Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Łowca w mroku
#1
Opowiadanie z zeszłorocznego pojedynku z RebelMackiem:

ŁOWCA W MROKU
 
Przechodnie odsuwali się z obrzydzeniem. Nic dziwnego. Polowanie trwało tydzień, więc głowy pierwszych upolowanych niziołków zaczęły się już rozkładać. Taszcząc na plecach wypełniony nimi szary wór Ladeph nie przeczuwał jaki zawód go dzisiaj spotka. Już na głównym placu Przedsionka Niewiernych dojrzał dwóch uśmiechających się pod nosem konkurentów ze swojej branży. Przeczuwał, że coś jest nie tak. I rzeczywiście. Opasły urzędnik odbierający w Domu Łowców towar i wypłacający nagrody oznajmił:
- Porta nie płaci już za głowy niziołków.
- Od kiedy?
- Od trzech dni.
- Przez tydzień polowałem na to cholerstwo. – Czuł jak podnosi mu się ciśnienie. – I co mam teraz z tym zrobić?
- Nie wiem, nie obchodzi mnie to. Zamiast iść na łatwiznę możesz zapolować na anghegi głębinowe. Za nie porta płaci najlepiej.
Ladeph miał już siarczyście zakląć, ale wolał nie czynić sobie wrogiem człowieka, który wypłacał pieniądze łowcom. Łatwizna? Te krwiożercze kreatury trudniej upolować niż drowa. A anghegi? Tak, za ich głowy dobrze płacą, ale żeby ubić jednego trzeba mieć wiele szczęścia albo przynajmniej dwóch pomocników, z którymi trzeba dzielić się zyskiem. W całym Podmroku trudno znaleźć takich szaleńców.
Zmierzając do jedynego domu uciech w Zakazanym Mieście minął gwarny targ, gdzie dało się wyczuć większe poruszenie niż zwykle. Nie zwracając na to specjalnie uwagi wszedł do dwupiętrowego przybytku przytulonego do murów miasta właściwego. Zamówił swoją ulubioną dziewczynę o imieniu Vesper.
 
Zabawiali się na jeźdźca. Klasycznie nie wchodziło w grę, bo drobna dziewka mogłaby tego nie przeżyć.  Jej oddech wracał do normy. Leżała na jego piersi łaskocząc go po brodzie włosami.
- Coś się święci w Zakazanym Mieście – rzuciła jakby mimochodem odgarniając czarny lok opadający jej na czoło.
- Zauważyłem jakieś poruszenie na targu. – Przyznał podejmując temat. – Pojawił się towar z powierzchni czy co?
- To chyba ma związek z polityką. Chodzą słuchy, że król chce zawrzeć jakiś historyczny traktat.
- Niech zawiera. Jeśli to nie wiąże się z zyskiem, to nie ma dla mnie żadnego znaczenia.
- O zyskach mówiąc. Podjąłbyś się nowego zlecenia?
- Co trzeba upolować?
- Nie o polowanie chodzi. Pomógłbyś się dostać do Miasta mojemu znajomemu.
- Nie – odparł krótko, nie siląc się na tłumaczenie niedorzeczności tego pomysłu.
- Ladeph…
- Niech znajdzie sobie kogoś innego.
- Tylko ty wiesz jak się tam dostać, nie korzystając z głównej bramy.
- Oszalałaś – odparł pobłażliwie. – Wejście na teren miasta, jeśli nie jest się obywatelem, karane jest śmiercią. Za wprowadzenie obcego grozi utrata obywatelstwa i śmierć, w dowolnej kolejności.
- On zapłaci.
- Czym?
Dziewczyna wstała zrzucając kołdrę na podłogę. Zawsze lubił patrzeć na jej zgrabne pośladki. Pokazała mu leżące w kącie izby, przykryte szarym materiałem, trzy głowy anghegów. Łowca roześmiał się.
- Chce płacić chityną?
- Sprzedasz je w domu łowców.
- Co ty mnie masz za na naiwnego jednorożca? Co to za jeden?
- Nie znam jego imienia…
Ladeph głośno się roześmiał.
- Daj dokończyć. Poręczył za niego taki jeden czytnik z wieży alchemika co jest moim stałym klientem – wyjaśniła wracając do łóżka i chowając się pod kołdrą.
- Chyba „czytacz”?
- Jak zwał tak zwał.  Bierzesz tę robotę, bo nie wiem, co mam mu odpowiedzieć?
Raz jeszcze spojrzał na głowy anghegów.
- Dobra.
Wychodząc dostrzegł przyczynę poruszenia. Środkiem rynku zmierzała do miasta właściwego delegacja ilithidów powłócząc długimi, czarnymi szatami z wysokimi kołnierzami. Falujące macki otaczające otwory gębowe gości sprawiały, że mieszkańcy Przedsionka Niewiernych odsuwali się z mieszanką strachu i odrazy. Obywatele Zakazanego Miasta stoczyli z nimi kilka wojen. Jeśli król zawrze traktat z tymi mózgożernymi dziadami, to rzeczywiście będzie historyczne wydarzenie – pomyślał łowca.
 
W milczeniu kluczyli wąskimi korytarzami wydrążonymi pod miastem. Nieznajomy miał wrażenie, że przewodnik robi to specjalnie chroniąc wiedzę o tylko sobie znanym przejściu. Łowca obejrzał się omiatając wzrokiem towarzysza. W lichym świetle łuczywa mignęły tylko dwie błękitne źrenice.
- Jak cię zwą? – zapytał znienacka.
- Eryk – odparł po dłuższej chwili zaskoczony, że Ladeph raczył się odezwać.
- Czemu się ukrywasz za tymi gałganami? Szpetny jesteś?
- Nie lubię się rzucać w oczy – odparł z wyczuwalnym w głosie rozbawieniem.
- Matka cię słabo karmiła, czy jesteś elfem?
- Półelfem.
Ladeph przewrócił oczami. Miał wyrobione zdanie o „miękkich” rasach z powierzchni. A domyślał się, że ten „Eryk” nie jest z Podmroku. Jedyne elfy jakie się tu zadomowiły to mroczne drowy. Cholernie mocne dzięki swoim adamantynowym zbrojom.
- No jesteśmy – Łowca wskazał szczelinę w kamiennej ścianie – powinieneś się przecisnąć.
Eryk popatrzył na niego nieufnie.
- No idź. Ja nie mogę ci towarzyszyć dalej. Wyjdziesz w zaułku między wieżą alchemika, a Domem Rozliczeniowym.
Półelf skinął głową po czym bokiem przecisnął się w mrok. Co taki młokos szuka w Zakazanym Mieście? – pomyślał Ladeph gdy Eryk zniknął w szczelnie – Mniejsza z tym, muszę sprzedać chitynę.
            Przyczaił się w zaułku koło domu uciech. U jego wylotu stało dwóch gości rozmawiających ściszonym głosem.
-  A jeśli się dowie?
- Wtedy już będzie za późno. Za kilka godzin straci czerep – odparł łysy rozmówca. Na potylicy miał wyatutowany wzór przypominający macki ilithidów.
- Książe się na to zgodził?
- Nie sprzeciwił – podkreślił łysy. – A teraz idź i mnie nie zawiedź.
Nieznajomi odeszli. Ladeph jeszcze chwilę czekał w kryjówce upewniając się, że nikt go nie widział.
 
Rankiem, o ile można w Podmroku mówić o takiej porze, w Przedsionku Niewiernych gruchnęła wieść, że miał miejsce zamach na króla z dynastii Razeków. Ladeph, wymieniający u miejscowego handlarza kamieniami szlachetnymi srebro uzyskane za skorupy anghegów na szafir gwiaździsty, nagle zamarł w bezruchu. Wczoraj wprowadziłem do miniasta tego elfa! Oby jego mózg wyssał jakiś ilithid!
- Bierzesz go czy nie? – niecierpliwy kupiec wyrwał go z zamyślenia.
Łowca szybko sfinalizował transakcję. Ruszył do domu uciech rozmówić się z Vesper. Jeśli ktoś odkryje, że to on wprowadził do miasta zamachowca czeka go coś gorszego niż śmierć.
- Mam teraz przerwę, ale jeśli… – zawiesiła głos dostrzegając rozgniewanie kochanka.
- W coś ty mnie wmieszała? – ryknął uprzednio trzasnąwszy drzwiami.
- O co ci chodzi?
- Ten gość, którego dla ciebie wprowadziłem do miasta, to zabójca. Chciał zabić króla!
Dziewczyna zbladła.
- To niemożliwe.
- A jednak huczy o tym na rynku.
Vesper podbiegła kładąc mu palec na ustach.
- Ciszej, jeszcze cię kto usłyszy. – Obejrzała się z niepokojem na drzwi wejściowe.
- Skąd ty go wytrzasnęłaś?
Dziewczyna zamiast odpowiedzieć podeszła do okna wychodzącego na dziedziniec. Gwardziści wylegli na plac przepytując każdego kogo dopadli. Kolejny patrol zmierzał do domu uciech.
- Idą tu gwardziści, musisz wyjść.
- Nie, dopóki mi nie wytłumaczysz, co tu się dzieje.
- Nie wiem, nie znam tego… – zamilkła nasłuchując. Ktoś wbiegał po wewnętrznych schodach. – Niech cię szlag Ladeph! Przez ciebie będę miała kłopoty.
- Przeze mnie? To ty mi naraiłaś tego fircykowatego elfa.
Do pomieszczenia wpadło czterech gwardzistów.
- Łowca Ladeph? – zapytał ich dowódca.
Zagadnięty niepewnie skinął głową.
- Aresztujemy cię za zdradę. Pójdziesz po dobroci, czy mamy dobyć broni?
- Pójdę.
- A ty, to kto? – Gwardzista dopiero teraz zwrócił uwagę na dziewczynę.
- Jestem Vesper – przedstawiła się drżącym głosem cofając się pół kroku w głąb izby.
- Dziwka, która była w spisku, nie ma obywatelstwa – objaśnił drugi.
- Ja nie byłam w żadnym spisku! – protestowała wystraszona dziewczyna.
- Milcz! – krzyknął dowódca.
Skoczył do niej uderzając rękojeścią w brzuch. Z głośnym jękiem złożyła się w pół i upadła na podłogę. Ladeph ruszył w ich stronę, ale zatrzymało go ostrze przy gardle.
- Nie bądź głupi. Jej już nie pomożesz. Zresztą sobie też nie – dodał po chwili. – Zabrać to ścierwo.
Zamiast do koszar zaprowadzili go do zaułka za domem uciech. Czekał tam ten sam łysy najemnik, którego rozmowę podsłuchał.
- A i oto nasz zdrajca. Wprowadziłeś zabójcę do miasta. Wymyślimy dla ciebie jakiś kreatywny sposób egzekucji.
- Kim jesteś?
- Rashid, dowódca wewnętrznej gwardii – przedstawił się z dezaprobatą. – Choć nie powinienem się dziwić, że mnie nie znasz. Masz obywatelstwo, a rzadko bywasz w mieście. Zamiast zająć się uczciwą pracą włóczysz się po pieczarach Podmroku i przesiadujesz w Przedsionku Niewiernych.
Ladeph zagryzł wargę. Nie miał ochoty mu się tłumaczyć z kolei swojego życia, które zmusiły go do takiego zajęcia.
- Nie będzie sądu? – Łowca wiedział, że dynastia Razeków przywiązuje wagę do porządku i sprawiedliwości, a obywatela nie można ukarać bez wyroku.
- Twoja wina jest oczywista. Zeznania zabójcy, którego schwytaliśmy nie pozostawiają wątpliwości. Chyba zginiesz podczas próby ucieczki. – Łysy wyszczerzył zęby.
Do zaułka ktoś wbiegł. Zbrojni odruchowo położyli dłonie na rękojeściach mieczy. Rashid dostrzegł młodego rekruta.
- Nie przeszkadzaj nam teraz szczeniaku!
- To ważne kapitanie. Elf-zabójca uciekł z aresztu!
- Jak to uciekł? Niech was szlag! Ciesz się, że nie mam czasu cię patroszyć – zwrócił się do łowcy. – Załatwcie go i wracajcie do miasta – polecił swoim ludziom.
Gwardziści dobyli mieczy otaczając więźnia. Nie miał broni, ale nie zamierzał oddać skóry za darmo. Ponad ich głowami widział jak dowódca z ilithidzkim tatuażem opuszcza zaułek.
Zaatakowali. Łowca mimo swych gabarytów sprawnie uchylał się przed kolejnymi ciosami. Wyciągną z zanadrza błyszczący pył i rzucił jednemu w twarz, chwilowo go oślepiając i wyłączając z walki. Zostało trzech. Uchylił się przed kolejnym ciosem i potężnym uderzeniem przetrącił szczękę drugiemu. Pozostali odskoczyli nabierając większego respektu dla przeciwnika. Popatrzyli po sobie porozumiewawczo i przystąpili do kolejnego ataku. Coś szarpnęło Ladepha w ramieniu. Nie mógł oderwać ręki od muru. Bransolety pętania! Niech to szlag! – zaklął w myślach. Gwardzista uderzył na niego z mieczem, ale łowca odwrócił się w stronę  unieruchomionej dłoni przez co cios trafił w ścianę. Następnie rozwinął się przyciskając gwardzistę do muru. Mężczyzna nie mógł się poruszyć tracąc oddech i raniąc się własnym mieczem, który utkwił między nim a murem.
- Póść go! – zażądał ostatni zbrojny.
- Chodź i go uwolnij. – Łowca rzucił wyzwanie.
W ręce przeciwnika lśniła kolejna bransoleta pętania. Ladeph dociskał gwardzistę do muru. Jeśli uda mu się go unieszkodliwić to z ostatnim już sobie poradzi. Przyparty przeciwnik stracił przytomność. Łowca zwolnił uścisk, a mężczyzna osunął się na ziemię.
- No choć gówniarzu. Załatwię cię jedną ręką.
Gwardzista zawahał się czekając, aż ocknie się znokautowany wcześniej towarzysz. Oślepiony też powoli odzyskiwał ostrość widzenia. Poczekał, aż dojdą do siebie. Trochę się natrudzili otrzymując kilka bolesnych ciosów, ale w końcu udało im się założyć łowcy drugą bransoletę. Musieli chwilę odetchnąć.
- Co z nim zrobimy?
- Stary kazał go załatwić.
- Ale nie mówił jak. Możemy się z nim trochę pobawić. Zapłaci za moje oczy.
Ladeph dostrzegł, że ktoś się pojawił u wylotu zaułka. Powoli zbliżał się za plecami gwardzistów.
- Jakbym miał łuczywo, to bym mu wypalił gały.
- Cóż za okrucieństwo – usłyszeli głos dobiegający z tyłu.
Oślepiony wcześniej gwardzista odwrócił się. Przez mgnienie zobaczył zamaskowaną postać, po czym poczuł miażdżący ból, gdy palce przybysza znalazły się w jego oczodołach. Cios w krtań i był już niezdolny do dalszej walki. Pozostali rzucili się na wroga. Przyciśnięty przez Ladepha do muru otrzymał cios w mostek i nie mogąc złapać tchu upadł na ziemię. Młody wyjął z zanadrza kolejną bransoletę pętania, ale głębokie cięcie w nadgarstek wytrąciło mu ją z ręki, a uderzenie w panewkę biodrową pozbawiło równowagi. Został ten z przetrąconą szczęką. Zaskoczony klęską towarzyszy opuścił broń. Nieznajomy podszedł i dmuchnął mu w twarz jakimś pyłem. Gwardzista zakrztusił się i padł nieprzytomny. Przybysz uwolnił łowcę.
- No nieźle – popatrzył na unieszkodliwionych strażników – ale zmiękczyłem ich wcześniej.
- Nie ma czasu na gadanie, chodź za mną.
Skryli się w targowym magazynie. Nieznajomy ściągną z twarzy maskę.
- To ty! – syknął łowca. – Mogłem się tego domyśleć. Chciałeś zabić króla!
- Co ty zdziczałeś? Nikogo nie chciałem zabić. Gdyby tak było, nie zawracałbym sobie głowy ratowaniem twojego tyłka – oponował półelf.
- Więc czego chciałeś w Zakazanym Mieście?
- Szukałem Wizerunku z Nieba.
- Ty głupcze! Gdybyś wcześniej to wyjawił, to powiedziałbym ci, że Wizerunku w Zakazanym Mieście już nie ma.  Nikt tego wprost nie przyzna, ale był powodem III wojny z drowami.
- Pomórz mi go odnaleźć. I tak twoja bytność jest tutaj skończona.
- Dzięki tobie – fuknął łowca. Uspokoił oddech. Po chwili dodał: – Muszę wrócić do pokoju Vesper.
- Chyba ci ilithid spętał umysł! Tyle co wyrwaliśmy się z tego burdelu. Na pewno roi się tam od gwardzistów.
- Ty przebiegły elfie! Wiem, dlaczego po mnie wróciłeś. – Łowcę nagle olśniło – Na pewno zamknęli bramy Przedsionka Niewiernych i nie wiesz jak się stąd wydostać.
Eryk nic nie odpowiedział co świadczyło, że miał rację.
- Pomogę ci opuścić miasto, ale ty weźmiesz coś dla mnie z pokoju Vesper. Umowa stoi?
Elf pokiwał głową.
 
Obozowali w jednym z korytarzy starej kopalni. Ladeph dorzucił do ogniska kilka czarnych bryłek.
- Płonące kamienie. Ciekawa rzecz – skomentował Eryk.
- Jesteś z powierzchni. Nie wiesz, jak wygląda życie w Podmroku.
- Tam palimy drewnem. Widziałeś drzewa?
- Urodziłem się tutaj. Waszych drzew nie widziałem, ale istnieją podziemne lasy, do których jednak niebezpiecznie jest się zapuszczać.
- Żal mi cię, nie widziałeś słońca.
Ladeph prychną z dezaprobatą. Nie potrzebował współczucia powierzchniowego elfa.
- Swoje współczucie zostaw dla siebie. Lepiej mi wytłumacz, dlaczego wsypałeś mnie i Vesper?
- Gdy mnie aresztowali nie powiedziałem im ani słowa. Przysięgam.
- Więc skąd wiedzieli?
Elf odezwał się po dłuższej chwili zastanowienia.
- To musiało być ustawione. Jakby się mnie spodziewali. Człowiek, który skierował mnie do Vesper musiał to ukartować.
- Ktoś z wieży alchemika. Chwilę – łowca zaczął coś kojarzyć – jak cię wyprawiłem do miasta to podsłuchałem rozmowę dowódcy wewnętrznej gwardii. Jak mu było? Rashid. Mówił o zabiciu kogoś. Ten bydlak musiał nająć czytacza! On musi stać za zamachem.
- Potrzebował kozła ofiarnego.
- No i znalazł – naiwnego elfa.
- I naiwnego łowcę.
Obywatel Podmroku machnął ręką z dezaprobatą.
- Tylko dlaczego chciał zabić króla?
- Nie wiem, to już wewnętrzne porachunki waszego miasta.
Ladeph nagle przypomniał sobie o czymś.
- A worek? Masz go?
- Jasne – Elf wyjął z zanadrza zawiniątko zabrane z pokoju kurtyzany.
Łowca zabrał je odchodząc na bok. Z dala od oczu towarzysza otwarł go i przeliczył kamienie szlachetne. Wszystko się zgadzało.
- Ten Wizerunek do niczego ci się nie przyda – rzucił jakby od niechcenia wracając.
- Ma ogromną moc.
- W legendach. – Roześmiał się. – Jakoś jeszcze nikt, kto go posiadał nie przejawiał większej mocy. Gdyby ten badziew był coś wart Razekowie na pewno by się z nim nie rozstali, a zamiast tego wybilibyśmy do nogi drowy i ilithidów. To całe bajdurzenie o mocy Wizerunku to karma dla szalonych umysłów.
- Nie wystarczy go posiadać, trzeba wyzwolić jego moc, o czym wie niewielu. A jak to zrobić nie wie nikt.
Łowca przewrócił oczyma.
- Jak chcesz go znaleźć?
- Jest ktoś, kto wie. Nimfa z Jeziora Zwierciadeł.
 
Ciężko mu było się poruszyć. Czuł krew napływającą do mózgu. Lep mocno trzymał. Przeklinał elfa, przez którego znalazł się w tarapatach. Bez wątpienia zaraz zjawi się olbrzymi pająk, by wpuścić mu do brzucha kwas rozpuszczający wnętrzności. Skąd mógł wiedzieć, że tropem Eryka podąża drużyna poszukiwaczy przygód pragnąca tego samego artefaktu? Głupcy myśleli, że go ma. Oczywiście jak zrobiło się gorąco tchórzliwy elf zwiał. On spadł w szczelinę, sturlał się i nieszczęśliwie utkną w wielkiej pajęczynie.
Zobaczył odwróconą do góry nogami zbliżającą się postać. Drgnął niespokojnie, ale to nie był pająk. Po chwili rozpoznał tę nieogoloną mordę.
- Marl, jak dobrze cię widzieć – pozdrowił znajomego łowcę.
- Ciebie również Ladeph.
- Możesz mi pomóc?
- Z przyjemnością. – Przybysz wyszczerzył zęby.
Zamiast zabrać się za przecinanie sieci, zaczął przeszukiwać jego ubranie. Nie ma to jak solidarność zawodowa – pomyślał uwięziony.
- Ładne ostrze, mikstura percepcji? Jakiś pyłek, a tak znam – komentował kolejne przedmioty – O twoja torba – zauważył leżący obok tobołek – na szczęście się nie przykleiła.
Zostawił ją wracając do przeszukiwania łowcy. Jego ręce macały kroczę Ladepha. Znalazł zawiniątko ukryte w pachwinie.
- A co to? Chyba przez naturę aż tak hojnie obdarzony nie jesteś?
- Wal się Marl.
- W twojej sytuacji zważałbym na słowa.
Mężczyzna rozwinął woreczek.
- Nie martw się. Wszystkich klejnotów ci nie zabiorę – puścił do niego oko – wezmę tylko te.
- Przynajmniej byś mi jedną rękę uwolnił.
- Ciesz się, że ci nie wbiłem sztyletu w serce za te głowy niziołków. Niech pajęczyca się tobą zajmie.
Marl zabrał zdobycz i odszedł.
- Tępy kmiot – zaklął pod nosem Ladeph.
Pajęcze więzienie było coraz bardziej niewygodne. Przebiegło mu przez myśl, że może powinien już się modlić by przyszła pajęczyca i czym prędzej ukróciła jego męki. W poświacie fluorescencyjnych porostów znów zamajaczyła jakaś postać. Przez ciśnienie w czaszce nie widział już wyraźnie.
- Co rozmyśliłeś się i jednak chcesz mi wbić sztylet w serce?
Przybysz, rzeczywiście dobyła ostrza, które błysnęło w niewyraźnym świetle porostów. Zamiast jednak dokończyć dzieła, ciął sieć uwalniając nieszczęśnika. Łowca upadł na ziemię. Czuł jak krew odpływa falami z mózgu. Przez chwilę siedział w ciszy widząc tylko ciemność.
- Już drugi raz ratuję twój tyłek i nawet „dziękuję” nie usłyszę?
Łowca omiótł go wzrokiem powstrzymując się przed użyciem jakiegoś przekleństwa.
- Wszystkie kłopoty, które mnie spotkały są efektem twojej obecności w Podmroku, więc nie rób z siebie zbawcy. Jeszcze mnie obrobił ten… – Zawiesił głos rozglądając się czujnie.
- Coś nie tak? – zapytał Eryk.
- Ktoś czai się w mroku – odparł szeptem – zaraz go ubiję.
- A, to przyjaciel. Trzyma się na dystans, by cię nie przestraszyć.
- Przestraszyć? Mnie? Żartujesz sobie? Niech lepiej się pokaże, bo sprzedam mu kosę.
Ciemność niewyraźnie drgnęła. Nieznajomy objawił swoją naturę.
- Drow? Poważnie? – Łowca nie mógł uwierzyć widząc ciemnoskórego, mrocznego elfa.
- To Drizz – przedstawił go Eryk. –  To dobry drow.
- Dobry drow, to martwy drow – prychnął Ladeph.
- Twój przyjaciel chyba nie jest gotowy na moje towarzystwo.
- Daj mu szansę. Ma za sobą trudne przejścia. Przyzwyczai się.
- Nie przyzwyczaję się – odparł łowca zirytowany tym, że rozmawiają o nim, jak o małym dziecku – i do twojej wiadomość, nie jesteśmy z tym elfem przyjaciółmi – zwrócił się bezpośrednio do drowa.
- Ale drażliwy – skomentował z pewnym rozbawieniem Drizz.
- Może weźmiemy jeszcze jakiegoś ilithida do kolekcji. Będzie zabawniej. – Ladeph kręcił głową z dezaprobatą.
Odszedł na bok sprawdzając zawartość swojego tobołka.
- Musisz wiedzieć, że toczyliśmy wiele wojen z Zakazanym Miastem. – Drizz objaśnił Erykowi przyczynę obopólnej niechęci drowów i ludzi. – Więc widzisz, że nasze rasy nie pałają do siebie wielką serdecznością.
Półelf tylko pokiwał głową ze zrozumieniem.
 
Wody Jeziora Zwierciadeł biły wewnętrzną, niebieskawą poświatą. Nad nimi pełzała biała mgła. Łowca zastanawiał się skąd wezmą łódź, ale drow zapewnił, że jakaś na pewno będzie na brzegu. I rzeczywiście. Na piasku leżało kilka niedużych łodzi.
- Skąd wiedziałeś? Byłeś tu już?
- Śmiałkowie wypływają na jezioro, a później ich łodzie wracają puste na brzeg. Te są z wyprawy Belofeina z domu Valen. Myśleli, że zdobędą bogactwa jeziora. I tyle o nich słyszeli. Wróciły tylko łodzie – objaśnił Drizz.
Wybrali jedną, zdającą się być w najlepszym stanie. Elf stanął na dziobie, a drow na rufie. Łowca usiadł na środku zajmując się wiosłowaniem. Chwilę płynęli w ciszy. Elfy znalazły sobie niewolnika – pomyślał. Choć przecież nikt mu nawet tego nie zasugerował, sam pierwszy złapał za wiosła.
- Płyniemy w ramiona śmierci – mruknął pod nosem w pewnym momencie.
- Nimfa powie nam gdzie szukać Wizerunku – odparł po chwili Eryk oświetlając taflę jeziora berłem z kamieniem światła.
- Co jej damy?
Drow i elf popatrzyli po sobie.
- Bez podarku wyssie z nas życie, a truchła rzuci obserwatorom na pożarcie – rzekł ponuro Ladeph, choć spodziewał się, że przebiegły półelf ma jakiś plan.
- Poradzimy sobie z nią. Trzymaj kurs. A, i rozmawianie z nimfą zostaw mnie.
Łowca burknął tylko coś pod nosem, znów czując się traktowany jak nieporadne dziecko.
Wody wzburzyły się. Łodzią zakołysało. Eryk przytrzymał się burty. Mgłę rozwiał nagły podmuch wiatru. Ku nim zbliżała się lewitując nad powierzchnią Pani Jeziora. Lekko prześwitujące, szafirowe ciało, odziane w coś na kształt zwiewnej sukienki, sunęło kilka cali nad wodą. Niewyczuwalny wiatr rozwiewał jej białe włosy. Łowca usiadł bokiem, by kątem oka obserwować negocjacje.
- Nędzni śmiertelnicy! Jakim prawem naruszacie to sanktuarium? Co was do tego pchnęło: szaleństwo czy głupota? – zapytała nie czekając na odpowiedź. – Przybyliście na spotkanie własnej śmierci.
- Pragniemy zaczerpnąć ze źródła twojej mądrości czcigodna pani – rzekł z uniżonością w głosie Eryk. – Mamy ze sobą dar. Poszukujemy Wizerunku z Nieba.
Ladeph dostrzegł na otwartej dłoni elfa skrawek brązowego materiału, a na nim garść kamieni szlachetnych. Jego kamieni! By go bazyliszek spetryfikował! Cholerny elf! – klął w myślach, nie odważając się odezwać w obecności nimfy.
Pani Jeziora przez chwilę spoglądała na kamienie, jakby zastanawiając się, czy są warte dalszej rozmowy.
- Wrzuć je do wody – odparła wreszcie. – Grupa podobnych wam głupców myślała, że z mocą Wizerunku pokona Kazagrotha. Artefakt znajdziecie przy ich ciałach w leżu potwora.
To rzekłszy zniknęła w oparach mgły. Łowca odetchnął uwolniony od jej niepokojącej obecności.
- Możemy wracać. – Eryk znacząco na niego popatrzył.
Złapał za wiosła przygryzając język.
- Skąd miałeś moje kamienie?
- Drizz rozmówił się z Marlem – wyjaśnił elf. – Od niego też wiedzieliśmy, gdzie cię szukać.
Niech no tylko dopłyniemy do brzegu. Skręcę kark temu złodziejskiemu powierzchniowcowi – obiecywał sobie w myślach Ladeph.
- Nie gniewaj się o te klejnoty – odezwał się drow, jakby czytał mu w myślach. – Wynagrodzimy ci to.
Ciekawe jak? – pomyślał, ale nie odezwał się słowem.
 
Pieczara Kazagrotha znajdowała się w najdalej na północy wschód wysuniętym zakątku Podmroku. Zejścia były tu tak urwiste, że w kilku miejscach trzeba się było spuszczać na linie. Gdzieniegdzie napotykali szkielety i na wpół przegniłe ciała śmiałków, którzy dokonali tu żywota jedynie usiłując dotrzeć do leża potwora. Ustalili, że jaskinię spenetrują umiejący się cicho skradać Ladeph i posiadający zdolność krycia się w cieniu Drizz. Eryk miał zabezpieczać odwrót przy ostatnim urwisku.
W skalnych ścianach pieczary pulsowały bladym światłem żyły jakiegoś minerału, oplatając legowisko potwora jak pajęczy kokon. Stwór spał pośrodku owinięty ogonem. Wyglądał jak zielonkawe wzgórze. Miarowe chrapanie wibrowało w kamiennej sferze.
Łowca i drow ostrożnie przemykali od skały do skały, po drodze przeszukując ciała nieszczęśników. Puls Ladepha przyspieszał, im bliżej potwora się znajdowali. Znając moje szczęście to wizerunek jest przy zwłokach przygniecionych przez bestię – pomyślał. Rozejrzał się szukając drowa. Drgania cienia mignęły mu gdzieś w okolicy wielkiej łapy wyposażonej w ostre jak kosy pazury. Drizz obszedł Kazagrotha przeszukując ciała w głębi pieczary. Łowca był zaskoczony liczbą zwłok. Ci głupcy muszą tu ciągnąć całymi tabunami. Dziw, że Podmrok jeszcze nie opustoszał. Ten jest chyba całkiem świeży. Z wyjątkiem odgryzionej głowy krasnolud wyglądał na nienaruszonego. Długo szukał w jego kamizelce wyciągając różne przedmioty. Ma chyba ze sto kieszeni. Kiedy skończył usiadł zmęczony przy ciele. Chrapanie potwora zgubiło rytm. Zaraz się obudzi. Niech to szlag! Wtedy coś błysnęło w zaciśniętej dłoni martwego krasnoluda. Łowca rozwarł zesztywniałe palce. To chyba to. Strząsnął proch. Wizerunek emanował wewnętrznym, zmieniającym barwy blaskiem. Światło przelewało się jak woda w kołyszącej się czarze. Nagle zapomniał o całym otaczającym go świecie, a w jego wnętrzu budziło się coś na kształt zachwytu. Z chwilowego uniesienia wyrwało go nagłe poruszenie potwora. Końcówka ogona nieco bezwładnie przesuwała się po ziemi. Ladeph odskoczył od ciała. Kazagroth podniósł ogromny łeb najeżony ostrymi zębami. Rozglądnął się leniwie zatrzymując wzrok na lśniącym artefakcie w ręce nowego intruza. Łowca zdał sobie sprawę ze swej niefrasobliwości. Szybko schował Wizerunek w zanadrze. Kazagroth bez pośpiechu wstał wyrastając jak góra. Przeciągnął zesztywniały kark wydając głośny ryk. Ściany pieczary zadrżały. Potwór uniósł ogromną łapę, by zmiażdżyć nieproszonego gościa. Ladeph uskoczył, ale siła uderzenia zwaliła go z nóg. Kazagroth pochylił się, by lepiej obejrzeć ofierę. Dla zachowania równowagi uniósł gruby ogon. Przekręcił pysk. Zbliżył wielkie żółte oko do leżącego łowcy jakby chciał dokładnie określić pozycje przekąski. Cofnął się nieco i rozwarł paszczę. Ladeph momentalnie zerwał się z ziemi przebiegając pod jego gardłem. Za sobą usłyszał tylko puste kłapnięcie. Biegł przed siebie pomiędzy tylnymi łapami potwora. Ten pochylił się, ale nie był go w stanie dopaść. Zobaczył tylko kąsek uciekający mu między nogami. Wielkość skutkowała pewną nieporadnością, toteż zanim się obrócił, Ladeph wybiegał już spod jego ogona skrywając się między skałami. Kazgaroth dostrzegł uciekiniera. Ponowił próbę pożarcia, ale jego pysk był zbyt duży by wydobyć intruza spomiędzy głazów. Zirytowany zaryczał. Łowca póki co był bezpieczny. Skały były strome. Zabezpieczały przed zębami potwora, ale jednocześnie były pułapką. Coś mignęło na tyłach bestii. Drow odwrócił uwagę Kazagrotha strzelając do niego z łuku. Rozdrażniony potwór tylko machnął ogonem odrzucając Drizza w drugi kraniec jaskini. Ladeph wykorzystując to obiegł bestię z prawej. Stwór zajęty węszeniem za drowem – z lekka unieszkodliwionym, ale nadal skrytym w cieniu – nie zauważył jego ucieczki. Łowca zatrzymał się w znacznej odległości. Odwracając się zobaczył, że Kazgaroth węszył w miejscu upadku Drizza. Cholerny drow – pomyślał zawracając. Mroczny elf skrył się między dwoma kolumnami jakiejś starożytnej budowli. Z obu stron półkolem prowadziły na ich szczyt pokruszone schody. Kazagroth nie mógł włożyć całego łba w szczelinę, więc zmienił taktykę usiłując językiem wybrać drowa spomiędzy kolumn. Drizz wspinał się po pokruszonych ścianach co raz będąc zahaczany chropowatym językiem. W końcu dotarł na szczyt konstrukcji. Potworowi, zwijając język w trąbkę, udało się go wygarnąć. Rozwierając paszczę, podrzucił nim końcówką języka, by połknąć go w całości. Drizz w powietrzu napiął łuk i posłał strzałę  w gardziel bestii. Nagle poczuł z boku mocne uderzenie. Po chwili znalazł się na szczycie kamiennych schodów. Z zaskoczeniem stwierdził, ze jest w objęciach łowcy. Ladeph wstał wypuszczając drowa z rąk.
- Tylko sobie po tym nic nie wyobrażaj – rzucił do zaskoczonego Drizza. – Szybko na dół.
Zbiegli schodami na poziom pieczary, podczas gdy Kazagroth charcząc człapał wokół własnej osi.
- Poczuł moją strzałę – rzekł z dumą w głosie drow.
- Twoja strzała jest dla niego jak drzazga. Nic mu nie zrobi, choć jest irytująca.
- Możemy teraz spokojnie poszukać Wizerunku.
- Kazagroth zaraz dojdzie do siebie. Poza tym, już mam Wizerunek – odparł z satysfakcją Ladeph. – Właśnie oddawałbym go elfowi, ale wróciłem ratować twój mroczny zadek.
- Dobry łowca, dobry. Na coś się wreszcie przydał – odparł żartobliwie Drizz.
Eryk czekał na szczycie ostatniego urwiska. Drow i łowca powoli wspinali się po linie.
- Macie Wizerunek? – krzyknął z góry.
Nie zdążyli odpowiedzieć, gdy ziemia zadrżała. Mocno przywarli do liny.
- Drzyj się głośniej! – warknął Ladeph.
Ku nim biegł wściekły Kazagroth.
- Szybko, do góry – pośpieszał elf.
- Co ty nie powiesz? – mruknął pod nosem łowca wznawiając wspinaczkę.
Eryk dobył berła z kamieniem światła. Zatoczył nim łuk nad głową i skierował w stronę nadbiegającej bestii. Strumień jasności o barwie ognia trafił go w pysk. Przeraźliwy ryk zatrząsł pieczarą odrywając od stropu stalaktyty. Jeden przeleciał obok ramienia łowcy.
- Ten durny młokos pozabija nas wszystkich – powiedział sam do siebie wspinając się na skalna półkę.
- Szybko musimy się stąd oddalić zanim odzyska rezon. – Elf pomógł wdrapać się Drizzowi.
 
Obozowali w ruinach starej kopalnianej kaplicy krasnoludów. Łowca dał elfowi artefakt.
- Co z nim zrobisz?
- Ukryję na powierzchni, by jego moc nie wpadła w niepowołane ręce. Możesz iść z nami.
- Nie, moim domem jest Podmrok. Tu się urodziłem, tu wychowałem i zamierzam tu umrzeć. Oby nie z głodu – dodał po chwili.
- Nie śpiesz się tak do umierania – elf poklepał go po ramieniu wyjmując z zanadrza zawiniątko – Masz.
Łowca znalazł w środku kilka klejnotów ze swojego majątku. Popatrzył zaskoczony na towarzysza.
- No przecież nie oddałem jej wszystkiego. A to daję ci jako wynagrodzenie pozostałych kosztów naszej wyprawy – rzekł wręczając mu berło z kamieniem światła.
- Może ci się jeszcze przydać – oponował łowca
- Mam zdolność infrawizji. Ale to nie tylko uniwersalna pochodnia. Widziałeś jak można jej użyć w jaskini Kazagrotha. Tu ci napisałem jak to robić. – Razem z berłem podał mu złożony w czworo kawałek pergaminu.
- Nie wiem czy to wyrównuje wszystkie straty, które poczyniłeś w moim życiu, ale przyjmę to jako zaliczkę. – Łowca wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- No tak, nie możesz wrócić do Zakazanego Miasta. To co teraz zrobisz? – spytał Drizz.
- Może pójdę do Granitowego Miasta. Zatrudnię się w kopalniach krasnoludów – odparł żartobliwie Ladeph.
- Możesz się tam powołać na moje imię – rzekł elf – przyjmą cię życzliwie.
 
Rozstali się. Łowca rzeczywiście ruszył w stronę Granitowego Miasta. Powołać się na elfa? Wolne żarty. Jeśli wszędzie korzysta z gościny jak w Zakazanym Mieście, to krasnoludy bez dalszych pytań rozbiją mi czaszkę młotami – roześmiał się w duchu.
Odpowiedz
#2
Całkiem fajne czytadło Wink. No może nie podobało mi się kilka słów, jak choćby irytujące "gabaryty" w odniesieniu do głównego bohatera...

Fabuła fajna, wciągająca, czego więcej chcieć.

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#3
A podziękował Smile
Pomyślę nad zamianą tych "gabarytów" Wink
Odpowiedz
#4
Podobne odczucia jak u Gorzkiego.
Opowiadanie skojarzyło się z uniwersum stworzonym przez K.Wagnera a łowca jest chyba krewnym Kane'a - tak sobie pomyślałem. Bohaterem negatywnym obranym jako postać główna. Potem, od sceny obozowiska
w kopalni mrok zaczyna się "rozrzedzać". To samo w sobie nie jest złe, ale utwór zaczyna wtedy kojarzyć się z czytadłem dla niezbyt wymagającego, małoletniego czytelnika. Próbujesz wtedy Gunnar wprowadzać humor
i dobrze. Nie wiem, czy to za jego sprawą poziom obniża się. A może raczej zmiany stylu, języka na przypominający "współczesny - potoczny". Zauważyłem to w scenie z pajęczyną. Jedyną wówczas sceną zachowującą odp. poziom i mrok jest scena znad jeziora - subiektywnie najbardziej podoba się.
Prócz tego te same zastrzeżenia formalne co do "Szeptu..." Poza tym nawet przekleństwa i złożeczenia winny być dobrane do alternatywnego, fantastycznego wszechświata a nie być wyjęte jak z naszych, współczesnych czasów. Po co te "Wal się", "Dz...ka" itp.?
Odpowiedz
#5
Na początku miałem zamiar napisać opowiadanie w stylu dark fantasy. Co jak zauważyłeś, widać po początku. A potem? Cóż, historia zaczęła żyć własnym życiem i układać się nieposłusznie. Humor nie jest wstawiany na siłę, tak po prostu wyszło Tongue
Co do złorzeczeń w "Szepcie", rzeczywiście tego pilnowałem, tu zastosowałem takie rozwiązanie jak u Sapkowskiego, czy, jeśli się nie mylę "gry o tron" gdzie złorzeczenia nie są stylizowane.
A któryś polski mistrz gatunku, chyba nawet Sapkowski, powiedział, że w fantasy język wcale nie musi być stylizowany, a wręcz przeciwnie może być współczesny.
Oczywiście o ile jest poprawny rzeczowo (np. trudno by postać mówiła o "wykręceniu niezłego numeru" jeśli w jej świecie nie ma telefonów Tongue )

Dzięki za komentarz i pozdrawiam serdecznie
Odpowiedz
#6
Ano co racja to racja. Stylizacja nie jest obowiązkowa. Że czasem fajnie wygląda inna rzecz. Byle nie przegiąć.

Co do przykładu z telefonem -Święta racja Wink.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#7
Cytat:Na początku miałem zamiar napisać opowiadanie w stylu dark fantasy. Co jak zauważyłeś, widać po początku. A potem? Cóż, historia zaczęła żyć własnym życiem i układać się nieposłusznie. Humor nie jest wstawiany na siłę, tak po prostu wyszło [Obrazek: tongue.gif]

I dobrze że nie jest wstawiany na siłę. Ale też po napisaniu nie należy może wypuszczać utworu od razu w świat? Może winien on się odleżeć, okrzepnąć po to by nic nie wychodziło zanadto "samo z siebie"?
Później dostrzega się rzeczy, których nie widzi się tuż po zakończeniu pisania. No, chyba że wolisz świeże bułeczki od dojrzałego wina.
Wink

Cytat:...trudno by postać mówiła o "wykręceniu niezłego numeru" jeśli w jej świecie nie ma telefonów [Obrazek: tongue.gif]
Gdyby znaleźli jeden z nich byłby to db. powód do łączenia gatunków.
Odpowiedz
#8
(21-01-2018, 19:21)Kotkovsky napisał(a):
Cytat:Na początku miałem zamiar napisać opowiadanie w stylu dark fantasy. Co jak zauważyłeś, widać po początku. A potem? Cóż, historia zaczęła żyć własnym życiem i układać się nieposłusznie. Humor nie jest wstawiany na siłę, tak po prostu wyszło [Obrazek: tongue.gif]

I dobrze że nie jest wstawiany na siłę. Ale też po napisaniu nie należy może wypuszczać utworu od razu w świat? Może winien on się odleżeć, okrzepnąć po to by nic nie wychodziło zanadto "samo z siebie"?
Później dostrzega się rzeczy, których nie widzi się tuż po zakończeniu pisania. No, chyba że wolisz świeże bułeczki od dojrzałego wina.
Wink
To było opowiadanie konkursowe, a jak wiadomo w konkursach są terminy Wink
Ta wersja jest nieco rozbudowana, a jak czas pozwoli to jeszcze ją rozwinę, zwłaszcza o wątek dziewczyny łowcy Wink

Pozdrawiam
Odpowiedz
#9
Mocną stroną tej narracji jest doskonale skonstruowana fabuła, bardzo konsekwentnie poprowadzona. A do tego naturalne dialogi, zindywidualizowane, żywe postaci, mistrzowskie opisy. Mój ulubiony to przebieg walki z Kazagrothem.

Mimo sporej objętości, opowiadanie czyta się bardzo szybko, a to za sprawą dialogów, które niezwykle dynamizują akcję.

Nie należę do fanów gatunku, ale świat, który stworzyłeś, naprawdę oddziałuje na wyobraźnię. Inspiruje.

Jest tu trochę usterek językowych, gdzieniegdzie szwankuje interpunkcja, ale całość bardzo na tak.
[Obrazek: oscar.jpg]
Odpowiedz
#10
Czy to to samo uniwersum, co w "Szepcie..."?

Może lepszy byłby tytuł "Łowca z Podmroku"?
Odpowiedz
#11
(04-02-2018, 15:31)Kotkovsky napisał(a): Czy to to samo uniwersum, co w "Szepcie..."?
Piszę opowiadani fantasy tak, by po podmianie niektórych imion były w pełni kompatybilne z uniwersum "Szeptu". Kto czytał wie, że bracia Lambert i Marcus bywali w Podmroku. Wystarczy podmienić imię Eryka na Marcus - i mamy przygodę z młodości Sędziego Rollina Wink
Docelowo, chcę stworzyć zbiór opowiadań w uniwersum - trochę prequeli i wątków, które z racji objętościowych musiałem wyciąć z "Szeptu".

(04-02-2018, 15:31)Kotkovsky napisał(a): Może lepszy byłby tytuł "Łowca z Podmroku"?
Wydaje mi się, ze obecny jest bardziej "artystyczny" czy jak mówiła jedna wykładowczyni na studiach "intrygujący poznawczo" Wink
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości