Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Akwarium 1
#1
Akwarium 1
 
Słońce roztopiło się jak kredki świecowe i rozlało po bloku z naprzeciwka. Światło kapie jak polewa po cieście, pomału, leniwie. Z uporem pokrywa całą powierzchnię twardego ciasta budynku. Ciasto było stare, czerstwe i suche, chrupało, gdyby je ugryźć. Polewa nie lśni, matowieje, po cichu ogrzewa, zmiękcza ciasto. Jest jak guma, gdyby zanurzyć w niej palce, dłoń, rękę. Gdyby zamieszać, kawałki czasoprzestrzeni grzęzną w środki jak rodzynki w serniku. Pod spodem wszystko żyje za bardzo. Ludzie w bloku z naprzeciwka pachną jak sfermentowany sok z winogron. Światło jak wino albo krew rozlało się po całej powierzchni budynku. Jest lato, może już jesień, a światło na koniec dnia klei się do bloków, wieżowców, ulic. Do wszystkich.
            Erazma stoi na balkonie jak co wieczór i karmi rybki.
         Puka w akwarium. Puk, puk, patrzy, jak podpływają bliżej – nieme pyszczki i czekanie. Z nieba spada karma, kawałki czasoprzestrzeni. Rybki gatunku czekanie. Uczy je, tresuje, błogosławi. Będą podpływać. Czekanie. Jest dla nich bogiem, jej wysokość Erazma. Patrzyłam przez szybę, pukałam przez szkło. Erazma lubi tę wysokość. Gdyby mogła, pukałaby do sąsiadów z bloku z naprzeciwka, żeby wiedzieli, że ich podgląda. Że im błogosławi, chwała na wysokości. Zawsze czuła się bliżej gwiazd niż ziemi. Jest lepsza od innych, błyszczy i kiedyś na pewno zmieni się w czarną dziurę. Erazma też czeka. Czeka, aż kiedyś wszystko zaleje. Czekanie. Lubi tę wysokość i cieszy się, że mieszka na ostatnim piętrze. Modny wieżowiec z widokiem na modnych mieszkańców bloku z naprzeciwka. Lubi ich podglądać, lubi to, że zasłaniają jej Warszawę.
            Erazma co wieczór wychodzi na balkon i podgląda sąsiadów. Czeka aż słońce roztopi się, a potem pomału odklei od wszystkiego. Warszawa to akwarium, w nocy w powietrzu pływają ryby, owoce morza bezładnie unoszą się z prądem, codziennie świeża dostawa. Erazma stoi na balkonie i karmi rybki. Wychyla się, wygląda za barierkę, trochę wciąż jest u siebie, a trochę już u ciebie, tylko pupa zostaje na barierce, gwiazdy na majtkach niewinnie się trzymają, nogi już się unoszą, mogłyby sięgnąć Księżyca, ale nie, puk, puk, raz, dwa, trzy, Erazma patrzy.
            Sąsiad z naprzeciwka jest przystojny, ma brodę, na pewno ma muskuły i można by rozpaść się w jego ramionach, myśli Erazma. W oczach widać mu burzę, pioruny podnosi z chodnika jak hantle. Też stoi na balkonie, ale nikogo nie podgląda. Wypala papierosa i po cichu, uważając, by nikt nie zobaczył, spluwa za barierkę. W sumie trzy razy. Za każdym razem z otwartych ust wylatują mu małe smutki. Nie są duże, ale Erazma widzi, jak migoczą w świetle latarni. Mają złote łuski, długie ogony jak welony, żeby jeszcze szybciej machać płetwami. Smutki to złote rybki, które potem spełniają czyjeś życzenia. Ciekawe, do kogo popłynęły, zastanawia się Erazma, gdy sąsiad z naprzeciwka gasi światło w mieszkaniu.
            Za ścianą mieszka starsza pani. Nie znosi samotności i co wieczór wylewa ją jak wiadro pomyj za okno. Ławica meduz dryfuje w głośnym od spalin powietrzu i z ich prądem unosi się do góry. Parzą, może dlatego nikt nie chce się zbliżyć, odwiedzić lub przynieść zakupy. Erazma nic nie czuje, pogłaszcze meduzy. Są jak żelki, miękkie neony. Jaskrawymi kolorami brudzą palce, plamią noc, ostrzegają, że przyjdą do każdego. Pojawią się w każdym mieszkaniu, będą jak chwasty, milutkie szkodniki, będziesz je codziennie wylewać za okno odlane ze szklanej pogody. Ale Erazma lubi samotność, lubi jak meduzy robią na balkonie kolorowe disko.
            Piętro niżej uprawiają seks. Codziennie podlewany rośnie duży, sztywny, trochę ocieka lepkim sokiem. Pączkuje coraz mocniej i wreszcie nie mieści się w mieszkaniu, wybucha, ucieka wszystkimi otworami. Wylatuje w powietrze, wyrzuca w górę skorupiaki i małże jak konfetti. Są twarde na zewnątrz, różowo-wilgotne w miękkim środku. Afrodyzjaki mają słony smak oceanu. Erazma lubi ich podglądać, wygiętą bladość tego co pod ubraniem, nagie ciała splątane jak cząstki elementarne. Fuzja atomowa. Rozłączają się, upiornie oddziałują na odległość. Wszystko widać, wygolone cząstki, owłosione atomy, istoty człowieczeństwa. Byty na brzuchu kleją się, uciekają, światła gasną, a w środku, pomiędzy zostaje tylko pusta przestrzeń w za dużym łóżku, niebyty w pustej muszli. Erazma nie ma uczuć, nie wie, jak to jest oddać z siebie wszystko, ale lubi smażyć krewetki w głębokim jak gardło oleju.
            Erazma karmi rybki, gdy codziennie wychodzi na balkon i podgląda sąsiadów. Jak po całym dniu, tygodniu, po całym życiu wypluwają z siebie wszystkie gatunki. Czasem ich nie chcą, czasem już się nie mieszczą. Pływające w powietrzu byty, ławice gęstsze od smogu, uciekają, rozpraszają się po całej Warszawie, żeby po cichu gdzieś się wślizgnąć. Chowają ci się w air-maxach, wlewają za biały kołnierzyk, w dekolt, w nocy wchodzą do ucha, gdy myślisz, że ktoś słodko szepcze przez sen. Kosmiczny crossing-over. Pływają wokół tych wszystkich nocnych rozbitków, uciekających z Nieba albo Miłości, Barki, cudzego chłopaka. Polują, pijane ofiary łatwiej dopaść. Czują krew, czują jak pulsuje ci w skroniach albo w spodniach. Zostawiają po sobie słony smak oceanu.
            Erazma karmi rybki, bo nie lubi ludzi. Przeszkadzają jej. Chciałaby, żeby to wszystko zatonęło. Nie ma nic, ale wie, że jest wszystkim. A ludzie wszystko niszczą. Zanieczyszczają wodę, powietrze, krew, głowy. Wszechświat, jej akwarium. Wielki jak wszechświat wieloryb podpływa pod balkon. Erazma zastanawia się, co musiał czuć człowiek, który go wypluł. Może to była ona i dlatego nie czuje już nic. Dziękuję. Gigantyczną płetwą mógłby zburzyć Pałac Kultury, przybić piątkę i przewrócić Warszawę. Jego majestat pasuje do jej wysokości. Sunie, obraca się, zasłania cały blok z naprzeciwka. Jej Wysokość Erazma siada na barierce, wychyla się jeszcze bardziej, niezdarnie przechodzi, na jej majtkach widać gwiazdy. Siada na wielorybie i odpływa zatopić świat.
 
Erazma Michalus
Odpowiedz
#2
Utwór powstał również z inspiracji Babą Jagą? A gdzie jaś i Małgosia? Wink
Mógłbym pozazdrościć ci wyobraźni. I swobody mieszania znanych motywów, co czasem chyba czynisz w swoich utworach.
Z drugiej strony albo większość z nich dla mnie za mądra, albo ja za nic raczej nie potrafię odnaleźć w większości z nich sensu. Lub niełatwo mi go odnaleźć.
Raczej jedynie absurd, który sam w sobie nie musi być nie na miejscu - byleby tylko była w nim jakaś "metoda".
Może to sprawa wspominanej już przeze mnie formy - często jest to, wybacz słowotok w negatywnym słowa znaczeniu.
Uwolnienie tzw. strumienia świadomości jest dobre gdy chcemy stworzyć interesującą fabułę.
Potem jednak wartoby może jakoś ten strumień uporządkować? Nadać mu odpowiednią formę, kierunek?
Ot, choćby po to by nie czytało się nieco ciężko.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości