<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Via Appia - Forum - Wszystkie działy]]></title>
		<link>http://www.via-appia.pl/</link>
		<description><![CDATA[Via Appia - Forum - http://www.via-appia.pl]]></description>
		<pubDate>Fri, 18 May 2012 17:03:28 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Dwa Skarby]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8850</link>
			<pubDate>Fri, 18 May 2012 04:33:39 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8850</guid>
			<description><![CDATA[W brudzie świata, który od samego startu mnie otacza.<br />
Życia los podarował mi dwa skarby.<br />
Pierwszy to cudowne dziecię, którego nie zastąpi mi nic na świecie.<br />
Wiem że go tracę przez psychikę słabą i osoby trzecie, ale wierzę że to wszystko na dobre zmienię...<br />
Wiesz Aniele.?<br />
To ta iskierka oczarowała me wnętrze i otarła z łez serce.<br />
Tobie zawdzięczam otaczające me szczęście.<br />
Kiedyś obce i nieznane sobie nasze twarze, teraz pragnące bycia na zawsze razem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[W brudzie świata, który od samego startu mnie otacza.<br />
Życia los podarował mi dwa skarby.<br />
Pierwszy to cudowne dziecię, którego nie zastąpi mi nic na świecie.<br />
Wiem że go tracę przez psychikę słabą i osoby trzecie, ale wierzę że to wszystko na dobre zmienię...<br />
Wiesz Aniele.?<br />
To ta iskierka oczarowała me wnętrze i otarła z łez serce.<br />
Tobie zawdzięczam otaczające me szczęście.<br />
Kiedyś obce i nieznane sobie nasze twarze, teraz pragnące bycia na zawsze razem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Szybciej niż oko]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8849</link>
			<pubDate>Fri, 18 May 2012 00:05:12 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8849</guid>
			<description><![CDATA[Dawno nic nie napisałem, być może wyszedłem z wprawy. Krótki utwór zainspirowany nocnym powrotem do domu.<br />
<br />
Enjoy <img src="images/smilies/smile.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
<div style="text-align: justify;"><span style="margin-left:30px"></span>Szybka Ręka. Tak na mnie mówią koledzy z pracy. Nie dziwię im się, w końcu na strzelnicy kręcę najlepsze czasy. Ale czy to wystarczy? Gdy po mnie przyjdą refleks może znaczyć za mało. Muszę być przygotowany, czujny i przebiegły. To będzie trudne, bo Oni mają sprytnych agentów. Myślą, że nie mam o nich pojęcia, ale ja ich widziałem. Raz, drugi, trzeci, niby przypadkowe spojrzenia, a jednak zbyt nachalne i lustrujące, by nie skupić na sobie mojej uwagi. Oni coś wiedzą, coś, czego nie wiem ja. Muszę być w posiadaniu jakichś ważnych informacji kompromitujących osobę lub instytucję na wysokim szczeblu. Albo wpadłem na jakiś trop i sam jeszcze o tym nie wiem. Ale rozgryzę to, przecież to moja praca. Bycie detektywem to całe moje życie. Muszę to rozwikłać, wiem, że jestem blisko. Możliwe, że już jutro, lub pojutrze. Ale nie dziś. Po imprezie urodzinowej w pracy muszę się położyć spać. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>Zapadł już mrok. Przemierzam zaułki osiedli spiesząc się do pustego domu. Nie zawsze był pusty. Miałem żonę i córeczkę, lecz dla ich dobra i bezpieczeństwa musiałem je od siebie odseparować. Tak było dla nich najlepiej. Rozmyślania przerywa mi szelest za rogiem. Przylegam do ściany bloku. Nasłuchuję z dłonią na kolbie pistoletu. Mija minuta, dwie, nic się nie dzieje. Powoli ruszam dalej, bacznie rozglądając się na wszystkie strony. Ktoś mnie śledzi? Nieliczne latarnie rzucają na ulicę i budynki złowieszcze cienie. Ale czy gdzieś tam w mroku nie czai się ogon? A może zabójca? Nie mogę pozostawać na otwartej przestrzeni zbyt długo. Przemykam więc między drzewami i samochodami. Kolejny szelest. Kopnięta puszka. Spłoszony kot wyskakuje zza ciężarówki i staje tuż przede mną. Patrzy świecącymi oczyma wprost na wyciągniętą lufę glocka. Gdybym spanikował pociski rozerwałyby go na strzępy. Przykucam, rozglądam się dookoła. Na szczęście nikt nie widział całego zajścia z futrzakiem. Idę dalej, lecz wrażenie, że jestem obserwowany nadal nie ustępuje, co więcej, wzmaga się. Przeczucie, że ktoś za mną podąża również jest coraz silniejsze. Przecież ich słyszę, widzę jak przemykają między cieniami. Muszę się dostać do domu, tam będę bezpieczny. Jestem już niedaleko klatki, jeśli teraz puszczę się pędem, może ich zaskoczę i uda mi się dobiec nim zareaguję. Zrywam się do biegu, nagły szum powietrza zagłusza wszystko, nie wiem, czy już rzucili się za mną w pogoń, nie mam czasu się oglądać. Dopadam klatki i uderzam barkiem w drzwi z takim impetem, że z futryny sypie się kurz. Durny! Przecież otwierają się na zewnątrz! Szarpię za klamkę, wpadam na schody i gnam na górę na złamanie karku. Słyszę za sobą echo ich kroków. Jednak mnie ścigają. W biegu wyciągam klucze, doskakuję do drzwi i otwieram je w ekspresowym tempie. Serce wali jak szalone, pot spływa po plecach i twarzy. Jestem w domu. Bezpieczny. Nagle czuję dłoń na ramieniu. A jednak mnie dopadli! Sięgam do kabury pod płaszczem. Błyskawiczny obrót. Ręka szybsza niż oczy. Strzał. Spoglądam na wylot lufy. Dziewczynka. Moja dziewczynka. – Sto… lat… tato.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Dawno nic nie napisałem, być może wyszedłem z wprawy. Krótki utwór zainspirowany nocnym powrotem do domu.<br />
<br />
Enjoy <img src="images/smilies/smile.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
<div style="text-align: justify;"><span style="margin-left:30px"></span>Szybka Ręka. Tak na mnie mówią koledzy z pracy. Nie dziwię im się, w końcu na strzelnicy kręcę najlepsze czasy. Ale czy to wystarczy? Gdy po mnie przyjdą refleks może znaczyć za mało. Muszę być przygotowany, czujny i przebiegły. To będzie trudne, bo Oni mają sprytnych agentów. Myślą, że nie mam o nich pojęcia, ale ja ich widziałem. Raz, drugi, trzeci, niby przypadkowe spojrzenia, a jednak zbyt nachalne i lustrujące, by nie skupić na sobie mojej uwagi. Oni coś wiedzą, coś, czego nie wiem ja. Muszę być w posiadaniu jakichś ważnych informacji kompromitujących osobę lub instytucję na wysokim szczeblu. Albo wpadłem na jakiś trop i sam jeszcze o tym nie wiem. Ale rozgryzę to, przecież to moja praca. Bycie detektywem to całe moje życie. Muszę to rozwikłać, wiem, że jestem blisko. Możliwe, że już jutro, lub pojutrze. Ale nie dziś. Po imprezie urodzinowej w pracy muszę się położyć spać. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>Zapadł już mrok. Przemierzam zaułki osiedli spiesząc się do pustego domu. Nie zawsze był pusty. Miałem żonę i córeczkę, lecz dla ich dobra i bezpieczeństwa musiałem je od siebie odseparować. Tak było dla nich najlepiej. Rozmyślania przerywa mi szelest za rogiem. Przylegam do ściany bloku. Nasłuchuję z dłonią na kolbie pistoletu. Mija minuta, dwie, nic się nie dzieje. Powoli ruszam dalej, bacznie rozglądając się na wszystkie strony. Ktoś mnie śledzi? Nieliczne latarnie rzucają na ulicę i budynki złowieszcze cienie. Ale czy gdzieś tam w mroku nie czai się ogon? A może zabójca? Nie mogę pozostawać na otwartej przestrzeni zbyt długo. Przemykam więc między drzewami i samochodami. Kolejny szelest. Kopnięta puszka. Spłoszony kot wyskakuje zza ciężarówki i staje tuż przede mną. Patrzy świecącymi oczyma wprost na wyciągniętą lufę glocka. Gdybym spanikował pociski rozerwałyby go na strzępy. Przykucam, rozglądam się dookoła. Na szczęście nikt nie widział całego zajścia z futrzakiem. Idę dalej, lecz wrażenie, że jestem obserwowany nadal nie ustępuje, co więcej, wzmaga się. Przeczucie, że ktoś za mną podąża również jest coraz silniejsze. Przecież ich słyszę, widzę jak przemykają między cieniami. Muszę się dostać do domu, tam będę bezpieczny. Jestem już niedaleko klatki, jeśli teraz puszczę się pędem, może ich zaskoczę i uda mi się dobiec nim zareaguję. Zrywam się do biegu, nagły szum powietrza zagłusza wszystko, nie wiem, czy już rzucili się za mną w pogoń, nie mam czasu się oglądać. Dopadam klatki i uderzam barkiem w drzwi z takim impetem, że z futryny sypie się kurz. Durny! Przecież otwierają się na zewnątrz! Szarpię za klamkę, wpadam na schody i gnam na górę na złamanie karku. Słyszę za sobą echo ich kroków. Jednak mnie ścigają. W biegu wyciągam klucze, doskakuję do drzwi i otwieram je w ekspresowym tempie. Serce wali jak szalone, pot spływa po plecach i twarzy. Jestem w domu. Bezpieczny. Nagle czuję dłoń na ramieniu. A jednak mnie dopadli! Sięgam do kabury pod płaszczem. Błyskawiczny obrót. Ręka szybsza niż oczy. Strzał. Spoglądam na wylot lufy. Dziewczynka. Moja dziewczynka. – Sto… lat… tato.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[***]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8848</link>
			<pubDate>Thu, 17 May 2012 22:28:32 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8848</guid>
			<description><![CDATA[Wierzę, że jestem<br />
Wierzę, że jesteś<br />
<br />
Choć tak uporczywie nie ma niczego<br />
A właściwie nic ocieka wszystkim<br />
Insynuacją ławki w parku,<br />
natrętnym uściskiem dłoni<br />
głaszcząco-obejmującej w pół,<br />
na pół głowa:<br />
Złowrogie, wewnątrz moje<br />
słowa Twoje:<br />
<br />
Myślę, że jesteś,<br />
Myślę, że jestem<br />
<br />
odbite od drzewa<br />
skroń miażdżące<br />
w puch wszechogarniającej <br />
pustki zasiewające nadzieję<br />
w księżycowy dzień tysiąca samobójstw <br />
    i jednego zmartwychwstania<br />
w schemat popularnej doby,<br />
w aksamicie nudy.<br />
<br />
Galaktyka snów,<br />
bez pretensji do dbania o cokolwiek<br />
schizma dążeń bez potrzeb i ambicji<br />
<br />
Wierzę, że jestem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wierzę, że jestem<br />
Wierzę, że jesteś<br />
<br />
Choć tak uporczywie nie ma niczego<br />
A właściwie nic ocieka wszystkim<br />
Insynuacją ławki w parku,<br />
natrętnym uściskiem dłoni<br />
głaszcząco-obejmującej w pół,<br />
na pół głowa:<br />
Złowrogie, wewnątrz moje<br />
słowa Twoje:<br />
<br />
Myślę, że jesteś,<br />
Myślę, że jestem<br />
<br />
odbite od drzewa<br />
skroń miażdżące<br />
w puch wszechogarniającej <br />
pustki zasiewające nadzieję<br />
w księżycowy dzień tysiąca samobójstw <br />
    i jednego zmartwychwstania<br />
w schemat popularnej doby,<br />
w aksamicie nudy.<br />
<br />
Galaktyka snów,<br />
bez pretensji do dbania o cokolwiek<br />
schizma dążeń bez potrzeb i ambicji<br />
<br />
Wierzę, że jestem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Marout - bo liczy się pierdo... eakhm, uderzenie! ]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8847</link>
			<pubDate>Thu, 17 May 2012 21:34:53 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8847</guid>
			<description><![CDATA[Jeśli pośród użytkowników Inka są miłośnicy ciężkiego, brudnego metalu, ale bez ekstremy, to zapraszam na majspejs. Kapela istnieje od ponad dwóch lat, a moja skromna osoba rzyga tam do mikrofony i piszę teksty. Ciekaw jestem waszych opinii...<br />
<br />
<a href="http://myspace.com/marout" target="_blank">www.myspace.com/marout</a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Jeśli pośród użytkowników Inka są miłośnicy ciężkiego, brudnego metalu, ale bez ekstremy, to zapraszam na majspejs. Kapela istnieje od ponad dwóch lat, a moja skromna osoba rzyga tam do mikrofony i piszę teksty. Ciekaw jestem waszych opinii...<br />
<br />
<a href="http://myspace.com/marout" target="_blank">www.myspace.com/marout</a>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Zacząć żyć]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8845</link>
			<pubDate>Thu, 17 May 2012 14:24:42 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8845</guid>
			<description><![CDATA[<span style="margin-left:30px"></span>	Ośmioletni chłopiec stał na parapecie szeroko otwartego okna. Jego drobne dłonie ściskały plastikową ramę, a szeroko otwarte oczy spoglądały w dół. Były błękitne jak niebo nad pochyloną głową chłopca.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Trząsł się, zaciskając co chwile powieki.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Za sobą słyszał dźwięk odkurzacza. To była jego matka, odkurzała stary dywan na który padał cień chłopca. Chłopiec spojrzał na pochłoniętą sprzątaniem matkę, jak z każdą kolejną chwilą stawała się bardziej pomarszczona, zgarbiona i grubsza. Odkurzacz mechanicznymi pociągnięciami przemierzał cień na dywanie, który z każdą kolejną chwilą stawał się większy.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Cień jego ojca był dużo większy. Sam wyszedł przez to okno  kiedy chłopiec był całkiem mały. Chłopiec czekał aż wróci, wpatrując się w błękitne niebo przez szklana szybę, pamiętając tylko jego  ciemną sylwetkę na tle nieba. Gdy wystarczając podrósł, wdrapał się na parapet i otworzył okno. Wtedy przestał patrzeć w górę, widział już tylko przepaść.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Chwile mijały, cień wciąż rósł, a odkurzacz poruszał się coraz wolniej. Słysząc to chłopiec bał się spojrzeć za siebie. Widział już tylko jedną rzecz. Przestał się trząść i zaciskać powieki.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	W pewnej chwili puścił plastikową ramę. Stał  w oknie ze spuszczonymi ramionami, nie trzymając się niczego!<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Niedługo później, chłopiec skoczył.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Cień znikł, matka przestała sprzątać.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="margin-left:30px"></span>	Ośmioletni chłopiec stał na parapecie szeroko otwartego okna. Jego drobne dłonie ściskały plastikową ramę, a szeroko otwarte oczy spoglądały w dół. Były błękitne jak niebo nad pochyloną głową chłopca.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Trząsł się, zaciskając co chwile powieki.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Za sobą słyszał dźwięk odkurzacza. To była jego matka, odkurzała stary dywan na który padał cień chłopca. Chłopiec spojrzał na pochłoniętą sprzątaniem matkę, jak z każdą kolejną chwilą stawała się bardziej pomarszczona, zgarbiona i grubsza. Odkurzacz mechanicznymi pociągnięciami przemierzał cień na dywanie, który z każdą kolejną chwilą stawał się większy.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Cień jego ojca był dużo większy. Sam wyszedł przez to okno  kiedy chłopiec był całkiem mały. Chłopiec czekał aż wróci, wpatrując się w błękitne niebo przez szklana szybę, pamiętając tylko jego  ciemną sylwetkę na tle nieba. Gdy wystarczając podrósł, wdrapał się na parapet i otworzył okno. Wtedy przestał patrzeć w górę, widział już tylko przepaść.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Chwile mijały, cień wciąż rósł, a odkurzacz poruszał się coraz wolniej. Słysząc to chłopiec bał się spojrzeć za siebie. Widział już tylko jedną rzecz. Przestał się trząść i zaciskać powieki.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	W pewnej chwili puścił plastikową ramę. Stał  w oknie ze spuszczonymi ramionami, nie trzymając się niczego!<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Niedługo później, chłopiec skoczył.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Cień znikł, matka przestała sprzątać.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[schyłek]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8844</link>
			<pubDate>Thu, 17 May 2012 06:31:04 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8844</guid>
			<description><![CDATA[chcesz mój portret malowany pędzlem czasu<br />
a ja już sztalugę u pana lamusa złożyłem <br />
paleta mojego życia kolory pogubiła <br />
fotel przykazałem wynieść z tarasu <br />
<br />
i tylko wnuki moje podnoszą radosny wrzask]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[chcesz mój portret malowany pędzlem czasu<br />
a ja już sztalugę u pana lamusa złożyłem <br />
paleta mojego życia kolory pogubiła <br />
fotel przykazałem wynieść z tarasu <br />
<br />
i tylko wnuki moje podnoszą radosny wrzask]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8843</link>
			<pubDate>Wed, 16 May 2012 22:04:50 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8843</guid>
			<description><![CDATA[Kilka słów na początek. Tekst ów jest planowanym początkiem szerszego opowiadania, którego na razie nie kontynuuję przed przekonaniem się o wartości tego, co już zostało napisane. Może się wydać infantylny, chciałem natomiast ukazać tu nieskomplikowaną próbę swoich możliwości, gdyż trudno pisać bardziej skomplikowane teksty nie mając pewności, czy idzie się w dobrym kierunku. Uważam się za osobę zieloną jeśli chodzi o samodzielną twórczość, dlatego prosiłbym o w miarę niezłośliwe, choć naturalnie nie owijające w bawełnę komentarze. Dziękuję <img src="images/smilies/smile.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
<br />
Piątkowy wieczór. Na zewnątrz ściemnia się, pada, idealna pogoda do bezmyślnego czynienia przypisów w pracy dyplomowej. Oczywiście raz na kilka godzin przerwa celem odstresowania się i wypicia kolejnego kubka kawy. Właśnie nadchodzi czas na kolejną taką przerwę. Tuż po zalogowaniu się na swój profil w jednym ze znanych portali społecznościowych odbieram wiadomość od C., który pisze: „Proponuję wycieczkę do Ciężkowic do rezerwatu „Skamieniałe Miasto”. Przy okazji zwiedzilibyśmy pobieżnie Tarnów.”. Chwila namysłu, sprawdzenie zasobności portfela po czym telefon do C.:<br />
<br />
- Słuchaj – mówię – pasuje mi jak diabli. Przyjeżdżam do Kielc jutro na wpół do dziesiątej w nocy i o pierwszej jedziemy do Tarnowa.<br />
<br />
By nie tracić czasu, przyspieszam nieco z porządkowaniem materiałów do pracy dyplomowej, żeby nadrobić nadchodzący dzień zwłoki spędzony na umiłowanym uprawianiu turystyki. <br />
<br />
Nazajutrz o odpowiedniej godzinie ruszam na dworzec i wsiadam w przedostatni autobus z mojej mieściny do Kielc. Rozklekotany, zardzewiały rupieć z lat osiemdziesiątych, wbrew prawom czasu i fizyki nadal obsługuje pasażerów na ponad 60-kilometrowej trasie, kilka razy na dzień w obu kierunkach. Jazda nim ma jednak swój klimat, zwłaszcza podczas pokonywania przełomu pomiędzy Łysogórami i Pasmem Jeleniowskim. Ilekroć jadę w dół przez Hutę Nową i dalej, w Bartoszowinach, podziwiam pod ostrym kątem Górę Jeleniowską i Szczytniak, tylekroć obiecuję sobie, że jak będę „duży i bogaty” to zbuduję sobie drewnianą chatę w którejś z tych miejscowości, obowiązkowo z oknami i tarasami naprzeciwko tych widoków. Pogrążony w marzeniach, zasypiam.<br />
<br />
Dojeżdżam do Kielc i powracam ze świata wyobraźni do rzeczywistości. Tym bardziej przypomina mi o niej fakt, że nieopatrznie opróżniłem w autokarze całą butelkę wody, a nie chcę tracić bez sensu 2,50 zł w i tak niewartym tej ceny PKS-owskim kiblu. Zarzucam plecak i pędzę do C. Pod jego kamienicą stoją trzy łyse karki, i to akurat przed klatką, w którą zamierzam wkroczyć. Zapomniawszy naturalnie numeru mieszkania, zamiast wcisnąć przycisk domofonu wyciągam telefon i dzwonię do C. Cisza. Dzwonię jeszcze raz. Cisza. Na chybił trafił wciskam numer na domofonie. Cisza. Łyse karki szczęśliwie poszły, pęcherz ciągle dokucza. Zaczynam trochę panikować, kiedy nagle otwierają się wrota do kamienicy i wyskakuje zza nich uśmiechnięty C.<br />
<br />
- Wybacz! – mówi – nie mogłem odebrać, byłem w łazience. To co, idziemy po piwo?<br />
<br />
- Idziemy! – rzucam, nabrawszy współczucia dla pęcherza. Zresztą i tak piwo wypijemy w parku, a mało to w nim miejsc do opróżnienia butelki piwa i ulżenia sobie? Tym bardziej, kiedy jeden korzysta z dobrodziejstw natury, a drugi patrzy czy z oddali nie ciągną charakterystyczne niebieskie mundury z pieskiem w kagańcu i bloczkiem w kieszeni…  Popijając z butelek prowadzimy rozmowę o podróżach, marzeniach i językach obcych, a po wyrzuceniu ostatniej butelki do kosza wracamy do C. celem ostatecznego przygotowania się do podróży.<br />
<br />
Na pół godziny przed odjazdem opuszczamy lokum C. Wyposażeni w plecaki z prowiantem i kompletem butów do wspinaczki (specjalność C.), a także z butelką wina za pazuchą, pełni humoru docieramy na dworzec. Autokar przyjeżdża o czasie. Wsiadamy i kupujemy bilety do Tarnowa. Ruszamy.<br />
<br />
Podróż kończy się chwilę po zamknięciu oczu, gdyż wspólnie z C. stwierdziliśmy, że stojąc w obliczu 24 godzin bez snu należy czas nocnej podróży poświęcić na odpoczynek. Sama podróż długo zresztą nie trwa. Przed czwartą rano wysiadamy na dworcu w Tarnowie.<br />
Pierwsze, co nam uderza w oczy to wspaniały, oświetlony dworzec tarnowski. Widać różnicę między zapyziałymi miastami i miasteczkami byłej Kongresówki a Galicją. Idziemy tam natychmiast.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Kilka słów na początek. Tekst ów jest planowanym początkiem szerszego opowiadania, którego na razie nie kontynuuję przed przekonaniem się o wartości tego, co już zostało napisane. Może się wydać infantylny, chciałem natomiast ukazać tu nieskomplikowaną próbę swoich możliwości, gdyż trudno pisać bardziej skomplikowane teksty nie mając pewności, czy idzie się w dobrym kierunku. Uważam się za osobę zieloną jeśli chodzi o samodzielną twórczość, dlatego prosiłbym o w miarę niezłośliwe, choć naturalnie nie owijające w bawełnę komentarze. Dziękuję <img src="images/smilies/smile.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
<br />
Piątkowy wieczór. Na zewnątrz ściemnia się, pada, idealna pogoda do bezmyślnego czynienia przypisów w pracy dyplomowej. Oczywiście raz na kilka godzin przerwa celem odstresowania się i wypicia kolejnego kubka kawy. Właśnie nadchodzi czas na kolejną taką przerwę. Tuż po zalogowaniu się na swój profil w jednym ze znanych portali społecznościowych odbieram wiadomość od C., który pisze: „Proponuję wycieczkę do Ciężkowic do rezerwatu „Skamieniałe Miasto”. Przy okazji zwiedzilibyśmy pobieżnie Tarnów.”. Chwila namysłu, sprawdzenie zasobności portfela po czym telefon do C.:<br />
<br />
- Słuchaj – mówię – pasuje mi jak diabli. Przyjeżdżam do Kielc jutro na wpół do dziesiątej w nocy i o pierwszej jedziemy do Tarnowa.<br />
<br />
By nie tracić czasu, przyspieszam nieco z porządkowaniem materiałów do pracy dyplomowej, żeby nadrobić nadchodzący dzień zwłoki spędzony na umiłowanym uprawianiu turystyki. <br />
<br />
Nazajutrz o odpowiedniej godzinie ruszam na dworzec i wsiadam w przedostatni autobus z mojej mieściny do Kielc. Rozklekotany, zardzewiały rupieć z lat osiemdziesiątych, wbrew prawom czasu i fizyki nadal obsługuje pasażerów na ponad 60-kilometrowej trasie, kilka razy na dzień w obu kierunkach. Jazda nim ma jednak swój klimat, zwłaszcza podczas pokonywania przełomu pomiędzy Łysogórami i Pasmem Jeleniowskim. Ilekroć jadę w dół przez Hutę Nową i dalej, w Bartoszowinach, podziwiam pod ostrym kątem Górę Jeleniowską i Szczytniak, tylekroć obiecuję sobie, że jak będę „duży i bogaty” to zbuduję sobie drewnianą chatę w którejś z tych miejscowości, obowiązkowo z oknami i tarasami naprzeciwko tych widoków. Pogrążony w marzeniach, zasypiam.<br />
<br />
Dojeżdżam do Kielc i powracam ze świata wyobraźni do rzeczywistości. Tym bardziej przypomina mi o niej fakt, że nieopatrznie opróżniłem w autokarze całą butelkę wody, a nie chcę tracić bez sensu 2,50 zł w i tak niewartym tej ceny PKS-owskim kiblu. Zarzucam plecak i pędzę do C. Pod jego kamienicą stoją trzy łyse karki, i to akurat przed klatką, w którą zamierzam wkroczyć. Zapomniawszy naturalnie numeru mieszkania, zamiast wcisnąć przycisk domofonu wyciągam telefon i dzwonię do C. Cisza. Dzwonię jeszcze raz. Cisza. Na chybił trafił wciskam numer na domofonie. Cisza. Łyse karki szczęśliwie poszły, pęcherz ciągle dokucza. Zaczynam trochę panikować, kiedy nagle otwierają się wrota do kamienicy i wyskakuje zza nich uśmiechnięty C.<br />
<br />
- Wybacz! – mówi – nie mogłem odebrać, byłem w łazience. To co, idziemy po piwo?<br />
<br />
- Idziemy! – rzucam, nabrawszy współczucia dla pęcherza. Zresztą i tak piwo wypijemy w parku, a mało to w nim miejsc do opróżnienia butelki piwa i ulżenia sobie? Tym bardziej, kiedy jeden korzysta z dobrodziejstw natury, a drugi patrzy czy z oddali nie ciągną charakterystyczne niebieskie mundury z pieskiem w kagańcu i bloczkiem w kieszeni…  Popijając z butelek prowadzimy rozmowę o podróżach, marzeniach i językach obcych, a po wyrzuceniu ostatniej butelki do kosza wracamy do C. celem ostatecznego przygotowania się do podróży.<br />
<br />
Na pół godziny przed odjazdem opuszczamy lokum C. Wyposażeni w plecaki z prowiantem i kompletem butów do wspinaczki (specjalność C.), a także z butelką wina za pazuchą, pełni humoru docieramy na dworzec. Autokar przyjeżdża o czasie. Wsiadamy i kupujemy bilety do Tarnowa. Ruszamy.<br />
<br />
Podróż kończy się chwilę po zamknięciu oczu, gdyż wspólnie z C. stwierdziliśmy, że stojąc w obliczu 24 godzin bez snu należy czas nocnej podróży poświęcić na odpoczynek. Sama podróż długo zresztą nie trwa. Przed czwartą rano wysiadamy na dworcu w Tarnowie.<br />
Pierwsze, co nam uderza w oczy to wspaniały, oświetlony dworzec tarnowski. Widać różnicę między zapyziałymi miastami i miasteczkami byłej Kongresówki a Galicją. Idziemy tam natychmiast.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[„kiedyś” się zdarzy ta bajka]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8841</link>
			<pubDate>Wed, 16 May 2012 07:17:49 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8841</guid>
			<description><![CDATA[osiągniesz już swój szczyt<br />
i przyjdzie czas na pierwszy krok w dół<br />
ku śmierci<br />
w dół schodzi się o wiele szybciej<br />
ale nie łatwiej<br />
<br />
w pospiechu<br />
otwierasz trzecie okno<br />
ale świat i tak oddala się niezrozumiały<br />
powraca tylko w gniewie w skrócie<br />
jak migawki szaleństwa<br />
a wieczne „kiedyś”<br />
coraz bardziej gra na nerwach<br />
i jest przeciwko życiu<br />
<br />
w mięśniach jeszcze falują tęsknoty<br />
cisną boleśnie w kościach<br />
gdy tulisz wnuczęta<br />
na etacie u dzieci<br />
do momentu<br />
aż staniesz się balastem<br />
<br />
nietowarzyska /sto procent obciachu/<br />
nieprzewidywalna<br />
złośliwy piskliwy rechot i krzywe paluchy<br />
utkniesz<br />
miedzy przemocą a zaniedbaniem<br />
<br />
wtedy na nosie wyrośnie ci kurzajka<br />
a poza parodię ust<br />
wysunie się jeden ząb]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[osiągniesz już swój szczyt<br />
i przyjdzie czas na pierwszy krok w dół<br />
ku śmierci<br />
w dół schodzi się o wiele szybciej<br />
ale nie łatwiej<br />
<br />
w pospiechu<br />
otwierasz trzecie okno<br />
ale świat i tak oddala się niezrozumiały<br />
powraca tylko w gniewie w skrócie<br />
jak migawki szaleństwa<br />
a wieczne „kiedyś”<br />
coraz bardziej gra na nerwach<br />
i jest przeciwko życiu<br />
<br />
w mięśniach jeszcze falują tęsknoty<br />
cisną boleśnie w kościach<br />
gdy tulisz wnuczęta<br />
na etacie u dzieci<br />
do momentu<br />
aż staniesz się balastem<br />
<br />
nietowarzyska /sto procent obciachu/<br />
nieprzewidywalna<br />
złośliwy piskliwy rechot i krzywe paluchy<br />
utkniesz<br />
miedzy przemocą a zaniedbaniem<br />
<br />
wtedy na nosie wyrośnie ci kurzajka<br />
a poza parodię ust<br />
wysunie się jeden ząb]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Pytanie]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8840</link>
			<pubDate>Wed, 16 May 2012 04:25:02 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8840</guid>
			<description><![CDATA[a kogo zdziwi brak drzew<br />
i opadłe listki maków<br />
<br />
a kogo zaskoczy błysk <br />
w porannym oknie świata<br />
<br />
a kogo przytłoczy wiatr<br />
zachodni czerwony<br />
zwany pożogą <br />
<br />
brak gwiazd i Twardowskiego<br />
już nie na księżycu <br />
<br />
samobójcy <br />
<br />
a komu przypadnie wydać<br />
ostatni krzyk]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[a kogo zdziwi brak drzew<br />
i opadłe listki maków<br />
<br />
a kogo zaskoczy błysk <br />
w porannym oknie świata<br />
<br />
a kogo przytłoczy wiatr<br />
zachodni czerwony<br />
zwany pożogą <br />
<br />
brak gwiazd i Twardowskiego<br />
już nie na księżycu <br />
<br />
samobójcy <br />
<br />
a komu przypadnie wydać<br />
ostatni krzyk]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Dusza]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8839</link>
			<pubDate>Tue, 15 May 2012 23:12:10 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8839</guid>
			<description><![CDATA[Nikt nie wie co czeka nas po śmierci,<br />
czy czujemy jak ciało odrywa się od duszy<br />
unosząc się w górę niczym dziecięcy balonik<br />
kierowany podmuchami wiatru.<br />
Co się z nami dzieje, czy coś czujemy,<br />
czy mamy na coś wpływ, będąc jedynie wspomnieniem,<br />
czy czeka na  nas podróż w nieznane czeluści,<br />
czy na górze ktoś nas wypatruje, aż dołączymy do grona nieśmiertelnych<br />
może po za życiem nic już nie ma,<br />
a jedyne co nas czeka to pustka i bezkresna nicość odłączenia.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nikt nie wie co czeka nas po śmierci,<br />
czy czujemy jak ciało odrywa się od duszy<br />
unosząc się w górę niczym dziecięcy balonik<br />
kierowany podmuchami wiatru.<br />
Co się z nami dzieje, czy coś czujemy,<br />
czy mamy na coś wpływ, będąc jedynie wspomnieniem,<br />
czy czeka na  nas podróż w nieznane czeluści,<br />
czy na górze ktoś nas wypatruje, aż dołączymy do grona nieśmiertelnych<br />
może po za życiem nic już nie ma,<br />
a jedyne co nas czeka to pustka i bezkresna nicość odłączenia.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Ideał]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8838</link>
			<pubDate>Tue, 15 May 2012 20:14:28 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8838</guid>
			<description><![CDATA[Witam, ostatnio wśród moich wypocinek natknąłem się na, którki wierszyk jeśli mogę go tak nazwać ;P Napisałem go dosyć dawno, choć nigdy go nikomu nie pokazywałem może ze względu na swoją banalność lub dlatego iż żadko komukolwiek pokazuje to co pisze, co innego tutaj na forum, na które się natknąłęm więc pomyślałem dlaczego nie ? Oto i on  mile widziana jakaś ocena bądź opinia ;] pozdrawiam !<br />
<br />
<br />
Czym tak naprawdę jest ideał? <br />
Każdy postrzega go inaczej i dla każdego jest inny, <br />
Każdy ideał ma inne cechy charakteru, inaczej wygląda, <br />
inaczej się ubiera, chodzi i wysławia , <br />
jeden jest wysoki, drugi niski, <br />
jeden jest kobietą, drugi mężczyzną, <br />
więc jeśli ideał jest jeden, to dlaczego jest ich tak wiele? <br />
a jeśli nie ma go wcale, to dlaczego każdy go posiada?<br />
Ty też jesteś czyimś ideałem, <br />
Bo przecież wszyscy jesteśmy idealni...]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Witam, ostatnio wśród moich wypocinek natknąłem się na, którki wierszyk jeśli mogę go tak nazwać ;P Napisałem go dosyć dawno, choć nigdy go nikomu nie pokazywałem może ze względu na swoją banalność lub dlatego iż żadko komukolwiek pokazuje to co pisze, co innego tutaj na forum, na które się natknąłęm więc pomyślałem dlaczego nie ? Oto i on  mile widziana jakaś ocena bądź opinia ;] pozdrawiam !<br />
<br />
<br />
Czym tak naprawdę jest ideał? <br />
Każdy postrzega go inaczej i dla każdego jest inny, <br />
Każdy ideał ma inne cechy charakteru, inaczej wygląda, <br />
inaczej się ubiera, chodzi i wysławia , <br />
jeden jest wysoki, drugi niski, <br />
jeden jest kobietą, drugi mężczyzną, <br />
więc jeśli ideał jest jeden, to dlaczego jest ich tak wiele? <br />
a jeśli nie ma go wcale, to dlaczego każdy go posiada?<br />
Ty też jesteś czyimś ideałem, <br />
Bo przecież wszyscy jesteśmy idealni...]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Mijanie]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8836</link>
			<pubDate>Tue, 15 May 2012 16:42:24 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8836</guid>
			<description><![CDATA[bez znaczenia jest miejsce<br />
może panować mrok<br />
albo być dalej lub bliżej<br />
nie musi być względnie<br />
<br />
tak wszystko pofrunie<br />
w zbędnym hałasie<br />
co go do liku<br />
spokoju brak<br />
<br />
szpary w pamięci pozwolą zapomnieć<br />
pozornie<br />
to wyjdzie zza ściany <br />
z pewnych względów <br />
i bez żadnych zmian<br />
<br />
a co powiedzieli<br />
trzymaj się chłopie<br />
jesteś w domu<br />
<br />
przeminie każdego czas]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[bez znaczenia jest miejsce<br />
może panować mrok<br />
albo być dalej lub bliżej<br />
nie musi być względnie<br />
<br />
tak wszystko pofrunie<br />
w zbędnym hałasie<br />
co go do liku<br />
spokoju brak<br />
<br />
szpary w pamięci pozwolą zapomnieć<br />
pozornie<br />
to wyjdzie zza ściany <br />
z pewnych względów <br />
i bez żadnych zmian<br />
<br />
a co powiedzieli<br />
trzymaj się chłopie<br />
jesteś w domu<br />
<br />
przeminie każdego czas]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Królewna Śnieżka? ]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8834</link>
			<pubDate>Mon, 14 May 2012 12:57:24 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8834</guid>
			<description><![CDATA[Coś w stylu Kopciuszka i Śpiącej Królewny. Stworzone wczoraj w nocy, nie wiem, czy dobre, ale postanowiłam wstawić to tutaj. Dziękuję, dobranoc ;D <br />
<br />
<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Pewnego razu, za wysokimi wieżowcami, szerokimi chmurami dymu i wielkimi hałdami śmieci, w blokowiskach, mieszkała królowa. Nie. Tak naprawdę nie była królową, ale czuła się tak, kiedy wciągała coraz to dłuższą kreskę. Czasami też, patrząc z okna swojego bloku, wyobrażała sobie, że siedzi w wysokiej wieży i ogląda swoich poddanych. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	W końcu, królowa zaszła w ciążę. Jej dziecko mogło być godną następczynią tronu. Królowa zadbała o to, żeby była piękna. Kiedy, po raz kolejny siedziała na podłodze, wśród szkła, przecięła swój palec. Krew wyciekła na brudną podłogę. Królowa z czystej miłości uderzyła w swój pokaźny brzuch i wykrzyknęła: <br />
<span style="margin-left:30px"></span>- Będziesz miała, bękarcie, oczy zielone jak butelki z piwa, cerę białą jak koka i włosy jak ta pierdolona krew. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Królewna urodziła się w pięknej i odświętnie przystrojonej kabinie na dworcu kolejowym. Królowa zostawiła ją tam, aby dorastała w atmosferze nauki i inteligencji przynosząc później matce chlubę. Królewna trafiła pod opiekę siostry królowej, która wychowała ją na tak samo dobrego człowieka, jak one obie. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Królewna nie płakała, kiedy dowiedziała się o śmierci matki. W ogóle jej przecież nie znała. Od czasu kiedy ta ją zostawiła, wyrosła na piękną dziewczynę o zielonych oczach, bladej cerze i włosach w kolorze miedzi. Wszyscy poddani klienci uważali ją za piękność. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Jednak pewnego dnia, królewna, pokłóciwszy się z niedobrą ciotką, uciekła z domu. Tułała się po ulicach do momentu, kiedy nie znalazła pięknego i małego materacyka obok śmietnika. Położyła się tam i zasnęła. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Na szczęście ulicą obok przechodziło siedmioro dresoludków. Dołączyli do królewny na materacu. Podziękowali ładnie, za spanie na ich dzielni. Królewna była przecież ładna, powabna i pełna wdzięków, czemuż by tego nie wykorzystać? <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Rano, królewnę, z nienaturalnie rozkraczonymi nogami, znalazł przystojny królewicz, który od pierwszego wejrzenia zakochał się w niej. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Niestety. Królewna umarła z przyjemności, jaką sprawiły jej dresoludki. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Biedny królewicz.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Coś w stylu Kopciuszka i Śpiącej Królewny. Stworzone wczoraj w nocy, nie wiem, czy dobre, ale postanowiłam wstawić to tutaj. Dziękuję, dobranoc ;D <br />
<br />
<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Pewnego razu, za wysokimi wieżowcami, szerokimi chmurami dymu i wielkimi hałdami śmieci, w blokowiskach, mieszkała królowa. Nie. Tak naprawdę nie była królową, ale czuła się tak, kiedy wciągała coraz to dłuższą kreskę. Czasami też, patrząc z okna swojego bloku, wyobrażała sobie, że siedzi w wysokiej wieży i ogląda swoich poddanych. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	W końcu, królowa zaszła w ciążę. Jej dziecko mogło być godną następczynią tronu. Królowa zadbała o to, żeby była piękna. Kiedy, po raz kolejny siedziała na podłodze, wśród szkła, przecięła swój palec. Krew wyciekła na brudną podłogę. Królowa z czystej miłości uderzyła w swój pokaźny brzuch i wykrzyknęła: <br />
<span style="margin-left:30px"></span>- Będziesz miała, bękarcie, oczy zielone jak butelki z piwa, cerę białą jak koka i włosy jak ta pierdolona krew. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Królewna urodziła się w pięknej i odświętnie przystrojonej kabinie na dworcu kolejowym. Królowa zostawiła ją tam, aby dorastała w atmosferze nauki i inteligencji przynosząc później matce chlubę. Królewna trafiła pod opiekę siostry królowej, która wychowała ją na tak samo dobrego człowieka, jak one obie. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Królewna nie płakała, kiedy dowiedziała się o śmierci matki. W ogóle jej przecież nie znała. Od czasu kiedy ta ją zostawiła, wyrosła na piękną dziewczynę o zielonych oczach, bladej cerze i włosach w kolorze miedzi. Wszyscy poddani klienci uważali ją za piękność. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Jednak pewnego dnia, królewna, pokłóciwszy się z niedobrą ciotką, uciekła z domu. Tułała się po ulicach do momentu, kiedy nie znalazła pięknego i małego materacyka obok śmietnika. Położyła się tam i zasnęła. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Na szczęście ulicą obok przechodziło siedmioro dresoludków. Dołączyli do królewny na materacu. Podziękowali ładnie, za spanie na ich dzielni. Królewna była przecież ładna, powabna i pełna wdzięków, czemuż by tego nie wykorzystać? <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Rano, królewnę, z nienaturalnie rozkraczonymi nogami, znalazł przystojny królewicz, który od pierwszego wejrzenia zakochał się w niej. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Niestety. Królewna umarła z przyjemności, jaką sprawiły jej dresoludki. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Biedny królewicz.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Ankieta - badany wyraz KSIĄDZ]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8833</link>
			<pubDate>Mon, 14 May 2012 10:43:42 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8833</guid>
			<description><![CDATA[Ankieta ma umożliwić zaliczenie mi oraz mojej kumpeli przedmiot zwany etnolingwistyką. Badamy wyraz "ksiądz". Gdyby ktoś zechciał poświęcić kilka minut, będę baaardzo wdzięczna. Nalezy wypełnić wszystkie pola, lecz jeśli nie macie aż tyle propozycji, można wpisać "-" lub "nie wiem". <img src="images/smilies/smile.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
Potrzeba przynajmniej 100 wypełnionych ankiet, by móc wysnuć jakieś wnioski. Na razie jest koło 60 i coś nie chce się ruszyć ten wskaźnik. Mam nadzieję więc, że ktoś się skusi.<br />
<br />
Mogę w zamian potem podzielić się wynikami. <br />
<br />
Ankieta dostępna pod adresem: <a href="http://nt4.pl/kasia/ankieta/index.php?sid=14989&amp;lang=pl&amp;fb_source=message" target="_blank">http://nt4.pl/kasia/ankieta/index.php?si...ce=message</a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Ankieta ma umożliwić zaliczenie mi oraz mojej kumpeli przedmiot zwany etnolingwistyką. Badamy wyraz "ksiądz". Gdyby ktoś zechciał poświęcić kilka minut, będę baaardzo wdzięczna. Nalezy wypełnić wszystkie pola, lecz jeśli nie macie aż tyle propozycji, można wpisać "-" lub "nie wiem". <img src="images/smilies/smile.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
Potrzeba przynajmniej 100 wypełnionych ankiet, by móc wysnuć jakieś wnioski. Na razie jest koło 60 i coś nie chce się ruszyć ten wskaźnik. Mam nadzieję więc, że ktoś się skusi.<br />
<br />
Mogę w zamian potem podzielić się wynikami. <br />
<br />
Ankieta dostępna pod adresem: <a href="http://nt4.pl/kasia/ankieta/index.php?sid=14989&amp;lang=pl&amp;fb_source=message" target="_blank">http://nt4.pl/kasia/ankieta/index.php?si...ce=message</a>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[A na koniec]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8832</link>
			<pubDate>Mon, 14 May 2012 04:03:31 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8832</guid>
			<description><![CDATA[i zniknie wszystko<br />
zapach mój<br />
moje niby wiersze<br />
pisane dla nikogo<br />
fotel przy oknie<br />
i stare pióro <br />
w suchym kałamarzu<br />
kartki zżółkną<br />
poniesie je wiatr<br />
dokąd nie wiem<br />
znikną<br />
moje imię dobre<br />
zaloty znikną<br />
i pierwsza miłość<br />
opisana  <br />
na kartkach które uleciały<br />
nie podnoście<br />
tragiczna<br />
moje prochy rozdmucha wiatr<br />
<br />
a ciekawe czy zniknie papuga<br />
boję się <br />
by nie poleciała do innego poety]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[i zniknie wszystko<br />
zapach mój<br />
moje niby wiersze<br />
pisane dla nikogo<br />
fotel przy oknie<br />
i stare pióro <br />
w suchym kałamarzu<br />
kartki zżółkną<br />
poniesie je wiatr<br />
dokąd nie wiem<br />
znikną<br />
moje imię dobre<br />
zaloty znikną<br />
i pierwsza miłość<br />
opisana  <br />
na kartkach które uleciały<br />
nie podnoście<br />
tragiczna<br />
moje prochy rozdmucha wiatr<br />
<br />
a ciekawe czy zniknie papuga<br />
boję się <br />
by nie poleciała do innego poety]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Coś więcej niż teledysk]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8831</link>
			<pubDate>Sun, 13 May 2012 22:18:10 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8831</guid>
			<description><![CDATA[Nie wiem jak Wy, ale dla mnie DOBRY teledysk to coś więcej niż parę lasek kręcących tyłkami czy inne temu podobne 'majstersztyki'. Lubię, kiedy artysta przez swój klip zmusza mnie do zastanowienia się nad kwestiami, które porusza w tekstach, ukazuje nam swoją wizję odbioru utworu, 'ozdabia' muzykę dodatkowymi rzeczami, które dostarczają dodatkowych emocji. Teledysk powinien być uzupełnieniem muzyki, stanowić taką samą sztukę jak i ona, nie zaś zapełnić te kilka minut, żeby można go było puścić w Vivie.<br />
<br />
Z tym więc wiąże się moja prośba: wrzucajcie tutaj swoje perełki, podzielcie się tym, co być może utonęło w internecie pod stertą komercyjnych śmieci, klipy, które Was poruszyły, ale które stanowią sztukę samą w sobie, przy których człowiek musi troche pomysleć, i które zapadają w pamięć na długo...<br />
<br />
Oto mój pierwszy kandydat, jeden z moich ulubionych:<br />
<br />
<!-- start: video_youtube_embed --><br />
<object type="application/x-shockwave-flash" class="video_embed" style="width: 450px; height: 366px;" data="http://www.youtube.com/v/Bqvcmud3LFQ"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/Bqvcmud3LFQ" /></object><br />
<!-- end: video_youtube_embed -->]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nie wiem jak Wy, ale dla mnie DOBRY teledysk to coś więcej niż parę lasek kręcących tyłkami czy inne temu podobne 'majstersztyki'. Lubię, kiedy artysta przez swój klip zmusza mnie do zastanowienia się nad kwestiami, które porusza w tekstach, ukazuje nam swoją wizję odbioru utworu, 'ozdabia' muzykę dodatkowymi rzeczami, które dostarczają dodatkowych emocji. Teledysk powinien być uzupełnieniem muzyki, stanowić taką samą sztukę jak i ona, nie zaś zapełnić te kilka minut, żeby można go było puścić w Vivie.<br />
<br />
Z tym więc wiąże się moja prośba: wrzucajcie tutaj swoje perełki, podzielcie się tym, co być może utonęło w internecie pod stertą komercyjnych śmieci, klipy, które Was poruszyły, ale które stanowią sztukę samą w sobie, przy których człowiek musi troche pomysleć, i które zapadają w pamięć na długo...<br />
<br />
Oto mój pierwszy kandydat, jeden z moich ulubionych:<br />
<br />
<!-- start: video_youtube_embed --><br />
<object type="application/x-shockwave-flash" class="video_embed" style="width: 450px; height: 366px;" data="http://www.youtube.com/v/Bqvcmud3LFQ"><param name="movie" value="http://www.youtube.com/v/Bqvcmud3LFQ" /></object><br />
<!-- end: video_youtube_embed -->]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Paella i komary]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8830</link>
			<pubDate>Sun, 13 May 2012 20:23:24 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8830</guid>
			<description><![CDATA[Smażąc paellę nie myślę o niczym<br />
a wieczór jest parny i wonny<br />
na zewnątrz krążą młode komary<br />
od mojego okna do twojego<br />
nasze żyły łączą nas <br />
sennym akweduktem skrzydełek i nóżek<br />
w jeden nieświadomy<br />
pulsujący organizm<br />
Czy czujesz smak ostryg?]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Smażąc paellę nie myślę o niczym<br />
a wieczór jest parny i wonny<br />
na zewnątrz krążą młode komary<br />
od mojego okna do twojego<br />
nasze żyły łączą nas <br />
sennym akweduktem skrzydełek i nóżek<br />
w jeden nieświadomy<br />
pulsujący organizm<br />
Czy czujesz smak ostryg?]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wielkie Krainy ]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8829</link>
			<pubDate>Sun, 13 May 2012 20:13:01 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8829</guid>
			<description><![CDATA[Od czego by zacząć ? Jest to na razie niepełny pierwszy rozdział opowiadania(może książki ?). Proszę o ocenę stylu pisania, czy zainteresował Was ten fragment. Piszcie szczerze. <br />
<br />
<br />
1<br />
Istniał świat. W świecie tym leżało pewne państwo o nazwie Wielkie Krainy. Podzielone było na dwie części, północną i południową. Stanowiło ono największą siłę w ówczesnym świecie. Od setek lat panował w nim ład i pokój, którym zarządzali ludzie. <br />
Tysiące lat temu Krainy nawiedziły złe siły. Bardzo złe. Niszczyły wszystko co stanęło na ich drodze. Zabijały ludzi, zwierzęta, wszystko co żyło. Uzurpowały sobie prawo do władzy. Wprowadziły rządy terroru i  chaosu. Zamieniły miasta, w upiorne zgliszcza a ludzi w demony. Moce te nie miały materialnego wyglądu. Atakowały znienacka, w ciągu dnia i pod osłoną nocy. Wydawało się, że to koniec. Koniec tego na co pracowały pokolenia. Koniec ery człowieka. Jednak złe moce przeliczyły się. Grupa ludzi oparła się ich mocy, odnajdując sposób na ich ujarzmienie. Pojawiła się nadzieja. Moce nie dawały jednak za wygraną. Zabiły wszystkich członków tajemniczej grupy, która miała wyzwolić ludzkość. Przynajmniej tak myślały. Już ogłaszały triumf. Okazało się, że jeden członek stowarzyszenia przeżył i ukrył się. Pracował latami na odnalezienie sposobu, metody na ratunek. Odnalazł ją. Znalazł źródło zła i zniszczył je. Pozostało po nim tylko mała piramidka, którą dzielny człowiek ukrył przed światem by nikt już nie próbował wezwać złych mocy. Miejsce, w której się znajduje znają tylko królowie. Dlatego na tronie mogą zasiadać tylko ludzie prawi i dobrzy, którym ludzkość będzie mogła zaufać. Wiedza ta jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, z poprzednika do następcy. Wszyscy myśleli, że pokój zapanuje na wieki. Mylili się. Złe moce przed odejściem zaszczepiły w niektórych ludziach część swojej siły by ci nie ustawali w poszukiwaniach. Ludzie ci czekają na odpowiedni moment by wyjść z ukrycia i uwolnić swoich panów. Nie można jednak do tego dopuścić.<br />
 <br />
***<br />
Zbliżał się wieczór. Alin w swoim fioletowym kostiumie z zamaskowaną twarzą udawał się w głąb lasu oglądając się za siebie nerwowo jakby bał się, że ktoś go obserwuje. Zatrzymał się nagle. Spojrzał się raz w prawo  i w lewo poczym wybrał ścieżkę znajdującą się po jego prawej stronie. Usłyszał głos. Chciał zawrócić jednak nie mógł. Jakaś dziwna siła kazała mu iść dalej. Zatrzymał się obok wielkiego głazu. Wszedł na niego i spojrzał na zbocze na granicy, którego znajdował się głaz. Ostrożnie i powoli zaczął schodzić w dół. Gdy doszedł do odpowiedniego miejsca uderzył kilka razy nogą w ziemię szukając czegoś. Po chwili odpowiedział mu głuchy stukot drewna. Usiadł na kolana i zaczął rękoma odgarniać mech. Podniósł masywną klapę, rozpalił pochodnię i zszedł na dół po drabinie. Przeszedł spory kawałek drogi co chwila odgarniając pajęczyny. Znalazł się w wyrzeźbionym w kamieniu pomieszczeniu. Na jego środku znajdowała się szkatułka a w niej malutka strzała i dmuchawka. Wyjął je i schował do sakiewki. Wyszedł, zamknął pomieszczenie i drogą powrotną udał się do stolicy Krain Północnych, miasta Tore.<br />
<br />
***<br />
Kilka lat po uwolnieniu krain od złych mocy, postanowiono, że utworzona zostanie Gildia Magów. Stowarzyszenie to miało bronić Krainy od niebezpieczeństw i nie dopuścić by ktoś odnalazł piramidkę. Należeli do niej ludzie o predyspozycjach magicznych, którzy latami studiując starożytne księgi umieli posługiwać się magią. Studiowali w niej także uzdrowiciele oraz rzemieślnicy bowiem Gildia była także ośrodkiem naukowym. W początkowych latach istnienia jej rola była ogromna. Posługując się magią pomagali w odbudowie królestwa. Nauczali ludzi jak zacząć żyć od nowa. Zwykli mieszczanie widzieli w nich swoich opiekunów i wybawców. Po odbudowie królestwa rola Gildii zaczęła słabnąć. W  Krainach od wielu lat panował pokój i nic nie zapowiadało wojny. Król bojąc się utraty władzy nakazał by magowie wynieśli się z miast i założyli swoje osady z dala od ludzi. Pozwolono zostać tylko niewielkiej liczbie uzdrowicieli. Ci którzy odbudowali Krainy zostali wyrzuceni z dala od reszty społeczeństwa. Zamknęli się w swoich kręgach, aż w końcu zupełnie zapomniano o Gildii. Z czasem zaczęto tracić kontrolę nad magami. Ówczesny król obawiając się wojny domowej nakazał rozwiązać ich stowarzyszenie oraz zabronił używania w całym królestwie magii. Niektórzy nie posłuchali rozkazu i potajemnie ćwiczyli czary. Przekazując tę wiedzę  w swoich rodzinach z pokolenia na pokolenie nie dopuścili do wymarcia magów. Na szczęście, gdyż nikt nie przewidział, że zagrożenie może pojawić się ponownie.<br />
<br />
***<br />
Alin zachodnią bramą wszedł do miasta Tore. Zdjął kaptur by nie wzbudzić podejrzeń straży. Przeszedł obok karczmy „ Powiew zachodu”, w której słychać było bawiących się gości. Minął dość dużą fontannę, kilka domostw, w których paliły się lampy. Widocznie domownicy już nie spali pomimo wczesnej pory. Skręcił w wąską, boczną uliczkę. Przeszedł kilka kroków i zatrzymał się obok domu z napisem „leki i zioła” który wisiał nad masywnymi drzwiami. Zapukał kilka razy. Otworzył mu mężczyzna w średnim wieku i zaprosił do środka. Oczom Alina ukazał się ogromny bałagan. W niewielkim pomieszczeniu, w którym znajdował się kominek, stół i jakaś dziwna aparatura wszędzie leżały porozrzucane papiery i notatki. Mężczyzna niezdarnie zebrał kilka kartek i podał krzesło swojemu gościowi. <br />
- Przygotowałeś to o co cię prosiłem ? – zapytał Alin.<br />
-Tak. Zgodnie z życzeniem – odpowiedział zielarz.<br />
-To dobrze. Pamiętasz ? Ma tylko osłabić, nie zabić.<br />
- Tak też działa. Nie musisz się o nic martwić, panie. <br />
-Doskonale. – Alin wyciągnął dwie złote monety i położył je na stół. W tym samym czasie zielarz podał buteleczkę z trucizną Alinowi, który schował ją ostrożnie do sakiewki. – I jeszcze jedno – dodał Alin. – Mnie tu nie było. Jasne ?<br />
- Jak słońce bez którego nie byłoby życia.          <br />
- Cieszę się ,że się rozumiemy. Miło się rozmawiało ale ważne sprawy wzywają – powiedział Alin i wyszedł. Teraz wszystko było gotowe. Wystarczyło poczekać na odpowiedni moment. Ich cel był blisko.<br />
<br />
***<br />
Równocześnie z utworzeniem Gildii, w Krainach Północnych ustanowiono święto Wypędzenia obchodzone  w pierwszy dzień lata, na pamiątkę uwolnienia Krain od zagłady. Stolica zamieniała się wtedy w jeden kolorowy jarmark. Ludzie mogli wychodzić na ulicę tylko odświętnie ubrani. Kupcy zjeżdżali się z całych Krain i sąsiednich państw przywożąc nieznane i egzotyczne materiały, przedmioty i przyprawy. Ulice przystrajano kwiatami i ozdobami. Na wielu z nich można było zobaczyć i podziwiać kuglarzy, którzy zabawiali gości tajemniczymi sztuczkami za co bywali nagradzani oklaskami jak  i monetami. Kłaniali się w tedy z szerokim uśmiechem nawołując nowych gapiów. Był to również złoty okres dla drobnych przestępców i złodziejaszków, którzy okradali bogatych mieszczan. Straż miejska patrolowała ulice z wzmożoną uwagą. Mieszkańcy okolicznych wiosek zabierali ze sobą część swojego dobytku, między innymi plony, które składali w królewskim spichlerzu, a które podczas święta wynoszono na główny rynek by w tym dniu nikogo nie dopadł głód. Główny rynek stanowił centrum obchodów. Na nim król wygłaszał co roku przemowę do zebranego ludu. Tak robili pierwsi władcy, aż fakt ten stał się tradycją. Król wraz ze swoim orszakiem wyruszał z pałacu, przechodził obok koszar, dalej szedł zachodnią dzielnicą miasta, mijał kwatery strażników i budynek cechu kupców, aż w końcu ulicą pałacową udawał się na kwadratowy rynek w centrum, którego stała specjalnie przygotowana scena. Wokół niej zbierali się mieszczanie z stolicy i okolicznych miasteczek  i wiosek. Do tegorocznego święta pozostały już tylko jeden dzień. Nikt nie wiedział jednak, że będzie to święto inne niż wszystkie, smutne, które na zawsze odciśnie swoje piętno w historii.  <br />
<br />
***<br />
Tanar i Arwin znajdowali się na głównym rynku nadzorując ostanie prace. Były to najważniejsze osoby w mieście. Stanowili główną straż króla. Byli zawsze z nim. Niezależne od sytuacji zawsze chronili Ramira V przed niebezpieczeństwami i zagrożeniami. Obaj wysocy i silni budzili podziw i strach miejscowej ludności. Nie mieli łatwego dzieciństwa. Już jako pięciolatki stracili rodziców w wielkim pożarze, który wybuchł w stolicy. Od tamtej pory tułali się po mieście, kradli i żebrali by przeżyć. Wtedy nikt nie przejmował się ich losem. Aż do momentu, kiedy pokazali swoją odwagę ratując dwoje dzieci z kolejnego pożaru. Następnego dnia odwiedził ich przełożony królewskiej straży i zaproponował aby zostali królewskimi strażnikami. Rozpoczęli nowe życie. Odtąd zaczęli mieszkać i wychowywać się na dworze królewskim, wśród bogatych i wysoko urodzonych. Szybko poznali tamtejsze zwyczaje i zachowania co ułatwiło im kontakty z różnymi ludźmi. Początkowo budzili niechęć części dworu. Mówiono. że biedne dzieci nie powinny były mieszkać na dworze. Mogłoby to naruszyć reputację dworu. Ramir nie zważał jednak na takie głosy. Choć z początku wykonywali proste, często upokarzające prace, choć często byli wyśmiewani i wyszydzani szybko uczyli się i awansowali na stanowisko przybocznych strażników, aż pewnego dnia z rąk samego Ramira otrzymali nominację na głównych strażników. Tak potoczył się los dwojga sierot, które wykorzystały swoją szansę i stały się ważnymi ludźmi. Nie wiedzieli jednak, że czeka ich trudna próba, najtrudniejsza ze wszystkich. <br />
Główna scena była gotowa. Wszystko zostało przygotowane i przyozdobione według planu samej żony Ramira, Gloriny. Była kobietą mądrą i wrażliwą. Tymi cechami zauroczyła Ramira, który po niedługim czasie znajomości postanowił poślubić wybrankę. Przejmowała się losem biednych i uciśnionych. Zawsze chętna do pomocy i skromna, nie wywyższała się nigdy przed innymi. Co do jej urody nie można było mieć żadnych zastrzeżeń. Budziła podziw i zazdrość większości dam dworu. Ramir zawsze liczył się  z jej zdaniem i słuchał jej. Gdy zobaczyła Tanara i Arwina pokochała ich i traktowała jak własne dzieci, których nie miała. <br />
Ostatni robotnicy przechadzali się po placu wypatrując czy wszystko zostało dobrze wykonane. Gdy nie znaleźli żadnych nieścisłości udali się do domu. Teraz zostali tylko Tanar i Arwin, którzy jeszcze raz chcieli zobaczyć plan jutrzejszego dnia. <br />
- Chyba wszystko jest gotowe do jutrzejszego święta ? – zapytał retorycznie Tanar.<br />
- Chyba tak. Scena gotowa, plan marszu królewskiego orszaku ustalony, strażnicy wiedzą gdzie mają się ustawić, my też, stragany przygotowane. Ulice i budynki przyozdobione czyli możemy iść do domu i oczekiwać na jutrzejszy dzień – odpowiedział Arwin.<br />
- Masz rację. Zasługujemy na trochę odpoczynku. <br />
***<br />
Nadszedł wieczór. Ulice opustoszały a ludzie poszli spać. Wszyscy oczekiwali następnego dnia. Wielkiego dnia dla wszystkich mieszkańców. Tylko gdzieniegdzie paliły się pochodnie rozjaśniające mrok. Ponieważ było ciepło na kilku parapetach domów można było zobaczyć śpiące koty, ale czujne by gdy tylko pojawi się mały pisk zaatakować i zjeść ofiarę. Chociaż w całej stolicy panowała senna atmosfera jeden człowiek nie spał. Musiał dokończyć dzieło. Przygotować się do ostatniej części swojej misji. Alin jak zwykle ubrany w fioletową szatę z kapturem na głowie wyszedł ze swojego domu, który znajdował się niedaleko rynku. Zabrał ze sobą plecak, w którym miał wszystkie potrzebne rzeczy. Przeszedł przez kilka ulic aż znalazł się na głównym rynku. Chociaż było ciemno Alin dzięki dziwnej sile widział wszystko dokładnie. Zbadał wzrokiem cały teren po czym postanowił, że za centrum obserwacyjne obierze wieżę obronną, która znajdowała się w dość sporej, ale jednak nadającej się do obserwacji odległości. Podszedł do niej i pociągnął za klamrę. Ani drgnęła, tak jak się spodziewał. Musiał użyć planu B. Wyjął linę z hakiem, zamachnął się kilka razy i zarzucił ją na kratę, która chroniła okno. Sprawdził czy dobrze jest umocowana i rozpoczął wspinaczkę. Po kilku minutach znalazł się na górze.  Wyjął dmuchawkę z strzałą i przymierzył. Nie było to łatwe zadanie, ale ocenił, że prawdopodobieństwo trafienia jest wysokie. Rozłożył koc i zasnął oczekując na dzień, który miał zmącić dotychczasowy pokój. Dzień, o którym wszyscy chcieliby jak najszybciej zapomnieć.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Od czego by zacząć ? Jest to na razie niepełny pierwszy rozdział opowiadania(może książki ?). Proszę o ocenę stylu pisania, czy zainteresował Was ten fragment. Piszcie szczerze. <br />
<br />
<br />
1<br />
Istniał świat. W świecie tym leżało pewne państwo o nazwie Wielkie Krainy. Podzielone było na dwie części, północną i południową. Stanowiło ono największą siłę w ówczesnym świecie. Od setek lat panował w nim ład i pokój, którym zarządzali ludzie. <br />
Tysiące lat temu Krainy nawiedziły złe siły. Bardzo złe. Niszczyły wszystko co stanęło na ich drodze. Zabijały ludzi, zwierzęta, wszystko co żyło. Uzurpowały sobie prawo do władzy. Wprowadziły rządy terroru i  chaosu. Zamieniły miasta, w upiorne zgliszcza a ludzi w demony. Moce te nie miały materialnego wyglądu. Atakowały znienacka, w ciągu dnia i pod osłoną nocy. Wydawało się, że to koniec. Koniec tego na co pracowały pokolenia. Koniec ery człowieka. Jednak złe moce przeliczyły się. Grupa ludzi oparła się ich mocy, odnajdując sposób na ich ujarzmienie. Pojawiła się nadzieja. Moce nie dawały jednak za wygraną. Zabiły wszystkich członków tajemniczej grupy, która miała wyzwolić ludzkość. Przynajmniej tak myślały. Już ogłaszały triumf. Okazało się, że jeden członek stowarzyszenia przeżył i ukrył się. Pracował latami na odnalezienie sposobu, metody na ratunek. Odnalazł ją. Znalazł źródło zła i zniszczył je. Pozostało po nim tylko mała piramidka, którą dzielny człowiek ukrył przed światem by nikt już nie próbował wezwać złych mocy. Miejsce, w której się znajduje znają tylko królowie. Dlatego na tronie mogą zasiadać tylko ludzie prawi i dobrzy, którym ludzkość będzie mogła zaufać. Wiedza ta jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, z poprzednika do następcy. Wszyscy myśleli, że pokój zapanuje na wieki. Mylili się. Złe moce przed odejściem zaszczepiły w niektórych ludziach część swojej siły by ci nie ustawali w poszukiwaniach. Ludzie ci czekają na odpowiedni moment by wyjść z ukrycia i uwolnić swoich panów. Nie można jednak do tego dopuścić.<br />
 <br />
***<br />
Zbliżał się wieczór. Alin w swoim fioletowym kostiumie z zamaskowaną twarzą udawał się w głąb lasu oglądając się za siebie nerwowo jakby bał się, że ktoś go obserwuje. Zatrzymał się nagle. Spojrzał się raz w prawo  i w lewo poczym wybrał ścieżkę znajdującą się po jego prawej stronie. Usłyszał głos. Chciał zawrócić jednak nie mógł. Jakaś dziwna siła kazała mu iść dalej. Zatrzymał się obok wielkiego głazu. Wszedł na niego i spojrzał na zbocze na granicy, którego znajdował się głaz. Ostrożnie i powoli zaczął schodzić w dół. Gdy doszedł do odpowiedniego miejsca uderzył kilka razy nogą w ziemię szukając czegoś. Po chwili odpowiedział mu głuchy stukot drewna. Usiadł na kolana i zaczął rękoma odgarniać mech. Podniósł masywną klapę, rozpalił pochodnię i zszedł na dół po drabinie. Przeszedł spory kawałek drogi co chwila odgarniając pajęczyny. Znalazł się w wyrzeźbionym w kamieniu pomieszczeniu. Na jego środku znajdowała się szkatułka a w niej malutka strzała i dmuchawka. Wyjął je i schował do sakiewki. Wyszedł, zamknął pomieszczenie i drogą powrotną udał się do stolicy Krain Północnych, miasta Tore.<br />
<br />
***<br />
Kilka lat po uwolnieniu krain od złych mocy, postanowiono, że utworzona zostanie Gildia Magów. Stowarzyszenie to miało bronić Krainy od niebezpieczeństw i nie dopuścić by ktoś odnalazł piramidkę. Należeli do niej ludzie o predyspozycjach magicznych, którzy latami studiując starożytne księgi umieli posługiwać się magią. Studiowali w niej także uzdrowiciele oraz rzemieślnicy bowiem Gildia była także ośrodkiem naukowym. W początkowych latach istnienia jej rola była ogromna. Posługując się magią pomagali w odbudowie królestwa. Nauczali ludzi jak zacząć żyć od nowa. Zwykli mieszczanie widzieli w nich swoich opiekunów i wybawców. Po odbudowie królestwa rola Gildii zaczęła słabnąć. W  Krainach od wielu lat panował pokój i nic nie zapowiadało wojny. Król bojąc się utraty władzy nakazał by magowie wynieśli się z miast i założyli swoje osady z dala od ludzi. Pozwolono zostać tylko niewielkiej liczbie uzdrowicieli. Ci którzy odbudowali Krainy zostali wyrzuceni z dala od reszty społeczeństwa. Zamknęli się w swoich kręgach, aż w końcu zupełnie zapomniano o Gildii. Z czasem zaczęto tracić kontrolę nad magami. Ówczesny król obawiając się wojny domowej nakazał rozwiązać ich stowarzyszenie oraz zabronił używania w całym królestwie magii. Niektórzy nie posłuchali rozkazu i potajemnie ćwiczyli czary. Przekazując tę wiedzę  w swoich rodzinach z pokolenia na pokolenie nie dopuścili do wymarcia magów. Na szczęście, gdyż nikt nie przewidział, że zagrożenie może pojawić się ponownie.<br />
<br />
***<br />
Alin zachodnią bramą wszedł do miasta Tore. Zdjął kaptur by nie wzbudzić podejrzeń straży. Przeszedł obok karczmy „ Powiew zachodu”, w której słychać było bawiących się gości. Minął dość dużą fontannę, kilka domostw, w których paliły się lampy. Widocznie domownicy już nie spali pomimo wczesnej pory. Skręcił w wąską, boczną uliczkę. Przeszedł kilka kroków i zatrzymał się obok domu z napisem „leki i zioła” który wisiał nad masywnymi drzwiami. Zapukał kilka razy. Otworzył mu mężczyzna w średnim wieku i zaprosił do środka. Oczom Alina ukazał się ogromny bałagan. W niewielkim pomieszczeniu, w którym znajdował się kominek, stół i jakaś dziwna aparatura wszędzie leżały porozrzucane papiery i notatki. Mężczyzna niezdarnie zebrał kilka kartek i podał krzesło swojemu gościowi. <br />
- Przygotowałeś to o co cię prosiłem ? – zapytał Alin.<br />
-Tak. Zgodnie z życzeniem – odpowiedział zielarz.<br />
-To dobrze. Pamiętasz ? Ma tylko osłabić, nie zabić.<br />
- Tak też działa. Nie musisz się o nic martwić, panie. <br />
-Doskonale. – Alin wyciągnął dwie złote monety i położył je na stół. W tym samym czasie zielarz podał buteleczkę z trucizną Alinowi, który schował ją ostrożnie do sakiewki. – I jeszcze jedno – dodał Alin. – Mnie tu nie było. Jasne ?<br />
- Jak słońce bez którego nie byłoby życia.          <br />
- Cieszę się ,że się rozumiemy. Miło się rozmawiało ale ważne sprawy wzywają – powiedział Alin i wyszedł. Teraz wszystko było gotowe. Wystarczyło poczekać na odpowiedni moment. Ich cel był blisko.<br />
<br />
***<br />
Równocześnie z utworzeniem Gildii, w Krainach Północnych ustanowiono święto Wypędzenia obchodzone  w pierwszy dzień lata, na pamiątkę uwolnienia Krain od zagłady. Stolica zamieniała się wtedy w jeden kolorowy jarmark. Ludzie mogli wychodzić na ulicę tylko odświętnie ubrani. Kupcy zjeżdżali się z całych Krain i sąsiednich państw przywożąc nieznane i egzotyczne materiały, przedmioty i przyprawy. Ulice przystrajano kwiatami i ozdobami. Na wielu z nich można było zobaczyć i podziwiać kuglarzy, którzy zabawiali gości tajemniczymi sztuczkami za co bywali nagradzani oklaskami jak  i monetami. Kłaniali się w tedy z szerokim uśmiechem nawołując nowych gapiów. Był to również złoty okres dla drobnych przestępców i złodziejaszków, którzy okradali bogatych mieszczan. Straż miejska patrolowała ulice z wzmożoną uwagą. Mieszkańcy okolicznych wiosek zabierali ze sobą część swojego dobytku, między innymi plony, które składali w królewskim spichlerzu, a które podczas święta wynoszono na główny rynek by w tym dniu nikogo nie dopadł głód. Główny rynek stanowił centrum obchodów. Na nim król wygłaszał co roku przemowę do zebranego ludu. Tak robili pierwsi władcy, aż fakt ten stał się tradycją. Król wraz ze swoim orszakiem wyruszał z pałacu, przechodził obok koszar, dalej szedł zachodnią dzielnicą miasta, mijał kwatery strażników i budynek cechu kupców, aż w końcu ulicą pałacową udawał się na kwadratowy rynek w centrum, którego stała specjalnie przygotowana scena. Wokół niej zbierali się mieszczanie z stolicy i okolicznych miasteczek  i wiosek. Do tegorocznego święta pozostały już tylko jeden dzień. Nikt nie wiedział jednak, że będzie to święto inne niż wszystkie, smutne, które na zawsze odciśnie swoje piętno w historii.  <br />
<br />
***<br />
Tanar i Arwin znajdowali się na głównym rynku nadzorując ostanie prace. Były to najważniejsze osoby w mieście. Stanowili główną straż króla. Byli zawsze z nim. Niezależne od sytuacji zawsze chronili Ramira V przed niebezpieczeństwami i zagrożeniami. Obaj wysocy i silni budzili podziw i strach miejscowej ludności. Nie mieli łatwego dzieciństwa. Już jako pięciolatki stracili rodziców w wielkim pożarze, który wybuchł w stolicy. Od tamtej pory tułali się po mieście, kradli i żebrali by przeżyć. Wtedy nikt nie przejmował się ich losem. Aż do momentu, kiedy pokazali swoją odwagę ratując dwoje dzieci z kolejnego pożaru. Następnego dnia odwiedził ich przełożony królewskiej straży i zaproponował aby zostali królewskimi strażnikami. Rozpoczęli nowe życie. Odtąd zaczęli mieszkać i wychowywać się na dworze królewskim, wśród bogatych i wysoko urodzonych. Szybko poznali tamtejsze zwyczaje i zachowania co ułatwiło im kontakty z różnymi ludźmi. Początkowo budzili niechęć części dworu. Mówiono. że biedne dzieci nie powinny były mieszkać na dworze. Mogłoby to naruszyć reputację dworu. Ramir nie zważał jednak na takie głosy. Choć z początku wykonywali proste, często upokarzające prace, choć często byli wyśmiewani i wyszydzani szybko uczyli się i awansowali na stanowisko przybocznych strażników, aż pewnego dnia z rąk samego Ramira otrzymali nominację na głównych strażników. Tak potoczył się los dwojga sierot, które wykorzystały swoją szansę i stały się ważnymi ludźmi. Nie wiedzieli jednak, że czeka ich trudna próba, najtrudniejsza ze wszystkich. <br />
Główna scena była gotowa. Wszystko zostało przygotowane i przyozdobione według planu samej żony Ramira, Gloriny. Była kobietą mądrą i wrażliwą. Tymi cechami zauroczyła Ramira, który po niedługim czasie znajomości postanowił poślubić wybrankę. Przejmowała się losem biednych i uciśnionych. Zawsze chętna do pomocy i skromna, nie wywyższała się nigdy przed innymi. Co do jej urody nie można było mieć żadnych zastrzeżeń. Budziła podziw i zazdrość większości dam dworu. Ramir zawsze liczył się  z jej zdaniem i słuchał jej. Gdy zobaczyła Tanara i Arwina pokochała ich i traktowała jak własne dzieci, których nie miała. <br />
Ostatni robotnicy przechadzali się po placu wypatrując czy wszystko zostało dobrze wykonane. Gdy nie znaleźli żadnych nieścisłości udali się do domu. Teraz zostali tylko Tanar i Arwin, którzy jeszcze raz chcieli zobaczyć plan jutrzejszego dnia. <br />
- Chyba wszystko jest gotowe do jutrzejszego święta ? – zapytał retorycznie Tanar.<br />
- Chyba tak. Scena gotowa, plan marszu królewskiego orszaku ustalony, strażnicy wiedzą gdzie mają się ustawić, my też, stragany przygotowane. Ulice i budynki przyozdobione czyli możemy iść do domu i oczekiwać na jutrzejszy dzień – odpowiedział Arwin.<br />
- Masz rację. Zasługujemy na trochę odpoczynku. <br />
***<br />
Nadszedł wieczór. Ulice opustoszały a ludzie poszli spać. Wszyscy oczekiwali następnego dnia. Wielkiego dnia dla wszystkich mieszkańców. Tylko gdzieniegdzie paliły się pochodnie rozjaśniające mrok. Ponieważ było ciepło na kilku parapetach domów można było zobaczyć śpiące koty, ale czujne by gdy tylko pojawi się mały pisk zaatakować i zjeść ofiarę. Chociaż w całej stolicy panowała senna atmosfera jeden człowiek nie spał. Musiał dokończyć dzieło. Przygotować się do ostatniej części swojej misji. Alin jak zwykle ubrany w fioletową szatę z kapturem na głowie wyszedł ze swojego domu, który znajdował się niedaleko rynku. Zabrał ze sobą plecak, w którym miał wszystkie potrzebne rzeczy. Przeszedł przez kilka ulic aż znalazł się na głównym rynku. Chociaż było ciemno Alin dzięki dziwnej sile widział wszystko dokładnie. Zbadał wzrokiem cały teren po czym postanowił, że za centrum obserwacyjne obierze wieżę obronną, która znajdowała się w dość sporej, ale jednak nadającej się do obserwacji odległości. Podszedł do niej i pociągnął za klamrę. Ani drgnęła, tak jak się spodziewał. Musiał użyć planu B. Wyjął linę z hakiem, zamachnął się kilka razy i zarzucił ją na kratę, która chroniła okno. Sprawdził czy dobrze jest umocowana i rozpoczął wspinaczkę. Po kilku minutach znalazł się na górze.  Wyjął dmuchawkę z strzałą i przymierzył. Nie było to łatwe zadanie, ale ocenił, że prawdopodobieństwo trafienia jest wysokie. Rozłożył koc i zasnął oczekując na dzień, który miał zmącić dotychczasowy pokój. Dzień, o którym wszyscy chcieliby jak najszybciej zapomnieć.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Inna bajka o Smoku Wawelskim]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8827</link>
			<pubDate>Sun, 13 May 2012 17:20:46 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8827</guid>
			<description><![CDATA[Przeciągnął się uroczo na swoim posłaniu. Czuł, że robi się coraz cieplej. Jego nieomylny instynkt mówił mu, że pierwsze promienie słońca pojawiły się już na horyzoncie. Za chwilę będzie mógł otworzyć oczy, aby ujrzeć cudowne barwy rozproszonego światła. Będą trwać jeszcze przez chwilę, jakby czekały aż się dobrze napatrzy. On jednak otwierał oczy zawsze w ostatniej chwili, kiedy nieśmiałe promyki ustępowały miejsca dojrzałemu, majestatycznemu światłu. Zostawiał im tylko tyle czasu, aby zdążyły powiedzieć mu: "dzień dobry". Migały potem wszystkimi barwami tęczy i znikały aby powrócić następnego dnia. <br />
Stanął nad brzegiem rzeki i właśnie wtedy usłyszał, że ktoś dobija się do jego groty po drugiej stronie skały. Nie zamierzał zwracać na to uwagi ale zmienił zdanie, gdy usłyszał delikatny głosik: <br />
-Smoku! Śpisz, czy co? <br />
Podreptał więc w tamtą stronę. <br />
-Czy nie jest za wcześnie na oficjalne odwiedziny? - zapytał - O tej porze jestem bardzo zły i głodny. <br />
-Nieprawda, wcale nie jesteś zły. Wpuść mnie, przyniosłam ci czekoladę. <br />
Smok, który zamierzał właśnie zaryczeć okrutnie aby udowodnić jaki jest straszny, zmienił zdanie gdy usłyszał o czekoladzie. Skąd te księżniczki wiedzą, że tak ją lubi? <br />
-Z orzechami - dodała kusząco księżniczka. - Nie mogę tu stać tak długo. Jeśli mnie zobaczą, pomyślą, że mnie porwałeś, a ja nie chcę żebyś miał kłopoty. <br />
-A skąd wiesz, że nie zamierzam cię pożreć. Nie jadłem jeszcze śniadania - rzekł wpuszczając ją do środka. <br />
-Oj, smoku. Przecież ja się ciebie wcale nie boję. Żadna księżniczka się ciebie nie boi. Masz tu czekoladę. <br />
-Znowu plotkowały - mruczał smok chrupiąc czekoladę. - Która to naopowiadała ci o mnie takich rzeczy? - zapytał głośno mlaskając. <br />
-Smakuje ci -ucieszyła się. - Niedługo będziesz całkiem czekoladożerny. <br />
Zachwyt malował się w jej oczach. Smok jednak postanowił, że tym razem będzie twardy. <br />
-Jak długo zamierzasz tutaj zostać? <br />
-No wiesz?! Jeszcze nie weszłam a ty już pytasz kiedy wyjdę. Mogę sobie iść zaraz - obraziła się. <br />
-Ale wcale nie chcesz iść sobie zaraz, prawda? - zapytał słodko. - Więc chodź i powiedz, co smok mógłby zrobić dla księżniczki. <br />
Tymczasem przeszli przez grotę i znaleźli się nad rzeką. <br />
-Jak tu pięknie! - Księżniczka była zachwycona. - Sam tu mieszkasz? <br />
-Sam, jeśli nie ma u mnie akurat księżniczek. A przeważnie są. <br />
-Właśnie. Sam powiedz, czy to nie okropne? <br />
-To, że księżniczki tu są? - Smok był trochę zaskoczony. Zaczął się nawet tłumaczyć -Ale one same przychodzą... <br />
-Ach, nie to. Widzę, że muszę zacząć od początku. Rodzice postanowili wydać mnie za mąż i szukają odpowiedniego kandydata. Ale oni wszyscy są okropni. Smoku, nie pozwól wydać mnie za jakiegoś okropnego księcia. <br />
Patrzyła na niego błękitnymi ślepkami, buzię miała w podkówkę... <br />
-No cóż. Co ja mogę na to poradzić? Może jak któregoś pocałujesz to się zmieni? - Podkówka robiła się coraz większa. - I nie ma żadnego, który by ci się podobał? Księżniczki przecież zakochują się w pięknych książętach. <br />
-W pięknych i szlachetnych, ale nie w takich. Smokuuuuuuu! - i rozpłakała się. <br />
-Widzę, że trzeba dla ciebie znaleźć tego jednego, jedynego, szlachetnego i cudownego. Nie martw się, razem na pewno go znajdziemy. I nawet wiem, jak to zrobimy. Zostaniesz u mnie. Wszyscy książęta przybędą tu, aby cię uratować. A my będziemy patrzeć i wybierać. A jak znajdziemy tego cudownego, to mu cię oddam. <br />
-Smoku, jesteś wspaniały. - Księżniczka przestała płakać i tak mocno przytuliła się do smoka, że zobaczył wirujące czekoladki. - Wiedziałam, że coś wymyślisz. I oni wszyscy będą o mnie walczyć? Naprawdę? <br />
-Może i o ciebie, ale przeważnie to o pół królestwa -mruknął smok, ale księżniczka tego nie słyszała, bo aż piszczała z radości. <br />
-Jak myślisz, kiedy przyjadą? <br />
-Pewnie niedługo -smok właśnie kończył czekoladę i zlizywał resztki z papierka. - Najpierw będą prosić, potem straszyć. Na końcu będzie czas na wyznaczenie nagrody i wtedy przyjadą. A my będziemy wybierać i przebierać. <br />
-Znajdziemy mojego księcia, powiemy całemu światu, jaki jesteś wspaniały i wszyscy będą cię kochać - marzyła księżniczka wpatrując się w cudowną toń rzeki. - I będzie, jakbyś ty to powiedział, całkiem czekoladowo. <br />
-Acha, czekoladowo z orzechami. <br />
I tak marzyli sobie smok i księżniczka. Przewidywania smoka sprawdziły się. Przyjeżdżali, prosili, grozili. Potem podnieśli lament i wyznaczyli nagrodę -połowę królestwa i rękę księżniczki. Zaczęli przyjeżdżać książęta tak wyczekiwani przez księżniczkę. A oni wybierali i wybierali. <br />
"Miała rację. Oni są okropni" - myślał smok przegnawszy tego, który próbował podzielić się z nim połową królestwa, której jeszcze nie miał. <br />
Po miesiącu księżniczka znów się rozpłakała. "I co jej mogę powiedzieć? Że zawsze może być gorzej? O nie!" - Smok przytulił ją i zaczął opowiadać o Księciu z Bajki. Księżniczka słuchała w rozmarzeniu a on mówił i mówił. Kiedy skończył, było mu lżej. Nie wiedział, czy było to skutkiem pięknej opowieści, czy czekolady, którą właśnie kończyli jeść. Księżniczka zapytała cichutko: <br />
- Smoku, wierzysz w bajki? <br />
- Pewnie. Takie bajki to cudowna rzecz. Można sobie wymyślić wszystko, co się chce i to jest naprawdę. Czy to nie jest piękne? <br />
- Jest - powiedziała, ale nadal była smutna. <br />
Mówiła to tak beż przekonania, że smokowi zjeżył się czub na głowie. Księzniczka nie wierząca w bajki?! Coś złego zaczynało się dziać i trzeba było szybko temu zaradzić. Po raz pierwszy smok nie wiedział, co ma robić. I wtedy zjawił się On. Tylko, że wcale nie był księciem. Ale księżniczka najwidoczniej wcale tego nie zauważyła. A smok - tak. I wtedy zrozumiał, że cały jego plan jest do niczego. No może nie cały. Wybierać i przebierać faktycznie mogli, tylko, że jak już wybrali, to wyjście, które wydawało się takie proste, było nierealne. Nie mógł przecież oddać księżniczki szewczykowi! Wiedział, że jeśli pozwoli im teraz tak po prostu odejść, to do ślubu nigdy nie dojdzie. Ręka księżniczki była nagrodą za zabicie smoka i uwolnienie księżniczki. Widocznie inne uwolnienie nikomu nie przyszło do głowy. Żadna miłość nic tu nie pomoże. <br />
A księżniczka stała w oknie i rozkochanym wzrokiem patrzyła na szewczyka. Szewczyk też ją zauważył i też jakoś nie mógł oderwać wzroku. Patrzyli i patrzyli ... we trójkę. Pierwszy odezwał się szewczyk: <br />
- Uratuję cię księżniczko! - i pobiegł do miasta. <br />
- Odszedł - jęknęła księżniczka. - Dlaczego? <br />
- Wróci - powiedział smok. <br />
Podbiegła do niego i rozpłakała się. <br />
- Znowu płaczesz? Zły - płacze, dobry - też płacze; gderał smok. - Przestań już wreszcie. <br />
- To ze szczęścia - uśmiechała się pociągając noskiem. - Udało się. Naprawdę się udało. Jest taki, jakiego wymarzyliśmy. Wierzę w bajki smoku, już wierzę! <br />
Tym razem mówiła szczerze, z samego dna serduszka. Była tak szczęśliwa, że smok mógłby zapomnieć o całej czekoladzie świata. Taką ją chciał widzieć zawsze. <br />
Księżniczka słysząc jakiś ruch w pobliżu groty, znowu podbiegła do okna. <br />
- Wrócił! Chyba mogę już iść? Ale po co on przyniósł tego barana? Nie wiesz smoku? <br />
- Nie wiem. Poczekaj chwilę, pójdę z nim porozmawiać. <br />
"Trzeba będzie to zeżreć" - myślał. Żaden inny pomysł nie przychodził mu do głowy. Spojrzał na nią ostatni raz, chciał dobrze zapamiętać słodkie i naiwne księżniczki. <br />
I nie zrobił tego z łakomstwa, był przecież czekoladożerny.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Przeciągnął się uroczo na swoim posłaniu. Czuł, że robi się coraz cieplej. Jego nieomylny instynkt mówił mu, że pierwsze promienie słońca pojawiły się już na horyzoncie. Za chwilę będzie mógł otworzyć oczy, aby ujrzeć cudowne barwy rozproszonego światła. Będą trwać jeszcze przez chwilę, jakby czekały aż się dobrze napatrzy. On jednak otwierał oczy zawsze w ostatniej chwili, kiedy nieśmiałe promyki ustępowały miejsca dojrzałemu, majestatycznemu światłu. Zostawiał im tylko tyle czasu, aby zdążyły powiedzieć mu: "dzień dobry". Migały potem wszystkimi barwami tęczy i znikały aby powrócić następnego dnia. <br />
Stanął nad brzegiem rzeki i właśnie wtedy usłyszał, że ktoś dobija się do jego groty po drugiej stronie skały. Nie zamierzał zwracać na to uwagi ale zmienił zdanie, gdy usłyszał delikatny głosik: <br />
-Smoku! Śpisz, czy co? <br />
Podreptał więc w tamtą stronę. <br />
-Czy nie jest za wcześnie na oficjalne odwiedziny? - zapytał - O tej porze jestem bardzo zły i głodny. <br />
-Nieprawda, wcale nie jesteś zły. Wpuść mnie, przyniosłam ci czekoladę. <br />
Smok, który zamierzał właśnie zaryczeć okrutnie aby udowodnić jaki jest straszny, zmienił zdanie gdy usłyszał o czekoladzie. Skąd te księżniczki wiedzą, że tak ją lubi? <br />
-Z orzechami - dodała kusząco księżniczka. - Nie mogę tu stać tak długo. Jeśli mnie zobaczą, pomyślą, że mnie porwałeś, a ja nie chcę żebyś miał kłopoty. <br />
-A skąd wiesz, że nie zamierzam cię pożreć. Nie jadłem jeszcze śniadania - rzekł wpuszczając ją do środka. <br />
-Oj, smoku. Przecież ja się ciebie wcale nie boję. Żadna księżniczka się ciebie nie boi. Masz tu czekoladę. <br />
-Znowu plotkowały - mruczał smok chrupiąc czekoladę. - Która to naopowiadała ci o mnie takich rzeczy? - zapytał głośno mlaskając. <br />
-Smakuje ci -ucieszyła się. - Niedługo będziesz całkiem czekoladożerny. <br />
Zachwyt malował się w jej oczach. Smok jednak postanowił, że tym razem będzie twardy. <br />
-Jak długo zamierzasz tutaj zostać? <br />
-No wiesz?! Jeszcze nie weszłam a ty już pytasz kiedy wyjdę. Mogę sobie iść zaraz - obraziła się. <br />
-Ale wcale nie chcesz iść sobie zaraz, prawda? - zapytał słodko. - Więc chodź i powiedz, co smok mógłby zrobić dla księżniczki. <br />
Tymczasem przeszli przez grotę i znaleźli się nad rzeką. <br />
-Jak tu pięknie! - Księżniczka była zachwycona. - Sam tu mieszkasz? <br />
-Sam, jeśli nie ma u mnie akurat księżniczek. A przeważnie są. <br />
-Właśnie. Sam powiedz, czy to nie okropne? <br />
-To, że księżniczki tu są? - Smok był trochę zaskoczony. Zaczął się nawet tłumaczyć -Ale one same przychodzą... <br />
-Ach, nie to. Widzę, że muszę zacząć od początku. Rodzice postanowili wydać mnie za mąż i szukają odpowiedniego kandydata. Ale oni wszyscy są okropni. Smoku, nie pozwól wydać mnie za jakiegoś okropnego księcia. <br />
Patrzyła na niego błękitnymi ślepkami, buzię miała w podkówkę... <br />
-No cóż. Co ja mogę na to poradzić? Może jak któregoś pocałujesz to się zmieni? - Podkówka robiła się coraz większa. - I nie ma żadnego, który by ci się podobał? Księżniczki przecież zakochują się w pięknych książętach. <br />
-W pięknych i szlachetnych, ale nie w takich. Smokuuuuuuu! - i rozpłakała się. <br />
-Widzę, że trzeba dla ciebie znaleźć tego jednego, jedynego, szlachetnego i cudownego. Nie martw się, razem na pewno go znajdziemy. I nawet wiem, jak to zrobimy. Zostaniesz u mnie. Wszyscy książęta przybędą tu, aby cię uratować. A my będziemy patrzeć i wybierać. A jak znajdziemy tego cudownego, to mu cię oddam. <br />
-Smoku, jesteś wspaniały. - Księżniczka przestała płakać i tak mocno przytuliła się do smoka, że zobaczył wirujące czekoladki. - Wiedziałam, że coś wymyślisz. I oni wszyscy będą o mnie walczyć? Naprawdę? <br />
-Może i o ciebie, ale przeważnie to o pół królestwa -mruknął smok, ale księżniczka tego nie słyszała, bo aż piszczała z radości. <br />
-Jak myślisz, kiedy przyjadą? <br />
-Pewnie niedługo -smok właśnie kończył czekoladę i zlizywał resztki z papierka. - Najpierw będą prosić, potem straszyć. Na końcu będzie czas na wyznaczenie nagrody i wtedy przyjadą. A my będziemy wybierać i przebierać. <br />
-Znajdziemy mojego księcia, powiemy całemu światu, jaki jesteś wspaniały i wszyscy będą cię kochać - marzyła księżniczka wpatrując się w cudowną toń rzeki. - I będzie, jakbyś ty to powiedział, całkiem czekoladowo. <br />
-Acha, czekoladowo z orzechami. <br />
I tak marzyli sobie smok i księżniczka. Przewidywania smoka sprawdziły się. Przyjeżdżali, prosili, grozili. Potem podnieśli lament i wyznaczyli nagrodę -połowę królestwa i rękę księżniczki. Zaczęli przyjeżdżać książęta tak wyczekiwani przez księżniczkę. A oni wybierali i wybierali. <br />
"Miała rację. Oni są okropni" - myślał smok przegnawszy tego, który próbował podzielić się z nim połową królestwa, której jeszcze nie miał. <br />
Po miesiącu księżniczka znów się rozpłakała. "I co jej mogę powiedzieć? Że zawsze może być gorzej? O nie!" - Smok przytulił ją i zaczął opowiadać o Księciu z Bajki. Księżniczka słuchała w rozmarzeniu a on mówił i mówił. Kiedy skończył, było mu lżej. Nie wiedział, czy było to skutkiem pięknej opowieści, czy czekolady, którą właśnie kończyli jeść. Księżniczka zapytała cichutko: <br />
- Smoku, wierzysz w bajki? <br />
- Pewnie. Takie bajki to cudowna rzecz. Można sobie wymyślić wszystko, co się chce i to jest naprawdę. Czy to nie jest piękne? <br />
- Jest - powiedziała, ale nadal była smutna. <br />
Mówiła to tak beż przekonania, że smokowi zjeżył się czub na głowie. Księzniczka nie wierząca w bajki?! Coś złego zaczynało się dziać i trzeba było szybko temu zaradzić. Po raz pierwszy smok nie wiedział, co ma robić. I wtedy zjawił się On. Tylko, że wcale nie był księciem. Ale księżniczka najwidoczniej wcale tego nie zauważyła. A smok - tak. I wtedy zrozumiał, że cały jego plan jest do niczego. No może nie cały. Wybierać i przebierać faktycznie mogli, tylko, że jak już wybrali, to wyjście, które wydawało się takie proste, było nierealne. Nie mógł przecież oddać księżniczki szewczykowi! Wiedział, że jeśli pozwoli im teraz tak po prostu odejść, to do ślubu nigdy nie dojdzie. Ręka księżniczki była nagrodą za zabicie smoka i uwolnienie księżniczki. Widocznie inne uwolnienie nikomu nie przyszło do głowy. Żadna miłość nic tu nie pomoże. <br />
A księżniczka stała w oknie i rozkochanym wzrokiem patrzyła na szewczyka. Szewczyk też ją zauważył i też jakoś nie mógł oderwać wzroku. Patrzyli i patrzyli ... we trójkę. Pierwszy odezwał się szewczyk: <br />
- Uratuję cię księżniczko! - i pobiegł do miasta. <br />
- Odszedł - jęknęła księżniczka. - Dlaczego? <br />
- Wróci - powiedział smok. <br />
Podbiegła do niego i rozpłakała się. <br />
- Znowu płaczesz? Zły - płacze, dobry - też płacze; gderał smok. - Przestań już wreszcie. <br />
- To ze szczęścia - uśmiechała się pociągając noskiem. - Udało się. Naprawdę się udało. Jest taki, jakiego wymarzyliśmy. Wierzę w bajki smoku, już wierzę! <br />
Tym razem mówiła szczerze, z samego dna serduszka. Była tak szczęśliwa, że smok mógłby zapomnieć o całej czekoladzie świata. Taką ją chciał widzieć zawsze. <br />
Księżniczka słysząc jakiś ruch w pobliżu groty, znowu podbiegła do okna. <br />
- Wrócił! Chyba mogę już iść? Ale po co on przyniósł tego barana? Nie wiesz smoku? <br />
- Nie wiem. Poczekaj chwilę, pójdę z nim porozmawiać. <br />
"Trzeba będzie to zeżreć" - myślał. Żaden inny pomysł nie przychodził mu do głowy. Spojrzał na nią ostatni raz, chciał dobrze zapamiętać słodkie i naiwne księżniczki. <br />
I nie zrobił tego z łakomstwa, był przecież czekoladożerny.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Niemożliwość]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8826</link>
			<pubDate>Sun, 13 May 2012 16:49:21 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8826</guid>
			<description><![CDATA[Tak wygodnie by było ogłuchnąć<br />
Oderwać brzmienie ciągów paralelizmów<br />
Cudzych wartości codzienność<br />
Wyjmy razem do kwadratowych świateł gdy<br />
Zabrakło nam alabastru księżyca i nocnych świateł<br />
W tęsknocie<br />
Mimo iż nie jesteśmy wilkami<br />
Jak cień na granatowej powiece<br />
Jak ołowiane wiatraki<br />
Źrenicy gdy<br />
Łudzimy się ze osuwamy się w nicość<br />
Kiedy ciała niezmiennie wypływają na powierzchnię<br />
___________<br />
Wygrzebałam z notatek. Tak mniej więcej sprzed dwóch tygodni.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Tak wygodnie by było ogłuchnąć<br />
Oderwać brzmienie ciągów paralelizmów<br />
Cudzych wartości codzienność<br />
Wyjmy razem do kwadratowych świateł gdy<br />
Zabrakło nam alabastru księżyca i nocnych świateł<br />
W tęsknocie<br />
Mimo iż nie jesteśmy wilkami<br />
Jak cień na granatowej powiece<br />
Jak ołowiane wiatraki<br />
Źrenicy gdy<br />
Łudzimy się ze osuwamy się w nicość<br />
Kiedy ciała niezmiennie wypływają na powierzchnię<br />
___________<br />
Wygrzebałam z notatek. Tak mniej więcej sprzed dwóch tygodni.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>
