkoholowymi. W tym przypadku wydarzenie było szczególnie ważne, bo Karolina właśnie osiągnęła bardzo okrągły wiek: 50 lat.

W porównaniu z minionymi wiekami, trochę się zmieniły zwyczaje dotyczące podarunków urodzinowych. Teraz goście zwykle darowali po prostu jakieś cukierki lub napoje, żeby częściowo skompensować wydatki na imprezę. Natomiast ludzie mieszkający razem ze świętującym, a czasem też niektórzy inni bliscy, zwykle darowali jakiś własny wytwór artystyczny: np. narysowany przez siebie obrazek albo stworzony przez siebie wiersz (może być opiewający osobę świętującą urodziny, a może być na inny temat). Ten utwór drukowano, a czasem nawet ręcznie pisano (czy rysowano, malowano, jeśli to był obrazek) na jakiejś kartce papieru lub kartonu. Nie było zwyczaju publikowania takiego utworu, chyba że obdarowany o to poprosi. A jeżeli nie wystarczało zdolności lub natchnienia na taką działalność twórczą, to po prostu pisano życzenia na kartce, przy czym piszący starał się napisać je jakoś oryginalnie; taka kartka całkiem wystarczała jako podarunek.

Bywało też, że ktoś natomiast (lub dodatkowo) darował coś bardziej istotnego, ale z reguły to było coś nie bardzo materialnego. Jak już wspominaliśmy, podarunkami dla Ani czasem były podróże. A co mógł Olek podarować Karolinie, skoro nie lubiła podróżować? Bardzo chciał, żeby taka szczególna data - 50 lat - była wyróżniona jakimś szczególnym podarunkiem. I wreszcie, jeszcze podczas pobytu w Brukseli, wymyślił coś naprawdę szczególnego; takich podarunków jeszcze nie robił nikomu. Mianowicie, napisał życzenia na kartce w postaci rebusu, przy czym nietrywialnego. Niech Karolinka pomyśli!

Troszkę podobny podarunek zrobiła Karolinie Ania: wymyśliła krzyżówkę, przy czym wyznaczyła w niej kluczowe litery, z których wychodziło zdanie "Milion lat!", czyli tradycyjne polskie życzenie urodzinowe. Kiedyś mówiono "Sto lat!", ale teraz ten wiek nie był żadnym osobliwym osiągnięciem. Niektórzy mówili "Tysiąc lat!", przecież takiego wieku na razie nikt nie dożył. Ale jednak było zrozumiałe, że większość żyjących teraz ludzi dożyje tysiąca lat. A co do miliona lat, tu już mogą być wątpliwości; to już taki olbrzymi okres, że można oczekiwać wielu niespodzianek i trudno cokolwiek prognozować. Dlatego życzenie osiągnięcia wieku miliona lat wyglądało słusznie.

Karolinie bardzo się spodobały oba te podarunki. Spodobała się jej też impreza, na której było wielu gości. A wszystkim obecnym bardzo się spodobały dania, które Karolina zaprogramowała na swoje urodziny. W następnym dniu, 30 marca, Karolina, Olek i Ania stopniowo dojadali to, co pozostało po imprezie, a Karolina jeszcze kontynuowała rozwiązywanie krzyżówki od Ani. Jednocześnie Olek zaczynał się nastawiać na odwiedzenie swojej działki, już dłuższe, niż te na końcu listopada i na początku grudnia.

Olek zamierzał pojechać tam 2 kwietnia. Przecież nie wypadało poważnych badań rozpoczynać 1 kwietnia, bo wtedy ta sprawa wyglądałaby jak jakiś żart. Jeśli natomiast pojechać 31 marca, to też faktyczny początek pracy może wypaść na 1 kwietnia. Jechać później, niż 2 kwietnia, też nie warto, bo już dawno jest wiosna, owady się obudziły i trzeba z nimi coś robić; nie ma sensu odraczać. Olek powiedział więc Karolinie i Ani, że 2 kwietnia pojedzie na działkę i będzie tam nocować, przy czym nie wie, ile razy z rzędu. Olek i Karolina umówili się, że będą codziennie wysyłać do siebie mejle i że Olek napisze Karolinie datę powrotu do domu, jak tylko ją sobie wyznaczy. Olek miał wchodzić do swojej skrzynki mejlowej wieczorem, a Karolina wczesnym porankiem.

I dalej wszystko się toczyło według wyżej opisanych planów. Kiedy Olek przyjechał na działkę, w pierwszej kolejności wyznaczył strefy dla pająków i dla much i zrealizował odpowiednie rozsiedlenie, chodząc z odstraszaczami po działce. Już w trakcie tego procesu zrozumiał, że będzie miał więcej pracy, niż zakładał. Np. zauważył, że na działce są osy, a osy czasem atakują muchy. Trzeba więc odseparować od much też osy oraz zapewnić pełnowartościowe karmy dla os, o czym wcześniej nie myślał, bo nie zakładał obecności os. Nie będziemy nudzić Czytelnika dokładnym opisem tego, co Olek planował robić i co robił. Najważniejsze jest, że robił więcej, niż planował wstępnie.

Oczywiście, wszystkie rodzaje odstraszaczy i karm, o których Olek nie pomyślał wcześniej, łatwo można było kupić przez Internet. Tak samo łatwo dostępne były "karmy" dla samego Olka. Oczywiście, w budynku przy działce były zainstalowane roboty do sprzątania i do gotowania jedzenia (wynajmowanie mieszkania bez takich robotów byłoby tak samo dziwne, jak wynajmowanie mieszkania bez łóżka). Dlatego można byłoby kupować przez Internet zwykłe produkty i programować sobie zwykłe jedzenie. Ale była mała trudność: Kamieński miał w tym budynku bardzo stare zestawy robotów, które nie miały opcji domyślnych, czyli wszystkie dania trzeba było programować konkretnie. To dla Olka było zbyt uciążliwe. Dlatego wolał zamawiać gotowe posiłki w restauracjach internetowych.

Takie zamawianie wyglądało w przybliżeniu tak samo, jak programowanie jedzenia w domu, i miało też opcje domyślne, tak niezbędne dla Olka. Oczywiście, by mieć możliwość korzystania z tej metody, wystarczał Internet. A nawet telefon, bo przez telefon zawsze można było wejść do Internetu; przy czym nie koniecznie na małym ekranie, jak na początku XXI wieku, a można było włożyć wirtualne okulary i widzieć stronę internetową przed sobą. Być może, ktoś z Czytelników pomyśli, że danie można było zamówić też w trybie rozmowy telefonicznej. Nie, w XXII wieku to tak nie działało. Wszystko to robiono przez interfejs strony internetowej, informacje automatycznie przekazywano do robotów, a potem robot przynosił zamówione dania w należnych naczyniach.

W XXII wieku ludzie w ogóle rzadziej rozmawiali przez telefon, niż w wieku XXI. Uważano, że nie warto stresować znajomych (a tym bardziej nieznajomych) telefonami, bez których można się obejść. Telefonowano z reguły tylko wtedy, gdy sprawa była naprawdę pilna. Chociaż byli niektórzy wielbiciele niepilnego rozmawiania przez telefon, ale oni zwykle wstępnie się umawiali co do terminu telefonowania; przy czym znacznie częściej takiego rodzaju rozmowy odbywały się w trybie wideo. A przeważająca większość przekazywanej elektronicznie informacji była w postaci SMS-ów, mejli i postów w różnych serwisach internetowych. Przypomnimy też, że pisano SMS-y i mejle z reguły głosem.

Przed wyjazdem na działkę Olek przypuszczał, że po raz pierwszy wróci do domu po kilku lub kilkunastu dniach. Ale te założenia okazały się błędne wskutek już wspominanych wyżej komplikacji. Mijały kolejne tygodnie, a Olek wciąż ciężko pracował i nie widział możliwości zrobienia przerwy dla odwiedzenia domu. Trzeba też pamiętać, że w niektórych dniach kwietnia musiał uczestniczyć w posiedzeniach swojej komisji parlamentarnej, co też wymagało czasu. W maju już było łatwiej (okres wakacyjny), ale na odwiedzenie domu czasu nie było. Zawsze jednak znajdował czas na punktualne pisanie krótkich mejli do Karoliny.

Nie trzeba jednak myśleć, że Olek odpoczywał tylko podczas snu i jedzenia. To byłoby zbyt niezdrowe i nawet praktycznie niemożliwe. Jakieś kilka godzin dziennie (czy raczej nocnie) poświęcał na przeglądanie Internetu i inne małe rozrywki. I nawet pojawiła się u niego kochanka, która czasem spędzała z nim noc. To była pewna mieszkanka sąsiedniego bloku, która poznała Olka jeszcze w grudniu w autobusie (chociaż i przed tym kojarzyła go jako europosła) i była zachwycona jego badaniami (jak zresztą większość mieszkańców tej wioski). Miała na imię Magdalena, przy czym wolała, by krótko nazywano ją Lena (a nie Magda).

Lena była biseksualna i miała dwie żony w małżeństwie otwartym. Obie żony Leny były czystymi lesbijkami. Natomiast Lena mogła uprawiać seks z osobami obu płci i, ponieważ w małżeństwie miała tylko żony, to jako kochanków zwykle wolała mężczyzn, dla odmiany. W zewnętrznym wyglądzie Leny była jedna dziwaczna osobliwość, która na początku nieco szokowała Olka. Nie, to nie były ani tatuaże, ani pofarbowane włosy, ale coś z tej samej serii; mianowicie, pomalowane paznokcie. Były zielone. Jednak wkrótce Olek do tego się przyzwyczaił i przestał zwracać na to uwagę. Dobrze, że te paznokcie jednak nie były bardzo długie, jak to praktykują niektóre wielbicielki manikiuru; bo gdyby były długie, Olek bałby się uprawiać z nią seks.

Tymczasem w Kielcach Karolina również gościła kochanków. W tym okresie najczęściej odwiedzał ją sąsiad, mieszkający dwa piętra wyżej, mający na imię Kamil Wieloryb. Był kawalerem, ale miał syna, którego czasem odwiedzał (syn mieszkał ze swoją matką). Takie sytuacje w XXII wieku były bardzo rzadkie, ale, jak widać, zdarzały się. W tym przypadku sęk był w tym, że tamta kobieta bardzo chciała mieć dziecko, ale jednocześnie bardzo nie chciała mieć ani męża, ani żony. No cóż, różne bywają dziwactwa; problemem to nie było; syn, jak i wszystkie dzieci, otrzymywał wsparcie państwowe. A jeszcze w tym przypadku podczas organizacji edukacji dziecięcej starano się, by wszyscy korepetytorzy tego chłopczyka byli płci męskiej. Tak samo robiono dla dzieci wychowywanych w rodzinach lesbijskich. Uważano, że warto w taki sposób kompensować nieobecność mężczyzny w rodzinie, chociaż jednocześnie uznawano, że to nie bardzo ważne.

Kamil często rozmawiał z Karoliną o Olku, podziwiając jego aktywność i pracowitość. Mówił, że brakuje mu teraz Olka jako partnera do gier w altanie; Kamil już się przyzwyczaił do tego, że w sezonie urlopowym Olek często odwiedza altanę, znajdującą się koło ich bloku, a jednak w tym roku już tak nie było. Właściwie, to była nie zupełnie altana, a raczej wiata, czyli zadaszone miejsce, gdzie sąsiedzi często grali w różne gry stołowe. Prostokątny dach podtrzymywały słupy, a pod dachem znajdowały się dwa kwadratowe stoły otoczone ławkami. Ale z trzech stron od tego dachu były gęste zarośla bzu czarnego, które można było postrzegać jako ściany, i dlatego wszystko to razem faktycznie było altaną.

W nocy z 15 na 16 czerwca Olek przeczytał taką wiadomość od Karoliny: "Nie zamawiaj sobie obiadu na 18 czerwca. Przyjadę do ciebie 18 czerwca około 13:00 i przywiozę jedzenie." Olek z lekkim poczuciem winy przypomniał sobie przysłowie o górze, która nie przyszła do Mahometa. Ciekawie, co Karolinka wymyśliła tym razem. Być może, ciasteczka w kształcie owadów?

18 czerwca Olek potrafił zakończyć kolejny etap prac około 12:40 i podszedł do furtki. Wkrótce zobaczył idącą ulicą Karolinę z plecakiem i szybko wyszedł jej naprzeciw. Za chwilę małżonkowie z radością przytulili się do siebie.

- Czym jechałaś? - zapytał Olek.

- Pociągiem - odpowiedziała Karolina. - Zdecydowałam, że tak przyjemniej, a ponadto miałam ochotę przejść na piechotę od stacji do działki.

- No, to świetnie! Bo już pomyślałem, że szłaś na piechotę od samych Kielc. No, chodźmy. Pokażę ci swoje gospodarstwo, a potem dasz mi ten obiad.

Karolina z ciekawością oglądała budynek i trochę pochodziła po działce. Olek jej opowiadał, w jakiej strefie kto mieszka. Dość wyraźnie było widać strefę os, bo było ich tam dość dużo i podczas lotu dość zabawnie odbijały się od niewidocznej granicy strefy, wygenerowanej odstraszaczami. Do strefy os Karolina, oczywiście, nie zechciała wchodzić. Czytelnika może zainteresować jeszcze taka informacja, że komarów tam nie było. W tej epoce komary w ogóle nie były spotykane na terenach zaludnionych; chyba że w niektórych zakątkach Chin oraz w tych krajach afrykańskich, które na razie nie dołączyły do Unii.

I wreszcie nadszedł czas, by zobaczyć, jakie jedzenie przyniosła Karolina. Zaczęła wykładać z plecaka różne garnki i powiedziała:

- Zdecydowałam urządzić ci obiad wiśniowy. Wiem, że bardzo lubisz różne potrawy z wiśniami. To są pierogi z wiśniami, to jest kompot wiśniowy, to są bułeczki z wiśniami, a to są po prostu czereśnie (bo wiem, że same wiśnie są dla ciebie za kwaśne).

- Dziękuję bardzo! - powiedział Olek. - To naprawdę będzie bardzo smaczne. Wolę już jeść!

I Karolina z Olkiem zaczęli z zadowoleniem wcinać smaczny obiad. Po obiedzie zdecydowali, że wygodniej będzie, jeżeli Karolina przenocuje w tym laboratorium. (Lena już wcześniej została poinformowana, że w nocy z 18 na 19 czerwca nie warto przychodzić do Olka.) Olek zamówił dla Karoliny dodatkową kolację i śniadanie na następny dzień, a potem 19 czerwca odprowadził ją do autobusu. Pracy na działce miał jeszcze dużo, ale się spodziewał, że w najbliższych tygodniach da radę odwiedzić swój dom.

Rozdział XII.

Olek stanowczo sobie wyznaczył, że musi być w domu na urodzinach Ani. Nawet jeżeli będzie miał jeszcze dużo do zrobienia na działce, bo przecież można zrobić przerwę. Nie wypada nie odwiedzić urodzin tej osoby, dzięki której powstało to laboratorium. Okoliczności sprzyjały tej decyzji, bo 23 czerwca Olek zrobił już praktycznie wszystko, co chciał. Później trzeba było po prostu obserwować i czasem coś poprawiać, można z dużymi przerwami, a nawet lepiej byłoby zobaczyć, jak owady poradzą sobie podczas długiej nieobecności Olka. W tych miejscach, gdzie konieczne było okresowe dostarczanie karm, były zainstalowane automaty wydające je we właściwych terminach.

Olek zdecydował, że 24 czerwca jeszcze spokojnie wszystko sprawdzi i zacznie się wybierać do domu, a pojedzie 25 czerwca. Wieczorem wszedł do skrzynki mejlowej, by napisać o tym Karolinie, i zobaczył dwie wiadomości: jedną, jak zawsze, od Karoliny i drugą od Ani, która składała mu życzenia z okazji Dnia Ojca. Olek nawet zapomniał, że 23 czerwca to Dzień Ojca. Przy okazji tego przypomnienia przyszło mu też na myśl, że właśnie się zaczyna Noc Świętojańska. Wypadałoby poszukać kwiatu paproci zamiast opiekować się tymi nudnymi owadami. Szybko napisał mejle do obu swoich ulubionych dziewczyn, w których poinformował, że 25 czerwca już wreszcie przyjedzie.

Wkrótce przyszła Lena.

- No co, przyniosłaś może kwiat paproci? - zażartował Olek.

- No nie, przecież jesteś biologiem, a więc i tak nie uwierzyłbyś, że to kwiat paproci. Chcę zaproponować coś bardziej realnego. Chodźmy na ognisko. Zapraszają cię moi sąsiedzi. Trochę się odprężysz. I przy okazji się poznasz moje żony.

- To świetny pomysł! Tym bardziej, że właśnie skończyłem główne prace i pojutrze jadę do domu. Z zadowoleniem odwiedzę te sobótki. To dla mnie będzie świętowanie ukończenia ważnego etapu pracy.

I Olek świetnie spędził pół nocy z mieszkańcami wioski przy ognisku. 24 czerwca obudził się jeszcze później, niż zwykle, ale zdążył spokojnie wszystko sprawdzić i spakować rzeczy na wyjazd (robił to sam, bo w danych okolicznościach to było znacznie szybciej, niż programowanie robotów do tej sprawy; ale i tak nie bardzo ufał robotom w kwestiach pakowania rzeczy na wyjazdy). W nocy na 25 czerwca spał dość krótko; obudził się o 9:00 i odczuł dużą radość, że już wreszcie wraca do domu.

Żeby szybciej przyjechać, postanowił tym razem wynająć samochód. To było bardzo proste. Stojąc przy ulicy koło działki, wszedł przez telefon na stronę wypożyczalni samochodów, wskazał, dokąd ma jechać, odczytał cenę, zrobił przelew pieniędzy, i już za kilka minut do niego podjechał samochód bez kierowcy (lokalizacja klienta była widoczna dzięki telefonowi). Można też było pójść bezpośrednio do placówki tej firmy (najbliższa była w sąsiedniej wsi), wtedy byłoby nieco taniej. A można byłoby, jak zawsze, poczekać na autobus, i wtedy byłoby znacznie taniej. Ale w tym dniu Olek nie chciał oszczędzać.

Wsiadł więc do samochodu, który powiózł go do domu. W razie potrzeby można było trochę zmieniać domyślne zachowanie się samochodu, ale Olek nic nie zmieniał i nawet nie bardzo patrzył, co się dzieje na drodze. Był zajęty marzeniami o domu. W tym zaczął myśleć, co tym razem podarować Ani na urodziny. Przypomniał sobie swoje ostatnie urodziny, które obchodził po dwóch dniach od tamtego niepomyślnego dla niego posiedzenia Komisji ds. Środowiska. Ania wtedy podarowała mu kilka obrazków przedstawiających widoki z ich lipcowej podróży do Brazylii. To już było tradycją: w każdym roku, kiedy Olek organizował dla Ani szczególną wycieczkę urodzinową, Ania darowała mu na urodziny obrazki dotyczące tej wycieczki. Rysowała je ołówkiem i kredkami. Dobrze umiała rysować, nawet z pamięci. Nawet w wieku 5 lat narysowała widoki antarktyczne bardzo dobrze jak na 5-letnie dziecko.

Olkowi przyszło na myśl, że on również może podarować Ani jakiś obrazek (Olek też nieźle umiał rysować, choć nie aż tak doskonale, jak Ania). Zaczął wymyślać, co dokładnie tam narysować. Już prawie wymyślił, kiedy zobaczył, że już prawie przyjechał. Samochód zatrzymał się koło bloku Olka. Olek wysiadł, a samochód odjechał, kierując się do najbliższej placówki swojej wypożyczalni. Olek w nastroju uniesienia szybko wszedł do bloku i pobiegł schodami. Na 3. piętro nigdy nie jeździł windą. Tym bardziej nie lubił jeździć windą w sytuacjach, gdy się spieszył, bo się bał, że winda utknie. Otworzył drzwi kluczem. Karolina i Ania usłyszały dźwięk klucza i z dużą radością wybiegły do Olka. Powitanie było bardzo radosne. Przecież Olek nie był w domu prawie 3 miesiące, czyli chyba dłużej, niż kiedykolwiek w życiu.

9 lipca, kiedy Ania osiągnęła wiek 16 lat, Olek podarował jej pewien symboliczny obrazek. W dolnej części był widok trochę podobny do tych z brazylijskiego rezerwatu, ale z wielu różnymi zwierzętami, które się zachowywały nietypowo, bo bardzo pokojowo; np. wilk miło przytulał zająca. Zaś w górnej części obrazka widniała dziewczyna, która siedziała na tronie i miała koronę na głowie. Obok było napisano: "Ania Michalska, królowa zwierząt". Olkowi się udało osiągnąć dość niezłe podobieństwo między twarzą narysowanej dziewczyny a realną twarzą Ani, ale bez napisu można byłoby wątpić, czy to ma być właśnie Ania.

10 lipca, dojadając słodkie kulki, pozostałe po imprezie urodzinowej, Ania raptem zapytała Olka:

- A czy mogę odwiedzić to twoje laboratorium?

- Oczywiście, jeżeli to dla ciebie interesujące - odpowiedział Olek. - Mogę wziąć cię tam, kiedy pojadę następnym razem. Możesz nawet kilka razy tam przenocować. Teraz mogę poświęcać dużo uwagi gościom, bo już nie mam tam dużo pracy.

- Świetnie! Chciałabym pomieszkać tam kilka dni. Przecież kiedyś wielu ludzi mieszkało w takich budynkach. Chcę dokładnie odczuć, jak to wyglądało.

- Ale w rzeczywistości odczujesz, jak to wyglądało i wygląda dla takich dziwaków, jak właściciel mojej działki - sprecyzował Olek. - Bo w czasach, kiedy w takich budynkach mieszkało naprawdę wielu ludzi, nie było takich robotów, jak teraz. A jeszcze wcześniej wielu nie miało, powiedzmy, wody bieżącej. Jeżeli chcesz odczuć dawny tryb życia, musisz zrezygnować z wody bieżącej, nabierać wodę gdzieś z rzeki, a potem z pomocą tej wody własnoręcznie, bez robotów, i sprzątać, i przygotowywać jedzenie.

- No, jednak na takie ekstremalne doświadczenia nie jestem nastawiona - powiedziała Ania.

Trzeba zauważyć, że Olek wspomniał o rzece, bo zapomniał o studniach. Choć studnie były znane Olkowi z niektórych utworów literackich i informacji historycznych, ale one go nie bardzo interesowały i w trakcie tej rozmowy nie przyszło mu na myśl, że kiedyś właśnie studnie były najbardziej typowym źródłem wody. Co prawda, w roku 2188 również istniały niektóre studnie, będące źródłem niektórych rodzajów wody mineralnej lub częścią instalacji wodociągowych, ale to były techniczne szczegóły ze sfery, która Olka nie interesowała.

15 lipca Olek pojechał na działkę razem z Anią. Po przybyciu zaczął opowiadać jej, gdzie jest czyja strefa. Ania słuchała z ciekawością, a jednocześnie uważnie oglądała rośliny. W pewnej chwili zapytała:

- Jakie tu jeszcze są drzewa, oprócz jabłoni?

- Żadnych - odpowiedział Olek. - Swego czasu sprawdziłem, że wszystkie drzewa na tej działce to jabłonie.

- Wspaniale! Niedługo będziesz miał dużo jabłek do posiłków.

- A rzeczywiście, można będzie je jadać. Nie przychodziło mi na myśl wykorzystywać jabłka dla siebie. Myślałem tylko o ich miejscu w tym ekosystemie. Ale to świetny pomysł. Przecież jest ich tu za dużo, będą gniły, jeżeli nie zjeść.

- Ciekawie, jakie tu są odmiany jabłek. Jeśli jest np. papierówka, to już teraz ma być dojrzała.

- Nie wiem. Nie znam się na kultywarach. Dla mnie główny jest gatunek: jabłoń domowa.

- Zaraz zobaczymy - powiedziała Ania i zaczęła oglądać drzewa. - No oczywiście! - krzyknęła wkrótce. - Oto jest papierówka, i jabłka są całkiem dojrzałe, co najmniej niektóre. Chcę je jeść! Trzeba zaprogramować robota do zbierania jabłek.

Oczywiście, w budynku był taki robot. Ania dość długo studiowała, jak on działa, ale wreszcie zrozumiała wszystko, czego potrzebowała.

- Ależ starożytna maszyna! - narzekała.

- Jeśli chodzi o prawdziwą starożytność - sprecyzował Olek - to musiałabyś się obejść bez robota, a sama pozbierać jabłka pod drzewem, a potem wleźć na drzewo i rzetelnie pozrywać dojrzałe jabłka z gałęzi.

(W tym przypadku Olkowi nie przyszło na myśl, że te gałęzie można też trząść.)

- No dobra! - powiedziała Ania. - Ale ponieważ wiem, że ty, jak i ja, nie będziemy uprawiać takich ekstremalnych ćwiczeń, to zaprogramuję ci zbieranie jabłek na cały rok. Robot będzie stopniowo zbierał dojrzałe jabłka wszystkich odmian i składał każdą odmianę w najlepszym dla niej miejscu. Możemy potem stopniowo zabierać do domu też zimowe jabłka.

Olek nie był temu przeciwny, choć, szczerze mówiąc, już zaczął postrzegać te jabłka jako nieco zbędny kłopot, odwracający uwagę od głównego zajęcia.

Ania spędziła w laboratorium trzy noce. Od czasu do czasu oglądała coś na działce i zadawała Olkowi pytania. Ale większość czasu poświęcała na inne zajęcia. W pewnym momencie przyszły jej na myśl wspomnienia, jak w dzieciństwie lubiła obserwować owady. Bywało np., że dużo minut stała nad muchą, uważnie oglądając części jej ciała i obserwując jej zachowanie. Dobrze pamiętała, że czasem mucha się umywała łapką, niczym kot, którego miała szczęście zobaczyć wcześniej, niż po raz pierwszy tak dokładnie obserwowała muchę. Pomyślała teraz, że chyba znalazłaby na tej działce dużo ciekawych rzeczy do obserwacji, gdyby tata zajął się tą sprawą o kilka lat wcześniej, kiedy była mała i lubiła dokładnie oglądać owady.

Za to teraz lubiła robić co innego: oglądać miejscowość. Od jakiegoś czasu Ania lubiła przy okazji odwiedzenia nieznanych jej terenów dokładnie je oglądać, zapamiętując odpowiednie informacje geograficzne. Dlatego dużo chodziła po tej wsi i nawet wchodziła do sąsiednich wsi. A przechodząc koło bloków, zwracała uwagę, ile tam jest pięter.

Tymczasem Olek robił pewne dodatkowe badania, których opisywaniem nie będziemy nudzić Czytelnika. Ale tych badań nie było dużo i dlatego pozostawało wiele czasu na rozrywki. Dużo siedział w Internecie, w tym obejrzał kilka nowych filmów i przeczytał kolejną powieść fantastyczną pewnego tureckiego autora, którego twórczość uważnie śledził w ostatnich latach. Czasem też grał w różne gry z Anią. A w jedną z tych trzech nocy z Olkiem była Lena (oczywiście, obecność Ani im nie przeszkadzała, bo budynek miał 5 pokoi). Olek i Ania przekonali Lenę, by zjadła kilka jabłek i jeszcze kilkadziesiąt zabrała do domu. Prosili też, by poczęstowała tymi jabłkami właściciela działki Piotra Kamieńskiego, który mieszkał w tej samej klatce i na tym samym piętrze, co Lena.

Kiedy Ania zdecydowała, że już chce jechać do domu, to właśnie i Olek też stwierdził, że może już jechać, bo zrobił wszystko, co chciał zrobić na tym etapie. Pojechali razem, przy czym pociągiem, bo Ania tak zechciała. Lubiła jeździć pociągami.

Ciąg dalszy nastąpi.
Odpowiedz
#5
Ciąg dalszy.

Rozdział XIII.

Kiedy Olek i Ania pokazali Karolinie przywiezione z działki jabłka, Olek powiedział:

- Spodziewam się, Karolinko, że pozostawisz choć kilka jabłek w ich naturalnej postaci, a nie wykorzystasz ich wszystkich na jakieś dziwadła kulinarne.

- Nie martw się - odpowiedziała z uśmiechem Karolina. - Będę taka uprzejma, że kilka jabłek nawet sama zjem w ich naturalnej postaci.

I w następnych tygodniach był kłopot: trzeba było jeździć po jabłka co kilka dni, bo inaczej by się zepsuły. Na szczęście, tę misję z radością wzięła na siebie Ania. Olek z pomocą drukarki 3D zrobił jej klucze od ogrodzenia i budynku, żeby mogła zajmować się jabłkami zupełnie niezależnie od niego. A potem jesienią, kiedy zostały zebrane wszystkie jabłka zimowe, Ania przywiozła je do domu małą ciężarówką (którą, oczywiście, łatwo wynajęła). Te jabłka zdecydowali trzymać w piwnicy. I już na długo wyłączyli z list zakupów ten rodzaj owoców.

Ciekawie, że, jeśli pomyśleć, cały ten kłopot z jabłkami można uznać za zbędny. Jabłka w sklepach nie były ani drogie, ani złe, i, oczywiście, dla takiej bogatej rodziny łatwiej byłoby je kupować, niż zawracać sobie głowę sprowadzaniem jabłek z działki. I nawet można wątpić, czy to sprowadzanie było tańsze od kupowania, jeśli policzyć, ile kosztowały wszystkie przejazdy Ani na działkę i z działki. Po co więc było to robić? A żeby jabłka się nie zepsuły. Tak działało myślenie typowego obywatela Unii. Od wielu dziesięcioleci ludzi przyzwyczajano do myśli, że nie warto marnować jakichkolwiek zasobów, nawet jeśli marnujący zgadza się za to zapłacić. Często ta zasada działała też tam, gdzie w rzeczywistości nie była potrzebna; po prostu ludzie byli tak przyzwyczajeni.

Jeszcze warto sprecyzować, że podczas programowania zbierania jabłek Ania, na polecenie Olka, wyłączyła jedną jabłoń z listy tych, których jabłka należy zbierać. To było drzewo o szerokich gałęziach obejmujących fragmenty dość wielu z tych stref, które Olek wyznaczył dla różnych zwierząt. Olek uważał, że lepiej, by ekosystem zawierał jabłka, i że właśnie wystarczą owoce tej jednej jabłoni. Miały być jedzone przez różne robaki i owady. Jakaś część ich masy miała zgnić, przy czym to również było pożądanym procesem w ramach funkcjonowania ekosystemu. I jeszcze Olek uwzględniał, że z niektórych ziaren tych jabłek mogą powstać młode drzewa (choć mogą też nie powstać).

Następnym razem Olek odwiedził działkę pod koniec września (czyli niedługo przed kolejnym wyjazdem do Brukseli), a potem pod koniec listopada (czyli niedługo po przyjeździe z Brukseli). Obie te wizyty były dość krótkie, bez nocowania. W ich trakcie Olek się przekonał, że ekosystem nadal działa dość dobrze. Ale uważnie przeanalizował, co jeszcze warto byłoby udoskonalić. Chciał osiągnąć jeszcze większą samowystarczalność systemu, żeby można było zmniejszyć stopień ingerencji człowieka. Przecież ważne było pokazać, że zarządzanie takim systemem może być nietrudne. Dla tych dalszych zmian potrzebny był właśnie następny rok. Olek prawidłowo zgadł, kiedy zdecydował wynająć sobie działkę właśnie na dwa lata.

Ale w trakcie tego następnego sezonu czekała Olka jeszcze jedna istotna sprawa: w maju 2189 roku miały się odbyć kolejne wybory do PE. Olek, oczywiście, zamierzał ubiegać się o reelekcję, bo nie będąc europosłem znacznie trudniej byłoby walczyć o dobro zwierząt. Już od kilkudziesięciu lat wybory do PE (a właściwie, nawet wszystkie wybory parlamentarne we wszystkich krajach) odbywały się w jednomandatowych okręgach wyborczych. Wyjaśnimy, dlaczego tak się stało.

Dawniej w UE był mocno popierany system proporcjonalny z niskim progiem wyborczym, czyli podobny do tego, który od bardzo dawna funkcjonował w Holandii. Po 2110 roku już wszystkie kraje unijne stosowały właśnie taki system we wszystkich wyborach parlamentarnych (dotyczących zarówno parlamentu krajowego, jak i PE). Ale w latach 40. XXII wieku szybko zaczął narastać pewien problem: zaczęły znikać partie polityczne. Wszystkie te kwestie, które dawniej były cechami pewnych politycznych ideologii, stopniowo przestały wyznaczać jakieś podziały w społeczeństwie, bo albo uzyskały ogólnie zaakceptowaną odpowiedź, albo zostały potencjalnie łatwo rozwiązywalne przez komputer.

Żeby Czytelnik lepiej to zrozumiał, rozpatrzmy jako przykład podział na tak zwane prawicę i lewicę. Jeśli rozpatrywać to w wąskim sensie, to chodzi o to, w jakim stopniu państwo powinno ingerować w gospodarkę. No, ale już dawno wszędzie ukształtował się optymalny układ ekonomiczny; nie było potrzeby zmian stopnia ingerencji państwa, bo ono ingerowało właśnie tam i właśnie tyle, gdzie i ile było trzeba; nie było więc o co się spierać w tym zakresie. I tak było prawie ze wszystkimi tymi kwestiami, które kiedyś budziły gorące dyskusje. Nie wystarczało więc materiału dyskusyjnego, by zestawy proponowanych odpowiedzi mogły służyć jako ideologie partyjne.

Dlatego partie przekształciły się w formalne struktury, istniejące tylko dlatego, że bez nich nie dałoby się przeprowadzić wyborów, według ówczesnego prawa. Taka sytuacja zachęciła polityków do szybkiego przejścia do systemu jednomandatowych okręgów wyborczych. I wybory, już nawet formalnie, przestały być współzawodnictwem różnych ideologii. Każdy wyborca po prostu wybierał z kandydatów swojego okręgu tego człowieka, którego uważał za najbardziej inteligentnego i pasującego do działalności politycznej.

Przy czym po tych zmianach wszędzie już był system większości względnej, bez żadnej drugiej tury. Systemy bardziej skomplikowane od tego są potrzebne głównie po to, by zminimalizować prawdopodobieństwo wybrania kogoś takiego, kogo większość społeczeństwa zdecydowanie nie chciałaby wybrać. Ale w XXII wieku już się nie zdarzała taka mocna nienawiść do poszczególnych polityków. Wystarczał więc najprostszy system: kto otrzymał najwięcej głosów, ten zwyciężył. Wszyscy spokojnie akceptowali tę umowną regułę i nikt nie narzekał na wyniki.

À propos ideologii (które już nie powodowały powstania partii politycznych), to można powiedzieć, że pod koniec XXII wieku ideologie miały charakter geograficzny. Na Ziemi panowały 4 ideologie:
1) ideologia unijna (inaczej nazywana europejską lub indoeuropejską), która obejmowała UE, Anglię oraz kraje chcące dołączyć do UE;
2) ideologia amerykańska, która panowała w USA i dość mało się różniła od tej unijnej;
3) ideologia japońska;
4) ideologia chińska.
Jeżeli jakiś człowiek dochodził do wniosku, że się nie zgadza z ideologią swojego kraju, to zwykle taki człowiek się przesiedlał do strefy, której ideologia mu bardziej odpowiadała. Jak już wyjaśnialiśmy, takie przeprowadzki łatwo było organizować.

A po kilku latach zwykle łatwo było uzyskać obywatelstwo swojego nowego kraju zamieszkania (wyjątkiem była Japonia, która postrzegała kwestię obywatelstwa nieco bardziej restrykcyjnie). Przy czym z obywatelstwa nie wynikało nic istotnego, oprócz praw wyborczych i możliwości bycia dowódcą w wojsku. Niektórzy unijni politycy proponowali nawet zupełnie znieść pojęcie "obywatelstwo", ale ta propozycja została uznana za przedwczesną.

Byli też tacy dziwacy, którzy się nie zgadzali z żadną z 4 wyżej wymienionych ideologii, a byli zwolennikami jakiejś innej, marginalnej. Takim ludziom zwykle najwygodniej było mieszkać w USA, gdzie oni tworzyli wspólnoty, wewnątrz których ich ideologia była w jakimś stopniu przestrzegana (na ile pozwalało prawo).

Z ideologiami politycznymi, o które chodziło powyżej, nie należy mylić poglądów filozoficznych na takie tematy, które leżą poza zasięgiem ludzkich metod badawczych. W minionych wiekach takie poglądy często były przedstawiane jako religie. Zaś w wieku XXII rola religii w społeczeństwie była niewielka. Mieszkańcy UE byli przyzwyczajeni do wyraźnego uświadamiania sobie swoich poglądów filozoficznych. Około 40% obywateli państw unijnych nie miało żadnych konkretnych poglądów filozoficznych; ci ludzie albo w ogóle nie chcieli myśleć na takie tematy, albo mieli do nich stosunek agnostyczny. Około 50% miało jakieś pewne poglądy filozoficzne, ale nie uważało ich ani za religijne, ani za ateistyczne. I z tych całych 90% społeczeństwa Unii nikt nie udawał, że wierzy w jakąś religię lub że jest powiązany z jakimś kościołem, a więc nie uczestniczył nawet w takich kiedyś bardzo powszechnych rytuałach, jak np. ślub kościelny czy chrzest dziecka.

Tylko około 10% stanowili ci, którzy wierzyli w jakąś pewną religię albo w ateizm. I jakaś część wierzących w religie (ale nie wszyscy) uważała za potrzebne korzystać z usług organizacji kościelnych. Kościoły w XXII wieku były raczej strukturami do zaspokojenia potrzeb wierzących, niż ośrodkami pewnych poglądów. Każdy wierzący miał jakąś własną wersję danej religii, która nie zależała od tego, do jakiego dokładnie kościoła on chodzi. Większość chrześcijan wciąż stanowili katolicy, ale z tego nie wynikały żadne twierdzenia o szczegółach ich wiary, a wynikało tylko, że oni byli powiązani z Kościołem Katolickim.

Jako przykład szczegółów w poglądach weźmy kwestie o tym, kiedy warto chrzcić człowieka: niedługo po urodzeniu czy w wieku świadomym. Pod koniec XXII wieku większość chrześcijan uważała, że lepiej w wieku świadomym. To było sprzeczne z tradycyjnym podejściem Kościoła Katolickiego i gdyby ten szczegół w poglądach oddziaływał na wybór kościoła, to katolików pozostałoby znacznie mniej i oni nie stanowiliby większości chrześcijan. Ale takie szczegóły już po prostu nie były cechami ideologii kościołów. Kapłani z radością chrzcili kogokolwiek, kto do nich przychodził lub zostawał dostarczany w tym celu; to się zdarzało bardzo rzadko (przypomnijmy też, że i samo w sobie urodzenie dziecka było zjawiskiem bardzo rzadkim).

A jeżeli ktoś opowiadał księdzu coś o swoim dziecku, które jeszcze nie zostało ochrzczone, ksiądz mógł bardzo chcieć je ochrzcić, ale nie pozwoliłby sobie naciskać na rodzica w tej sprawie. Jasne jest też, że ze chrztu we wczesnym dzieciństwie nie wynikało, że ochrzczony uwierzy w chrześcijaństwo. Dlatego np. Kościół Katolicki miał zasadę skreślać z oficjalnej listy wiernych każdego, kto został ochrzczony przed ukończeniem 16. roku życia i nie potwierdził swojej przynależności do Kościoła w jakimś dniu wypadającym na 19. rok życia.

To, w jaką religię wierzył obywatel UE, z reguły nie zależało od jego miejsca zamieszkania czy od pochodzenia. Zależało to natomiast od charakteru jego myślenia. Człowiek myślał i decydował, jakie poglądy filozoficzne wydają mu się najbardziej wiarygodne. Wśród tych 10%, którzy wierzyli w religie albo w ateizm, najpopularniejsze były buddyzm i hinduizm; dość zauważalna była też ilość ateistów i chrześcijan, a wszystkie inne religie były marginalne.

Warto jednak odnotować, że, wbrew zaniku religii, wciąż obchodzono święta religijne. Nikt nie uważał za potrzebne rezygnować z takich umownych przyjemnych tradycji, zwłaszcza kiedy z nich wynika dodatkowy dzień wolny od pracy. Ilość świąt wolnych od pracy nawet nieco wzrosła w porównaniu z początkiem XXI wieku, w tym ilość tych o pochodzeniu religijnym. W wielu krajach, w tym w Polsce, ustawowo wolnym od pracy został dzień 24 grudnia, bo przecież on faktycznie był nawet bardziej świąteczny, niż 25 grudnia. Z analogicznych przyczyn został wolnym od pracy dzień 31 grudnia, ale to już w całej Unii; przepisy unijne wyznaczały trzydniowe wolne od pracy Święta Noworoczne na 31 grudnia, 1 i 2 stycznia.

Ciekawie, że święta o pochodzeniu religijnym były różne w różnych krajach i zależały od tradycyjnej dla kraju religii, która jednak już zupełnie nie była typowa dla tego kraju, bo, jak wyjaśnialiśmy, geografia przestała być ważna dla religii. Dlatego wśród wyznawców religii dość typowe było obchodzenie świąt obowiązujących w pewnych innych krajach, niż kraj zamieszkania wyznawcy; chociaż znaczna część takich wyznawców uważała, że obchodzenie świąt religijnych nie jest ważne.

Niektóre święta wciąż były wyliczane według różnych tradycyjnych kalendarzy: np. w Izraelu według księżycowo-słonecznego kalendarza żydowskiego, w krajach arabskich według księżycowego kalendarza muzułmańskiego (wbrew zupełnie marginalnej liczbie muzułmanów i wierzących żydów). Obchodzona w bardzo wielu krajach Wielkanoc wciąż była świętem ruchomym, ale już wypadała na ten sam dzień we wszystkich krajach i wszystkich kościołach chrześcijańskich: zdecydowano wyliczać ją według realnych zdarzeń astronomicznych jako pierwszą niedzielę po pierwszej pełni Księżyca po momencie równonocy marcowej (dla szczególnie dociekliwych Czytelników można sprecyzować, że niedziela ma się zaczynać po pełni, jeżeli za początek doby uważać północ uniwersalnego czasu koordynowanego).

Natomiast nie było już takich kościołów, które korzystałyby z kalendarza juliańskiego; wszystkie kościoły chrześcijańskie korzystały albo z kalendarza gregoriańskiego, albo z tak zwanego kalendarza nowojuliańskiego (który na razie jest identyczny z tym gregoriańskim, a zacznie od niego się różnić dopiero w roku 2800). W życiu świeckim na całej Ziemi wciąż obowiązywał kalendarz gregoriański i nikt nie zamierzał go reformować, ale przypuszczano, że co kilka tysięcy lat będą wprowadzane doraźne korekty.

Rozdział XIV.

W kwietniu 2189 roku Olek był bardzo zajęty. Miał: 1) posiedzenia w swojej komisji PE; 2) kampanię wyborczą; 3) sprawy dotyczące swojej działki. Jedna ze zmian, które zamierzał wprowadzić na działce, polegała na aktywizacji zapylania roślin przez owady. Do tego potrzebował aktywnie zapylających owadów, takich jak np. pszczoły. Najpierw zamierzał wprowadzić na działkę trzmiele, uważając, że z nimi będzie mniej kłopotów, niż ze zwykłymi pszczołami miodnymi. Kłopotów byłoby faktycznie mniej po wprowadzeniu trzmieli, ale za to byłoby więcej kłopotów podczas ich wprowadzenia. Bo dość trudno było wymyślić, skąd dokładnie wziąć trzmiele i jak je sprowadzić na działkę. Natomiast mały rój zwykłych pszczół można było łatwo kupić u kogoś z pobliskich farmerów. Ponieważ Olek był bardzo zajęty właśnie w tym okresie, kiedy należało te pszczoły wprowadzić, to wybrał prostszą metodę, czyli kupił mały rój pszczół miodnych.

W ramach kampanii wyborczej należało odwiedzać spotkania z wyborcami oraz odbywać debaty przedwyborcze. Te ostatnie, choć tradycyjnie były nazywane debatami, faktycznie były również po prostu spotkaniami z wyborcami, tyle że odwiedzali je jednocześnie kilku kandydatów. Na takich debatach prawie nie było spierania się i z reguły nie obserwowano różnicy poglądów, a po prostu wyborcy porównywali, czyje prezentacje i odpowiedzi wyglądają inteligentniej. Spotkania z wyborcami bywały bezpośrednie (w terenie) oraz internetowe; debaty zawsze były internetowe. Według dawnych zwyczajów, można byłoby postrzegać takie wydarzenia internetowe jako audycje telewizyjne. Ale w XXII wieku telewizja nie istniała jako taka (i radio również nie istniało). Choć niektóre dawne stacje telewizyjne i radiowe formalnie nadal istniały, ale emitowały audycje już tylko przez Internet.

Olek miał bardzo mocne szanse na zwycięstwo, głównie dzięki swoim biologicznym eksperymentom. Podczas spotkań z wyborcami dość dokładnie opowiadał o osiągnięciach w tym zakresie i dalszych planach. Być może, gdyby coś podobnego robił kandydat na posła w XX lub XXI wieku, to wielu wyborców uważałoby go za jakiegoś niepoważnego kandydata. Ale w wieku XXII taka działalność budziła zachwyt.

W życiu często zdarza się tak, że dużo dodatkowych spraw pojawia się właśnie wtedy, gdy człowiek i tak jest bardzo zajęty. Tak w tym miesiącu było też u Olka. Bo w Komisji ds. Obrony właśnie w kwietniu rozpatrywano taką ciekawą sprawę, że Olek, wbrew temu, że był bardzo zajęty, musiał poświęcać jej dużo uwagi (choć teoretycznie mógłby nie poświęcać, ale ta sprawa była dla niego bardzo interesująca). Mianowicie, omawiano przekształcenie bazy wojskowej Guantanamo w główny ośrodek obrony przed ewentualnym atakiem agresora pozaziemskiego.

Warto trochę wspomnieć o historii tej bazy. W XX wieku USA wypożyczyły ją od Kuby na czas nieokreślony. Potem, w okresie panowania na Kubie ustroju komunistycznego, władze tego kraju bezskutecznie domagały się jej zwrotu. Jednak umowa przewidywała, że dzierżawa może być zakończona tylko za zgodą obu stron, a USA się nie zgadzały. Po transformacjach społecznych w połowie XXI wieku stosunek Kuby do dzierżawienia bazy przez USA stopniowo robił się bardziej przychylny. W 2069 roku Kuba wstąpiła do NATO i ostatecznie przestała mieć coś przeciwko tej bazie. Nieco później Kuba wstąpiła do UE; w tamtych czasach wojska różnych państw UE jeszcze nie były scalone i Unia nie była jednolitym podmiotem NATO. Ale stopniowo odbywały się dalsze integracyjne procesy. I od pewnego czasu o bazach wojskowych na terenie NATO już nie było sensu mówić, jaka baza do jakiego państwa należy. To były po prostu bazy NATO. Tak samo było i z Guantanamo.

I teraz chodziło o to, że właśnie Guantanamo ma cechy pozwalające dość łatwo przekształcić tę bazę w ośrodek obrony przeciw kosmitom. Stwierdzono, że w ogóle na Ziemi infrastruktura służąca do takiej obrony jest na razie słabo rozwinięta. Gdyby takie mało prawdopodobne zdarzenie, jak atak kosmitów, rzeczywiście się odbyło, Ziemia miałaby małe szanse dobrze się obronić. To zagadnienie wymagało więc uważnego studiowania i udoskonalenia. Olek się zapisał do zespołu, który miał obejrzeć Guantanamo z bliska (ale przez Internet, lecieć tam nie było trzeba) i wypracować konkretne zalecenia na ten temat, które później miał przeanalizować komputer.

Warto jeszcze odnotować, że planowano tak samo przekształcić też jedną bazę na zachodzie Australii, prawie antypodyczną do Guantanamo. Wtedy w zasięgu tych dwóch baz byłoby prawie całe niebo. A jeszcze jeden pomysł, który interesował Olka, polegał na tym, żeby w jakimś stopniu zintegrować obronę przeciw kosmitom z zapobieganiem zderzeniu z Ziemią dużych bolidów czy planetoid. System zapobiegania takim ewentualnym zdarzeniom był już dość mocno rozwinięty, ale na razie nie był postrzegany jako zagadnienie militarne.

I Olek pomyślnie dawał radę zajmować się wszystkimi wyżej wymienionymi sprawami, a w maju wygrał wybory. Kandydatów w jego okręgu było pięcioro. Olek uzyskał około 57% głosów, czyli, nawet gdyby była wymagana większość absolutna, wygrałby od razu; ale, jak już wspominaliśmy, sytuacja była jeszcze prostsza, bo wystarczała nawet większość względna. Najpoważniejszy rywal Olka uzyskał jedynie około 22% głosów.

A potem był kolejny dodatkowy kłopot, bo w tych latach, kiedy odbywały się wybory do PE, europosłowie musieli odwiedzać Brukselę też w czerwcu (w innych latach ten miesiąc, jak już wspominaliśmy, był dla europosłów wolny od pracy). Wtedy wybierano przewodniczącego PE, tworzono komisje i załatwiano dużo innych spraw organizacyjnych. Olek więc znów na kilka tygodni się oderwał tak od działki, jak i od rodziny.

W tej kadencji zapisał się do Komisji ds. Ochrony Środowiska Naturalnego. Olek miał zwyczaj w każdej kadencji PE należeć do innej komisji, bo tak mu było ciekawiej. Komisja ds. Obrony pod koniec minionej kadencji zdążyła rozpatrzyć wszystko na temat Guantanamo, a teraz Olek z ciekawością zaczynał poznawać aktualne zagadnienia dotyczące środowiska. Oczywiście, zamierzał na jakimś etapie złożyć wniosek dotyczący odseparowania drapieżników od ofiar. Członkostwo w odpowiedniej komisji nieco ułatwiało mu tę sprawę; co najmniej ze względu na to, że, w odróżnieniu od minionego razu, mógł głosować za swoją propozycją podczas jej rozpatrywania w komisji.

Ciekawie, że tym razem tak przewodniczącym Komisji ds. Środowiska, jak i przewodniczącym całego Europarlamentu zostali przedstawiciele takich państw, które otrzymały niepodległość dopiero w XXI wieku. Mianowicie, na stanowisko przewodniczącego PE została wybrana kobieta ze Szkocji, a na czele Komisji ds. Środowiska stanął mężczyzna z Syberii Zachodniej (utworzonej jako państwo wskutek rozpadu Rosji).

Potem nastąpiły kolejne (choć krótsze, niż zazwyczaj) wakacje letnie, podczas których Olek mógł poświęcać dużo czasu działce, ale już nie musiał siedzieć tam długo. Ekosystem działał świetnie. Jesienią czekała Olka dalsza praca w PE, m.in. zatwierdzenie składu Rządu UE. Właśnie tak to się nazywało. W XXII wieku niektóre instytucje UE zmieniły nazwy w takim kierunku, by z nazwy łatwiej można było zrozumieć, co przedstawia sobą dana instytucja. Komisja Europejska została Rządem UE, a komisarze zostali ministrami. Rada UE została Senatem Europejskim. Zaś Rada Europejska została Szczytem UE.

Ale dla Olka najważniejsze było to, co zamierzał zrobić zimą...

Rozdział XV.

W listopadzie, po przyjeździe z Brukseli, Olek musiał odinstalować wszystkie odstraszacze, porzucając swoje owady w ręce okrutnych praw natury na dalsze lata. Nawet gdyby Kamieński chciał pozostawić na swojej działce ten sztuczny ekosystem, nie dałoby się tego zrobić, bo system nie działał absolutnie samodzielnie, a wymagał od czasu do czasu pewnej aktywności ze strony biologa (co najmniej właściwego uzupełnienia zapasów substancji podawanych zwierzętom).

Było trochę szkoda, ale plany Olka nie przewidywały ciągłego uprawiania takiej działalności. Cel polegał na tym, by zademonstrować wyniki na posiedzeniu komisji i wykorzystać to już dla dobra kręgowców. Olek miał w komputerze dużo danych ilościowych dotyczących funkcjonowania systemu oraz zdjęć i filmów zrobionych na działce. (Być może, uważny Czytelnik pomyśli, że Olek musiał uzyskać zezwolenie na monitoring. Nie, bo to nie był monitoring; Olek po prostu brał kamerę w ręce i kręcił film. Taka czynność, oczywiście, nie wymagała zezwolenia.)

Wszystkie dane wyglądały dość świetnie. Najistotniejszym mankamentem były pewne osobliwości funkcjonowania pszczół. Olek nawet pomyślał, że mógłby i nie kupować tych pszczół: z ich pomocą usunął jedne mankamenty, ale dostał inne. Chyba lepsze byłyby jednak trzmiele, ale, niestety, w kwietniu nie miał za bardzo czasu, by nad tym się zastanowić...

Dokładniej, problem polegał na tym, że to były pszczoły bez trutni; Olek karmił je substancją, która zapobiegała rodzeniu trutni. Dlaczego? Bo obecność trutni byłaby sprzeczna z całym pomysłem: trutnie zawsze są ofiarami krzywdzonymi przez członkinie swojego roju. Głównym problemem jest nawet nie to, że jesienią są one wyganiane z gniazda (przecież można byłoby je zbierać, ogrzewać i karmić), a to, że truteń umiera od razu po zapłodnieniu królowej, pozostawiając w jej ciele oderwany kawał ważnego narządu. Oczywiście, ludzie trzymający pszczoły jako dekoracyjne zwierzęta domowe z reguły nie chcieli mieć do czynienia z taką okrutnością; dlatego od dawna były szeroko znane substancje blokujące pojawianie się tych nieszczęsnych istot.

Ale wykorzystanie pszczół bez trutni oznaczało, że po kilku latach tych pszczół już nie byłoby. Chyba że leczyć je ze starości, ale to byłoby zbyt skomplikowane. Wychodziło więc, że ekosystem Olka był w pewnym sensie tymczasowy. Ale to było nie bardzo istotne, głównie ze względu na to, że wśród kręgowców analogiczne problemy nie istnieją.

W pewnym dniu Olek spotkał się z Kamieńskim w sprawie przekazania działki. Kamieński stwierdził, że stan działki jest właściwy, pomyślnie ją przejął i wrócił do domu. Koło wejścia do bloku spotkał Lenę.

- Cześć, Piotrek! - powiedziała Lena.

- Cześć! - odpowiedział Kamieński.

- No co, już pożegnałeś Olka?

- Tak.

- I co dalej będziesz robił z tą działką?

- Sądzę, że wreszcie przyszedł czas ją sprzedać. Dojrzałem do tego.

- Ale nie sprzedawaj gminie!

- Dlaczego?

- Bo tam standardowa cena, a przecież to historyczna działka. Możesz sprzedać ją znacznie drożej. A możesz nawet nie sprzedawać, a zarobić kupę pieniędzy, organizując tam muzeum. Zwłaszcza jeżeli Olek osiągnie swój cel.

- No nie, nie jestem taki aktywny, by organizować muzeum.

- No, to sprzedaj komuś, kto zorganizuje. Być może, nawet gmina sama zorganizuje i się zgodzi kupić drożej. Tylko trzeba o to negocjować.

- Nie chce mi się negocjować czy długo kogoś szukać. Wolę sprzedać szybko, by już o tym nie myśleć.

- No wiesz, a sprzedaj mnie! Dam ci półtora raza więcej od standardowej ceny.

- I co, zorganizujesz tam muzeum?

- Tak! Wiesz, ostatnio moje żony bardzo chcą odwiedzić Księżyc, ale nie mamy na to kasy. Dlatego już się zastanawiałyśmy, czy nie warto, by któraś z nas znalazła pracę. I oto właśnie niezły zarobek: będę zarządzać muzeum.

- Ale czy jesteś pewna, że to muzeum będzie dawało dużo dochodu? Przecież może być, że Jaroszyński nie osiągnie swojego celu.

- Nawet jeśli nie osiągnie, to będzie ciekawe muzeum. Nikt jeszcze nie urządzał czegoś takiego, jak Olek. A przynajmniej, wolę spróbować. Chodźmy do notariusza!

Kamieński, oczywiście, nie poleciał do notariusza tak od razu, a najpierw uważnie rozważył tę propozycję. Ale po kilku dniach właścicielką działki już była Magdalena Zając. Miała doskonałą intuicję w kwestiach życiowych i tym razem również się nie pomyliła...

Rozpatrywanie wniosku Olka na komisji zostało wyznaczone na wtorek 19 stycznia 2190 roku, czyli już po zimowej przerwie. Wcześniej Olek się spodziewał, że załatwi to jeszcze przed Nowym Rokiem, a więc "w latach 80.", ale nie zdążył. Za to, witając Nowy Rok i lata 90., myślał o swoich wielkich planach na tę dekadę.

I wreszcie przyszedł dzień 19 stycznia. Olek usiadł przy komputerze w oczekiwaniu posiedzenia swojej komisji. W pewnym momencie przewodniczący Igor Łopatow otworzył posiedzenie i udzielił głosu Aleksandrowi Jaroszyńskiemu. Olek opowiadał bardzo szczegółowo, ale ciekawie. Dość dokładnie opowiedział też historię tego zagadnienia. Choć wielu członków komisji doskonale pamiętało, o co chodzi, ale należało wyjaśnić to tym, których nie było w tej komisji w poprzedniej kadencji.

Jak już wspominaliśmy, Olek miał w komputerze dużo materiałów na temat swojego odczytu: zbiory danych, zdjęcia, filmy. Technika prezentowania tych materiałów była bardzo łatwa: pliki z komputera można było otwierać tak, by wszyscy uczestnicy posiedzenia dobrze widzieli je na swoich ekranach. W końcowej części swojego występu Olek podał przybliżone rozważania o tym, czym może się różnić od zaprezentowanej działalności analogiczna działalność dotycząca całego rezerwatu i obejmująca ssaki albo nawet wszystkie kręgowce. Wyraził zdanie, że realizacja takiego programu dla rezerwatu chyba jest możliwa.

Potem była debata, w trakcie której zdecydowana większość występujących poparła wniosek Olka. Przyszedł czas na głosowanie. Olek kliknął przycisk "za" i w naprężeniu czekał na wynik. Wreszcie na ekranie pojawił się zielony napis: "Wniosek zaakceptowano."

- Jes!!! - wykrzyknął Olek i głośno zaklaskał razem z wielu innymi członkami komisji.

Dokładne wyniki głosowania wyglądały tak: za 58, przeciw 2, wstrzymało się 4. Znakomicie! I tak drastycznie się różni od poprzedniej próby! No, ale to nie dziwne: przecież właśnie po to Olek tak rzetelnie pracował na działce. A jednak, to jeszcze nie koniec: trzeba zobaczyć, co zdecyduje komputer.

W tym dniu komisja rozpatrywała jeszcze parę pytań, znacznie mniej istotnych. Wreszcie Olek się doczekał końca posiedzenia, otworzył drzwi pokoju i krzyknął:

- Dziewczyny, chodźcie tu! Mam fajne wiadomości!

- Już wiemy - powiedziała Ania. - Słyszałyśmy, jak radośnie krzyczałeś i klaskałeś.

Czytelnik może zapytać, dlaczego Karolina i Ania nie siedziały w pokoju Olka podczas posiedzenia komisji. Przecież byłoby dla nich interesujące zobaczyć, jak to wszystko się odbywa, i bezpośrednio dzielić z Olkiem radość zwycięstwa. No, po prostu kiedy człowiek jest zajęty jakąś ważną sprawą (np. uczestnictwem w posiedzeniu komisji parlamentarnej), nie warto rozpraszać jego uwagę swoją obecnością.

Urzędowy komputer badał propozycję Olka około trzech dób i podał kompletną odpowiedź, z której wynikało, że odseparowanie drapieżników od ofiar wśród ssaków w Puszczy Białowieskiej jest zaskakująco nietrudne. Od razu po tej odpowiedzi pojawił się pomysł (zgłoszony już nawet nie przez Olka), by zbadać sprawę dla wszystkich kręgowców i dla wszystkich unijnych rezerwatów przyrody. To byłby długi program do zrealizowania, ale zbadać i zaplanować można byłoby już teraz. Takie badania zajęły komputerowi około trzech tygodni, ale odpowiedź była znów optymistyczna. Nadchodził więc czas rewolucyjnych zmian w unijnej polityce ekologicznej.

Zanim te zmiany zaczęto wcielać, konieczna była formalna decyzja Parlamentu Europejskiego i Senatu Europejskiego. To była faktycznie formalność, skoro już komputer wszystko wyjaśnił, ale ta formalność potrzebowała czasu i wreszcie została załatwiona w połowie marca. Potem minister środowiska UE zaczął organizować całą tą działalność, której szczegółami nie będziemy męczyć Czytelnika. Warto tylko sprecyzować, że na razie kręgowce musiały trochę się rozmnażać i umierać ze starości. Można byłoby wyobrazić sobie natomiast jeszcze bardziej zaawansowany system, przewidujący leczenie wszystkich kręgowców ze starości; ale to byłoby zdecydowanie trudniej i na razie nikt nie proponował badać takiego zagadnienia. Ale, być może, po kilkunastu lub kilkudziesięciu latach, kto wie...

Tak zaczęła się długa, ale pomyślna, droga do rzeczywistego szczęścia wszystkich kręgowców zamieszkujących tereny unijne.

Ciąg dalszy nastąpi. W tym miejscu chcę szczególnie podkreślić, że to jeszcze nie koniec (choć nie byłoby dziwne, gdyby to był koniec). Łącznie powieść zawiera 21 rozdziałów. Pozostaje więc 6 rozdziałów, czyli 2 odcinki.
Odpowiedz
#6
Ciąg dalszy.

Rozdział XVI.

W czerwcu 2190 roku Olek zapytał Anię:

- Czy chcesz tym razem jakiejś szczególnej podróży po swoich urodzinach? Choć to nie jubileusz, ale coś nawet jeszcze bardziej wyjątkowego: osiemnaście lat. Będziesz pełnoletnia.

- A jakoś już nie chce mi się podróżować - odpowiedziała Ania. - Być może, właśnie dlatego, że staję się dorosła. Tak sobie myślę, że nic się nie zmienia od tego, że wprowadzam swoje ciało do jakiejś pewnej przestrzeni. Przy czym z reguły tę przestrzeń można obejrzeć przez Internet.

- No jasne. Odziedziczyłaś to po mamie.

- Ale wiesz, jednak mam pomysł. Mogę znów odwiedzić twoje byłe laboratorium. Przecież tam teraz muzeum.

- O tak, muzeum. Lena Zając nim kieruje. Bardzo aktywnie tym się zajęła. Chyba pamiętasz, że wysłałem jej swoje pliki laboratoryjne.

- Tak, oczywiście. To co, pojedziemy tam po moich urodzinach?

- Chętnie!

12 lipca Lena witała w swoim muzeum dobrze znanych jej gości, którzy wcześniej się zapisali przez Internet i przelali pieniądze.

- No i po co zapłaciliście? - powiedziała Lena z udawaną złością do Olka i Ani. - Myślicie, że nie przyjęłabym bezpłatnie ludzi, dzięki którym to muzeum powstało?

- Nie chcę nadużywać swojej roli - odpowiedział Olek. - Za wszystkie usługi trzeba płacić. Tym bardziej, że kibicuję ci w twoim dążeniu do wysłania na Księżyc twoich żon.

- Co, moje żony tak ci przeszkadzają, że chcesz, by odleciały na Księżyc? - zażartowała Lena.

- Jak widać, przeszkadzają one tobie, skoro chcesz je sprowadzić na Księżyc - zażartował Olek.

- Och! Obawiam się, że jednak przekonają mnie, bym leciała z nimi. Ale do tego jeszcze daleko. Muzeum dopiero zaczyna działać i odwiedzających jest na razie nie tak aż bardzo dużo.

- Jestem pewna - wtrąciła się Ania - że za kilka miesięcy lub lat to muzeum będzie bardzo popularne.

- Ja również tak sądzę. Inaczej nie kupowałabym tej działki - powiedziała Lena.

Wycieczka się zaczęła od odwiedzenia działki, która zamiast realnych stref zawierała tabliczki oznaczające granice tych stref, niczym oznaczenia granic miejscowości na szosach. Na każdej takiej tabliczce była napisana nazwa odpowiedniego drobnego zwierzęcia i był przedstawiony wizerunek tego zwierzęcia. Olek stwierdził, że Lena nic nie pomyliła; ale to nie było dziwne, bo ona posiadała dokładne informacje, wysłane jej przez Olka. Potem Lena pokazywała zdjęcia i filmy oraz opowiadała o niektórych ciekawych faktach. Dla Ani to było ciekawe, bo wcześniej ona nie zadawała swojemu tacie tak wielu pytań i teraz uzyskała od Leny dużo nowych informacji. Natomiast Olek, oczywiście, był doskonale obeznany w temacie, ale bardzo ciekawie mu było spojrzeć na to, jak jego praca została przerobiona przez kogoś na materiał do wycieczki.

Po skończeniu programu wszyscy troje stwierdzili, że trochę szkoda, że laboratorium przestało istnieć jako takie, a pozostaje jedynie w postaci muzeum. Ania powiedziała:

- Dobrze byłoby, gdyby jednak się udało organizować w rezerwatach strefy nie tylko dla kręgowców, a też takie, jak tu.

- Trochę myślałem o tym - powiedział Olek. - To nierealne. Owadów w naturze jest zbyt dużo, zwłaszcza w rezerwatach. A oprócz tego, nikt nie zechce tak się naprężać dla ulepszenia życia istot o tak niskim poziomie świadomości. Przecież ludzie dotychczas jedzą owady i inne bezkręgowce. Nie dojrzeli więc do uwzględniania ich interesów.

- Ale my nie jemy! - powiedziała Ania. - Ludzkość powinna stopniowo przyjść do wegetarianizmu, a potem, być może, mając lepsze narzędzia, potrafi ulepszyć życie wszystkich zwierząt. Sądzę, że to naturalna kontynuacja udoskonalenia społeczeństwa. Kiedyś zwalczano dyskryminację ze względu na rasę i płeć, potem ze względu na orientację seksualną, potem ze względu na gatunek w ramach kręgowców; nadchodzi kolej na inne gatunki zwierząt.

- Chyba tak - powiedział Olek. - A potem znów się znajdzie, co dalej zwalczać. Być może, coś takiego, co nam teraz nawet nie przyjdzie na myśl. Wygląda na to, że społeczeństwo nigdy nie osiągnie całkowitej doskonałości. Natomiast sęk w tym, by dążyć do doskonałości. Ta droga może być nieskończona. A na teraźniejszym etapie jest jeszcze bardzo sporo do zrobienia z kręgowcami. Wiecie, nawet kiedy zrobią wszystko, co zamierzają zrobić w rezerwatach, pozostanie problem w oceanach. O oceanach jeszcze nawet nie rozpatrywano. Nie wiem, czy da się uwolnić od cierpienia wszystkie morskie kręgowce choćby do końca następnego stulecia.

- Ale się cieszę - wtrąciła się Lena - że chyba jestem na właściwej drodze. Dawniej z chęcią wcinałam potrawy z owadów, a działalność Olka zachęciła mnie do wegetarianizmu.

- A czy nawróciłaś na wegetarianizm swoje żony? - zapytał Olek.

- Częściowo. Gosia już jest wegetarianką, a Kasia wciąż nie może się zdecydować.

A teraz wróćmy do nieco wcześniejszych czasów, o przeciwnych warunkach pogodowych: do tych szczęśliwych dla Olka styczniowych dni, kiedy jego propozycja błyszcząco zwyciężała w Europarlamencie. Jak tylko deputowani poznali wyniki badań przez komputer propozycji o Puszczy Białowieskiej, kilkoro członków Komisji ds. Środowiska nominowało Olka na Pokojową Nagrodę Nobla, ale oni mu o tym nie powiedzieli. Chyba chcieli zrobić niespodziankę, ale dodatkowo byli i tak zakłopotani tym, by zdążyć do końca stycznia, bo inaczej ta nominacja byłaby rozpatrywana aż w następnym roku.

Zaznajomimy się dokładniej z osobliwościami przyznawania Nagród Nobla pod koniec XXII wieku. Te nagrody nadal istniały, już prawie 300 lat, i nadal były uważane za najbardziej prestiżowe nagrody na świecie. Nic osobliwego się nie stało z Nagrodami Nobla w dziedzinach fizyki, chemii, fizjologii lub medycyny, literatury. W tych dziedzinach co rok wyłaniano kolejnych laureatów. Natomiast z Pokojową Nagrodą Nobla oraz z Nagrodą Nobla w dziedzinie ekonomii od jakiegoś czasu zaczęły się trudności. Bo na świecie już cały czas panował pokój, a gospodarka cały czas działała bez problemów. Nie było więc potrzeby prowadzenia jakiejś szczególnej działalności w tych sferach i dlatego często nie dawało się wskazać żadnej osoby, która zasługiwałaby na taką nagrodę.

W wyniku tego coraz częściej zdarzały się lata, w których nikt nie dostawał ani Pokojowego Nobla, ani tego ekonomicznego. I wreszcie zapadła decyzja o zniesieniu Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, która, nawiasem mówiąc, nawet nie była prawdziwą Nagrodą Nobla: to była po prostu nagroda imienia Nobla, nie wynikająca z jego testamentu, a wprowadzona później przez Szwedzki Bank Narodowy. Natomiast Pokojowej Nagrody Nobla nie wolno było tak po prostu znieść, właśnie dlatego, że jej zniesienie złamałoby testament Nobla. I więc, ta nagroda po prostu nieco zanikła. W większości lat nikomu jej nie przyznawano i nawet nikogo nie nominowano. Ale sporadycznie się zdarzało, że w jakimś roku ktoś uzyskiwał Pokojowego Nobla.

I w roku 2190 właśnie pojawiła się taka kolejna rzadka okazja: bardzo naturalnie wyglądało nominowanie Aleksandra Jaroszyńskiego za naprawdę wielkie osiągnięcie darujące pokój zwierzętom. Norweski Komitet Noblowski był bardzo zadowolony z pojawienia się tej nominacji. Innych nominacji nie było, i w październiku 2190 roku Pokojowa Nagroda Nobla została jednomyślnie przyznana Aleksandrowi Jaroszyńskiemu.

Olek od jakiegoś momentu rozumiał, że chyba czeka go Pokojowy Nobel. To było dość oczywiste, i o tej nominacji nieraz wspominano w wiadomościach internetowych. I bardzo wielu działaczy zgłaszało taką nominację. Ale większość tych zgłoszeń nadchodziła w okresie, kiedy nominacja miała już dotyczyć następnego roku: 2191. Te osoby, które zdążyły zgłosić Olka w styczniu, nie chciały o tym opowiadać. Sam Komitet Noblowski również, jak wiadomo, nie upublicznia informacji o nominacjach. I w wyniku tego wszystkiego dużą niespodzianką dla Olka okazał się ten fakt, że został on laureatem Nagrody Nobla właśnie w roku 2190, a nie 2191.

Dowiedział się o tym od kolegi, kiedy się znajdował w Brukseli. Ten kolega po prostu zdążył obejrzeć wiadomości wcześniej, niż Olek. Po kilkunastu minutach, wciąż pod wrażeniem dużego zaskoczenia, chciał napisać SMS do domu, ale zobaczył, że natomiast już otrzymał z domu SMS z gratulacjami. I więc, 10 grudnia, czyli niedługo po zakończeniu posiedzeń plenarnych, musiał być w Oslo na uroczystości z okazji wręczenia tej nagrody.

Kiedy wrócił do domu z Brukseli, zaczął omawiać z Karoliną i Anią, czy pojadą one z nim do Oslo. Ania od razu się zgodziła. Karolina trochę pomyślała i też się zgodziła. Przecież to nie po prostu podróż, a bardzo ważne zdarzenie w życiu męża. Na uroczystościach noblowskich zapewniano miejsca dla maksymalnie 9 osób, których przywiezie ze sobą laureat. Dlatego potem zdecydowali dołączyć też niektórzy inni krewni, w tym rodzice Olka i rodzice Karoliny, o których wcześniej nie wspominaliśmy. Mieszkali w innej części Kielc i dość nieczęsto komunikowali się z dziećmi. Ciekawie jednak, że rodzice Karoliny mieszkali niedaleko od rodziców Olka. Chyba Karolina i Olek w młodości byli nastawieni na poszukiwanie partnera życiowego gdzieś w pobliżu.

Kiedy w październiku 2153 roku 15-letnia wówczas Karolina zaczęła rozwijać stosunki z 22-letnim Olkiem, od razu odczuła, że to jest właśnie ten człowiek, z którym chce żyć zawsze (pod warunkiem związku otwartego). Rodzice, inni krewni i znajomi przypuszczali, że to tylko tymczasowe naiwne odczucie, spowodowane bardzo młodym wiekiem. Karolina i sama też tak przypuszczała i dlatego nawet po osiągnięciu pełnolecia nie chciała szybko zawierać ślub. Ale z każdym rokiem ich związek robił się coraz mocniejszy i coraz bardziej harmonijny. I wydawało się, że nawet częsta nieobecność Olka w Kielcach tylko wzmacnia ich miłość.

Olek po uzyskaniu wykształcenia wyższego cały czas miał jakieś zatrudnienie: najpierw jako korepetytor z biologii, potem jako poseł na Sejm, a potem jako europoseł. W 2162 roku Olek kupił mieszkanie i zaproponował Karolinie na stałe mieszkać z nim w tym mieszkaniu. Karolina się zgodziła, a dodatkowo wreszcie zgodziła się wyjść za mąż za Olka. Ślub był bardzo uroczysty; odbył się 9 lipca 2163 roku. Później małżonkowie zechcieli mieć dziecko. Ania urodziła się dokładnie w 9. rocznicę zawarcia ślubu przez jej rodziców. Niektórzy wtedy żartowali, że na tym przykładzie widać, jak zwolniło tempo życia: kiedyś dziecko się rodziło po 9 miesiącach od ślubu, a teraz po 9 latach. Ale tempo życia rzeczywiście zwolniło w porównaniu z minionymi wiekami, w tym sensie, że człowiek nie musiał się śpieszyć, bo zamiast człowieka szybko pracowały komputery.

Rozdział XVII.

W trakcie szykowania się do wyjazdu do Oslo w pewnym momencie Olek powiedział Ani:

- Musimy jeszcze się zastanowić, jak wydać pieniądze z tej nagrody. Decydować masz ty. Wydamy je na twoje potrzeby, bo cała ta działalność na rzecz dzikich zwierząt odbyła się dzięki tobie. Uważam, że Pokojowego Nobla trzeba było przyznać tobie, a nie mnie.

- No, nie przesadzaj, tato! - odpowiedziała Ania. - Ja tylko podałam ogólny pomysł. A ty bardzo dużo nad tym pracowałeś. Właśnie twoja praca musi być wynagrodzona Noblem.

- Ale pomysł często bywa uważany za ważniejszy od działalności laboratoryjnej. Na przykład, w XX wieku za odkrycie pogwałcenia parzystości uzyskali Nagrodę Nobla z fizyki Lee i Yang, którzy zaproponowali eksperyment, a nie Wu, która ten eksperyment przeprowadziła.

- Ale w tym przypadku konkretny eksperyment wymyśliłeś również ty. Moje pomysły były ogólne i mgliste. I jeszcze przypuszczam, że pracowałeś nad tym znacznie więcej, niż Wu nad tamtym słynnym eksperymentem. Ale, jeśli chcesz wydać nagrodę na moje potrzeby, to, być może, kupimy mieszkanie.

- OK, ale na takie pieniądze można kupić dużo mieszkań. Zalecam zastanowić się uważniej.

- No tato, będziesz sam o tym myślał. I wreszcie, można nawet nie wydawać tak specjalnie. Niech sobie leżą oszczędności, na wszelki wypadek. Aha, z mieszkaniem również trzeba poczekać. Być może, zechcę wyjść za mąż za kogoś, kto już będzie miał własne mieszkanie, i wtedy nie będzie miało sensu posiadać jeszcze jedno.

- Hm, w takim razie można przecież sprzedać zbędne mieszkanie. Czy chcesz tak szybko znaleźć męża, że nawet zrezygnujesz z etapu usamodzielnienia się?

- Wiesz, naprawdę, ostatnio mam takie odczucie, że chciałabym dość szybko wyjść za mąż. I jeszcze chciałabym urodzić dziecko. Czy nawet kilkoro dzieci. Chętnie obserwowałabym ich rozwój i opowiadałabym im różne ciekawe informacje, na przykład o tym, jak dzięki nam z tobą stopniowo się ulepsza życie zwierząt.

- Oho! Chcesz wyprzedzić Karolinę. Bardzo rzadko się zdarza, by córka urodziła więcej dzieci, niż mama.

- No cóż, różnie się zdarza - z uśmiechem odpowiedziała Ania, wprowadzając instrukcje z Oslo do programu dla robota zbierającego rzeczy do podróży.

A instrukcje dla laureatów Nagród Nobla wysyłano bardzo szczegółowe. Jedna z rzeczy, o której można było łatwo zapomnieć i konieczność której była mocno podkreślana w instrukcjach: wziąć poligloty. Dość wielu ludzi nie brało poliglotów podczas wyjazdów w ramach UE, do której przecież należały Szwecja i Norwegia - kraje, gdzie się wręcza Nagrody Nobla. Ale trzeba było uwzględniać, że wręczenie Nagród Nobla to ceremonia o zasięgu światowym, a nie unijnym. Tam mogli się znajdować Anglicy, Amerykanie, Japończycy czy Chińczycy; choć znaczna ich część (zwłaszcza Anglicy) uczyła się języka esperanto w ramach edukacji dziecięcej, ale niewielu z nich potrafiłoby go używać na poziomie wystarczającym do normalnej rozmowy.

Jeśli już wybierać język zrozumiały dla wszystkich, to w tym przypadku najbardziej pasowałby ten angielski, wciąż uznawany za język międzynarodowy, ale niewielu znało go na takim poziomie, by nietrudno było rozmawiać. I nie było potrzeby znać, bo wszyscy mieli poligloty. Na uroczystościach noblowskich każdy mówił w swoim języku ojczystym, ale wszyscy byli w poliglotach i wszystko rozumieli.

Wręczać Olkowi medal i dyplom miał król Norwegii. Dawniej ten monarcha jedynie był obecny podczas ceremonii, a wręczał atrybuty Pokojowej Nagrody Nobla przewodniczący Norweskiego Komitetu Noblowskiego; inaczej było z pozostałymi Nagrodami Nobla, wręczanymi w Sztokholmie, bo tam wręczał król Szwecji (lub panująca królowa). Ale w XXII wieku zdecydowano ujednolicić te tradycje, nadając więcej symbolicznych funkcji monarchom, żeby nieco skompensować stopniowe zanikanie roli monarchów na świecie.

Informacje o monarchiach i monarchach w XXII wieku zasługują na osobną uwagę. Liczba monarchii lekko się zmniejszyła w porównaniu z początkiem wieku XXI, ale nie bardzo. Dla przykładu weźmiemy monarchie rozmieszczone w Europie w sensie geograficznym. Tam zniknęły tylko dwie monarchie: Andora i Watykan. Andora w pewnym momencie została republiką, porzucając dziwaczną tradycję polegającą na tym, że rolę jej księcia pełnili łącznie prezydent Francji i biskup diecezji Urgel. Zaś co do Watykanu, to papież nadal był zwierzchnikiem Kościoła Katolickiego, ale Watykan przestał być państwem i został częścią Włoch. Zrzeczenie się państwowości było najprostszą metodą dołączenia do UE, a Watykan od pewnego czasu bardzo chciał dołączyć do UE.

Jeśli zaś chodzi np. o monarchie Azji czy Afryki, to te z nich, które były monarchiami absolutnymi, zostały, oczywiście, przekształcone na normalne demokratyczne państwa, czyli monarchie parlamentarne; a kilka monarchii przeszło do ustroju republikańskiego. Angielski król wciąż był jednocześnie królem dość wielu innych monarchii, oprócz FK, przy czym ich liczba od czasu do czasu się zmieniała: malała, gdy któryś z takich krajów wybierał ustrój republikański, ale rosła, gdy któryś z takich krajów rozpadał się na kilka państw, z których każde decydowało pozostać monarchią z angielskim monarchą na czele (przy czym takiego rozpadu doznała też sama w sobie Brytania, gdy niepodległość uzyskała Szkocja; zaś inne kawałki oddzielały się od Brytanii w taki sposób, że nie zwiększały liczby monarchii; np. Irlandia Północna po prostu szybko dołączyła do Irlandii, a więc też do UE, bo to było w czasach, gdy już dawno się skończyły typowe dla tego terytorium kłótnie).

Najciekawsze pytanie dotyczące monarchii jest powiązane ze zwycięstwem ludzkości nad starzeniem się i wynikającą z tego nieważnością rozmnażania. Władza monarchy zwykle jest spadkowa. A po co ten spadek, jeżeli monarcha nigdy nie umiera? A ponadto, już bardzo dawno nie zdarzało się, by z powodu jakiegoś tragicznego wypadku zginął jakiś monarcha. W związku z tym w różnych monarchiach powstały różne tradycje w tym zakresie i z tego punktu widzenia były dwa rodzaje monarchii.

W monarchiach pierwszego rodzaju monarcha od dawna pozostawał ten sam, bo nie umierał. Zwykle miał jednak dzieci, urodzone jeszcze w czasach, gdy nie bardzo spodziewano się nieśmiertelności. Wśród tych dzieci, jak i wśród wszystkich ludzi, mogli być tak bezdzietni, jak i decydujący się na urodzenie dziecka. Ale liczba i sama obecność wnuków i dalszych potomków monarchy nie była ważna z punktu widzenia dziedziczenia władzy; chyba że na wszelki wypadek.

Natomiast w monarchiach drugiego rodzaju monarchowie z nieśmiertelności nie wnioskowali, że muszą wiecznie pozostawać na tronie, a mieli zwyczaj abdykować w wieku 70-80 lat. W takich monarchiach wciąż ważne było, by w rodzinie monarszej regularnie rodziły się dzieci, i sprawowanie funkcji monarchy stopniowo przechodziło do przedstawicieli coraz młodszych pokoleń.

Funkcje monarchów znacznie się zawęziły w porównaniu z minionymi stuleciami. Pozostały tylko podpisywanie aktów prawnych (mające nawet jeszcze bardziej formalny charakter, niż dawniej) oraz różne funkcje ceremonialne. Dawniej monarchowie jeszcze poświęcali dużo uwagi działalności dobroczynnej, ale pod koniec XXII stulecia taka działalność zupełnie nie była potrzebna. Bo zwykle nie było potrzebujących, a jeżeli ktoś czasem okazywał się w jakiejś bardzo trudnej sytuacji, to po prostu pomagała mu władza lokalna lub państwowa; indywidualni darczyńcy (nawet będący poszczególnymi przedstawicielami władzy) już nigdy nie wchodzili w grę.

W minionych wiekach od monarchów zwykle wymagano przynależności do jakiegoś określonego kościoła. Wszystkie takie wymagania zostały zniesione najpóźniej w połowie XXII wieku. W świecie, gdzie przeważająca większość ludności nie wierzy w żadną religię, dziwnie byłoby wymagać czegoś takiego od monarchów.

Wracając do ceremonii noblowskiej, można powiedzieć, że nic osobliwego nie odbyło się w trakcie drogi Olka i jego krewnych do Oslo oraz w trakcie ich pobytu w Oslo przed ceremonią. Przebieg ceremonii również nie miał osobliwości, o których warto byłoby pisać. Przytoczymy tylko pewien fragment przemówienia laureata Aleksandra Jaroszyńskiego:

- Muszę też wspomnieć o osobie, bez której cała ta sprawa nie byłaby możliwa. To moja córka Anna Michalska, która miała zaledwie piętnaście lat, kiedy zaproponowała przeanalizować możliwość uwolnienia dzikich zwierząt od drapieżnictwa. Uważam, że ta Nagroda Nobla powinna należeć jej w nie mniejszym stopniu, niż mnie. Dziękuję więc Ani zarówno w swoim imieniu, jak i w imieniu wszystkich zwierząt, które będą uwolnione od drapieżnictwa dzięki pomysłowi tej inteligentnej dziewczyny. A jeszcze jestem bardzo wdzięczny swojej żonie Karolinie Michalskiej, która wspierała mnie podczas najtrudniejszych okresów mojej pracy, a jeden raz nawet przyniosła mi do laboratorium smaczny wiśniowy obiad.

Dość naturalnie byłoby, gdyby, mówiąc to, Olek pokazał obecnym, gdzie siedzą Ania i Karolina, a nawet gdyby poprosił je o wstanie. Ale to nie przyszło mu na myśl. Dlatego większość obecnych na ceremonii nie wiedziała, kto z obecnych jest córką laureata i kto jest jego żoną.

Rozdział XVIII.

A wieczorem 10 grudnia odbywał się tradycyjny bankiet dla uczestników ceremonii wręczenia Pokojowej Nagrody Nobla. Każdy z uczestników otrzymał wiadomość mejlową, w której było wskazane przydzielone mu miejsce przy stole. Komputer wyznaczał te miejsca według takiego schematu, by bliscy nie siedzieli obok siebie (zwłaszcza unikano wspólnego siedzenia małżeństw, bo w domu i tak są razem, to niech podczas bankietu trochę odpoczną od siebie). Uważano, że ciekawiej jest siedzieć koło nieznajomych i zaznajamiać się z nimi w trakcie imprezy. Oprócz tego, kobiety i mężczyźni następowali po sobie w szeregu siedzących przy stole.

Warto wspomnieć, że na niektórych podobnych imprezach robiono nawet tak: każdego uczestnika pytano w ankiecie o jego orientację seksualną i miejsca wyznaczano tak, że wśród heteroseksualistów kobiety i mężczyźni następowali po sobie, a homoseksualistów rozmieszczano w dwóch jednopłciowych szeregach. Ale tu tak nie było. Przecież Nagroda Nobla to nie jakaś impreza randkowa. Mężczyźni siedzieli obok kobiet raczej po to, by siedzieć obok kogoś istotnie innego, dla odmiany, trochę analogicznie do niesiedzenia obok bliskich ludzi.

Na stole stało mnóstwo dań i napojów bezalkoholowych. Przy każdym daniu był napis, czy jest ono wegańskie, a jeśli nie jest, to też czy jest wegetariańskie. Wszystko było obstawione w dość staromodnym uroczystym stylu. Obsługiwali klientów kelnerzy, a nie roboty. I ci kelnerzy nawet byli ubrani w specjalny strój, co w XXII wieku rzadko się zdarzało nawet w miejscach, gdzie nie chciano zastępować kelnerów robotami. W minionych wiekach istniały też wymagania dotyczące ubrań uczestników imprezy, ale to dawno przestało obowiązywać.

W takiej uroczystej i staromodnej atmosferze większość obecnych odruchowo zachowywała się nieco staromodnie, m.in. wielu mężczyzn uważało, że mają pomagać siedzącym koło nich kobietom (zwłaszcza nalewać napoje do ich kielichów). W wyniku tego pojawiał się typowy dla takich sytuacji problem: wielu nie wiedziało, którą kobietę trzeba obsługiwać według tych starych nieco seksistowskich zwyczajów - tę, która siedzi po lewej stronie, czy po prawej. Dlatego niektóre kobiety nie były obsługiwane przez żadnego ze swoich sąsiadów, a niektóre inne kobiety były oblegane przez obu sąsiadów.

Ale Ania miała szczęście: obaj jej sąsiedzi mieli jednakowe zdanie na rozpatrywany temat i obsługiwali kobietę siedzącą po prawej stronie. Anię obsługiwał więc dokładnie jeden sąsiad: ten siedzący po lewej od niej. Kiedy po raz pierwszy zapytał ją o preferowany napój, Ania odnotowała, że odczuła coś trochę osobliwego. Bardzo jej się spodobał lekki uśmiech i miły pogląd tego mężczyzny. Błysnęło coś w rodzaju w przybliżeniu takiej myśli: "To jest ten człowiek, z którym chciałabym żyć zawsze." Ale od razu odnotowała, że nie warto nadawać temu odczuciu dużego znaczenia. Tym bardziej, że można to wyjaśnić po prostu tym, że ostatnio w jej głowie często się kręciły marzenia o małżeństwie. Ale, oczywiście, nie szkodzi bliżej się dowiedzieć, co to za facet.

Był średniego wzrostu i nieco szczupły; a właśnie tacy mężczyźni podobali się Ani. Według kolorów włosów i oczu był w pewnym sensie przeciwny do Ani: Ania była brunetką z ciemnobrązowymi oczyma; natomiast jej sąsiad był blondynem i miał niebieskie oczy. Ewidentnie należał do rasy białej i nosił brodę i wąsy, takież jasne, jak pozostałe włosy (w XXII wieku przeważająca większość mężczyzn rasy białej nie goliła żadnej części zarostu; przy okazji odnotujemy, że Olek również nosił brodę i wąsy). Taka biel skojarzyła się Ani ze Skandynawią, w której przecież ona właśnie teraz się znajdowała. Przypuściła, że to Norweg lub Szwed, ale wkrótce zobaczyła, że się myli, bo kiedy on coś mówił, poligloty w kąciku pisały, że to jest język holenderski.

Co prawda, mógł mieć korzenie skandynawskie, ale wygląda na to, że mieszkał w Holandii. Plakietki, które zostały wydane wszystkim uczestnikom imprezy, nie pomagały uzyskać dużo informacji o sąsiedzie, bo tam było napisane tylko imię; ani nazwiska, ani stanowiska, ani jakichkolwiek innych informacji na tych plakietkach nie było. Chyba organizatorzy uważali, że tak ciekawiej albo że tak demokratyczniej. Imię tego mężczyzny było Erik.

Kiedy zostały już wygłoszone wszystkie toasty, zagrała muzyka i zaczął się bal. Erik od razu zaprosił Anię do tańca.

- To dość oryginalne - powiedział Erik - że od samego początku dają piosenkę z Eurowizji.

- Dokładnie! - powiedziała Ania. - Wiem, że ta piosenka zwyciężyła w 2172 roku. Ja wtedy jeszcze nie zdążyłam się urodzić, ale interesuję się też historią Konkursu Piosenki Eurowizji.

- Oho! - powiedział Erik. - Jesteś więc taką zaawansowaną fanką Eurowizji. Ja również bardzo lubię ten konkurs, ale nie sięgam poza to, co było za mojej pamięci. Miałem 7 lat, kiedy ta piosenka zwyciężyła.

I dalej potoczyła się rozmowa o Eurowizji. Ania i Erik znaleźli więc bardzo odpowiedni dla siebie temat rozmowy. Oboje bardzo lubili i uważnie śledzili ten słynny muzyczny konkurs, który istniał już ponad 200 lat. W ciągu czasu jego istnienia dużo się zmieniło. To już był konkurs internetowy, a nie telewizyjny (bo telewizja nie istniała), a uczestniczyły w tym konkursie prawie wszystkie kraje świata (choć nazwa konkursu wciąż nawiązywała do Europy). Odnotujemy jeszcze, że według stanu na rok 2190 według liczby wygranych w ciągu całej historii Konkursu na pierwszym miejscu uplasowała się Ukraina. Ania i Erik rozmawiali o Eurowizji tak w ciągu całego pierwszego tańca, jak i podczas drugiego tańca, który znów tańczyli razem. Po dwóch tańcach zdecydowali odpocząć, siedząc przy stole, i nadal rozmawiali o Eurowizji. W bardzo wielu kwestiach dotyczących tego konkursu mieli podobne zdanie i podobne smaki.

Stopniowo rozmowa przeszła do innych tematów, i w jakimś momencie Erik powiedział:

- Zastanawiam się: jesteś Polką i masz na imię Anna. Czy nie jesteś przypadkiem córką laureata?

- Zgadłeś - odpowiedziała Ania. - Aleksander Jaroszyński to mój tata.

- Wspaniale! Rozmawiam więc z dziewczyną, która wpadła na ten świetny pomysł odseparowania drapieżników od ofiar.

- No, szczerze mówiąc, jestem zdziwiona, że nikt nie wpadł na taki pomysł wcześniej. Przypuszczam, że inni też o tym myśleli. Ale sęk w tym, że mój tata zdecydował się o to zawalczyć, walczył uparcie i dużo pracował w tym celu. Za to dostał Nobla. A teraz chciałabym się dowiedzieć, kim jesteś ty. Chyba jesteś dość ważną personą, skoro zostałeś tu zaproszony, ale dotychczas nie wiem o tobie prawie nic.

- Rzeczywiście, jestem dość ważną personą, chyba nawet bardzo ważną. Jednak lubię rozmawiać z ludźmi, którzy o tym nie wiedzą. Ale już ci powiem: jestem księciem, następcą tronu Holandii.

- Oho! Nigdy wcześniej nie rozmawiałam z przedstawicielami rodzin królewskich. Być może, mam do ciebie się zwracać "Twoja Wysokość"?

- No przestań! To anachronizm.

Dalej Ania i Erik rozmawiali o osobliwościach życia w rodzinie królewskiej. Holandia należała do takich monarchii, gdzie monarchowie mieli zwyczaj abdykować i przekazywać tron następnym pokoleniom. Dlatego planowano, że Erik kiedyś, po abdykacji jego matki, zostanie królem, a kiedyś potem sam abdykuje, i wtedy królem zostanie najstarsze z jego dzieci. Ale na razie tych dzieci nie było. Erik był kawalerem i właśnie zaczynał myśleć o poszukiwaniu przyszłej żony. Powiedział Ani wprost, że ona wydaje mu się dobrą kandydatką na tę rolę. Ania odpowiedziała, że jej również tak się wydaje, choć, oczywiście, trzeba lepiej się poznać. Oprócz tego, przyznała się, że ostatnio właśnie chce wyjść za mąż i urodzić dzieci. Potem Ania i Erik rozmawiali jeszcze na dużo różnych tematów. Okazało się, że Erik był starszy od Ani dokładnie o 7 lat i 6 miesięcy, bo się urodził 9 stycznia 2165 roku.

W trakcie rozmowy oni jeszcze dużo razy tańczyli ze sobą i kilka razy odpoczywali od tańców. Natomiast dwa razy odpoczywali od siebie, tańcząc z kimś innym. Przy pierwszej takiej okazji Ania zaprosiła do tańca jakiegoś Greka (w XXII wieku kobiety zapraszały kogoś do tańca tak samo często, jak mężczyźni); podczas tego tańca w jej głowie kręciła się myśl, że Grecja często dobrze wypada na Eurowizji. A za drugim razem Anię zaprosiła do tańca jakaś niemiecka lesbijka lub biseksualistka. Jednopłciowe tańczące pary nie były czymś wyjątkowym nawet w XX wieku, tylko wtedy one z reguły się nie kojarzyły z homoseksualizmem. Natomiast w XXII wieku każda osoba zapraszająca kogoś do tańca zapraszała z reguły na podstawie swoich smaków i preferencji seksualnych; a osoba zaproszona z reguły nie odmawiała.

Podczas jednej z takich przerw w rozmawianiu z Anią Erik, szukając partnerki do tańca, zwrócił uwagę na kobietę, która była trochę podobna do Ani; była jednak nieco "jaśniejsza", bo miała kasztanowe włosy i jasnobrązowe oczy. Zaprosił ją do tańca.

- Zauważyłam - powiedziała z uśmiechem kobieta - że dzisiaj dużo tańczysz z moją córką.

Tak, to była Karolina Michalska.

- To znaczy, jesteś matką Anny? I chyba żoną dzisiejszego laureata? - ze zdziwieniem zapytał książę.

- Tak, dokładnie - odpowiedziała Karolina.

- Jesteście podobne - zauważył Erik. - I obie bardzo podobacie mi się.

Tymczasem Olek, jako główny bohater imprezy, cieszył się dużą popularnością i nie zdążał nikogo zapraszać do tańca, bo zapraszali jego. Przetańczył z wieloma kobietami oraz mężczyznami homoseksualnymi lub biseksualnymi. W pewnym momencie podeszła do niego Karolina i powiedziała:

- Być może, zgodzisz się zatańczyć też ze swoją dokuczliwą żoną, laureacie?

- Oczywiście, że się zgodzę - z uśmiechem odpowiedział Olek. - Świetnie byłoby, gdyby wszyscy dokuczliwi dokuczali tylko w takim stopniu, jak ty.

Podczas tańca Olek powiedział Karolinie:

- Czy zauważyłaś, że Ania dzisiaj jest bardzo zainteresowana jakimś pewnym gościem.

- Tak, zauważyłam. I nawet tańczyłam z tym gościem.

- I co on sobą przedstawia?

- Bardzo grzeczny facet. Ma na imię Eryk, rozmawia po holendersku. Nic konkretnego o nim nie wiem. Nie omawialiśmy, kim jest.

Dla szczególnie dociekliwych Czytelników warto zauważyć, że Karolina użyła spolszczonej wersji imienia (Eryk, a nie Erik). Tak też zwracała się do księcia Ania; a jaką wersję imienia on słyszał, zależało od ustawień poliglotów. Później, bez poliglotów, rozmawiając w języku esperanto, Ania mówiła już "Erik", bo tak bardziej pasuje do esperanto. W poniższym tekście będziemy używać wersji "Eryk", bo tak wygodniej dla polskich Czytelników.

Po skończeniu imprezy Ania i Eryk dali sobie nawzajem swoje adresy mejlowe i numery telefonów. Z adresu Eryka dobrze było widać, że należy on do domeny holenderskiej rodziny królewskiej; Ania potem nawet uważnie sprawdziła to w Internecie, żeby była pewność, że to nie jest jakiś oszust podszywający się pod księcia; oglądała też wizerunki tego księcia w kilku miejscach w Internecie, i wszystko się zgadzało.

W nocy Olek, Karolina i Ania wracali do pokoju hotelowego, gdzie mieszkali razem.

- Aniu, opowiedz nam trochę o swoim narzeczonym - powiedział Olek.

- No tam, narzeczony! - zaśmiała się Ania. - Dopiero dzisiaj się zaznajomiliśmy. Ale on mi bardzo się podoba. Jest księciem, następcą tronu Holandii.

- Oho! - powiedział Olek. - Stopniowo się przyzwyczajam, że jestem coraz bardziej znaną osobą, ale nigdy nie myślałem, że moja córka zostanie księżną.

- No tato!!! Jeżeli będziesz postrzegać przypuszczenia jako fakty dokonane, to chyba tak się nie stanie.

- Ale przecież nie powiedziałem, że zostaniesz księżną. Powiedziałem tylko, że nie myślałem, że zostaniesz.

Ciąg dalszy nastąpi.
Odpowiedz
#7
Ciąg dalszy (ostatni odcinek).

Rozdział XIX.

Niedługo po powrocie z Oslo Ania napisała do Eryka mejl, w którym zaprosiła go do odwiedzenia Kielc na Boże Narodzenie. Eryk z radością zgodził się. Warto zauważyć, że już dawno (zwłaszcza w Holandii) zanikła moda na publiczne informowanie o tym, gdzie który członek rodziny królewskiej spędza święta. Nawiasem mówiąc, w XXII wieku w ogóle zanikła moda na publiczne omawianie osobistego życia celebrytów. Gdyby Eryk i Ania żyli w wieku XX lub XXI, to po ich intensywnym komunikowaniu się podczas balu chyba w wielu gazetach czy serwisach internetowych byłyby opisywane spekulacje na ten temat. Ale w wieku XXII niewielu ludzi interesowało się takimi plotkami. Za to z ciekawością czytano informacje o już ustalonych ślubach w rodzinach królewskich oraz o urodzeniu dzieci w tych rodzinach.

Ani Eryk, ani Ania nie wierzyli w żadną religię i dlatego nie musieli też uczestniczyć w żadnych religijnych uroczystościach bożonarodzeniowych. Obchodzenie Bożego Narodzenia było dla nich przyjemną umowną tradycją. Ania bardzo lubiła, żeby na święta zimowe w mieszkaniu były udekorowane choinki, które w tej rodzinie tradycyjnie ustawiano w każdym pokoju. Tą sprawa już od wielu lat zarządzała Ania, a nie jej rodzice. Oczywiście, udekorowaniem zajmowały się roboty, ale Ania prawie co rok zmieniała jakieś szczegóły w wytycznych dla robotów na temat rozmieszczania dekoracji na choinkach. Oczywiste jest też, że w XXII wieku nikt już nie ustawiał choinek naturalnych; wszystkie choinki były sztuczne.

Eryk przyleciał do Kielc 22 grudnia regularnym uniwersalotem. Ania spotkała go na dworcu uniwersalotowym. Do domu jechali tramwajem. W domu rodzice Ani powitali Eryka i kilkadziesiąt minut z przyjemnością rozmawiali z nim na różne tematy. Potem Ania i Eryk pozostali sami w pokoju Ani. Udekorowana choinka dodawała romantyki do i tak romantycznego nastroju.

Trochę rozmawiali też o choince i przypadkowo odkryli ciekawy zbieg: okazało się, że oboje mają dokładnie jednakowe zwyczaje co do tego, na który dzień programować ustawianie swoich choinek, a na który ich rozbieranie. Mianowicie, to były odpowiednio 5 grudnia i 10 stycznia. Tak Ania, jak i Eryk jeszcze w dzieciństwie zaczęli programować to właśnie na te daty i odtąd zawsze dotrzymywali tej tradycji. Wybór dnia 5 grudnia był naturalny: przecież to przeddzień mikołajków. Ale dlaczego zdejmować choinki dokładnie 10 stycznia? Dla Ani to była po prostu arbitralnie wybrana data spośród wielu pasujących; chociaż chyba odgrywała rolę okrągłość. Ale Eryk miał bardziej konkretny powód: 10 stycznia to dzień po jego urodzinach. Warto, żeby w dniu urodzin, czyli 9 stycznia, choinki jeszcze stały, a już 10 stycznia można je zdjąć. Ania więc odkryła, że od dawna ma pewne zwyczaje dobrze pasujące do wspólnego życia z Erykiem.

Jednak do tego stałego wspólnego życia było jeszcze daleko. A na razie Eryk po raz pierwszy spędził z Anią noc. W następnym dniu, 23 grudnia, oni spacerowali po Kielcach, oglądając liczne świąteczne dekoracje. Eryk też chętnie stopniowo poznawał geografię Kielc. Spacerowali do dość późnych godzin wieczornych, i poszli spać również dość późno, bo tak łatwiej późno się obudzić w następnym dniu.

A przecież ważne jest, żeby 24 i 31 grudnia moment obudzenia był późny. Bo w następnej nocy (na 25 grudnia i na 1 stycznia) ludzie tradycyjnie długo nie idą spać; im później przed tym się obudzą, tym łatwiej to wytrzymać bez zmęczenia. Oczywiście, jeszcze ważniejsze jest długie spanie już 25 grudnia i 1 stycznia, ale późne budzenie się w poprzednich dniach również jest bardzo pomocne. W XXII wieku wszyscy dobrze to rozumieli; to swego czasu było nawet jednym z powodów decyzji o tym, by 24 i 31 grudnia zostały dniami ustawowo wolnymi od pracy. W tych dniach nawet Karolina starała się budzić trochę później, wbrew przyzwyczajeniom swojego organizmu. Ale z reguły nie udawało jej się obudzić później, niż o 7:00; w dniach 25 grudnia i 1 stycznia czasem budziła się około 9:00, jeżeli wystarczało jej entuzjazmu długo świętować w nocy.

Wieczorem 24 grudnia Olek, Karolina, Ania i Eryk siedzieli przy świątecznym stole zawierającym 12 wegetariańskich dań zaprogramowanych przez Karolinę. Eryk również był wegetarianinem, w odróżnieniu od swoich rodziców i młodszej siostry. Rodziny królewskie zwykle bywają dość konserwatywne w kwestiach kulinarnych, ale Eryk zademonstrował duży postęp w tym zakresie. Co więcej, Eryk był nieco podobny do Olka w kwestiach smaków kulinarnych. Z tych 12 wigilijnych dań Erykowi spodobało się tylko 6, przy czym 4 z nich przedstawiały sobą dania, które Karolina zaprogramowała specjalnie dla Olka, wiedząc, że inne mu nie bardzo się spodobają.

Warto odnotować, że wszyscy, w tym Eryk, całkiem otwarcie i spokojnie omawiali, które dania im się nie podobają. W XXII wieku to nie wyglądało niezręcznie (chyba że w Japonii). Obywatele UE dawno nie widzieli nic niestosownego w jakichkolwiek uwagach o tym, że komuś coś się nie podoba albo że ktoś coś robi nieprawidłowo. Po co sztucznie ograniczać przepływ takich informacji? Tylko z przyczyn psychologicznych, ale swoją psychologię można udoskonalać. Właśnie takie udoskonalenie psychologii mieszkańców Unii dość łatwo nastąpiło po pewnych wcześniejszych udoskonaleniach, a te wcześniejsze polegały na zniknięciu wrażliwości na słowne obrażanie.

Opiszemy dokładniej te ostatnie (czyli wcześniejsze) przekształcenia społeczne. W 2056 roku unijni psycholodzy doszli do wniosku, że najskuteczniejsza metoda walki ze słownymi obrażaniami polega na tym, by nauczyć ludzi nie obrażać się, czyli nie przejmować się tym faktem, że ktoś powiedział coś obraźliwego. Zaczęto szeroko propagować takie podejście, by ludzie uświadamiali sobie, że kiedy ktoś mówi (lub pisze w Internecie) coś obraźliwego, to przecież od tego nic się nie zmienia. Coraz więcej ludzi zaczęło stosować to podejście. Kiedy ich obrażano, to albo się śmiali, albo pytali, co dokładnie obrażający chciał tym powiedzieć, i dalej omawiali szczegółowe rozważania na ten temat.

Dlatego obrażający zwykle tracił chęć do obrażania, a często też przechodził do merytorycznych rozważań na ten temat, z którego wynikła chęć obrażania. Zdarzało się też, że niektórych emocjonalnych obrażających takie zachowanie skłaniało do przemocy fizycznej, ale wtedy już czekała ich kara, bo w drugiej połowie XXI wieku wszyscy byli przyzwyczajeni, że przypadki ewidentnie bezprawnej przemocy warto zgłaszać na policję. A poza tym, przeważająca większość słownych obrażań odbywała się w Internecie i dlatego przemoc fizyczna z reguły była fizycznie niemożliwa. Po kilku latach takiej polityki ludzie lubiący kogoś obrażać ostatecznie zrozumieli, że nie ma sensu obrażać, a jeszcze lepiej i samemu się nauczyć nie obrażać się. A niektórzy doszli do wniosku, że warto zastępować obrażanie żartowaniem.

W tym okresie państwa unijne zatrudniały tak zwanych agentów ds. polityki postrzegania obrażań słownych, potocznie nazywanych agentami od obrażania. Ci agenci od czasu do czasu zaczepiali i obrażali kogoś w serwisach internetowych lub na ulicy, a po obejrzeniu reakcji informowali, że są agentami, i omawiali, w jakim stopniu reakcja była zgodna z unijną polityką postrzegania obrażań. Tych, którzy reagowali zbyt nieracjonalnie, zapraszano na specjalne szkolenia. Istnienie takich agentów spowodowało pojawienie się żartów na ten temat. Np. jeżeli ktoś uważał wypowiedź jakiegoś kolegi za zbyt bezczelną, to mówił mu: "Ależ powiedziałeś! Chyba jesteś agentem od obrażania." A niektórzy wykorzystywali podobny żart jako jeszcze jedną metodę reagowania na obrażania, czyli mówili lub pisali osobie obrażającej: "Chyba jesteś agentem od obrażania." Okres aktywności takich agentów był jednak niedługi, bo wkrótce wszyscy się nauczyli od razu ich rozpoznawać.

Warto zauważyć, że ta polityka dotyczyła też obrażania uczuć religijnych. Prawie wszyscy unijni wierzący już dawno zrozumieli, że nie da się obrazić Boga (bo Bóg jest doskonały i się nie obraża), a możliwość obrazić uczucia religijne to taki sam problem psychologii wierzącego, jak ten dotyczący obrażań w ogóle. I wreszcie wierzący nauczyli się nie przejmować takimi obrażaniami. A niektórzy z tych, którym długo to się nie udawało, doszli do wniosku, że w rzeczywistości nie wierzą w daną religię.

Najpierw taka polityka obowiązywała tylko w UE, przy czym w tamtych czasach było jeszcze bardzo sporo krajów nienależących do Unii. Ale wkrótce to samo zaczęto robić poza UE, bo było widać, jakie wspaniałe są skutki. I wreszcie wszystkie kraje świata eliminowały słowne obrażania taką metodą. Najdłużej sprzeciwiała się tej polityce Japonia, ale wreszcie i tam uznano, że trzeba tak zrobić, bo wtedy ludzie są znacznie bardziej szczęśliwi. A potem, kiedy ludzie już dobrze nauczyli się nie obrażać, we wszystkich krajach wyeliminowano wzmianki o obrażaniu ze wszystkich aktów prawnych, co umocniło wolność wypowiedzi.

Ubocznym skutkiem tej polityki było zniknięcie z języków słów obelżywych oraz wulgaryzmów. Każde takie słowo albo przestawało być używane, albo nabywało innego wydźwięku (zwykle żartobliwego, czasem też neutralnego). Już wspominany wyżej zanik zwracania się per pan/pani również był trochę powiązany z tą polityką; zwracanie się na ty po prostu przestało razić kogokolwiek w jakichkolwiek okolicznościach.

Rozdział XX.

O północy Olek, Karolina, Eryk i Ania radośnie powitali początek doby uważanej za Boże Narodzenie; taka sobie próba powitania Nowego Roku tydzień przed jego początkiem. Potem jeszcze kilka godzin luźnie świętowali: grali w różne gry oraz stopniowo dojadali wigilijną kolację, a od czasu do czasu słuchali jakichś piosenek lub oglądali jakieś ciekawostki w Internecie. Oczywiście, jako pierwsza poszła spać Karolina: około 2:30 (co dla niej i tak było bardzo późno; z reguły wytrzymywała zaledwie do 1:00). Potem około 4:00 Olek powiedział, że, choć na razie nie zamierza spać, ale już pójdzie do swojego pokoju, żeby nie przeszkadzać. Wtedy Ania i Eryk poszli do pokoju Ani i jeszcze przez jakiś czas grali w niektóre gry, w tym na rozbieranie...

Wracać do Holandii Eryk zamierzał 26 grudnia. Ale jeszcze 25 grudnia zapytał Anię, czy nie chce odwiedzić jego pałac na Nowy Rok. To nie bardzo odpowiadało zwyczajom Ani, bo Nowy Rok ona zawsze witała w domu i nie wyobrażała sobie, by robić to gdzie indziej, tym bardziej poza Kielcami. Kiedyś w wieku 13 lat nawet zrezygnowała z propozycji bezpłatnej wycieczki do Paryża, bo na okres tej wycieczki wypadał Nowy Rok (to było tak, że pewna grupa podróżujących kupiła przez pomyłkę o jeden bilet więcej i postanowiła poszukać na to miejsce jakiegoś chętnego, nie wymagając od niego opłaty; najpierw zwrócili się do Ani).

Ale teraz była już tak przywiązana do Eryka, że jego dom mógł występować zamiast jej domu. Zgodziła się. I nawet się zgodziła jechać tam razem z Erykiem. W związku z tym zdecydowano, by Eryk pozostał w Kielcach aż do 28 grudnia i żeby tymczasem Ania bez pośpiechu przygotowała się do drogi. Eryk poinformował swoją mamę, panującą holenderską królową, że się zatrzyma, oraz zapytał, czy zgadza się ona przyjąć w pałacu Anię. Królowa z radością się zgodziła.

Dodatkową osobliwością było to, że Ania zechciała jechać pociągiem. Najprościej byłoby uniwersalotem lub wynajętym samochodem, ale Ania bardzo lubiła pociągi i zechciała tym razem wykorzystać taką okazję do jechania pociągiem, tym bardziej że uniwersalotem niedawno podróżowała do Oslo. Obsługa kolejowa w XXII wieku była tak dobrze rozwinięta, że droga od Kielc do Hagi wymagała tylko dwóch przesiadek: w Warszawie i w Amsterdamie. Przypomnijmy, że w Holandii wszystkie krajowe instytucje urzędowe znajdują się w Hadze, choć formalnie za stolicę jest uważany Amsterdam. Tak pozostawało też pod koniec XXII wieku. Jednak niektóre oficjalne ceremonie mają się odbywać w Amsterdamie; np. ślub księcia, ale kiedy to jeszcze będzie...

Główną część drogi (czyli od Warszawy do Amsterdamu) Eryk i Ania spędzili w przedziale dla dwóch osób. W przeszłości Ania znacznie częściej podróżowała latem, niż w innych porach roku, i teraz z przyjemnością obserwowała zimowe widoki, które wydawały jej się więc nieco niezwykłe dla obserwowania z pociągu. Jechali bez szczególnych przygód i pod wieczór 29 grudnia już byli w Hadze i byli ciepło witani przez królową, jej męża i ich córkę (ta ostatnia była o 2 lata starsza od Ani). Wcześniej Ania czasem widziała holenderską królową na obrazkach i wideo. Dlatego kojarzyła jej twarz jako znajomą. A podczas spotkania z nią od razu poczuła się tak, niby osobiście znała ją od dawna.

30 grudnia Eryk pokazywał Ani dużo ciekawego w pałacu i poza nim, wodząc Anię po Hadze. Już w tym dniu oni się obudzili bardzo późno, żeby późno pójść spać i jeszcze później się obudzić w szczególnie świątecznym dniu 31 grudnia, kiedy Ani udało się dospać do 11:30, a Erykowi do 11:45 (królowa i jej mąż obudzili się jednak o kilkadziesiąt minut wcześniej; za to księżniczka, czyli siostra Eryka, potrafiła dospać aż do 12:10). Sylwester Ania wolała spędzać w domu (całą dobę 31 grudnia), i w tym przypadku też było tak (tyle że zamiast swojego domu występował pałac w Hadze). Wszyscy dobrze się bawili, grając w gry, czasem oglądając coś w Internecie oraz jedząc różne dania z obficie obstawionego świątecznego stołu. Tym razem, w związku z goszczeniem Ani, królowa zdecydowała zaprogramować do świątecznego stołu tylko wegetariańskie dania (tym bardziej, że w tym roku szczególnie dużo owadów i ślimaków zżarli oni na Boże Narodzenie, w nieobecność Eryka).

Wieczorem siostra Eryka poszła pospacerować, bo bardziej lubiła witać Nowy Rok na ulicy. A pozostała czwórka przed północą usiadła przy stole, kierując swój wzrok na duży ścienny zegar (oczywiście, cyfrowy), który, jak i przeważająca większość zegarów i zegarków, sam synchronizował swoje dane z czasem wyznaczanym z Internetu. Kiedy zaczęła się pierwsza sekunda nowego 2191 roku, wszyscy zakrzyczeli "Hura!" i każdy wypił kielich soku pomarańczowego, który w Holandii od jakiegoś czasu zaczęto uważać za napój dobrze pasujący do szczególnie uroczystych momentów.

A już po północy Eryk i Ania zdecydowali dla odmiany trochę pospacerować. Z reguły Ania spędzała w domu całą noc sylwestrową, ale parę razy było tak, że spacerowała po północy, oglądając świąteczne atrakcje, i się zgodziła zrobić tak również tym razem. W Hadze było dużo świątecznych ciekawostek i na ulicach było bardzo wielu ludzi, a dlatego też wielu policjantów. Choć w drugiej połowie XXII wieku prawie nigdy nie zdarzało się coś takiego, co wymagałoby interwencji policji, ale na wszelki wypadek policjanci dyżurowali tam, gdzie zbierało się wielu ludzi.

W praktyce takie dyżurowanie było jednym z głównych zajęć policji; a jeszcze dużo czasu policjanci poświęcali badaniu różnych zmyślonych zagadek kryminalnych, których formułowanie zwykle zawierało informację, że gdzieś monitoring się zepsuł. A dochodzenia na temat rzeczywistych przestępstw czy wykroczeń odbywały się wyjątkowo rzadko. Taka duża przewaga zadań fikcyjnych nad tymi rzeczywistymi była typowa dla wszystkich służb mundurowych (wcześniej już wspominaliśmy, że tak właśnie było też w wojsku). I jeszcze w nieco podobnej sytuacji znajdowali się sędziowie.

Warto jeszcze odnotować, czego nie było w noc sylwestrową: nie było głośnych fajerwerków. Już od wielu dziesięcioleci ludzie dobrze rozumieli, że taka zabawa jest niepożądana, bo straszy zwierzęta. Za to technika XXII wieku pozwalała urządzać dużo innych zabaw, nawet znacznie piękniejszych i ciekawszych od dawnych fajerwerków.

Nie będziemy nudzić Czytelnika opisem dalszego pobytu Ani w Hadze. Tam nie odbywało się nic takiego, co zasługiwałoby na uwagę Czytelnika, ale za to dla Ani i Eryka to były szczególne dni. Rozpatrywano też pomysł, czy nie pozostać Ani w Hadze aż do urodzin Eryka 9 stycznia. Ale Ania zdecydowała, że jednak to byłaby przesada tak długo gościć u kogoś, z kim dopiero niedawno się zaznajomiła. Poleciała do domu 3 stycznia już uniwersalotem. Ale 9 stycznia wysłała Erykowi przez e-mail podarunek: wymyśliła wierszyk w języku esperanto opiewający jej uczucia względem niego. To Erykowi bardzo się spodobało.

Ania zdecydowanie skłaniała się do tego, że chce żyć z Erykiem. Ale, rozważając na ten temat, widziała dwa problemy, które trochę przeszkadzały. Pierwszy problem: Ania była przyzwyczajona do myśli, że jej małżeństwo ma być raczej otwarte, ale Erykowi to nie odpowiadałoby. W rodzinach królewskich otwarte małżeństwa były rzadkością. W XXII wieku jedynym wyjątkiem z tej reguły było Księstwo Monako.

Co więcej, w wielu monarchiach, w tym w Holandii, ślub w rodzinie monarszej wymagał zezwolenia parlamentu. Zwykle to było formalnością, ale parlament chyba nie zgodziłby się na zawarcie ślubu przez księcia, gdyby była informacja, że to małżeństwo ma być otwarte. Rozmnażanie potencjalnych następców tronu postrzegano jako ważną sprawę wymagającą konserwatywnego podejścia. Członkowie rodzin królewskich nie mogli w pełni się cieszyć z dostępnych dla zwykłych ludzi osiągnięć liberalizmu (chyba że jeśli rezygnowali z potencjalnych uprawnień do objęcia tronu). Nawet śluby jednopłciowe prawie nie zdarzały się wśród książąt. Kiedyś taki ślub zawarł jeden z wujków Eryka; na ten temat w parlamencie bardzo długo debatowano i wreszcie większość parlamentarzystów zagłosowała za poparciem ślubu (biorąc do wiadomości, że dzieci w tym małżeństwie nie będzie, no ale cóż, to nie bardzo przeszkadza).

A jeszcze w większości monarchii, w tym w Holandii, w rodzinach monarszych były zakazane małżeństwa inne niż monogamiczne. Bo w tych rodzinach musi być jasne, kogo dokładnie należy uważać za rodziców dziecka. Co prawda, to jest jasne, jeżeli mężczyzna posiada kilka żon. Ale to nie jest jasne, jeżeli kobieta posiada kilka mężów, a więc, w związku z równouprawnieniem płci, obie te sytuacje były traktowane jako jednakowo niepożądane.

Kiedy Ania dokładnie przemyślała sobie, czy może się zgodzić na małżeństwo nieotwarte, to doszła do wniosku, że z Erykiem całkiem może. Kwestia o tym, czy można mieć dodatkowych kochanków, wydała jej się zupełnie nieważna w porównaniu z chęcią życia z Erykiem.

A drugim problemem było to, że Ania nie znała języka holenderskiego. Co prawda, to prawie nie przeszkadzało: przecież są poligloty i jest esperanto. Eryk przekonywał Anię, że żadnego problemu w tym nie ma, i mówił, że już nawet się zdarzały takie precedensy, kiedy w jakiejś rodzinie królewskiej pojawiał się ktoś nieznający języka odpowiedniego królestwa. Ale Ani zupełnie się nie podobało być taką niepełnowartościową członkinią rodziny królewskiej, która musi używać poliglotów, by zrozumieć język swojego kraju.

I wreszcie Ania twardo zdecydowała, że się nauczy języka holenderskiego. Napisała Erykowi wiadomość mejlową, że zamierza to zrobić i że zgodzi się na stałe pożycie z Erykiem dopiero wtedy, kiedy będzie dobrze znać ten język. Eryk wolałby nie odraczać ślubu z takiego powodu, ale odczuł, że Ania jest zdecydowana i rzeczywiście kiedyś się nauczy dobrze rozmawiać po holendersku; trzeba tylko cierpliwie poczekać. I zgodził się czekać. Ania ściągnęła z Internetu podręcznik języka holenderskiego i zaczęła się uczyć.

Warto zauważyć, że w XXII wieku nie poświęcano dużo uwagi uczeniu języków obcych. Już wyjaśnialiśmy, jak dobrze działało tłumaczenie elektroniczne, i właśnie dlatego duża uwaga do uczenia języków obcych byłaby zbędna. W UE bardzo rzetelnie uczono dzieci tylko języka esperanto. Właśnie od tego zaczynała się obowiązkowa edukacja dziecięca. Po ukończeniu przez dziecko 3. roku życia rodzinę zaczynał odwiedzać korepetytor z esperanto, który po pewnym okresie wstępnym już rozmawiał z dzieckiem prawie wyłącznie w języku esperanto. Takie wizyty, ze stopniowo zmniejszaną częstotliwością, odbywały się w ciągu całego okresu edukacji dziecięcej (a ta edukacja trwała z reguły do wieku 16 lub 17 lat, ale bywało też inaczej; to zależało od indywidualnych właściwości dziecka).

Natomiast innych języków w ramach edukacji dziecięcej uczono tylko po to, żeby dziecko miało jakieś pojęcie o tym, jak mogą wyglądać inne języki i jak można ich się uczyć. Ale to okazywało się pomocne głównie dla tych, którzy wybierali języki obce jako swój zawód. Tacy ludzie już uczyli się rzetelnie kilku języków na uczelni wyższej (przy czym uczelnie wyższe już nie istniały jako placówki w konkretnych pomieszczeniach, a przedstawiały sobą pewne wspólnoty organizujące korepetycje według pewnych reguł). Jeżeli znawca języków obcych znajdował sobie jakieś zatrudnienie odpowiadające jego fachowi, to ono z reguły przedstawiało sobą współpracę z programistami, którzy zajmowali się programowaniem tłumaczeń elektronicznych.

A w edukacji dziecięcej poziom języków obcych stopniowo się obniżał. Olek jeszcze zdążył nauczyć się w dzieciństwie dwóch języków (oprócz polskiego i esperanto): angielskiego i niemieckiego. A kiedy uczyła się Karolina, to nikt już nie chciał zawracać dzieciom głowy dwoma językami obcymi, przy czym zawsze uważano, że najlepiej uczyć języka angielskiego. I więc, tak Karolina, jak i Ania znały oprócz polskiego i esperanto tylko język angielski. Jeszcze można odnotować, że Olek i Karolina uczyli się tradycyjnej pisowni języka angielskiego oraz dostawali krótkie informacje o tym, jak wygląda pisownia fonetyczna; natomiast Ania znała tylko pisownię fonetyczną, bo w jej czasach już uważano, że nie warto zawracać dzieciom głowy czymś takim skomplikowanym, jak tradycyjna angielska pisownia. I wszystko to było na znacznie niższym poziomie, niż w wieku XXI. Ani Olek, ani Karolina, ani Ania nie potrafiliby rozmawiać z kimś po angielsku bez poliglotów i bez dużych luk w rozumieniu i w możliwościach wyrażania myśli.

Rozdział XXI.

I więc, dla Ani zaczął się okres intensywnej nauki języka holenderskiego. Olek mówił w związku z tym, że, być może, warto byłoby, żeby Ania po prostu się zapisała do uczelni wyższej na kierunek "języki obce". Był przyzwyczajony do dawnej mody na wykształcenie wyższe, ale z czasem coraz mniej ludzi zapisywało się do uczelni. Większość wolała studiować samodzielnie jakieś poszczególne ciekawe dla siebie informacje. Ania również uważała, że teraz lepiej się skupić na jednym tylko języku holenderskim, niż wykonywać jakiś szerszy program jakiejś uczelni. W ogóle nigdy nie była nastawiona na zdobycie jakiejś oficjalnej edukacji po ukończeniu tej obowiązkowej dziecięcej.

Natomiast młodość Olka i Karoliny wypadła na czasy, kiedy jeszcze większość ludzi wolała mieć wykształcenie wyższe. Olek ukończył kierunek "biologia" na uczelni nastawionej głównie na kształcenie nauczycieli i, jak już wspominaliśmy, przez jakiś czas pracował według tego fachu (nie mówiąc już o tym, jak to mu pomogło w osiągnięciu tego, co jest głównym tematem tej powieści). A Karolina ukończyła kierunek "astronomia" na tej samej uczelni, ale mało korzystała z otrzymanej stąd wiedzy i w ogóle, jak większość ludzi urodzonych w XXII wieku, nigdy nie miała żadnego miejsca zatrudnienia. Astronomiczna działalność Karoliny sprowadzała się głównie do tego, że trochę śledziła ciekawe zdarzenia astronomiczne (np. zaćmienia, koniunkcje planet etc.) i lubiła informować o nich Olka i Anię; często bywało, że cała rodzina oglądała razem takie zdarzenia, a czasem oni patrzyli na niebo przez swój teleskop, dający 100-krotne powiększenie. Co prawda, takie rozrywki nie wymagały szczególnej wiedzy astronomicznej. Karolina żartowała, że jej bardziej pasowałoby wykształcenie gastronomiczne, niż to astronomiczne.

Nauka języka holenderskiego szła dla Ani nawet pomyślniej, niż ona wstępnie zakładała. Wyglądało na to, że w tej rodzinie wszyscy mieli dobre zdolności do studiowania języków obcych, tylko wcześniej nie mieli okazji do sprawdzania tych zdolności. Oprócz tego, Ania odnotowała, że ten język jej bardzo się podoba. Po kilku tygodniach już starała się myśleć po holendersku i często sprawdzała jakieś słowa w polsko-holenderskim słowniku elektronicznym. Potem przyszło jej na myśl, że przecież można zorganizować jeszcze bardziej skuteczne ćwiczenia: rozmawiać po holendersku z rodzicami. To było realne, ponieważ rodzice mogli zakładać poligloty podczas rozmowy z Anią. Co więcej, Ania też mogła zakładać poligloty, ustawiając je tak, by tłumaczyły na holenderski; dlatego Ania mogła słyszeć wypowiedzi w języku holenderskim, a nie polskim, i ćwiczyć więc nie tylko mówienie, ale też rozumienie.

Tak i zdecydowali robić. Od pewnego dnia rozmowy Ani z rodzicami odbywały się właśnie w takim trybie. Przerwy robiono tylko w niedziele i w święta ustawowo wolne od pracy, kiedy Ania rozmawiała z rodzicami po polsku, ale myślała wszystko jedno po holendersku. Ania zdecydowała, że odstępować od myślenia po holendersku będzie jedynie na Święto Niepodległości 11 listopada; w tym tylko dniu myślała po polsku. Na początku to wszystko wyglądało trochę kłopotliwie; od czasu do czasu Ania musiała zdejmować poligloty i prosić o powtórzenie jakiejś frazy; ale takie zdarzało się coraz rzadziej.

Na początku Ania popełniała dużo błędów w swoich holenderskich wypowiedziach. Te błędy było znacznie łatwiej wykrywać, niż Czytelnik może pomyśleć. Choć rodzice Ani nie znali holenderskiego, ale poligloty tłumaczyły im tak, że było jasne, gdzie Ania robi błąd. Praca poliglotów jest podobna do pracy inteligentnego tłumacza wykonującego przekład jakiegoś utworu literackiego. Kiedy trzeba przetłumaczyć błędnie powiedziane zdanie, poligloty wymyślają analogiczny błąd w przetłumaczonym zdaniu. Kiedy więc rodzice Ani, będąc w poliglotach, słyszeli od Ani wypowiedź z błędem, to informowali o tym i Ania zaczynała myśleć, gdzież popełniła błąd w zdaniu holenderskim; prawie zawsze wreszcie udawało jej się to zrozumieć.

Latem Ania zaprosiła Eryka na swoje urodziny. Eryk z radością przyleciał do Ani i zobaczył, jak dobrze ona już mówi po holendersku. Powiedział, że chyba już czas się ożenić, ale Ania powiedziała, że na razie jej wiedza języka holenderskiego jest nie tak doskonała, jak chciałoby się. Eryk z przykrością musiał uznać, że rzeczywiście, Ania jeszcze czasem popełnia błędny, a czasem sięga do słownika. Zgodził się czekać na dalszy postęp, przy czym już widział, jak poważnie Ania się zajęła tą sprawą, i rozumiał, że czekać pozostaje nie bardzo długo. Tym razem spędził w Kielcach około tygodnia.

Tymczasem rosło zainteresowanie językiem holenderskim ze strony rodziców Ani, i wreszcie oni postanowili, że również chcą trochę się nauczyć tego języka. Karolina uczyła się szybciej, bo mogła poświęcać na to więcej czasu, niż Olek, który przecież miał obowiązki poselskie. Z innej strony, Eryk zaczął trochę się interesować językiem polskim, poznał dokładne reguły czytania liter i zapamiętał niektóre słowa. Ale na więcej nie starczyło mu chęci; chyba miał nie takie dobre zdolności do języków obcych, jak Ania. A zwłaszcza do języka polskiego, bo jest on bardzo trudny dla niesłowiańskich obcokrajowców; dla odstraszenia Eryka wystarczały nawet wstępne informacje o przypadkach rzeczowników, nie mówiąc już o różnych formach różnych czasowników. I to nawet wbrew temu, że w ciągu wieków XXI i XXII język polski stopniowo się upraszczał (dla Czytelników tej powieści dialogi są podawane w tłumaczeniu na tę wersję języka polskiego, która obowiązywała w 2018 roku).

Następne spotkanie Ani z Erykiem odbyło się znów po około pół roku, kiedy Eryk zaprosił Anię do Hagi na swoje urodziny. Być może, Czytelnik będzie nieco zdziwiony, że ludzie nastawione na tak bliskie relacje spotykają się ze sobą tylko raz na pół roku. Ale to wynikało z typowej dla tej epoki ogólnej tendencji niedużo jeździć, a natomiast dużo się komunikować na odległości z pomocą środków elektronicznych. Eryk i Ania często pisali do siebie mejle. Przy czym ciekawie, że Ania jakoś nie była nastawiona na ćwiczenie języka holenderskiego z pomocą tych mejli. Nawet nie chciało jej się myśleć, jak zmienić ustawienia, by nie widzieć mejli w tłumaczeniu polskim. Eryk miał widzieć postępy Ani w studiowaniu języka jedynie podczas spotkań osobistych.

I więc, w styczniu 2192 roku Ania przyleciała do Eryka, znając język holenderski już naprawdę doskonale. Musiała się zgodzić, że przyszedł czas zamieszkać z Erykiem na stałe. Jeszcze przed wyjazdem uprzedziła rodziców, że może się zatrzymać na kilka tygodni czy miesięcy. Tak właśnie i stało się. Po urodzinach Eryka rodzina królewska kupiła mieszkanie, w którym Eryk się osiedlił razem z Anią.

Zwyczaje tu były takie, że w pałacu mieszkali królowa, jej mąż i wszystkie te ich dzieci, które jeszcze nie miały ani małżonków, ani wyraźnie wyznaczonych narzeczonych. (Dociekliwy Czytelnik może odnotować, że poprzednie zdanie prawidłowo wyraża myśl, niezależnie od płci panującego monarchy; zwłaszcza jeżeli odnotować, że panujący monarcha zawsze posiadał małżonka.) Ponieważ pałac był duży, to nikt z książąt nie pragnął jakiegoś wczesnego usamodzielnienia się. Jak tylko któryś z mieszkańców pałacu zaczynał się przygotowywać do ślubu, odpowiednia para osiedlała się w innym mieszkaniu, przy czym to było jakieś zwykłe mieszkanie w Hadze, kupowane właśnie w tym celu. A kiedy monarcha abdykował, to rodzina nowego monarchy zamieniała się miejscami zamieszkania z rodziną tego, który abdykował. Dlatego w różnych zwykłych mieszkaniach Hagi mieszkali liczni przodkowie panującej królowej.

Holenderski parlament szybko przegłosował zezwolenie na ślub Eryka i Ani, który został wyznaczony na sobotę 19 maja 2192 roku. Warto odnotować, że w XXII wieku przeważająca większość ślubów odbywała się w sobotę. To (przynajmniej dla niektórych krajów) odpowiadało dawnej tradycji, która w ostatnich wiekach nieco zanikła, ale w tym XXII znów się odrodziła. Olek i Karolina swego czasu zawarli ślub również w sobotę. A teraz z radością czekali na królewski ślub swojej córki, który miał się odbyć w Amsterdamie.

Oczywiście, rodzice Ani zostali zaproszeni na ten ślub, ale dodatkowo zaproponowano im, by tymczasowo się osiedlili w królewskim pałacu na kilka tygodni przed ślubem i uczestniczyli w organizacji tej uroczystości. I więc, Olek i Karolina przylecieli do Hagi na początku maja. Podczas pobytu w Holandii często demonstrowali członkom rodziny królewskiej swoje dość niezłe umiejętności rozmawiania po holendersku (zwłaszcza Karolina), ale czasem jednak musieli posługiwać się językiem esperanto. Oprócz spraw organizacyjnych, z zadowoleniem oglądali pałac królewski oraz sześciopokojowe mieszkanie Ani i Eryka. Olek zrobił sobie dużo zdjęć wewnątrz pałacu i tego mieszkania.

Nie będziemy dokładnie opisywać, jak się odbywał ślub. Wszystko tam odpowiadało ustalonym królewskim standardom. I od razu po zawarciu ślubu małżonkowie zaczęli wykonywać swoją główną misję: rozmnażanie potencjalnych następców holenderskiego tronu. Ich pierwsze dziecko urodziło się w lutym 2193 roku; to był chłopczyk.

Warto odnotować, że poród odbywał się z pomocą cięcia cesarskiego, bo w tej epoce już prawie nikt nie rodził inaczej. Kiedyś dawniej uważano, że cięcie cesarskie trzeba stosować tylko w razie konieczności i że najbardziej zdrowy poród to ten naturalny. Ale w XXII wieku lekarze tak dobrze nauczyli się robić cięcie cesarskie i zapobiegać wszystkim niepożądanym skutkom tego zabiegu, że uznano, że nie ma sensu, by kobiety cierpiały wszystko to, co towarzyszy porodowi naturalnemu. Tylko bardzo nieliczne kobiety o egzotycznych poglądach pisały przed porodem oświadczenie, że rezygnują z cięcia cesarskiego. Do takich kobiet wzywano rzadkich fachowców umiejących przyjmować poród naturalny.

Potem dość szybko, bo w marcu 2194 roku, Ania urodziła drugie dziecko; to była dziewczynka. Do Olka informacja o urodzeniu każdego z jego dwóch pierwszych wnuków dochodziła podczas jego pobytu w Brukseli na posiedzeniach Europarlamentu. Choć to mniej-więcej niedaleko od Hagi (przynajmniej bliżej, niż Kielce), ależ nie da się znaleźć czas, by odwiedzić urodzone dziecko w pierwszym tygodniu jego życia. Choć to nie było uważane za takie ważne, ale Olek raczej chciałby odwiedzić; a natomiast odwiedzał w nieco późniejszym czasie.

Taka sytuacja skłoniła Olka do myśli, by następnym razem już nie ubiegać się o mandat europosła. A właśnie w 2194 roku dobiegała końca kolejna kadencja. I więc, Olek przestał być europosłem. Widział dwa poważne powody takiej decyzji. Po pierwsze, to pozwalało częściej jeździć do Ani i obserwować jej dzieci; m.in. można byłoby szybko po urodzeniu odwiedzić ewentualne trzecie dziecko. (Choć częste komunikowanie się z wnukami i w ogóle z dorosłymi dziećmi nie było powszechne w tej epoce, ale czasem się zdarzało i Olek był właśnie takim człowiekiem, który lubił to robić; Ani i Erykowi to również nie przeszkadzało i nawet było bardzo przyjemne.) Po drugie, to pozwalało poświęcać więcej uwagi językowi holenderskiemu; Olek zazdrościł Karolinie, że potrafiła nauczyć się tego języka lepiej od niego, i chciał ją wyprzedzić w tym zakresie.

A dodatkowo, Olek przypomniał sobie, że w dawnych czasach była taka wspaniała rzecz, jak emerytura, która pozwalała ludziom zaczynając od pewnego wieku decydować, czy dalej pracować, czy zupełnie zrezygnować z pracy. Oczywiście, teraz było jeszcze wspanialej, bo w takiej sytuacji byli już wszyscy ludzie, niezależnie od wieku; zamiast emerytury było podstawowe stypendium socjalne. I Olek pomyślał, że, rezygnując teraz z pracy, niby modeluje dla siebie taki dawny stan rzeczy: pracuje do pewnego wieku, a potem niby odchodzi na emeryturę. Tym bardziej, że przestał być europosłem na 63. roku życia, czyli gdzieś w przybliżeniu w takim wieku, jaki kiedyś był wiekiem emerytalnym (Olek wiedział, że z reguły ten wiek wynosił gdzieś pomiędzy 60 a 70 latami).

Kiedy we wrześniu Olek, wbrew przyzwyczajeniu, nie musiał uczestniczyć w posiedzeniach żadnych komisji, wtedy ostatecznie odczuł, jakie wspaniałe jest życie bez zatrudnienia (oczywiście, pod warunkiem dostatecznego finansowania). Choć Olek był człowiekiem aktywnym, ale i bez zatrudnienia łatwo znajdował, czym się zajmować; i nawet gdyby nie studiował języka holenderskiego, to i tak łatwo potrafiłby się nie nudzić. I duża zaleta nieobecności zatrudnienia polegała na tym, że Olek już nie był przywiązany do jakichś narzuconych odgórnie planów, a mógł zarządzać swoim czasem tak, jak było mu najwygodniej.

Co prawda, dochód był znacznie mniejszy. Ale to nie bardzo przeszkadzało. Choć Olek był przyzwyczajony do sporych wydatków, ale te potrzeby znacznie się obniżyły wskutek wyprowadzki Ani, która teraz korzystała z dopłaty przysługującej wszystkim członkom holenderskiej rodziny królewskiej. Oprócz tego, przypomnijmy, że Olek uzyskał Nagrodę Nobla. Na co ją wydać, tak i nie wyznaczył. Tylko jakiś mały jej kawałek został wydany na uczestnictwo w ślubie Ani, którego większość elementów i tak finansowało państwo holenderskie, bo to był standardowy ślub królewski finansowany przez państwo według ustawy. Pozostała część nagrody leżała więc w banku i dawała odsetki. Te odsetki były zauważalnym dodatkiem do dochodów Olka i on się poczuwał takimże bogatym, jak dawniej.

Co prawda, warto odnotować, że typowe odsetki bankowe w XXII wieku były mniejsze, niż w minionych wiekach. Dlaczego? Bo bank ma możliwość płacić odsetki dzięki temu, że wydaje komuś jakieś pożyczki. W XXII wieku pożyczek było mniej. Mianowicie, zupełnie przestały pożyczać zwykli konsumenci, a pożyczały tylko duże firmy lub struktury państwowe. Pożyczki istniały dla poważnych inwestycji, a zwykli konsumenci już nigdy nie zawracali sobie głowy kupowaniem czegoś takiego, na co nie mieli pieniędzy. Osiągnięcia psychologii stosowanej doprowadziły wszystkich do wyraźnego rozumienia, że lepiej najpierw spokojnie zebrać pieniądze, a potem już kupować. Tym bardziej w takim świecie, gdzie życie człowieka nie jest ograniczone w czasie.

A w sierpniu 2195 roku Ania urodziła trzecie dziecko; to był chłopczyk. Ania i Eryk trochę wątpili, czy nie ograniczyć się do dwóch dzieci, ale wreszcie zdecydowali się na trzecie. Ani wydawały się najbardziej istotne takie argumenty: po pierwsze, Olek, który tak lubi oglądać małe dzieci, już potrafi obejrzeć to trzecie szybko po urodzeniu, w odróżnieniu od pierwszych dwóch; po drugie, ich mieszkanie zawiera 6 pokojów, a więc naturalnie byłoby, gdyby rodzina miała pięcioro członków (jeszcze jeden pokój jest przeznaczony do przyjmowania gości).

I dobrze, że Ania nie odraczała urodzenia trzeciego dziecka jeszcze dalej. Właśnie w 2195 roku władze tak Unii, jak i państw spoza UE, zaczęli dostrzegać pewien problem społeczny. Mianowicie, "katastrofalnie" obniżyła się częstotliwość śmiertelnych wypadków (właściwie, wyglądało na to, że takie wypadki już w ogóle nigdy się nie zdarzają), ale częstotliwość urodzeń już zupełnie się nie obniżała, a nawet trochę rosła. Dlatego ludzkości groziło przeludnienie. Zaczęto rozważać propozycję zakazu urodzeń lub znacznego ograniczenia prawa do poczęcia dziecka. Do holenderskiej rodziny królewskiej te informacje dotarły właśnie w trakcie trzeciej ciąży Ani. Jasne więc było, że Ania już zdążyła skorzystać z wolności poczęcia, nikt jej nie zakaże urodzenia już poczętego dziecka.

Ale we wrześniu te informacje zaczęto szeroko omawiać publicznie i wreszcie w UE (a wkrótce i we wszystkich innych krajach) został wydany całkowity zakaz poczęcia dzieci, który zaczął obowiązywać od 1 stycznia 2197 roku (a przed tą datą i około 9 miesięcy po niej, oczywiście, obserwowano lekki baby boom, który jednak nie spowodował zauważalnych problemów, a nawet nadał życiu społecznemu dodatkowej piękności). Odtąd wszystkie osoby po ukończeniu 12. roku życia były zobowiązane regularnie brać pewne tabletki całkowicie blokujące płodność. Żadnych złych ubocznych skutków te tabletki nie powodowały, a oprócz tego ich działanie skończyłoby się, gdyby człowiek przestał je brać. W grę nie wchodziła nieodwracalna sterylizacja ludności, bo przecież wskutek jakichś przyszłych zdarzeń mogłaby znów zajść potrzeba rodzenia dzieci.

Ania była bardzo zadowolona, że zdążyła urodzić aż troje dzieci, zanim pojawił się ten zakaz. Ale też uświadamiała sobie, że gdyby nie zdążyła, to nic strasznego z tego nie wynikałoby. Łatwo potrafiłaby się nastawić na to, że posiadanie dzieci nie wchodzi w grę. Przy czym to nie wynikało z jakiejś osobliwości psychologii Ani; w XXII stuleciu wszyscy umieli tak się nastawiać, by nie narzekać na swoje życie.

Potem przyszedł czas, kiedy holenderska królowa abdykowała i Eryk został królem, a Ania odpowiednio została królową; dlatego Eryk i Ania razem z dziećmi przesiedlili się do pałacu. A po jeszcze kilkudziesięciu latach przyszedł czas, kiedy Eryk abdykował i królem został starszy syn Eryka i Ani. Wtedy już była taka osobliwość, że król nie mógł posiadać dzieci, i dlatego przewidywano, że dalszych abdykacji nie będzie i że ten król będzie ostatnim królem Holandii, przy czym będzie miał bardzo długi okres panowania. Nawiasem mówiąc, ten król nawet nigdy nie zawierał ślubu. Moda na oficjalne śluby stopniowo zanikała; ludzie urodzeni w XXIII wieku lub w ostatnich latach tego XXII z reguły mieli po prostu partnerów seksualnych i nawet rzadko mieszkali razem z tymi partnerami, przy czym większość takich związków trwała dość niedługo. A dodatkowo, zmieniały się też zwyczaje dotyczące zamieszkania pałacu królewskiego w Hadze, ale nie będziemy nudzić Czytelnika opisem tych niuansów.

Z dalszych zdarzeń zasługuje na uwagę całkowita rezygnacja ludzkości z organów władzy w XXV wieku, bo władzę niezawodnie sprawowały komputery; i nawet to była raczej nie władza, a po prostu koordynacja działalności. Wtedy ostatecznie zniknęło też stanowisko króla Holandii i rodzina Ani przestała być jakąś wyjątkową rodziną. Ale pozostawała prawdziwą rodziną. Ania nadal żyła z Erykiem, Olek nadal żył z Karoliną i często odwiedzał swoich potomków, rodzice Eryka też nadal żyli razem, dzieci Ani mieszkały każde osobno, ale często komunikowały się ze swoimi rodzicami i dziadkami.

Tak mijały stulecia i tysiąclecia. Bohaterowie tej powieści obserwowali dalszy rozwój cywilizacji i razem z całą ludzkością cieszyli się z różnych ciekawych zdarzeń, jak np.: pierwszy kontakt z cywilizacją pozaziemską, ostateczna eliminacja agresji z życia wszystkich ziemskich zwierząt posiadających układ nerwowy, zniknięcie pieniędzy wskutek nieograniczonej dostępności wszystkich dóbr...

A po kilkudziesięciu milionach lat przed ludzkością powstały zadania spowodowane naturalną ewolucją właściwości Układu Słonecznego. Konieczne były stopniowe przeprowadzki na inne planety, a w dalszej perspektywie do układów innych gwiazd. Olek, Karolina, Eryk i Ania byli aktywnymi uczestnikami tej działalności. Ale takiej odległej przyszłości nasza powieść już nie obejmuje.

KONIEC

Ukończono w listopadzie 2018 r. Później były drobne zmiany redakcyjne.

PODZIĘKOWANIA.
Jestem wdzięczny:
1) internaucie o nicku "Gunnar" za uważne analizowanie powieści i omawianie bardzo wielu kwestii językowych;
2) Krzysztofowi Palowskiemu za omawianie wielu kwestii językowych;
3) osobie, która woli pozostać anonimowa, za omawianie niektórych kwestii językowych oraz za pytanie, które spowodowało pomysł na napisanie reklamowego streszczenia tej powieści;
4) internautce o nicku "Eiszeit" za omawianie niektórych kwestii językowych;
5) Zdzisławowi za omawianie niektórych kwestii językowych;
6) Agnieszce Orzech za omawianie jednej kwestii językowej;
7) Aleksandrowi Langemu za omawianie jednej kwestii językowej dotyczącej reklamowego streszczenia tej powieści.
Odpowiedz
#8
(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Rozdział I.

Budzik zadzwonił o 6:30. Olek szybko zeskoczył z łóżka, gwałtownie porzucając świat marzeń sennych i dobrze pamiętając, jaki dzień się zaczyna. To był 16 lipca 2187 roku, czyli dzień, w którym Olek miał lecieć na wycieczkę do Brazylii razem ze swoją córką Anią.

Olek, a oficjalniej Aleksander Jaroszyński, był bardzo aktywnym człowiekiem. Po pierwsze, miał on pewne miejsce zatrudnienia, w odróżnieniu od ponad 80% ludzi tej epoki. Komputery tak pomyślnie zastępowały ludzi, że społeczeństwo potrzebowało znacznie mniejszej liczby pracowników, niż wynosiła liczba dorosłych osób. Każda (Każdy) osoba dostawała od państwa tak zwane podstawowe stypendium socjalne, które wystarczało na całkiem komfortowe życie, a dość nieliczne pracujące osoby miały jeszcze i wynagrodzenie.

Spostrzeżenia co do zapisu.
Ogólnie  zdania jakie budujesz, są formalnie poprawne. Brakuje jednak czegoś w stylu. Trudno to ubrać w słowa - ducha ożywiającego styl zapisu; charakterystycznego sposobu przekazywania myśli, który wiązałby tekst z konkretnym autorem. Na pewno można poprawić kilka rzeczy.
1. Zaimki osobowe (o czym już wspominałem przy stonce ziemniaczanej) - ich nadmiar szkodzi. Tak naprawdę jeśli opisujemy cały akapit działania/przeżycia tej samej osoby, to wystarczy na początku raz podać jej imię lub określenie. Czytelnik wie, że cały czas akcja dotyczy osoby wspomnianej na wstępie.
2. Używanie czasownika był/była - najlepiej tylko w ostateczności, jeśli nie da się zastosować synonimu np: zamiast:

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Olek, a oficjalniej Aleksander Jaroszyński, był bardzo aktywnym człowiekiem. 
to: Olek, a oficjalniej Aleksander Jaroszyński, prowadził bardzo aktywny tryb życia.

3. Używanie słów swój/swoja/swoje - nie ma potrzeby ich stosowania, jeśli z kontekstu wynika czyje coś jest.
4. Bliskie powtórzenia - zazwyczaj nie brzmią dobrze, można je dopuszczać tylko jeśli jest to konieczne, w innych wypadkach najlepiej znaleźć synonim.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Według statystyki, częstotliwość urodzenia dzieci mało się różniła od częstotliwości śmiertelnych wypadków. Dlatego nie było potrzeby, by częstotliwość przyrost demograficzny był jakoś specjalnie regulowany (chociaż taki scenariusz był swego czasu rozważany i w razie konieczności mógł być szybko uruchomiony).
(...)
Zaś teraz, po tygodniu od 15 urodzin, czekała Anię wycieczka do słynnego rezerwatu przyrody w Brazylii. W XXII stuleciu społeczeństwo bardzo mocno się troszczyło o ekologię. Uważano, że ważne jest, by istniały dość duże restrykcyjnie chronione rezerwaty przyrody zupełnie pozbawione wpływu człowieka. Turystyka do takich rezerwatów była bardzo ograniczona i bardzo droga (uzyskane z niej pieniądze wydawano głównie na cele ekologiczne). W każdym rezerwacie nie mogło się odbywać kilka wycieczek jednocześnie, a poruszanie się turystów po rezerwacie odbywało się w restrykcyjnie wyznaczony sposób, tak by praktycznie nie oddziaływać na naturalnie zachodzące procesy. W Brazylii znajdował się największy na świecie ściśle chroniony rezerwat przyrody, który swego czasu powstał jako połączenie i rozszerzenie dotychczasowych Brazylijskich rezerwatów i obejmował prawie całe dorzecze Amazonki.


(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Na razie sytuacja wyglądała tak, że niektórzy nieliczni ludzie na jakimś etapie życia podejmowali decyzję o urodzeniu dziecka.
(...)
W XXII stuleciu społeczeństwo bardzo mocno się troszczyło o ekologię.
niektórzy i nieliczni to wyrażenia synonimiczne, wystarczy jedno.

Koncepcja braku starzenia się i śmiertelności tylko w wyniku wypadków jak z filmu "Wyścig z czasem". Zresztą bardzo intrygująca literacko - skoro wszyscy wyglądają młodo, trudno się połapać kto ile ma lat - mogą z tego wynikać ciekawe wątki fabularne.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Ale dodatkowo państwo w istotnym stopniu uczestniczyło w organizacji życia każdego dziecka, w tym zapewniało korepetytorów dla wykształcenia średniego
Tu trzeba przeformułować, bo wygląda jakby korepetytorzy udzielali lekcji średniemu wykształceniu, a nie dzieciom mającym osiągnąc średnie wykształcenie.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): A na urodziny Ani (9 lipca) zawsze odbywała się duża impreza; przy czym w tych latach, kiedy urodziny były jubileuszowe, Olek organizował dla Ani jakąś szczególną daleką wycieczkę, która się odbywała po kilku dniach od urodzin. (nieistotny szczegół) Mianowicie, gdy miała 5 lat wybrali się na Antarktydę, a w wieku 10 lat na Księżyc (turystyka kosmiczna była już bardzo rozwinięta, ale wciąż bardzo droga).


(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Unia nie widziała przyczyn argumentów, by sprzeciwiać się takiemu globalnemu rozszerzeniu, oby tylko każdy wstępujący kraj spełniał niezbędne kryteria.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Tylko trochę przeszkadzał Pewną barierę stanowił gwałtowny wzrost liczby oficjalnych języków unijnych i potrzeba tłumaczyć wszystkie oficjalne dokumenty na wszystkie te języki   tłumaczenia wszystkich oficjalnych dokumentów na te języki.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): W szkołach zostały wprowadzone obowiązkowe lekcje z tego wspaniałego sztucznego języka, było zachęcane też uczenie się esperanto wśród dorosłych.  Odbywały się również kursy dla dorosłych.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Ale w wieku XXII kwestie językowe już nie były istotne, bo tłumaczenie komputerowe już było bardzo doskonałe i całkiem wygodne. Rozmawiając z kimś przez Internet czy przez telefon, odbiorca po prostu słyszał jego wypowiedź w tym języku, który wybrał sobie w ustawieniach.
A ewolucja globalnej sieci przez 200 lat? Wink

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Nawet w tym dniu, kiedy Olek i Ania musieli się obudzić o 6:30, Karolina obudziła się wstała znacznie wcześniej od nich. Ona była "skowronkiem" i zwykle budziła się około 5:00. Karolina lubiła, póki wszyscy śpią, układać pasjanse na ekranie komputera.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Czemuś kręciła ją ta stara już mało popularna zabawa, ale jednocześnie czemuś wydawała się niestosowna do popołudnia czy wieczoru.
"czemuś" to słowo w celowniku. Nie pasuje w tym kontekście. Najlepiej zamienić na "z jakiegoś powodu"

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): W XXII wieku ludzie nie musieli bardzo się przejmować gospodarstwem domowym: prawie wszystkie czynności wykonywały roboty. Tylko od czasu do czasu ludzie trochę się wtrącali do tej sfery, żeby coś przeprogramować lub naprawić. No, i jeszcze podczas kupowania czegoś człowiek miał pokwitować odbiór, choć zazwyczaj robot zamawiał zakup przez Internet  i przynosił do domu też robot (tylko już ten należący do sprzedawcy). Roboty codziennie przygotowywały i podawały ludziom jedzenie według menu, którego można było nawet nie zamawiać układać, a zadowalać się tym, co roboty ułożą automatycznie. (...)
Karolina właśnie bardzo interesowała się kwestiami kulinarnymi i lubiła programować menu. Olek był do tego dość obojętny. Olkowi było to obojętne. Karolina często proponowała mężowi i córce skosztowanie jakiegoś egzotycznego dania. Z reguły Ani podobały się takie dania propozycje, a Olkowi nie bardzo, zwłaszcza jeżeli one zawierały dużo różnych komponentów składników; Olek lubił jedzenie proste i zrozumiałe. (zrozumiałe?)
(...)


(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a):  Interes Zainteresowanie do podróży podróżami utrzymywało się u niej tylko w wieku dziecięcym.
(...)

Byli też tacy ludzie, którzy lubili jeździć raczej rowerami niż samochodami, choć zwykle również je wynajmowali, a nie posiadali własnego roweru. 


(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): (chociaż niektóre wyczuwalne kawałki jedzenia, tkwiące między zębami, Ania wyjmowała nicią dentystyczną, zanim ssać cukierek przed ssaniem cukierka). 
Od tego momentu nie wynotowywuję już zbędnych zaimków (on, ona)

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Nawet gdyby Ania myła zęby tak samo, jak Olek, ona łatwo mogłaby to robić jednocześnie z Olkiem, bo w mieszkaniu były dwie łazienki (a dokładniej, jedna właściwie łazienka, jedna właściwie toaleta i jedna łazienka połączona z toaletą). Posiadanie kilku łazienek było w XXII wieku całkiem zwykłym zjawiskiem; tak było w około 70% mieszkań UE. Jeszcze mieszkanie Michalskich i Jaroszyńskiego zawierało 4 pokoje, dość dużą kuchnię i przedpokój w postaci długiego korytarza, z którego prowadziły osobne drzwi do każdego z 8 wspomnianych wyżej pomieszczeń.
Sporo szczegółów nie mających związku z fabułą.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): (chociaż niektóre wyczuwalne kawałki jedzenia, tkwiące między zębami, Ania wyjmowała nicią dentystyczną, zanim ssać cukierek przed ssaniem cukierka). 

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Ania podeszła do okna i zobaczyła obserwowała, jak uniwersalot wylądował ląduje na pobliskiej ulicy. Chyba to faktycznie był właśnie ten uniwersalot, którym oni mieli lecieć do Brazylii. Uniwersaloty przedstawiały sobą z wyglądu wyglądały na niezgrabne konstrukcje, z których sterczały różne śmigła i dysze bardzo różnych wielkości. Skomplikowany system tych śmigieł i dysz pozwalał wykonywać praktycznie jakiekolwiek manewry w powietrzu i dlatego uniwersaloty miały wszystkie zalety zarówno śmigłowców, jak i samolotów. Miały one też stosunkowo niewielkie skrzydła, nie odgrywające tak dużej roli, jak w samolotach, ale znacznie ułatwiające manewry; zwłaszcza ważne było, że uniwersalot w niektórych sytuacjach machał tymi skrzydłami, jak ptak. Mógł on też jeździć, jak zwykły samochód (i miał koła, które czasem były nazywane podwoziem przez niektórych staromodnych wielbicieli lotnictwa).

Ten uniwersalot, którym mieli lecieć nasi bohaterowie, był niewielki, bo przeznaczony dla 4 osób. Rozmiarem był on zbliżony do dużego autobusu. Oprócz miejsc dla dwóch pasażerów i dwóch członków załogi (z możliwością przekształcania foteli w łóżka), były tam łazienka i pomieszczenie techniczne (w którym m.in. roboty przygotowywały jedzenie) oraz dużo miejsca zajmowały urządzenia niezbędne do prawidłowego działania uniwersalotu. Jak prawie wszystkie ówczesne środki lokomocji, uniwersaloty wykorzystywały energię elektryczną; miały one akumulatory automatycznie ładujące się od światła słonecznego (choć przy potrzebie mogły być ładowane też od zwykłego gniazdka elektrycznego). (nie prościej ogniwa słoneczne ?)

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Potem wszyscy, w tym Karolina jako osoba żegnająca podróżników, zeszli na dół, wyszli z bloku i podeszli do uniwersalotu. Przewodnik otworzył pilotem drzwi tego statku powietrznego.
To przekład zbędnego rozpisania każdej czynności, które są oczywiste dla czytelnika a niepotrzebnie rozpychają tekst. 

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a):  Olek i Ania ciepło żegnali Karolinę. Olek m.in. powiedział:

- Spodziewam się, że będziesz miała wspaniałych kochanków, póki nas nie będzie.

- Chyba tak - odpowiedziała Karolina.

Być może, Czytelnik z XXI wieku pomyśli, że to oni tak żartowali. Nie, to nie były żarty. Po prostu małżeństwo Olka i Karoliny było otwarte, jak 65% ówczesnych małżeństw UE. W takich małżeństwach żaden z małżonków nie miał nic przeciwko temu, by inny małżonek czasem miał kontakty seksualne z kimś innym (zwłaszcza gdy małżonkowie znajdują się daleko od siebie)
"małżeństwo otwarte" to oksymoron. Małżeństwo zakłada wierność. Otwarty może być związek. A więc jest w beczce miodu łyżka dziegciu Big Grin


Fabularnie to do 22 wieku, by powstała powszechna szczęśliwość o której piszesz, oczekiwałbym powstania jednego światowego rządu (zniesienie państw narodowych, brak wojen, środki ze zbrojeń przeznaczone na technologiczny rozwój ludzkości). Choć tu na przeciw wychodzi twoja koncepcja UE.

Sprawa oczywista, że na początku trzeba podać garść informacji o funkcjonowaniu świata powieści, ale najlepiej jak wynikają one przy okazji przygód bohaterów, wtedy są łatwiejsze do przyswojenia przez czytelnika. np:

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Wszyscy mieli też specjalne okulary ze słuchawkami, potocznie nazywane "poligloty". Będąc w tych okularach, człowiek koło każdego napisu w języku obcym widział jego tłumaczenie na język wybrany w ustawieniach, i była tłumaczona też każda usłyszana wypowiedź w języku obcym. Co do tego ostatniego, to można było wybierać różne ustawienia: albo po prostu słyszeć wypowiedź tylko w wybranym języku; albo słyszeć tak oryginalny dźwięk, jak i tłumaczenie; albo słyszeć oryginalny dźwięk i widzieć pisemne tłumaczenie. Jednak rozmowy między obywatelami różnych krajów UE nie potrzebowały poliglotów: wygodniej było rozmawiać w języku esperanto, niż zakładać poligloty.
Zamiast to opisywać, może lepiej byłoby pokazać w jakiejś scenie bohaterów używających tych urządzeń? I wtedy, zamiast być suchą informacją o funkcjonowaniu świata, o którym czytelnik zaraz zapomni, będzie fabularnym smaczkiem mającym wpływ na przebieg zdarzeń i urealniającym historię.

Zdecydowanie zbyt długi i szczegółowy opis świata jedynie niekiedy przetykany prozaicznymi czynnościami bohaterów (zjedli śniadanie, umyli zęby). Można opisywać prozaiczne czynności, ale niech futurystyczne szczegóły będą w tle - niech wychodzą między wierszami.

Fabuły jako takiej i charakteru postaci było tu niewiele (te najczęściej wykuwają się w dialogach) - Można to było rozegrać inaczej ale rozumiem "prawo I rozdziału" - który ma za zadanie wprowadzić w realia świata. Zobaczymy jak będzie dalej.
Odpowiedz
#9
Dziękuję bardzo, Gunnar! Mam dużo do opracowania po Twoich komentarzach. Rozumiem tak, że na razie przeczytałeś I rozdział. Będę wdzięczny też za ewentualne komentarze do następnych rozdziałów.

Będę jeszcze myślał, które z proponowanych zmian wprowadzę. Na razie skomentuję tylko niektóre uwagi.

Cytat:niektórzy i nieliczni to wyrażenia synonimiczne, wystarczy jedno.

Jako matematyk, nie zgadzam się! Smile Słowo "niektórzy" może być prawidłowe nawet kiedy chodzi o wszystkich. Nieliczność czegoś to zupełnie inna informacja, niż ta zawarta w kwantyfikatorze. (A w moim zdaniu "Na razie skomentuję tylko niektóre uwagi." słowo "tylko" sugeruje, że nie wszystkie - he-he!) Smile

Cytat:A ewolucja globalnej sieci przez 200 lat?

Masz na myśli konkretne pomysły o tym, jak się zmieni Internet? Tego w mojej powieści nie ma. Przewiduję tylko, że on pozostanie Internetem i że teraźniejsze jego główne funkcje nie zanikną.

Cytat:"czemuś" to słowo w celowniku. Nie pasuje w tym kontekście. Najlepiej zamienić na "z jakiegoś powodu"

"Czemuś" to synonim wyrażenia "z jakiegoś powodu". Ale niedawno się dowiedziałem, że tak faktycznie rzadko się mówi; chyba poprawię to miejsce. A może, jest jakaś dodatkowa gramatyczna przyczyna, niesprzyjająca słowu "czemuś" w tym zdaniu? Chętnie poczytałbym dokładniejsze wyjaśnienia.

Cytat:Małżeństwo zakłada wierność. Otwarty może być związek.

Rzeczywiście, widziałem wyjaśnienia o wierności w polskim kodeksie rodzinnym. Ale w XXII wieku terminologia może nieco się zmienić. Smile

Cytat:Fabularnie to do 22 wieku, by powstała powszechna szczęśliwość o której piszesz, oczekiwałbym powstania jednego światowego rządu (zniesienie państw narodowych, brak wojen, środki ze zbrojeń przeznaczone na technologiczny rozwój ludzkości).

Coś na ten temat przeczytasz w późniejszych rozdziałach. Niektóre niuanse mogą zaskoczyć. Wink

Cytat:Sprawa oczywista, że na początku trzeba podać garść informacji o funkcjonowaniu świata powieści, ale najlepiej jak wynikają one przy okazji przygód bohaterów, wtedy są łatwiejsze do przyswojenia przez czytelnika.

No, z zasadzie tak i piszę: przy okazji. Tyle że każda okazja może prowadzić do długiej dygresji. Smile Różne wyjaśnienia o społeczeństwie XXII stulecia są rozrzucone po całej powieści i zajmują dużo miejsca. Być może, wielu czytelników nie lubi takiego stylu, ale nie mogę zmienić tego faktu, że w mojej powieści właśnie te wyjaśnienia są bardzo ważną częścią przekazu.
Odpowiedz
#10
(14-12-2018, 01:13)D.M. napisał(a):
Cytat:niektórzy i nieliczni to wyrażenia synonimiczne, wystarczy jedno.

Jako matematyk, nie zgadzam się! Smile Słowo "niektórzy" może być prawidłowe nawet kiedy chodzi o wszystkich. Nieliczność czegoś to zupełnie inna informacja, niż ta zawarta w kwantyfikatorze. (A w moim zdaniu "Na razie skomentuję tylko niektóre uwagi." słowo "tylko" sugeruje, że nie wszystkie - he-he!) Smile
Zważ jednak, że 99% twoich czytelników to będą nie-matematycy Wink, dla których są to synonimy i zdanie to będzie brzmiało co najmniej dziwnie.

(14-12-2018, 01:13)D.M. napisał(a):
Cytat:"czemuś" to słowo w celowniku. Nie pasuje w tym kontekście. Najlepiej zamienić na "z jakiegoś powodu"

"Czemuś" to synonim wyrażenia "z jakiegoś powodu". Ale niedawno się dowiedziałem, że tak faktycznie rzadko się mówi; chyba poprawię to miejsce. A może, jest jakaś dodatkowa gramatyczna przyczyna, niesprzyjająca słowu "czemuś" w tym zdaniu? Chętnie poczytałbym dokładniejsze wyjaśnienia.
W języku pisanym i mówionym "czemuś" występuje najczęściej w sformułowaniu "czemuś to służy" czyli "ta rzecz służy jakiemuś (nieznanemu, nieuświadomionemu) celowi" lub "zmierzam ku czemuś" - niesprecyzowanemu celowi.; lub "czemuś mnie opuścił (tekst biblijny)" - gdzie "czemuś" jest archaicznym synonimem słowa "dlaczego".
I choć formalnie być może jest poprawne użycie w takim kontekście w jakim to zrobiłeś, to w praktyce języka polskiego nie używa się tego słowa w taki sposób, nawet wśród ludzi starszego pokolenia, więc nawet nie można tego nazwać archaizmem. 

(14-12-2018, 01:13)D.M. napisał(a):
Cytat:Małżeństwo zakłada wierność. Otwarty może być związek.

Rzeczywiście, widziałem wyjaśnienia o wierności w polskim kodeksie rodzinnym. Ale w XXII wieku terminologia może nieco się zmienić. Smile
A tu nawet nie chodzi o polskie prawo. Wierność jako podstawa małżeństwa to uniwersalna wartość wielu religii i kultur od czasów starożytnych (nawet w wypadku małżeństw poligamicznych). Nazywanie "małżeństwem" związków otwartych lub nieheteroseksualnych to wynalazek schyłku poprzedniego stulecia.

(14-12-2018, 01:13)D.M. napisał(a):
Cytat:Sprawa oczywista, że na początku trzeba podać garść informacji o funkcjonowaniu świata powieści, ale najlepiej jak wynikają one przy okazji przygód bohaterów, wtedy są łatwiejsze do przyswojenia przez czytelnika.
No, z zasadzie tak i piszę: przy okazji. Tyle że każda okazja może prowadzić do długiej dygresji. Smile Różne wyjaśnienia o społeczeństwie XXII stulecia są rozrzucone po całej powieści i zajmują dużo miejsca. Być może, wielu czytelników nie lubi takiego stylu, ale nie mogę zmienić tego faktu, że w mojej powieści właśnie te wyjaśnienia są bardzo ważną częścią przekazu.
Tak, tylko większość czytelników znużą te obfite dygresje i nie będą mieli sił brnąć dalej. Rozumiem Cię, bo sam wymyśliłem autorski świat fantasy i na początku znajdującej się w tym dziale powieści "Szept Gromu" pragnąłem upakować wszystko, co na jego temat wymyśliłem. Ale zdołałem powściągnąć swoje zapędy, by nie zanudzić czytelnika. Czytelnik przede wszystkim oczekuje akcji, wyrazistych bohaterów, błyskotliwych dialogów a opisy najlepiej by były niedługie i poprawne o ile nie są artystyczne. Oczywiście nie należy wszystkiego robić pod czytelników, bo gusta są różne, ale na pewno nie należy robić rzeczy, które na "dzień dobry" większość od tekstu odstraszą.

Podsumowując lepiej wyciąć fragmenty nieistotne dla fabuły i wykorzystać je np. przy kontynuacji powieści (jak opis "poliglotów") lub innej książce w tym uniwersum.
Pisałem o "prawie I rozdziału" - czyli konieczności przedstawienia na początku pewnych podstawowych założeń świata, gdy powieść toczy się w naszym autorskim świecie. Sam z tego prawa skorzystałem w "Szepcie Gromu" - zapraszam do I rozdziału mojej powieści - jestem ciekaw Twojej opinii Smile

Ale, można też inaczej. Po sąsiedzku jest powieść "Numer", którą jak widziałem, zacząłeś czytać, choć to nie Twoje kilmaty. Zauważyłeś jak tam autorka podeszłą do opisu autorskiego świata przyszłości? W ogóle go nie opisała. Od razu wrzuca czytelnika w sam środek akcji. Tylko ze szczegółów (np. przewody podpinane do karku) czytelnik może wnioskować o tym, co jest możliwe w tym świecie. I to jest świetny zabieg. Od razu chce się czytać dalej, by poznać więcej szczegółów tego świata, ukrytych między wierszami. 

Pozdrawiam Smile
Odpowiedz
#11
Co do "niektórzy nieliczni", to chyba po prostu pozostawię "nieliczni", i to naprawdę wystarczy (ale to daje więcej informacji, niż jeśliby pozostawić "niektórzy").

Co do "czemuś" w znaczeniu "z niewiadomego powodu", to jednak można znaleźć je w słowniku:
https://sjp.pwn.pl/szukaj/czemu%C5%9B.html
Niektórzy przypuszczają, że takie słowo może być typowe dla wschodnich dialektów.

Cytat:Nazywanie "małżeństwem" związków otwartych lub nieheteroseksualnych to wynalazek schyłku poprzedniego stulecia.

No, a w XXII wieku takie nazewnictwo może zostać zupełnie nie dziwne. Smile

Cytat:Po sąsiedzku jest powieść "Numer", którą jak widziałem, zacząłeś czytać, choć to nie Twoje kilmaty. Zauważyłeś jak tam autorka podeszłą do opisu autorskiego świata przyszłości? W ogóle go nie opisała. Od razu wrzuca czytelnika w sam środek akcji.

No właśnie! I odpowiednio zauważyłem, że nie potrafię tego przeczytać. Sad To sprawa smaku. Różni ludzie lubią różne style. Ja w utworach fantastycznych z reguły bardzo lubię właśnie te fragmenty, gdzie autor opisuje osobliwości przedstawianego świata. Te informacje bywają nawet ważniejsze od fabuły utworu. Natomiast kiedy w tekście występuje duże nagromadzenie czynności, myśli i emocji bohaterów bez konkretnych wyjaśnień sytuacji, to trudno mi czytać.

A o poliglotach jeszcze kilka razy wspominam w dalszych rozdziałach. Ale powiedzieć o nich czytelnikom wolę od razu, jak tylko wyjaśniam o językach, bo inaczej te wyjaśnienia byłyby niepełne.
Odpowiedz
#12
Już wprowadziłem zmiany, które częściowo uwzględniają uwagi Gunnara. Nie będę dokładnie pisać, co uwzględniłem, a co nie i dlaczego. Tylko, ponieważ już kilka razy pisałem o "niektórzy nieliczni", informuję, że jednak nie zmieniłem tego sformułowania, bo nie widzę bardziej zgrabnej metody wyrażenia wszystkich tych odcieni znaczeniowych, które według mnie ma posiadać tamto zdanie.
Odpowiedz
#13
Rozdział II
Nie będę już wynotowywał nadmiernych zaimków osobowych, swój/swoja/swoje czy bliskich powtórzeniach  - o czym pisałem w czterech punktach przy okazji I rozdziału. Skupię się na cięższych "przewinieniach" Wink (korekta I rozdziału zajęła mi ponad 3 godziny) 

Wiem, że lubisz wymyślać i opisywać szczegóły przyszłego świata ale jak na gatunek s-f to zabrakło mi tu biotechnologii. Dlaczego ludzie przyszłości przestali się starzeć? Jak poradzili sobie z chorobami, starzeniem się i śmiercią? By człowiek mógł żyć wiecznie jego ciało musiałoby się odnawiać w nieskończoność. Niestety przy podziałach komórkowych i replikacji DNA telomery na końcach łańcuchów się skracają i po pewnym czasie komórki przestają się odnawiać. Jak rozwiązano to w Twoim świecie? Wyjaśnienie tego przydałoby większej wiarygodności i klimatu niż choćby statystyki ile % małżeństw jest "otwartych" czy co jadła załoga w trakcie lotu do Brazylii Wink

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Ale w wyniku tego niesłyszalne są też inne dźwięki zewnętrzne, co w niektórych sytuacjach może przeszkadzać.
brakujące słówko

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a):  taki przetworzony wynik dostarcza się na głośniki w środku uniwersalotu i pasażery po prostu słyszą zewnętrzne dźwięki,
"pasażerowie"

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Przy potrzebie można było też zmieniać głośność zewnętrznych dźwięków lub nawet zupełnie je wyciszyć.
"W razie potrzeby" - Swoją drogą całe zdanie bym usunął - jeśli puszczamy jakiś dźwięk z komputera to i w naszych czasach oczywiste, że można regulować głośność Wink

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Ale nie wybrali nieobecność żadnej z takich dodatkowych usług.


(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Nikt w rodzinie Olka nie lubił stosować muzyki jako tła; kiedy słuchali jakiejś piosenki, to skupiali się właśnie na jej słuchaniu. 
"stosować" nie pasuje w tej składni; muzykę można puszczać, słuchać, odtwarzać, ale nie "stosować"
Poza tym zazwyczaj po pewnym czasie człowiek przestaje zwracać uwagę na muzykę lecąca w tle.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Trzeba jednak uznać, że po prostu patrzyć w okno aż 12 godzin (a tyle miał trwać lot do pierwszego lądowania w Brazylii) to raczej przesada. 
błąd stylistyczny
BTW: Jak na XXII wiek to strasznie powolne te uniwersaloty, skoro nie rozwijają większych prędkości niż współczesne maszyny.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Dlatego dużej popularności nabyły dania robione z owadów.
To zdanie jest formalnie poprawne, ale każdy czytający zauważy jego składniową niezręczność ("nabywanie" kojarzy się w pierwszej kolejności z kupowaniem). Jest też tak w innych przypadkach. To zdanie biorę przykładowo na warsztat.
Proponuję takie warianty:
Dlatego dużą popularność zdobyły dania robione z owadów.
Dlatego dużą popularnością cieszyły się dania robione z owadów.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a):  (takie produkty swego czasu odegrały olbrzymią rolę dla w rezygnacji ludzkości z mięsa, a teraz wciąż pozostawały popularne)


(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Ale wróćmy do opisu spędzania czasu w uniwersalocie. 
Nie będziemy nudzić Czytelnika dalszymi rozważaniami o klasyfikacji gier. Napiszemy tylko, że
Ale napiszę, czego ludzie w tamtych czasach nie robili. 
A teraz wróćmy do naszych podróżników. 
Nie jestem przekonany, co do powyższych "od autorskich" wtrąceń. Mogą się sprawdzać w bajkach, legendach, podaniach dla dzieci. 
We współczesnej literaturze autor jest raczej niewidoczny. Jego "manifestacje" w tekście odzierają, w moim mniemaniu, tekst z pozorów realności. Dodają takiego gawędziarskiego stylu. Nie mówię, że to źle, ale taki styl narracji osobiście nie cieszy się moim uznaniem.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): W ogóle, w XXII stuleciu gry były bardzo istotną częścią życia codziennego. Przypomnijmy, że większość ludzi nie pracowała, a nawet pracujący mieli całkiem sporo czasu wolnego. Nie jest więc dziwne, że dużo czasu ludzie poświęcali właśnie grom. Bardzo różnym. Dla jednego gracza, dla dwóch lub dla większej liczby osób. Gry można było podzielić na komputerowe i niekomputerowe, przy czym w te ostatnie można było grać tak tradycyjnie, jak i z pomocą komputera, a często też z pomocą tak zwanych wirtualnych okularów. Nie bardzo pasowały do wersji komputerowej tylko gry sportowe, ale i one też miały swoje komputerowe odpowiedniki, tyle że te odpowiedniki nie zawsze tak skutecznie rozwijały sprawność fizyczną, jak normalne odmiany takich gier.
A planszówki? Big Grin

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Inne, co często robili ludzie w czasie wolnym, dotyczyło różnych dzieł sztuki: utworów literackich, muzyki, obrazów (zwykle tworzonych komputerowo), filmów itp. Prawie wszyscy często czytali utwory literackie i często oglądali filmy. A na około 14% ziemskiej ludności składały się osoby twórcze, które regularnie same tworzyły dzieła sztuki. Swego czasu po gwałtownym spadku liczby zatrudnionych osób nastąpił gwałtowny wzrost aktywności artystycznej.
Przeceniasz ludzką naturę Big Grin
Więcej czasu wolnego rzadko przekłada się na kreatywność. Może prowadzić do nihilizmu, popadnięcia w nałogi, zatraceniu się w przyziemnych przyjemnościach.
Tego stanu rzeczy nie zmieni żaden rozwój medycyny i ekonomii. Potrzebna by była przemiana moralna i mentalna społeczeństwa. A tego nie są w stanie zrobić medycyn, ekonomia i prawo. 
Bogaci, z wolnym czasem i długowieczni ludzie to ci sami ludzie co biedni, zapracowani i krótko żyjący - mają te same wady wynikające z ludzkiej natury.
A w Twoim świecie nie było jak zauważyłem żadnej odnowy moralnej (może z wyjątkiem narzuconego przez UE ekologizmu i wegetarianizmu) skoro nawet "wierność małżeńska" straciła na znaczeniu. Ludzie mogą się zmienić tylko, jeśli powszechnie wyznają pewne wartości, które uważają za własne. Do tego potrzebują też autorytetów - charyzmatycznych przywódców, religii, ideologii albo chociażby tradycji.

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Ale w wieku XXII psychologia stosowana osiągnęła taki poziom, że społeczeństwo z reguły łatwo mogło przekonać człowieka, by nie czynił tego, co z dużym prawdopodobieństwem mogłoby mu zaszkodzić. Dlatego zupełnie zniknął przemysł tytoniowy, narkotyki stosowano jedynie jako środki medyczne, zniknęły też mocne napoje alkoholowe. Piwo i wino przestały być powszechne. Istnieli tylko poszczególni wielbiciele piwa i poszczególni wielbiciele wina. Oni kupowali te napoje w nielicznych specjalistycznych sklepach lub robili je sami, ale pili z umiarem.
Jako adept, między innymi, psychologii i pedagogiki, mogę Ci powiedzieć, że to całkiem nierealne. Żadna psychologia nie ma takiej mocy oddziaływania, ani dzisiejsza ani ta za 200 lat.
Tak jak pisałem wcześniej - do tego potrzebny jest mocny system wartości podparty autorytetami albo mocna kontrola rządowa, tudzież "kontrola umysłów" - ale to już robi się antyutopia. 

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a):  A wkrótce po tym na całym świecie zostało zliberalizowane prawo autorskie. Autorskie prawa majątkowe wygasały już po 5 latach od pierwszego rozpowszechnienia utworu, a wielu twórców nawet od razu się zrzekało tych praw.
A dlaczego?

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a): Przy czym program wycieczki nie był rozpisany dokładnie po godzinach, czyli początek każdego dnia wycieczki zależał od tego, kiedy klienci się obudzą.
"po godzinach" można zostać w robocie; tutaj bardziej "na godziny" lub "godzina po godzinie"

(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a):  Wszystkie niepożądane zwierzęta były odstraszane przez odstraszacze, czyli przyrządy emitujące zapachy czy dźwięki oddziałujące na określone gatunki zwierząt tak, że te zwierzęta nie chcą podchodzić do odstraszacza.
błąd czasu. Pierwsza jest w czasie przeszłym, a druga w teraźniejszym.


(03-12-2018, 19:55)D.M. napisał(a):  Wszystkie niepożądane zwierzęta były odstraszane przez odstraszacze, czyli przyrządy emitujące zapachy czy dźwięki oddziałujące na określone gatunki zwierząt tak, że te zwierzęta nie chcą podchodzić do odstraszacza.

Przemysł odstraszaczy był w tych czasach bardzo rozwinięty. Te przyrządy były łatwo dostępne, często stosowane w bardzo różnych celach i zupełnie nie szkodliwe dla środowiska. Każdy odstraszacz miał określony zbiór gatunków, na które oddziałuje, przy czym ten zbiór mógł być tak szeroki, jak i bardzo wąski. Prawie każdy znany nauce gatunek zwierząt był objęty działaniem co najmniej jednego rodzaju odstraszacza. Co prawda, prawie w każdym gatunku sporadycznie zdarzały się niestandardowe osobniki, na które odstraszacze nie działały. W tych miejscach, gdzie to było bardzo ważne, w tym na terenie, gdzie wylądowali nasi podróżnicy, takie osobniki były odganiane przez roboty za pomocą bardziej bezpośredniego przymusu.
Nie jestem przekonany do tych odstraszaczy. Większość dzikich zwierząt ma zaprogramowany strach przed człowiekiem i woli się do niego nie zbliżać. Skoro drapieżniki są tylko w ogrodzonych rezerwatach to wszelkie "odstraszacze" tracą sens istnienia a ich "powszechne" użycie w ogóle nie jest wiarygodne.



Stosujesz sporo rozbudowanych opisów nie mających wpływu na fabułę (jedzenia na pokładzie, szachów 960)

Wiem już, że Twoja książka nie będzie porywała akcją ani oryginalnymi osobowościami bohaterów, dlatego do wątków fabularnych nie będę się czepiał, a przy kolejnych rozdziałach skupię się na realności tak szczegółowo budowanego przez Ciebie świata.

Pozdrawiam w nowym roku Smile
Odpowiedz
#14
Dziękuję bardzo, Gunnar! Zgadzam się z większością uwag językowych i w najbliższych dniach je poprawię. A niektóre uwagi teraz skomentuję.

Cytat:Nie będę już wynotowywał nadmiernych zaimków osobowych

Istotnie zmniejszyłem ich ilość we wszystkich rozdziałach szybko po Twoich uwagach do I rozdziału. Jak widać, można byłoby jeszcze bardziej zmniejszyć. Smile

Cytat:Dlaczego ludzie przyszłości przestali się starzeć? Jak poradzili sobie z chorobami, starzeniem się i śmiercią?

Nie opisuję tego konkretnie. Gdybym miał konkretniejsze pomysły, to, być może, oznaczałoby, że ludzkość jest już bliska do osiągnięcia nieśmiertelności. Smile

Cytat:"stosować" nie pasuje w tej składni; muzykę można puszczać, słuchać, odtwarzać, ale nie "stosować"

Omawiałem to zdanie z innymi znajomymi (dla wyznaczenia optymalnych przypadków gramatycznych) i nikt nie zwrócił uwagi na to, że "stosować" nie pasuje. Dlatego myślę, że ta wada nie jest rażąca. Poza tym, nie wiem, jak napisać o tym lepiej, jeżeli chcę użyć określenia, że muzyka występuje jako tło.

Cytat:Jak na XXII wiek to strasznie powolne te uniwersaloty, skoro nie rozwijają większych prędkości niż współczesne maszyny.

O ile pamiętam moje odpowiednie wyliczenia, to chyba prędkość jest troszkę większa od współczesnych; albo, być może, taka sama. A dlaczego musi być koniecznie większa? Rozwój poszedł w stronę możliwości manewrowych.

Cytat:A planszówki?

Jak najbardziej! Smile A nawet szachy to przecież też planszówka, czy nie?

Cytat:A w Twoim świecie nie było jak zauważyłem żadnej odnowy moralnej (może z wyjątkiem narzuconego przez UE ekologizmu i wegetarianizmu) skoro nawet "wierność małżeńska" straciła na znaczeniu.

Ta "strata na znaczeniu" również może być postrzegana jako pewna "odnowa moralna". Być może, uważasz ją za sprzeczną z "odnowami moralnymi", które tam zaszły w innych sferach, ale sprzeczności nie ma.

Cytat:Jako adept, między innymi, psychologii i pedagogiki, mogę Ci powiedzieć, że to całkiem nierealne. Żadna psychologia nie ma takiej mocy oddziaływania, ani dzisiejsza ani ta za 200 lat.

Tak jak pisałem wcześniej - do tego potrzebny jest mocny system wartości podparty autorytetami albo mocna kontrola rządowa, tudzież "kontrola umysłów" - ale to już robi się antyutopia.

No cóż, być może, był tam system wartości podparty autorytetami.

Cytat:A dlaczego? [O zliberalizowaniu prawa autorskiego.]

No, po prostu kolejna progresywna zmiana. Nie lubię tego współczesnego drakońskiego prawa autorskiego. Chyba rozwój twórczości podwyższył uwagę społeczeństwa do tego problemu i moje przekonania zwyciężyły. Smile

Cytat:błąd czasu. Pierwsza jest w czasie przeszłym, a druga w teraźniejszym.

Ok. Ale powiedz mi, proszę, czy nie zmienia sytuacji ten fakt, że odstraszacze istnieją też teraz, a nie tylko w tamtym przyszłym świecie, który wskutek dziwnej literackiej tradycji musi być opisywany w czasie przeszłym. Smile "Nie dawaliśmy dzieciom zapałek, bo zapałki nie są zabawkami." Czy dla uzgodnienia czasu poprawiłbyś to zdanie tak: "Nie dawaliśmy dzieciom zapałek, bo zapałki nie były zabawkami."? Piszę o odstraszaczach w ogóle, bez przywiązania do czasu.

Cytat:Nie jestem przekonany do tych odstraszaczy. Większość dzikich zwierząt ma zaprogramowany strach przed człowiekiem i woli się do niego nie zbliżać. Skoro drapieżniki są tylko w ogrodzonych rezerwatach to wszelkie "odstraszacze" tracą sens istnienia a ich "powszechne" użycie w ogóle nie jest wiarygodne.

Moim zdaniem, dość wiarygodne, co najmniej dla odstraszania owadów i gryzoni. A czasem bywa też, że duże dzikie zwierzęta wchodzą do miast i powodują tragedie. Bardzo przydałyby się stacjonarne odstraszacze dla uniknięcia takich wypadków.

No, szczęśliwego Nowego Roku! Smile
Odpowiedz
#15
Już wprowadziłem zmiany. Gunnar, w jakiej postaci preferujesz być wymieniony w podziękowaniach na końcu powieści: według nicka czy według imienia i nazwiska (które, jak rozumiem, można zobaczyć w wątku zawierającym powieść "Szept Gromu")?
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości