<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0" xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/" xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/">
	<channel>
		<title><![CDATA[Via Appia - Forum - Wszystkie działy]]></title>
		<link>http://www.via-appia.pl/</link>
		<description><![CDATA[Via Appia - Forum - http://www.via-appia.pl]]></description>
		<pubDate>Sun, 20 May 2012 23:37:30 +0000</pubDate>
		<generator>MyBB</generator>
		<item>
			<title><![CDATA[Cytryna]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8860</link>
			<pubDate>Sun, 20 May 2012 21:51:32 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8860</guid>
			<description><![CDATA[trysnęłaś po oczach<br />
z dziecięcą radością<br />
<br />
bo lodówka zbyt ziębi<br />
a w herbacie za gorąco<br />
wilgotno i cukier<br />
<br />
przecież masz uczulenie<br />
<br />
nawet nie wiesz jak bardzo<br />
przez zęby nienawidzę<br />
tych twoich kaprysów]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[trysnęłaś po oczach<br />
z dziecięcą radością<br />
<br />
bo lodówka zbyt ziębi<br />
a w herbacie za gorąco<br />
wilgotno i cukier<br />
<br />
przecież masz uczulenie<br />
<br />
nawet nie wiesz jak bardzo<br />
przez zęby nienawidzę<br />
tych twoich kaprysów]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Klucz (tak, tak, nowa wersja)]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8859</link>
			<pubDate>Sun, 20 May 2012 21:39:38 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8859</guid>
			<description><![CDATA[Zmieniłam całkowicie opowiadania, które pojawiło się na tym forum wcześniej. Pomysł pozostał, bo uważam go za dość dobry. Dziękuję, dobranoc ;p <br />
<br />
<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Dziewczyna nacisnęła na klamkę, ale drzwi były zamknięte. Zadzwoniła dzwonkiem i ze zniecierpliwieniem zaczęła tupać nogą, na której miała zwykłe, zniszczone trampki. Ceniła sobie wygodę i generalnie miała gdzieś to, jak wygląda. Uderzyła pięścią w drzwi.<br />
- Karool! – zawołała przeciągle. – Gdzie ty jesteś? Wpuść mnie!<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Kątem oka zauważyła sąsiada, gapiącego się na nią. Odwróciła głowę w jego stronę, wyszczerzyła zęby i jeszcze raz uderzyła w drzwi. Karol był taki nierozgarnięty, a ona bardzo tego nie lubiła. Zacisnęła powieki i zaczęła w duchu odliczać do trzech, kiedy drzwi się otworzyły. Zamrugała swoimi niebieskimi oczami i weszła do mieszkania, omijając stojącego w korytarzu chłopaka.<br />
- Marcelina? Co się stało? – spytał brunet i poprawił ręcznik, założony na biodra. – Brałem prysznic, nie byłem w stanie otworzyć tak szybko, przepraszam.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Dziewczyna wpadła do pokoju i pochwyciła leżący na szafce nocnej naszyjnik. Odgarnęła swoje blond włosy i zapięła go na szyi. Dopiero potem wyprostowała się i zwróciła uwagę na chłopaka, który miał trochę zdezorientowaną minę.<br />
- Zostawiłam u ciebie naszyjnik – mruknęła i uśmiechnęła się szeroko, pokazując swoje proste zęby.<br />
- Myślałem, że coś poważniejszego. – Chłopak zaśmiał się i podszedł do dziewczyny. Pocałował ją w czoło. – Nie musiałaś tak panikować, to tylko naszyjnik.<br />
- Bardzo ważny naszyjnik! – oburzyła się, marszcząc nos w zabawny sposób.<br />
- Dobra, niech ci będzie. Pokaż go. – Chłopak chwycił kamień i zaczął obracać go z zaciekawieniem. Po chwili wytrzeszczył swoje czekoladowe oczy, jakby zobaczył coś dziwnego. – Prawdziwy?<br />
- Nie wiem, chyba tak.<br />
- Zmienia kolor.<br />
- Co? Pokaż go! – Marcelina wyrwała Karolowi kamień z dłoni i zdjęła naszyjnik. Przyjrzała mu się badawczo.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Była do niego bardzo przywiązana. Dostała go od babci i od tej pory się z nim nie rozstawała. Miał nieco kulisty kształt i jakieś trzy centymetry średnicy. Koloru był kremowego, gdzieniegdzie przejawiały się jasne smugi, które przecinały go niczym wstęgi. Tak, był piękny, wyjątkowy i tylko jej.<br />
- Może mi się wydawało – mruknął niepewnie chłopak, widząc, że kamień z powrotem jest kremowy.<br />
- Dotknij – rzuciła niecierpliwie Marcelina, prawie nie mrugając.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Rzeczywiście. Kiedy chłopak dotknął kamienia, ten stał się czerwony. Dziewczyna zaczęła gwałtownie mrugać oczami, jakby próbując upewnić się, że to dzieje się naprawdę.<br />
- Nie miałam czegoś takiego nigdy wcześniej – Marcelina była wyraźnie zaskoczona. Po chwili jednak pokręciła głową i z powrotem powiesiła naszyjnik na szyi. – Poszukam czegoś o tym.<br />
- Ja też. – Chłopak miał zacięty wyraz twarzy. – Co jeśli ten kamień ma jakąś… nie wiem, moc?<br />
- Nie rób sobie jaj, okej? Dlaczego miałby mieć? – spytała, siadając na w rogu wielkiego łóżka.<br />
- Nie wiem. Ty powinnaś wiedzieć, w końcu to twój naszyjnik.<br />
- Co z tego? Wiem o nim tyle co ty. Jutro w szkole? – Dziewczyna wstała i skierowała się w stronę drzwi. Zatrzymała się jeszcze i spojrzała badawczo na chłopaka. – Nie osądzaj zbyt pochopnie i nie wyobrażaj sobie za dużo.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Trzasnęła głośno drzwiami i kiedy wyszła z bloku, zapaliła papierosa. Wiedziała, jaki był Karol. Zbyt często się emocjonował, wybuchał i porywał do działań, których potem żałował. Entuzjazm, ale i słomiany zapał. Wiedziała, że łatwo przyjdzie mu uwierzyć w jakąś straszną moc magicznego kamienia i od razu podejmie jakieś decyzje. Ona, pomimo, że na zewnątrz na taką nie wyglądała, powstrzymywała się od pochopnych wniosków, w szczególności jeśli chodziło o jakieś nienormalnie rzeczy. Wszystko dało się wyjaśnić umysłem.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo się myliła.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	***<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Kiedy weszła, usłyszała „Sonatę księżycową” Beethovena, ulubiony utwór matki. Uśmiechnęła się do siebie i tak, jak podejrzewała, po otwarciu drzwi salonu, ujrzała mamę w fotelu, z okularami na nosie, czytającą, nie wiadomo który to już raz „Dumę i uprzedzenie”. Kobieta podniosła oczy z nad książki, patrząc badawczo na córkę.<br />
- Naszyjnik był u Karola?<br />
- Nooo, jak zwykle musiałam się dobijać piętnaście minut do jego drzwi, bo znów się kąpał – powiedziała Marcelina z rozbawieniem, przewracając teatralnie oczami. Usiadła na sofie. – Mamo, czy babcia mówiła coś kiedyś o tym naszyjniku?<br />
- Nie. Wiem tyle, że dostała go od dziadka, zanim ten umarł. I powiedziała, że jest kluczem do zorzy, ale to przecież jakieś głupoty – Kobieta zachichotała i szturchnęła córkę w ramię.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Marcelina zaśmiała się sztucznie i jakoś bez przekonania. Intensywnie myślała nad tym, co powiedziała babcia. Tak, przecież doskonale pamiętała, kiedy dała jej ten łańcuszek. Było piękne, słoneczne popołudnie, a babcia pachnęła tak słodko. Jak dzieciństwo. Poziomkami, które przynosiła zawsze do łóżka Marcelinie, malwami, które rosły koło jej domu i świeżo skoszoną trawą. Powiedziała jej, że naszyjnik jest kluczem do zorzy polarnej. Niedługo potem umarła. Marcelina chyba była jeszcze zbyt mała, żeby wiedzieć, co się stało.<br />
- Tak, mamo, głupoty – mruknęła dziewczyna zamyślona. Przypatrzyła się swojej matce. Była tak bardzo do niej podobna. Obie miały takie same długie, blond włosy, jasnoniebieskie oczy i twarz w kształcie serca. – Chyba pójdę spać. Ty też powinnaś za niedługo. – Marcelina podniosła się z sofy i skierowała się w stronę korytarza. Stojąc w drzwiach, odwróciła się jeszcze i wyszeptała: - Dobranoc, mamo.<br />
- Dobranoc, śpij dobrze – powiedziała kobieta, uśmiechnęła się i wróciła do czytania książki.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Marcelina usiadła na łóżku. Zdjęła koszulkę i spodnie. Położyła się na pościeli i westchnęła głośno. Nie dopuszczała do siebie nawet myśli, że ten kamień jest czymś nadprzyrodzonym. Po prostu nie mógłby, a babcia tylko zmyśliła tę historyjkę o kluczu do zorzy, żeby pokazać wnuczce, że naszyjnik jest rzeczywiście czymś ważnym. Na pewno da się to jakoś logicznie wyjaśnić.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Podniosła się z łóżka i usiadła przy biurku. Bardzo lubiła swój pokój, pomimo, że był mały. Miał brzoskwiniowy kolor i wielkie okno, przysłonięte pomarańczowymi zasłonami. Oprócz biurka, krzesła obrotowego i łóżka, nie było w nim niczego. Na ścianach wisiały zdjęcia Marceliny z przyjaciółmi, głównie tymi z gimnazjum, i oczywiście z Karolem.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Otworzyła laptopa i z lekkim zniecierpliwieniem odpaliła przeglądarkę. Próbowała wpisywać różne kombinacje, ale żaden wynik nie dał jej satysfakcjonującego rezultatu. „Kamień zmieniający kolor”, „Mój kamień zmienia barwę” albo „Dwukolorowy kamień”, niestety, chyba żaden z internautów nie miał podobnego problemu. Zamknęła laptopa ze zrezygnowaniem i postanowiła, że jutro skonfrontuje to z Karolem.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	***<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Spóźniona, otworzyła drzwi do klasy i wyjąkała cicho „przepraszam za spóźnienie”. Nauczyciel popatrzył na nią bez zdziwienia i tylko kiwnął głową. Usiadła obok Karola, który przywitał ją z uśmiechem. Czasami fajnie było mieć chłopaka w klasie, z drugiej strony mogło to być największym przekleństwem. Spędza się wtedy ze sobą wtedy mnóstwo czasu i wychodzenie gdzieś po szkole, bywa już irytujące. Na szczęście Marcelina i Karol byli dopiero w początkowym stadium związku, w którym mogli ze sobą przebywać całymi dniami. <br />
- Cześć. Dowiedziałaś się czegoś o… – szepnął Karol i położył jej rękę na udzie. <br />
- Nie – przerwała mu i zdjęła jego dłoń. – Opanuj się. – Zastanawiała się, czy powiedzieć mu o tym, że babcia twierdziła, że kamień jest kluczem do zorzy polarnej, ale stwierdziła, że jednak nie, ponieważ Karol z pewnością uwierzyłby w te bujdy. <br />
- Nic? – spytał, marszcząc brwi. Chwycił naszyjnik w dłonie, chcąc sprawdzić czy zmieni kolor. <br />
- Zwariowałeś. Ktoś może zo… – Marcelina chciała wyrwać mu kamień z palców, lecz kiedy jej skóra zetknęła się z naszyjnikiem, poczuła bardzo dziwne uczucie. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Zamknęła oczy. Światło. Kremowe, na twarzy. Obrazy jej i Karola. Całują się. Kłócą się. Uprawiają seks. Czuła ciepło kamienia. Jakaś substancja pod jego powierzchnią poruszała się. Jęknęła. Nagle wszystko ustało. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła, że cała klasa gapi się na nią. Zaczerwieniła się. Ten jęk był żenujący. Spojrzała na Karola, jednak ten zdawał się być spokojny i zrównoważony. <br />
- Marcelina? Czy wszystko w porządku? – spytał nauczyciel, patrząc na nią ze zmarszczonymi brwiami. <br />
- Tak, panie profesorze. Przepraszam – wybąkała z zażenowaniem i spuściła głowę. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Nauczyciel kontynuował swój wywód, a ona położyła głowę na ławce i popatrzyła na Karola błyszczącymi oczami, wciąż zdziwiona tym, co się stało. On tylko kiwnął głową i wskazał głową na profesora, co znaczyło, że porozmawiają później. Marcelina przymknęła oczy i dotknęła kamienia. Był ciepły.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	***<br />
- Nie wiem, czy wchodzenie do jednej kabiny w damskiej toalecie to był dobry pomysł – zachichotała Marcelina. Zdążyła już zapomnieć o uczuciu, jakie towarzyszyło jej przy wspólnym dotknięciu kamienia. <br />
- Musimy to sprawdzić, teraz – powiedział z naciskiem Karol. – Coś się dzieje, kiedy dotykamy go razem i teraz musimy to zrobić jeszcze raz. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Zawsze był bardziej skłonny, uwierzyć w jakieś niestworzone rzeczy, niż Marcelina. To on działał, chociaż miał słomiany zapał i nie potrafił żadnego zadania doprowadzić do końca. Jednak był swego rodzaju iskrą w ich związku, był spontaniczny i zawsze potrafił zadziwić Marcelinę. Także swoimi reakcjami. <br />
- Dobra, to na trzy, cztery – rzucił Karol, patrząc badawczo na swoją dziewczynę. Zaczynało mu się to coraz bardziej podobać. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Oboje, niemalże w tej samej chwili dotknęli kamienia palcem wskazującym i kciukiem. Marcelina poczuła, jak do jej głowy z hukiem wpadają setki obrazów, myśli, uczuć, słów. W przyspieszonym tempie przemykała każda chwila z Karolem. Czuła ciepło pod swoimi palcami, kremowe światło na swojej twarzy i wir jakiejś materii w kamieniu, jednak poddała się temu, co było w jej głowie. Nagle, wspomnienia zmieniły się w płomień podsycany przez wiatr. Nagle, kamień stał się tak gorący, że musiała go puścić. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Oparła się o kabinę, próbując złapać oddech. Czuła się tak, jakby przebiegła właśnie tysiąc metrów. Spojrzała na Karola, który wyglądał podobnie do niej. Usiadła na zamkniętej muszli klozetowej i włożyła głowę między kolana. Nie chciała zemdleć, a czuła się słabo. <br />
- Czy ty też…? – spytał Karol, kiedy obojgu udało się wyrównać oddechy. <br />
- Obrazy, światło i tajemnicza materia? – rzuciła, czując, że właśnie odkrywają coś dziwnego. <br />
- Tak… I ten ogień i wiejący wiatr. Nasze wspomnienia. Co to może znaczyć? <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Zadzwonił dzwonek. <br />
- Idziemy na lekcje? – spytała niepewnie Marcelina, która osobiście nie miała ochoty na dalsze uczestniczenie w zajęciach, ale nie chciała urywać się ze szkoły bez Karola. <br />
- Pieprzyć lekcje, idziemy do mnie – rzucił i otworzył kabinę. Kilka dziewczyn stojących pod lustrem popatrzyło na niego ze zgorszeniem, on jednak nic sobie z tego nie robił. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Czuł, że uczestniczy właśnie w czymś, co nie do końca jest ludzkie. Czytał dużo książek i nigdy nie natknął się na nic podobnego. Co kryje się za tajemniczym kamieniem? Dlaczego akurat jest on w posiadaniu Marceliny? Czym on tak właściwie jest? Te i mnóstwo innych pytań krążyło w głowie Karola, niczym sępy nad umierającą ofiarą. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	*** <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Karol miał dużo szczęścia, że mieszkał sam. Jego rodzice byli za granicą, a on, odkąd poszedł do liceum, zajmował ich mieszkanie. Mógł robić, co mu się żywnie podobało, a często znaczyło to dzikie imprezy licealistów. Teraz jednak nie myślał o tym wcale. Chciał jak najszybciej rozgryźć sprawę kamienia. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Weszli do dość przestronnego korytarza i zdjęli kurtki. Zostawili w nieładzie buty na podłodze i wkroczyli szybko do salonu. Marcelina wskoczyła na kremową kanapę, jak to miała w zwyczaju. Pokój był urządzony w nowoczesnym i surowym stylu. Oprócz kanapy stał tam jeszcze szklany stół, telewizor i wieża. Sufit był czarny, a na kremowej ścianie wisiał jeden awangardowy obraz. Marcelina lubiła to miejsce, pomimo, że jego chłodności.<br />
- Co to może znaczyć? – spytał Karol, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. – Wybacz, muszę zapalić, za dużo się dzieje. <br />
- Okej – zgodziła się Marcelina, chociaż szczerze nie cierpiała, kiedy Karol palił. – Jesteś pewien, że to zdarzyło się naprawdę? <br />
- Stuprocentowo. <br />
- Skoro tak, to muszę ci powiedzieć o pewnej rzeczy, o której nie chciałam mówić wcześniej. Dostałam go od babci, zanim umarła. Powiedziała, że to klucz do zorzy polarnej. <br />
- Zorzy polarnej? <br />
- Tak. Nie wiem, co to może znaczyć. <br />
- Może ten kamień otwiera jakiś portal…<br />
- Który znajduje się przy albo w zorzy.<br />
- Świetnie! To gdzie jedziemy? Szwecja, Norwegia, czy Finlandia? <br />
- Nie żartuj sobie – zachichotała Marcelina i położyła głowę na kolanach Karola. <br />
- Ja nie żartuję – powiedział z zaciętą miną. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Dziewczyna wiedziała, że kiedy chłopak ma taki wyraz twarzy, to mówi całkiem poważnie. Martwiło ją jednak to, czym była ta wizja, którą widziała, podczas dotknięcia kamienia razem z Karolem. Ogień i wiatr. Kamień koloru kremowego i czerwonego…<br />
- WIEM! – zawołała, wstając z miejsca.<br />
- Co wiesz? – spytał Karol i zmarszczył brwi. <br />
- Kamień pokazuje jaki mamy żywioł – wyrzuciła z siebie pospiesznie. – Ja mam powietrze, ty masz ogień. Dlatego widzieliśmy ogień podsycany przez wiatr. Dlatego kamień jest kremowy, kiedy ja go dotykam i czerwony, kiedy ty! <br />
- Tak, przecież to logiczne! – Karol uderzył się wnętrzem dłoni w czoło. <br />
- Jakie mogą być inne żywioły? Ziemia i woda?<br />
- Tak, no jasne! <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Na chwilkę zapadła cisza, wywołana oszołomieniem obu stron, tym, co właśnie odkryła Marcelina. Po chwili jednak, Karol wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju.<br />
- Dobra, ale co z tego, że to wiemy? Teraz trzeba sprawdzić zorzę… – mruczał sam do siebie. – Dobra. Za niedługo są ferie, jedziemy! <br />
- Chyba żartujesz – zaoponowała Marcelina, wiedząc jednak, że chłopak mówi poważnie. <br />
- Nie, wcale nie żartuję, załatwię to jakoś – powiedział stanowczo i z naciskiem. Usiadł z powrotem na sofie i zapalił kolejnego papierosa.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Zmieniłam całkowicie opowiadania, które pojawiło się na tym forum wcześniej. Pomysł pozostał, bo uważam go za dość dobry. Dziękuję, dobranoc ;p <br />
<br />
<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Dziewczyna nacisnęła na klamkę, ale drzwi były zamknięte. Zadzwoniła dzwonkiem i ze zniecierpliwieniem zaczęła tupać nogą, na której miała zwykłe, zniszczone trampki. Ceniła sobie wygodę i generalnie miała gdzieś to, jak wygląda. Uderzyła pięścią w drzwi.<br />
- Karool! – zawołała przeciągle. – Gdzie ty jesteś? Wpuść mnie!<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Kątem oka zauważyła sąsiada, gapiącego się na nią. Odwróciła głowę w jego stronę, wyszczerzyła zęby i jeszcze raz uderzyła w drzwi. Karol był taki nierozgarnięty, a ona bardzo tego nie lubiła. Zacisnęła powieki i zaczęła w duchu odliczać do trzech, kiedy drzwi się otworzyły. Zamrugała swoimi niebieskimi oczami i weszła do mieszkania, omijając stojącego w korytarzu chłopaka.<br />
- Marcelina? Co się stało? – spytał brunet i poprawił ręcznik, założony na biodra. – Brałem prysznic, nie byłem w stanie otworzyć tak szybko, przepraszam.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Dziewczyna wpadła do pokoju i pochwyciła leżący na szafce nocnej naszyjnik. Odgarnęła swoje blond włosy i zapięła go na szyi. Dopiero potem wyprostowała się i zwróciła uwagę na chłopaka, który miał trochę zdezorientowaną minę.<br />
- Zostawiłam u ciebie naszyjnik – mruknęła i uśmiechnęła się szeroko, pokazując swoje proste zęby.<br />
- Myślałem, że coś poważniejszego. – Chłopak zaśmiał się i podszedł do dziewczyny. Pocałował ją w czoło. – Nie musiałaś tak panikować, to tylko naszyjnik.<br />
- Bardzo ważny naszyjnik! – oburzyła się, marszcząc nos w zabawny sposób.<br />
- Dobra, niech ci będzie. Pokaż go. – Chłopak chwycił kamień i zaczął obracać go z zaciekawieniem. Po chwili wytrzeszczył swoje czekoladowe oczy, jakby zobaczył coś dziwnego. – Prawdziwy?<br />
- Nie wiem, chyba tak.<br />
- Zmienia kolor.<br />
- Co? Pokaż go! – Marcelina wyrwała Karolowi kamień z dłoni i zdjęła naszyjnik. Przyjrzała mu się badawczo.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Była do niego bardzo przywiązana. Dostała go od babci i od tej pory się z nim nie rozstawała. Miał nieco kulisty kształt i jakieś trzy centymetry średnicy. Koloru był kremowego, gdzieniegdzie przejawiały się jasne smugi, które przecinały go niczym wstęgi. Tak, był piękny, wyjątkowy i tylko jej.<br />
- Może mi się wydawało – mruknął niepewnie chłopak, widząc, że kamień z powrotem jest kremowy.<br />
- Dotknij – rzuciła niecierpliwie Marcelina, prawie nie mrugając.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Rzeczywiście. Kiedy chłopak dotknął kamienia, ten stał się czerwony. Dziewczyna zaczęła gwałtownie mrugać oczami, jakby próbując upewnić się, że to dzieje się naprawdę.<br />
- Nie miałam czegoś takiego nigdy wcześniej – Marcelina była wyraźnie zaskoczona. Po chwili jednak pokręciła głową i z powrotem powiesiła naszyjnik na szyi. – Poszukam czegoś o tym.<br />
- Ja też. – Chłopak miał zacięty wyraz twarzy. – Co jeśli ten kamień ma jakąś… nie wiem, moc?<br />
- Nie rób sobie jaj, okej? Dlaczego miałby mieć? – spytała, siadając na w rogu wielkiego łóżka.<br />
- Nie wiem. Ty powinnaś wiedzieć, w końcu to twój naszyjnik.<br />
- Co z tego? Wiem o nim tyle co ty. Jutro w szkole? – Dziewczyna wstała i skierowała się w stronę drzwi. Zatrzymała się jeszcze i spojrzała badawczo na chłopaka. – Nie osądzaj zbyt pochopnie i nie wyobrażaj sobie za dużo.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Trzasnęła głośno drzwiami i kiedy wyszła z bloku, zapaliła papierosa. Wiedziała, jaki był Karol. Zbyt często się emocjonował, wybuchał i porywał do działań, których potem żałował. Entuzjazm, ale i słomiany zapał. Wiedziała, że łatwo przyjdzie mu uwierzyć w jakąś straszną moc magicznego kamienia i od razu podejmie jakieś decyzje. Ona, pomimo, że na zewnątrz na taką nie wyglądała, powstrzymywała się od pochopnych wniosków, w szczególności jeśli chodziło o jakieś nienormalnie rzeczy. Wszystko dało się wyjaśnić umysłem.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo się myliła.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	***<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Kiedy weszła, usłyszała „Sonatę księżycową” Beethovena, ulubiony utwór matki. Uśmiechnęła się do siebie i tak, jak podejrzewała, po otwarciu drzwi salonu, ujrzała mamę w fotelu, z okularami na nosie, czytającą, nie wiadomo który to już raz „Dumę i uprzedzenie”. Kobieta podniosła oczy z nad książki, patrząc badawczo na córkę.<br />
- Naszyjnik był u Karola?<br />
- Nooo, jak zwykle musiałam się dobijać piętnaście minut do jego drzwi, bo znów się kąpał – powiedziała Marcelina z rozbawieniem, przewracając teatralnie oczami. Usiadła na sofie. – Mamo, czy babcia mówiła coś kiedyś o tym naszyjniku?<br />
- Nie. Wiem tyle, że dostała go od dziadka, zanim ten umarł. I powiedziała, że jest kluczem do zorzy, ale to przecież jakieś głupoty – Kobieta zachichotała i szturchnęła córkę w ramię.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Marcelina zaśmiała się sztucznie i jakoś bez przekonania. Intensywnie myślała nad tym, co powiedziała babcia. Tak, przecież doskonale pamiętała, kiedy dała jej ten łańcuszek. Było piękne, słoneczne popołudnie, a babcia pachnęła tak słodko. Jak dzieciństwo. Poziomkami, które przynosiła zawsze do łóżka Marcelinie, malwami, które rosły koło jej domu i świeżo skoszoną trawą. Powiedziała jej, że naszyjnik jest kluczem do zorzy polarnej. Niedługo potem umarła. Marcelina chyba była jeszcze zbyt mała, żeby wiedzieć, co się stało.<br />
- Tak, mamo, głupoty – mruknęła dziewczyna zamyślona. Przypatrzyła się swojej matce. Była tak bardzo do niej podobna. Obie miały takie same długie, blond włosy, jasnoniebieskie oczy i twarz w kształcie serca. – Chyba pójdę spać. Ty też powinnaś za niedługo. – Marcelina podniosła się z sofy i skierowała się w stronę korytarza. Stojąc w drzwiach, odwróciła się jeszcze i wyszeptała: - Dobranoc, mamo.<br />
- Dobranoc, śpij dobrze – powiedziała kobieta, uśmiechnęła się i wróciła do czytania książki.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Marcelina usiadła na łóżku. Zdjęła koszulkę i spodnie. Położyła się na pościeli i westchnęła głośno. Nie dopuszczała do siebie nawet myśli, że ten kamień jest czymś nadprzyrodzonym. Po prostu nie mógłby, a babcia tylko zmyśliła tę historyjkę o kluczu do zorzy, żeby pokazać wnuczce, że naszyjnik jest rzeczywiście czymś ważnym. Na pewno da się to jakoś logicznie wyjaśnić.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Podniosła się z łóżka i usiadła przy biurku. Bardzo lubiła swój pokój, pomimo, że był mały. Miał brzoskwiniowy kolor i wielkie okno, przysłonięte pomarańczowymi zasłonami. Oprócz biurka, krzesła obrotowego i łóżka, nie było w nim niczego. Na ścianach wisiały zdjęcia Marceliny z przyjaciółmi, głównie tymi z gimnazjum, i oczywiście z Karolem.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Otworzyła laptopa i z lekkim zniecierpliwieniem odpaliła przeglądarkę. Próbowała wpisywać różne kombinacje, ale żaden wynik nie dał jej satysfakcjonującego rezultatu. „Kamień zmieniający kolor”, „Mój kamień zmienia barwę” albo „Dwukolorowy kamień”, niestety, chyba żaden z internautów nie miał podobnego problemu. Zamknęła laptopa ze zrezygnowaniem i postanowiła, że jutro skonfrontuje to z Karolem.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	***<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Spóźniona, otworzyła drzwi do klasy i wyjąkała cicho „przepraszam za spóźnienie”. Nauczyciel popatrzył na nią bez zdziwienia i tylko kiwnął głową. Usiadła obok Karola, który przywitał ją z uśmiechem. Czasami fajnie było mieć chłopaka w klasie, z drugiej strony mogło to być największym przekleństwem. Spędza się wtedy ze sobą wtedy mnóstwo czasu i wychodzenie gdzieś po szkole, bywa już irytujące. Na szczęście Marcelina i Karol byli dopiero w początkowym stadium związku, w którym mogli ze sobą przebywać całymi dniami. <br />
- Cześć. Dowiedziałaś się czegoś o… – szepnął Karol i położył jej rękę na udzie. <br />
- Nie – przerwała mu i zdjęła jego dłoń. – Opanuj się. – Zastanawiała się, czy powiedzieć mu o tym, że babcia twierdziła, że kamień jest kluczem do zorzy polarnej, ale stwierdziła, że jednak nie, ponieważ Karol z pewnością uwierzyłby w te bujdy. <br />
- Nic? – spytał, marszcząc brwi. Chwycił naszyjnik w dłonie, chcąc sprawdzić czy zmieni kolor. <br />
- Zwariowałeś. Ktoś może zo… – Marcelina chciała wyrwać mu kamień z palców, lecz kiedy jej skóra zetknęła się z naszyjnikiem, poczuła bardzo dziwne uczucie. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Zamknęła oczy. Światło. Kremowe, na twarzy. Obrazy jej i Karola. Całują się. Kłócą się. Uprawiają seks. Czuła ciepło kamienia. Jakaś substancja pod jego powierzchnią poruszała się. Jęknęła. Nagle wszystko ustało. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła, że cała klasa gapi się na nią. Zaczerwieniła się. Ten jęk był żenujący. Spojrzała na Karola, jednak ten zdawał się być spokojny i zrównoważony. <br />
- Marcelina? Czy wszystko w porządku? – spytał nauczyciel, patrząc na nią ze zmarszczonymi brwiami. <br />
- Tak, panie profesorze. Przepraszam – wybąkała z zażenowaniem i spuściła głowę. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Nauczyciel kontynuował swój wywód, a ona położyła głowę na ławce i popatrzyła na Karola błyszczącymi oczami, wciąż zdziwiona tym, co się stało. On tylko kiwnął głową i wskazał głową na profesora, co znaczyło, że porozmawiają później. Marcelina przymknęła oczy i dotknęła kamienia. Był ciepły.<br />
<span style="margin-left:30px"></span>	***<br />
- Nie wiem, czy wchodzenie do jednej kabiny w damskiej toalecie to był dobry pomysł – zachichotała Marcelina. Zdążyła już zapomnieć o uczuciu, jakie towarzyszyło jej przy wspólnym dotknięciu kamienia. <br />
- Musimy to sprawdzić, teraz – powiedział z naciskiem Karol. – Coś się dzieje, kiedy dotykamy go razem i teraz musimy to zrobić jeszcze raz. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Zawsze był bardziej skłonny, uwierzyć w jakieś niestworzone rzeczy, niż Marcelina. To on działał, chociaż miał słomiany zapał i nie potrafił żadnego zadania doprowadzić do końca. Jednak był swego rodzaju iskrą w ich związku, był spontaniczny i zawsze potrafił zadziwić Marcelinę. Także swoimi reakcjami. <br />
- Dobra, to na trzy, cztery – rzucił Karol, patrząc badawczo na swoją dziewczynę. Zaczynało mu się to coraz bardziej podobać. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Oboje, niemalże w tej samej chwili dotknęli kamienia palcem wskazującym i kciukiem. Marcelina poczuła, jak do jej głowy z hukiem wpadają setki obrazów, myśli, uczuć, słów. W przyspieszonym tempie przemykała każda chwila z Karolem. Czuła ciepło pod swoimi palcami, kremowe światło na swojej twarzy i wir jakiejś materii w kamieniu, jednak poddała się temu, co było w jej głowie. Nagle, wspomnienia zmieniły się w płomień podsycany przez wiatr. Nagle, kamień stał się tak gorący, że musiała go puścić. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Oparła się o kabinę, próbując złapać oddech. Czuła się tak, jakby przebiegła właśnie tysiąc metrów. Spojrzała na Karola, który wyglądał podobnie do niej. Usiadła na zamkniętej muszli klozetowej i włożyła głowę między kolana. Nie chciała zemdleć, a czuła się słabo. <br />
- Czy ty też…? – spytał Karol, kiedy obojgu udało się wyrównać oddechy. <br />
- Obrazy, światło i tajemnicza materia? – rzuciła, czując, że właśnie odkrywają coś dziwnego. <br />
- Tak… I ten ogień i wiejący wiatr. Nasze wspomnienia. Co to może znaczyć? <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Zadzwonił dzwonek. <br />
- Idziemy na lekcje? – spytała niepewnie Marcelina, która osobiście nie miała ochoty na dalsze uczestniczenie w zajęciach, ale nie chciała urywać się ze szkoły bez Karola. <br />
- Pieprzyć lekcje, idziemy do mnie – rzucił i otworzył kabinę. Kilka dziewczyn stojących pod lustrem popatrzyło na niego ze zgorszeniem, on jednak nic sobie z tego nie robił. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Czuł, że uczestniczy właśnie w czymś, co nie do końca jest ludzkie. Czytał dużo książek i nigdy nie natknął się na nic podobnego. Co kryje się za tajemniczym kamieniem? Dlaczego akurat jest on w posiadaniu Marceliny? Czym on tak właściwie jest? Te i mnóstwo innych pytań krążyło w głowie Karola, niczym sępy nad umierającą ofiarą. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	*** <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Karol miał dużo szczęścia, że mieszkał sam. Jego rodzice byli za granicą, a on, odkąd poszedł do liceum, zajmował ich mieszkanie. Mógł robić, co mu się żywnie podobało, a często znaczyło to dzikie imprezy licealistów. Teraz jednak nie myślał o tym wcale. Chciał jak najszybciej rozgryźć sprawę kamienia. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Weszli do dość przestronnego korytarza i zdjęli kurtki. Zostawili w nieładzie buty na podłodze i wkroczyli szybko do salonu. Marcelina wskoczyła na kremową kanapę, jak to miała w zwyczaju. Pokój był urządzony w nowoczesnym i surowym stylu. Oprócz kanapy stał tam jeszcze szklany stół, telewizor i wieża. Sufit był czarny, a na kremowej ścianie wisiał jeden awangardowy obraz. Marcelina lubiła to miejsce, pomimo, że jego chłodności.<br />
- Co to może znaczyć? – spytał Karol, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. – Wybacz, muszę zapalić, za dużo się dzieje. <br />
- Okej – zgodziła się Marcelina, chociaż szczerze nie cierpiała, kiedy Karol palił. – Jesteś pewien, że to zdarzyło się naprawdę? <br />
- Stuprocentowo. <br />
- Skoro tak, to muszę ci powiedzieć o pewnej rzeczy, o której nie chciałam mówić wcześniej. Dostałam go od babci, zanim umarła. Powiedziała, że to klucz do zorzy polarnej. <br />
- Zorzy polarnej? <br />
- Tak. Nie wiem, co to może znaczyć. <br />
- Może ten kamień otwiera jakiś portal…<br />
- Który znajduje się przy albo w zorzy.<br />
- Świetnie! To gdzie jedziemy? Szwecja, Norwegia, czy Finlandia? <br />
- Nie żartuj sobie – zachichotała Marcelina i położyła głowę na kolanach Karola. <br />
- Ja nie żartuję – powiedział z zaciętą miną. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Dziewczyna wiedziała, że kiedy chłopak ma taki wyraz twarzy, to mówi całkiem poważnie. Martwiło ją jednak to, czym była ta wizja, którą widziała, podczas dotknięcia kamienia razem z Karolem. Ogień i wiatr. Kamień koloru kremowego i czerwonego…<br />
- WIEM! – zawołała, wstając z miejsca.<br />
- Co wiesz? – spytał Karol i zmarszczył brwi. <br />
- Kamień pokazuje jaki mamy żywioł – wyrzuciła z siebie pospiesznie. – Ja mam powietrze, ty masz ogień. Dlatego widzieliśmy ogień podsycany przez wiatr. Dlatego kamień jest kremowy, kiedy ja go dotykam i czerwony, kiedy ty! <br />
- Tak, przecież to logiczne! – Karol uderzył się wnętrzem dłoni w czoło. <br />
- Jakie mogą być inne żywioły? Ziemia i woda?<br />
- Tak, no jasne! <br />
<span style="margin-left:30px"></span>	Na chwilkę zapadła cisza, wywołana oszołomieniem obu stron, tym, co właśnie odkryła Marcelina. Po chwili jednak, Karol wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem po pokoju.<br />
- Dobra, ale co z tego, że to wiemy? Teraz trzeba sprawdzić zorzę… – mruczał sam do siebie. – Dobra. Za niedługo są ferie, jedziemy! <br />
- Chyba żartujesz – zaoponowała Marcelina, wiedząc jednak, że chłopak mówi poważnie. <br />
- Nie, wcale nie żartuję, załatwię to jakoś – powiedział stanowczo i z naciskiem. Usiadł z powrotem na sofie i zapalił kolejnego papierosa.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Zajrzałem dziś w nieoprawione oko opatrzności]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8858</link>
			<pubDate>Sun, 20 May 2012 20:23:13 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8858</guid>
			<description><![CDATA[I tak - znów zostałem sam. <br />
Świat kocha się w zgiełku.<br />
W rozpisie tekstowym na twarzy.<br />
W rozkapryszeniu kobiet,<br />
może nawet dam…?<br />
W kolorowym szkiełku. <br />
Ledwo odprysku ze śwętnego witraża, <br />
gdzie wszystkiego i nitschego<br />
tak wiele, że aż się nie chce <br />
- marzyć leniwym popołudniem <br />
w powszednią niedzielę.<br />
Aniele mój, prowadź mnie <br />
ze świętej pamięci Jackiem, <br />
a ten z nierozłącznym Tobiaszem,<br />
na łąki kwietne i nieskoszone<br />
ludzką ręką, ani nawet czasem.<br />
I zawsze szmaragdowo zielone,<br />
jak kocie wyczekujące oczy<br />
- mroczniejące tylko na chwilę<br />
u schyłku pogodnego dnia<br />
znużoną źrenicą - Thanatos. <br />
<br />
20052012]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[I tak - znów zostałem sam. <br />
Świat kocha się w zgiełku.<br />
W rozpisie tekstowym na twarzy.<br />
W rozkapryszeniu kobiet,<br />
może nawet dam…?<br />
W kolorowym szkiełku. <br />
Ledwo odprysku ze śwętnego witraża, <br />
gdzie wszystkiego i nitschego<br />
tak wiele, że aż się nie chce <br />
- marzyć leniwym popołudniem <br />
w powszednią niedzielę.<br />
Aniele mój, prowadź mnie <br />
ze świętej pamięci Jackiem, <br />
a ten z nierozłącznym Tobiaszem,<br />
na łąki kwietne i nieskoszone<br />
ludzką ręką, ani nawet czasem.<br />
I zawsze szmaragdowo zielone,<br />
jak kocie wyczekujące oczy<br />
- mroczniejące tylko na chwilę<br />
u schyłku pogodnego dnia<br />
znużoną źrenicą - Thanatos. <br />
<br />
20052012]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Bo cierpieć trzeba...]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8857</link>
			<pubDate>Sun, 20 May 2012 17:10:49 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8857</guid>
			<description><![CDATA[No właśnie. Cierpieć trzeba. Bo jak się nie cierpi, to wena zdycha, muzy odchodzą, a proza ani poezja za cholerę pisać się nie chce. <br />
<br />
Ja wiem - wielu poetów czy pisarzy przytaczało niejednokrotnie to głębokie stwierdzenie, w tej czy innej formie. Dopiero teraz, gdy stwierdziłem jego działanie metodą, że tak powiem, organoleptyczną, przyznaję im rację.<br />
<br />
Otóż, proszę państwa, przestałem cierpieć. Tylko się cieszyć, prawda? Koniec festiwalu złamanych serc, koniec tańczenia pod oknem i śpiewania serenad dla tej jedynej, koniec wymyślania wymyślnych sposobów na zdobycie jej. Znalazła sobie innego, mnie nie chce, życzę szczęścia. Krzyżyk na drogę, nieważne. Ważne, że wraz z owym platonicznym cierpieniem odeszła wena. Ni ma. Ni cholery. ani jednego wiersza, prozy nijakiej. Nic. Sporadyczna krytyka, parę niezłych wypracowań.<br />
<br />
Doświadczenie to jednakowoż zasmuciło mnie, jak i pobudziło moją ciekawość. A nuż nie jestem sam? Może ktoś oprócz mnie zauważył ten fenomen? Macie może jakiś sposób na poradzenie sobie z tą kwestią?<br />
<br />
A może też jestem jedyny, niepoprawny romantyk, relikt przeszłości?<br />
<br />
Podzielcie się, proszę, waszymi doświadczeniami w tej dziedzinie. Będę wielce zobowiązany.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[No właśnie. Cierpieć trzeba. Bo jak się nie cierpi, to wena zdycha, muzy odchodzą, a proza ani poezja za cholerę pisać się nie chce. <br />
<br />
Ja wiem - wielu poetów czy pisarzy przytaczało niejednokrotnie to głębokie stwierdzenie, w tej czy innej formie. Dopiero teraz, gdy stwierdziłem jego działanie metodą, że tak powiem, organoleptyczną, przyznaję im rację.<br />
<br />
Otóż, proszę państwa, przestałem cierpieć. Tylko się cieszyć, prawda? Koniec festiwalu złamanych serc, koniec tańczenia pod oknem i śpiewania serenad dla tej jedynej, koniec wymyślania wymyślnych sposobów na zdobycie jej. Znalazła sobie innego, mnie nie chce, życzę szczęścia. Krzyżyk na drogę, nieważne. Ważne, że wraz z owym platonicznym cierpieniem odeszła wena. Ni ma. Ni cholery. ani jednego wiersza, prozy nijakiej. Nic. Sporadyczna krytyka, parę niezłych wypracowań.<br />
<br />
Doświadczenie to jednakowoż zasmuciło mnie, jak i pobudziło moją ciekawość. A nuż nie jestem sam? Może ktoś oprócz mnie zauważył ten fenomen? Macie może jakiś sposób na poradzenie sobie z tą kwestią?<br />
<br />
A może też jestem jedyny, niepoprawny romantyk, relikt przeszłości?<br />
<br />
Podzielcie się, proszę, waszymi doświadczeniami w tej dziedzinie. Będę wielce zobowiązany.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Szczęście w nieszczęściu]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8856</link>
			<pubDate>Sun, 20 May 2012 17:02:15 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8856</guid>
			<description><![CDATA[Przekopując się przez jakieś stare notatki na dysku natknąłem się na taką miniaturkę, napisaną dawno, dawno temu, bodaj na jakiś konkurs...<br />
<br />
Ze szczerym żalem muszę przyznać, że jest lepsza, niż większość rzeczy które teraz piszę.<br />
<br />
Ponieważ za cholerę nie pamiętam, gdzie i kiedy to wysyłałem, więc może się okazać, że ma to coś wspólnego z tym forum... Jeśli tak, to z góry przepraszam <img src="images/smilies/biggrin.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Big Grin" title="Big Grin" /><br />
<br />
***<br />
<br />
<br />
	Ach, imprezy w Mieście Grzechu... Nikt cię nie kontroluje, nikt nie patrzy na ręce. Możesz robić wszystko to, co chcesz. Nikt cię nie zatrzyma. Ani słowa co jest dobre, co jest złe, co zdrowe, a co zdrowiu szkodzi. Możesz się narąbać, wypieprzyć wszystkie laski na imprezie bez zabezpieczeń a potem jeszcze obrzygać bar, a zapłacisz i tak tylko za to, co wypiłeś. Ma to niestety również swoje wady takie, jak wizyta w szpitalu na wyciąganie kawałków szkła z tyłka czy kurowanie połamanych żeber. Ten dzień był jednak gorszy.<br />
<br />
	Zaczęło się jakiś tydzień wcześniej. Poszedłem na imprezę. Było jak zwykle: gruby melanż, tańce nago na stole, jakaś dziewczyna... Potem czarna plama. Taka jakaś dziura w pamięci, która czasem się pojawia, gdy człowiek za dużo wypije. Koniec końców obudziłem się nagi na ulicy. Bolało mnie dosłownie wszystko: fiut, tyłek, oczy, łeb rozsadzał mi kac gigant, a jakby tego było mało dochodził jeszcze ból pogruchotanych na kawałki żeber. Zakaszlałem, na dłoni, którą zasłaniałem usta pojawiła się krew. Świetnie. Gdy spuszczali mi wpierdol jedno z żeber przebiło płuco. Szykowała się kolejna dwumiesięczna wizyta w szpitalu. Przypomniałem sobie jeszcze jedno: ta dziewczyna była tego warta.<br />
	Dotarcie do Szpitala imienia Świętej Matki dwie ulice dalej zajęło mi dwie godziny. Po drodze jakiś menel wyzwał mnie od skończonego pedała, ktoś nazwał mnie pierdolonym ekshibicjonistą... Ot, dzień jak co dzień. Gdy wchodziłem do szpitala przywitała mnie ta sama pielęgniarka co zawsze. Spojrzała na mnie z litością.<br />
-Biedaku... To już twoja piąta wizyta w tym roku. Chodź, zaprowadzę cię na salę.<br />
Wzięła mnie pod ramię i wprowadziła do sali numer trzynaście. Jak zwykle. Wymruczałem jakieś podziękowanie i zapadłem w głęboki sen.<br />
	Nie wiem, jak długo spałem w każdym razie zdążyli mnie przebrać, zapakować w gips i podpiąć pod kroplówkę. Obok łóżka siedziała moja siostra. Jak zwykle.<br />
-A ty znowu dałeś się pobić na imprezie... Ile razy ci mówiłam, że w końcu się doigrasz?<br />
Jej głos ociekał siostrzaną miłością. Jak zwykle.<br />
-Niezliczenie, siostrzyczko.<br />
-Dobrze, że ci nerki nie wycięli. Wiesz, matka dostałaby zawału...<br />
Znowu zapadłem w sen.<br />
	Obudziłem się ponownie kilka godzin później. Obok łóżka stał ten sam lekarz, co zawsze prowadził moje leczenie. Tym razem jednak nie było jak zwykle. Wyglądał na naprawdę zatroskanego.<br />
-Niestety...<br />
Zaczął. W jego głosie brzmiał autentyczny żal.<br />
-Mam dla pana bardzo złą wiadomość.<br />
-Słucham<br />
Miałem dość tej jego tajemniczej troskliwości.<br />
-Właśnie wróciły pańskie badania krwi... Jest pan zarażony wirusem HIV.<br />
-Że co, kurwa?!<br />
No to tego było już za wiele. Nie dość, że połamane żebra, nie dość, że kac jak dawno nie było to jeszcze to? Wzięła mnie kurwica. Zacząłem kląć na wszystko: Na lekarzy, że są bandą idiotów, na leki, bo nic nie leczą, na łóżko które było za twarde, na kaca, co męczył mnie od rana, na żebra, napierdalające mnie jak cholera, na kobiety, zwłaszcza tą zakłamaną kurwę, co mnie zaraziła, na zbyt drogie dziwki, na moją siostrę, za nadopiekuńczość i na świat w ogólności za całokształt. I tak moja kochana mamusia została „starą kurwą bez pieniędzy”, mój świętej pamięci tatuś „zapijaczonym skurwysynem”, a moja kochająca siostrzyczka „nadopiekuńczą dziwką”. W końcu czterech facetów mnie przytrzymało, a lekarz wtłoczył mi do żył coś uspokajającego.<br />
-To niestety nie koniec, proszę pana. Zbadaliśmy zdjęcia rentgenowskie. Ma pan raka mózgu. Umrze pan za dwa miesiące.<br />
Zajebiście...<br />
Przynajmniej mnie AIDS nie dorwie...<br />
Zaiste, kurwa, szczęście w nieszczęściu.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Przekopując się przez jakieś stare notatki na dysku natknąłem się na taką miniaturkę, napisaną dawno, dawno temu, bodaj na jakiś konkurs...<br />
<br />
Ze szczerym żalem muszę przyznać, że jest lepsza, niż większość rzeczy które teraz piszę.<br />
<br />
Ponieważ za cholerę nie pamiętam, gdzie i kiedy to wysyłałem, więc może się okazać, że ma to coś wspólnego z tym forum... Jeśli tak, to z góry przepraszam <img src="images/smilies/biggrin.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Big Grin" title="Big Grin" /><br />
<br />
***<br />
<br />
<br />
	Ach, imprezy w Mieście Grzechu... Nikt cię nie kontroluje, nikt nie patrzy na ręce. Możesz robić wszystko to, co chcesz. Nikt cię nie zatrzyma. Ani słowa co jest dobre, co jest złe, co zdrowe, a co zdrowiu szkodzi. Możesz się narąbać, wypieprzyć wszystkie laski na imprezie bez zabezpieczeń a potem jeszcze obrzygać bar, a zapłacisz i tak tylko za to, co wypiłeś. Ma to niestety również swoje wady takie, jak wizyta w szpitalu na wyciąganie kawałków szkła z tyłka czy kurowanie połamanych żeber. Ten dzień był jednak gorszy.<br />
<br />
	Zaczęło się jakiś tydzień wcześniej. Poszedłem na imprezę. Było jak zwykle: gruby melanż, tańce nago na stole, jakaś dziewczyna... Potem czarna plama. Taka jakaś dziura w pamięci, która czasem się pojawia, gdy człowiek za dużo wypije. Koniec końców obudziłem się nagi na ulicy. Bolało mnie dosłownie wszystko: fiut, tyłek, oczy, łeb rozsadzał mi kac gigant, a jakby tego było mało dochodził jeszcze ból pogruchotanych na kawałki żeber. Zakaszlałem, na dłoni, którą zasłaniałem usta pojawiła się krew. Świetnie. Gdy spuszczali mi wpierdol jedno z żeber przebiło płuco. Szykowała się kolejna dwumiesięczna wizyta w szpitalu. Przypomniałem sobie jeszcze jedno: ta dziewczyna była tego warta.<br />
	Dotarcie do Szpitala imienia Świętej Matki dwie ulice dalej zajęło mi dwie godziny. Po drodze jakiś menel wyzwał mnie od skończonego pedała, ktoś nazwał mnie pierdolonym ekshibicjonistą... Ot, dzień jak co dzień. Gdy wchodziłem do szpitala przywitała mnie ta sama pielęgniarka co zawsze. Spojrzała na mnie z litością.<br />
-Biedaku... To już twoja piąta wizyta w tym roku. Chodź, zaprowadzę cię na salę.<br />
Wzięła mnie pod ramię i wprowadziła do sali numer trzynaście. Jak zwykle. Wymruczałem jakieś podziękowanie i zapadłem w głęboki sen.<br />
	Nie wiem, jak długo spałem w każdym razie zdążyli mnie przebrać, zapakować w gips i podpiąć pod kroplówkę. Obok łóżka siedziała moja siostra. Jak zwykle.<br />
-A ty znowu dałeś się pobić na imprezie... Ile razy ci mówiłam, że w końcu się doigrasz?<br />
Jej głos ociekał siostrzaną miłością. Jak zwykle.<br />
-Niezliczenie, siostrzyczko.<br />
-Dobrze, że ci nerki nie wycięli. Wiesz, matka dostałaby zawału...<br />
Znowu zapadłem w sen.<br />
	Obudziłem się ponownie kilka godzin później. Obok łóżka stał ten sam lekarz, co zawsze prowadził moje leczenie. Tym razem jednak nie było jak zwykle. Wyglądał na naprawdę zatroskanego.<br />
-Niestety...<br />
Zaczął. W jego głosie brzmiał autentyczny żal.<br />
-Mam dla pana bardzo złą wiadomość.<br />
-Słucham<br />
Miałem dość tej jego tajemniczej troskliwości.<br />
-Właśnie wróciły pańskie badania krwi... Jest pan zarażony wirusem HIV.<br />
-Że co, kurwa?!<br />
No to tego było już za wiele. Nie dość, że połamane żebra, nie dość, że kac jak dawno nie było to jeszcze to? Wzięła mnie kurwica. Zacząłem kląć na wszystko: Na lekarzy, że są bandą idiotów, na leki, bo nic nie leczą, na łóżko które było za twarde, na kaca, co męczył mnie od rana, na żebra, napierdalające mnie jak cholera, na kobiety, zwłaszcza tą zakłamaną kurwę, co mnie zaraziła, na zbyt drogie dziwki, na moją siostrę, za nadopiekuńczość i na świat w ogólności za całokształt. I tak moja kochana mamusia została „starą kurwą bez pieniędzy”, mój świętej pamięci tatuś „zapijaczonym skurwysynem”, a moja kochająca siostrzyczka „nadopiekuńczą dziwką”. W końcu czterech facetów mnie przytrzymało, a lekarz wtłoczył mi do żył coś uspokajającego.<br />
-To niestety nie koniec, proszę pana. Zbadaliśmy zdjęcia rentgenowskie. Ma pan raka mózgu. Umrze pan za dwa miesiące.<br />
Zajebiście...<br />
Przynajmniej mnie AIDS nie dorwie...<br />
Zaiste, kurwa, szczęście w nieszczęściu.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[wbrew pozorom ]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8855</link>
			<pubDate>Sun, 20 May 2012 15:52:59 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8855</guid>
			<description><![CDATA[nie jestem panem sromu<br />
i marzę<br />
<br />
by listonosz nie dzwonił<br />
lecz zawsze pukał przynajmniej dwa razy z rzędu<br />
rozbieram konia żeby na oklep przez błonia <br />
popędzić z wiarą że pan balcer zaprosi do brazylii<br />
albo upojny tydzień spędzisz <span style="font-style: italic;">na pewnych nogach<br />
i szeroko w kroku</span> aż swędzi <span style="font-style: italic;">z panem biegankiem<br />
w abisynii upodobanie do surowego mięsa jest rzeczą<br />
zupełnie naturalną</span> jak polski hydraulik z kluczem<br />
francuskim i szwed z lindshammar któremu seks<br />
wymknął się spod kontroli celnej dłoni zawdzięczasz<br />
poklask w tajemnych miejscach choć nie jesteś modelką<br />
<br />
ani panią jeziora<br />
królewno<br />
<br />
bądź ze mną  <br />
<br />
<br />
<br />
<br />
<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;">Italikami: Maria Konopnicka &amp; Marian Brandys</span>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[nie jestem panem sromu<br />
i marzę<br />
<br />
by listonosz nie dzwonił<br />
lecz zawsze pukał przynajmniej dwa razy z rzędu<br />
rozbieram konia żeby na oklep przez błonia <br />
popędzić z wiarą że pan balcer zaprosi do brazylii<br />
albo upojny tydzień spędzisz <span style="font-style: italic;">na pewnych nogach<br />
i szeroko w kroku</span> aż swędzi <span style="font-style: italic;">z panem biegankiem<br />
w abisynii upodobanie do surowego mięsa jest rzeczą<br />
zupełnie naturalną</span> jak polski hydraulik z kluczem<br />
francuskim i szwed z lindshammar któremu seks<br />
wymknął się spod kontroli celnej dłoni zawdzięczasz<br />
poklask w tajemnych miejscach choć nie jesteś modelką<br />
<br />
ani panią jeziora<br />
królewno<br />
<br />
bądź ze mną  <br />
<br />
<br />
<br />
<br />
<br />
<br />
<span style="text-decoration: underline;">Italikami: Maria Konopnicka &amp; Marian Brandys</span>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[pogoda]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8854</link>
			<pubDate>Sun, 20 May 2012 07:20:07 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8854</guid>
			<description><![CDATA[a moje drzewo to <br />
klon czerwony<br />
przeplatany złotem  <br />
poszarpany<br />
wiatrem jesieni<br />
<br />
a moja klatka to<br />
m pięć niedogrzane<br />
bez balkonu<br />
i ciemną kuchnią<br />
świeca pali wosk<br />
<br />
a moje życie to<br />
zasrane codziennością<br />
portretami polityków<br />
bełkotu urzędników<br />
i kartką na drzwiach<br />
<br />
tylko dla bogaczy]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[a moje drzewo to <br />
klon czerwony<br />
przeplatany złotem  <br />
poszarpany<br />
wiatrem jesieni<br />
<br />
a moja klatka to<br />
m pięć niedogrzane<br />
bez balkonu<br />
i ciemną kuchnią<br />
świeca pali wosk<br />
<br />
a moje życie to<br />
zasrane codziennością<br />
portretami polityków<br />
bełkotu urzędników<br />
i kartką na drzwiach<br />
<br />
tylko dla bogaczy]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Dróżka krzyżowa]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8853</link>
			<pubDate>Sat, 19 May 2012 20:46:54 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8853</guid>
			<description><![CDATA[pan człowiek dźwiga<br />
siebie na swe ramiona<br />
<br />
pan człowiek idzie<br />
i idzie<br />
<br />
pan człowiek upada<br />
po raz pierwszy<br />
<br />
nikt nie roni<br />
choćby taniej łzy<br />
ze strachu o wodomierz<br />
<br />
pan człowiek upada<br />
po raz drugi i trzeci<br />
i czwarty i dziesiąty<br />
<br />
kiedy dociera w końcu<br />
pod górę<br />
czeka cierpliwie w kolejce<br />
<br />
dobry wieczór -<br />
zabrakło gwoździ<br />
<br />
pan człowiek tylko<br />
złożony do grobu]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[pan człowiek dźwiga<br />
siebie na swe ramiona<br />
<br />
pan człowiek idzie<br />
i idzie<br />
<br />
pan człowiek upada<br />
po raz pierwszy<br />
<br />
nikt nie roni<br />
choćby taniej łzy<br />
ze strachu o wodomierz<br />
<br />
pan człowiek upada<br />
po raz drugi i trzeci<br />
i czwarty i dziesiąty<br />
<br />
kiedy dociera w końcu<br />
pod górę<br />
czeka cierpliwie w kolejce<br />
<br />
dobry wieczór -<br />
zabrakło gwoździ<br />
<br />
pan człowiek tylko<br />
złożony do grobu]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[pożegnanie]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8852</link>
			<pubDate>Sat, 19 May 2012 16:00:05 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8852</guid>
			<description><![CDATA[<span style="font-style: italic;">" ..dla ukochanej córeczki, która odchodzi aniołem - przyjaciołom"<br />
</span><br />
<br />
<br />
pożegnaj się <br />
przeżegnaj<br />
złóż dłonie do modlitwy<br />
niesiemy  Boże Ciało<br />
w kwiatach białych na sukni białej<br />
w dłoni białej<br />
twarz biała<br />
i włosy tylko złote<br />
witrażami malowane<br />
kiedy płyną cienie nawą<br />
chór śpiewa Maryję<br />
katafalk tonie w płaczu<br />
za tobą córeczko Kochana<br />
jedyne moje nadzieja <br />
i pęka z wielką boleścią serce<br />
rodziców marzenie<br />
i po co ta modlitwa<br />
dana nam jako dodatek<br />
do trumienki białej<br />
a winy to czyje były<br />
że tak młodo zabierasz<br />
to co życia spragnione zaczyna<br />
<br />
łzy skleiły powieki<br />
płacz ogłuszył <br />
ból zabił miłość<br />
to wszystko]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="font-style: italic;">" ..dla ukochanej córeczki, która odchodzi aniołem - przyjaciołom"<br />
</span><br />
<br />
<br />
pożegnaj się <br />
przeżegnaj<br />
złóż dłonie do modlitwy<br />
niesiemy  Boże Ciało<br />
w kwiatach białych na sukni białej<br />
w dłoni białej<br />
twarz biała<br />
i włosy tylko złote<br />
witrażami malowane<br />
kiedy płyną cienie nawą<br />
chór śpiewa Maryję<br />
katafalk tonie w płaczu<br />
za tobą córeczko Kochana<br />
jedyne moje nadzieja <br />
i pęka z wielką boleścią serce<br />
rodziców marzenie<br />
i po co ta modlitwa<br />
dana nam jako dodatek<br />
do trumienki białej<br />
a winy to czyje były<br />
że tak młodo zabierasz<br />
to co życia spragnione zaczyna<br />
<br />
łzy skleiły powieki<br />
płacz ogłuszył <br />
ból zabił miłość<br />
to wszystko]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Teatr portali literackich]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8851</link>
			<pubDate>Sat, 19 May 2012 09:28:50 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8851</guid>
			<description><![CDATA[przymknij na moment oczy<br />
tu słowa są główną atrakcją<br />
autorzy za kulisami już mają dreszcze<br />
scena jest mała a między wierszami ciągle<br />
szurają wspomnienia w kapciach<br />
teraz akurat kolej na kłębek nieszczęść<br />
<br />
zablokowane uczucia<br />
rozkładają swobodnie swoje wnętrza<br />
owrzodzone żołądki jelita<br />
i poranione serca<br />
za kurtyną niecierpliwi się kilka zdań blondyny<br />
to dla nich składała usta jak po nałożeniu szminki<br />
w celu równego jej rozprowadzenia<br />
choć jest bez makijażu<br />
<br />
tłum fanów szykuje kwiaty<br />
<br />
czasem jakiś autor<br />
traci część swojej wypowiedzi<br />
gdy słowa pływają w niej jak odpadki<br />
topiono je kiedyś krytyką<br />
postrzeganą jak męska brutalność<br />
<br />
krytykę zabito<br />
krytyką krytyki<br />
<br />
w przyjaznej aprobacie został podziw<br />
wzajemny swoich niezręczności<br />
w przyzwoleniu<br />
gwałt poezji]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[przymknij na moment oczy<br />
tu słowa są główną atrakcją<br />
autorzy za kulisami już mają dreszcze<br />
scena jest mała a między wierszami ciągle<br />
szurają wspomnienia w kapciach<br />
teraz akurat kolej na kłębek nieszczęść<br />
<br />
zablokowane uczucia<br />
rozkładają swobodnie swoje wnętrza<br />
owrzodzone żołądki jelita<br />
i poranione serca<br />
za kurtyną niecierpliwi się kilka zdań blondyny<br />
to dla nich składała usta jak po nałożeniu szminki<br />
w celu równego jej rozprowadzenia<br />
choć jest bez makijażu<br />
<br />
tłum fanów szykuje kwiaty<br />
<br />
czasem jakiś autor<br />
traci część swojej wypowiedzi<br />
gdy słowa pływają w niej jak odpadki<br />
topiono je kiedyś krytyką<br />
postrzeganą jak męska brutalność<br />
<br />
krytykę zabito<br />
krytyką krytyki<br />
<br />
w przyjaznej aprobacie został podziw<br />
wzajemny swoich niezręczności<br />
w przyzwoleniu<br />
gwałt poezji]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Dwa Skarby]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8850</link>
			<pubDate>Fri, 18 May 2012 04:33:39 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8850</guid>
			<description><![CDATA[W brudzie świata, który od samego startu mnie otacza.<br />
Życia los podarował mi dwa skarby.<br />
Pierwszy to cudowne dziecię, którego nie zastąpi mi nic na świecie.<br />
Wiem że go tracę przez psychikę słabą i osoby trzecie, ale wierzę że to wszystko na dobre zmienię...<br />
Wiesz Aniele.?<br />
To ta iskierka oczarowała me wnętrze i otarła z łez serce.<br />
Tobie zawdzięczam otaczające me szczęście.<br />
Kiedyś obce i nieznane sobie nasze twarze, teraz pragnące bycia na zawsze razem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[W brudzie świata, który od samego startu mnie otacza.<br />
Życia los podarował mi dwa skarby.<br />
Pierwszy to cudowne dziecię, którego nie zastąpi mi nic na świecie.<br />
Wiem że go tracę przez psychikę słabą i osoby trzecie, ale wierzę że to wszystko na dobre zmienię...<br />
Wiesz Aniele.?<br />
To ta iskierka oczarowała me wnętrze i otarła z łez serce.<br />
Tobie zawdzięczam otaczające me szczęście.<br />
Kiedyś obce i nieznane sobie nasze twarze, teraz pragnące bycia na zawsze razem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Szybciej niż oko]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8849</link>
			<pubDate>Fri, 18 May 2012 00:05:12 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8849</guid>
			<description><![CDATA[Dawno nic nie napisałem, być może wyszedłem z wprawy. Krótki utwór zainspirowany nocnym powrotem do domu.<br />
<br />
Enjoy <img src="images/smilies/smile.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
<div style="text-align: justify;"><span style="margin-left:30px"></span>Szybka Ręka. Tak na mnie mówią koledzy z pracy. Nie dziwię im się, w końcu na strzelnicy kręcę najlepsze czasy. Ale czy to wystarczy? Gdy po mnie przyjdą refleks może znaczyć za mało. Muszę być przygotowany, czujny i przebiegły. To będzie trudne, bo Oni mają sprytnych agentów. Myślą, że nie mam o nich pojęcia, ale ja ich widziałem. Raz, drugi, trzeci, niby przypadkowe spojrzenia, a jednak zbyt nachalne i lustrujące, by nie skupić na sobie mojej uwagi. Oni coś wiedzą, coś, czego nie wiem ja. Muszę być w posiadaniu jakichś ważnych informacji kompromitujących osobę lub instytucję na wysokim szczeblu. Albo wpadłem na jakiś trop i sam jeszcze o tym nie wiem. Ale rozgryzę to, przecież to moja praca. Bycie detektywem to całe moje życie. Muszę to rozwikłać, wiem, że jestem blisko. Możliwe, że już jutro, lub pojutrze. Ale nie dziś. Po imprezie urodzinowej w pracy muszę się położyć spać. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>Zapadł już mrok. Przemierzam zaułki osiedli spiesząc się do pustego domu. Nie zawsze był pusty. Miałem żonę i córeczkę, lecz dla ich dobra i bezpieczeństwa musiałem je od siebie odseparować. Tak było dla nich najlepiej. Rozmyślania przerywa mi szelest za rogiem. Przylegam do ściany bloku. Nasłuchuję z dłonią na kolbie pistoletu. Mija minuta, dwie, nic się nie dzieje. Powoli ruszam dalej, bacznie rozglądając się na wszystkie strony. Ktoś mnie śledzi? Nieliczne latarnie rzucają na ulicę i budynki złowieszcze cienie. Ale czy gdzieś tam w mroku nie czai się ogon? A może zabójca? Nie mogę pozostawać na otwartej przestrzeni zbyt długo. Przemykam więc między drzewami i samochodami. Kolejny szelest. Kopnięta puszka. Spłoszony kot wyskakuje zza ciężarówki i staje tuż przede mną. Patrzy świecącymi oczyma wprost na wyciągniętą lufę glocka. Gdybym spanikował pociski rozerwałyby go na strzępy. Przykucam, rozglądam się dookoła. Na szczęście nikt nie widział całego zajścia z futrzakiem. Idę dalej, lecz wrażenie, że jestem obserwowany nadal nie ustępuje, co więcej, wzmaga się. Przeczucie, że ktoś za mną podąża również jest coraz silniejsze. Przecież ich słyszę, widzę jak przemykają między cieniami. Muszę się dostać do domu, tam będę bezpieczny. Jestem już niedaleko klatki, jeśli teraz puszczę się pędem, może ich zaskoczę i uda mi się dobiec nim zareaguję. Zrywam się do biegu, nagły szum powietrza zagłusza wszystko, nie wiem, czy już rzucili się za mną w pogoń, nie mam czasu się oglądać. Dopadam klatki i uderzam barkiem w drzwi z takim impetem, że z futryny sypie się kurz. Durny! Przecież otwierają się na zewnątrz! Szarpię za klamkę, wpadam na schody i gnam na górę na złamanie karku. Słyszę za sobą echo ich kroków. Jednak mnie ścigają. W biegu wyciągam klucze, doskakuję do drzwi i otwieram je w ekspresowym tempie. Serce wali jak szalone, pot spływa po plecach i twarzy. Jestem w domu. Bezpieczny. Nagle czuję dłoń na ramieniu. A jednak mnie dopadli! Sięgam do kabury pod płaszczem. Błyskawiczny obrót. Ręka szybsza niż oczy. Strzał. Spoglądam na wylot lufy. Dziewczynka. Moja dziewczynka. – Sto… lat… tato.</div>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Dawno nic nie napisałem, być może wyszedłem z wprawy. Krótki utwór zainspirowany nocnym powrotem do domu.<br />
<br />
Enjoy <img src="images/smilies/smile.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
<div style="text-align: justify;"><span style="margin-left:30px"></span>Szybka Ręka. Tak na mnie mówią koledzy z pracy. Nie dziwię im się, w końcu na strzelnicy kręcę najlepsze czasy. Ale czy to wystarczy? Gdy po mnie przyjdą refleks może znaczyć za mało. Muszę być przygotowany, czujny i przebiegły. To będzie trudne, bo Oni mają sprytnych agentów. Myślą, że nie mam o nich pojęcia, ale ja ich widziałem. Raz, drugi, trzeci, niby przypadkowe spojrzenia, a jednak zbyt nachalne i lustrujące, by nie skupić na sobie mojej uwagi. Oni coś wiedzą, coś, czego nie wiem ja. Muszę być w posiadaniu jakichś ważnych informacji kompromitujących osobę lub instytucję na wysokim szczeblu. Albo wpadłem na jakiś trop i sam jeszcze o tym nie wiem. Ale rozgryzę to, przecież to moja praca. Bycie detektywem to całe moje życie. Muszę to rozwikłać, wiem, że jestem blisko. Możliwe, że już jutro, lub pojutrze. Ale nie dziś. Po imprezie urodzinowej w pracy muszę się położyć spać. <br />
<span style="margin-left:30px"></span>Zapadł już mrok. Przemierzam zaułki osiedli spiesząc się do pustego domu. Nie zawsze był pusty. Miałem żonę i córeczkę, lecz dla ich dobra i bezpieczeństwa musiałem je od siebie odseparować. Tak było dla nich najlepiej. Rozmyślania przerywa mi szelest za rogiem. Przylegam do ściany bloku. Nasłuchuję z dłonią na kolbie pistoletu. Mija minuta, dwie, nic się nie dzieje. Powoli ruszam dalej, bacznie rozglądając się na wszystkie strony. Ktoś mnie śledzi? Nieliczne latarnie rzucają na ulicę i budynki złowieszcze cienie. Ale czy gdzieś tam w mroku nie czai się ogon? A może zabójca? Nie mogę pozostawać na otwartej przestrzeni zbyt długo. Przemykam więc między drzewami i samochodami. Kolejny szelest. Kopnięta puszka. Spłoszony kot wyskakuje zza ciężarówki i staje tuż przede mną. Patrzy świecącymi oczyma wprost na wyciągniętą lufę glocka. Gdybym spanikował pociski rozerwałyby go na strzępy. Przykucam, rozglądam się dookoła. Na szczęście nikt nie widział całego zajścia z futrzakiem. Idę dalej, lecz wrażenie, że jestem obserwowany nadal nie ustępuje, co więcej, wzmaga się. Przeczucie, że ktoś za mną podąża również jest coraz silniejsze. Przecież ich słyszę, widzę jak przemykają między cieniami. Muszę się dostać do domu, tam będę bezpieczny. Jestem już niedaleko klatki, jeśli teraz puszczę się pędem, może ich zaskoczę i uda mi się dobiec nim zareaguję. Zrywam się do biegu, nagły szum powietrza zagłusza wszystko, nie wiem, czy już rzucili się za mną w pogoń, nie mam czasu się oglądać. Dopadam klatki i uderzam barkiem w drzwi z takim impetem, że z futryny sypie się kurz. Durny! Przecież otwierają się na zewnątrz! Szarpię za klamkę, wpadam na schody i gnam na górę na złamanie karku. Słyszę za sobą echo ich kroków. Jednak mnie ścigają. W biegu wyciągam klucze, doskakuję do drzwi i otwieram je w ekspresowym tempie. Serce wali jak szalone, pot spływa po plecach i twarzy. Jestem w domu. Bezpieczny. Nagle czuję dłoń na ramieniu. A jednak mnie dopadli! Sięgam do kabury pod płaszczem. Błyskawiczny obrót. Ręka szybsza niż oczy. Strzał. Spoglądam na wylot lufy. Dziewczynka. Moja dziewczynka. – Sto… lat… tato.</div>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[***]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8848</link>
			<pubDate>Thu, 17 May 2012 22:28:32 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8848</guid>
			<description><![CDATA[Wierzę, że jestem<br />
Wierzę, że jesteś<br />
<br />
Choć tak uporczywie nie ma niczego<br />
A właściwie nic ocieka wszystkim<br />
Insynuacją ławki w parku,<br />
natrętnym uściskiem dłoni<br />
głaszcząco-obejmującej w pół,<br />
na pół głowa:<br />
Złowrogie, wewnątrz moje<br />
słowa Twoje:<br />
<br />
Myślę, że jesteś,<br />
Myślę, że jestem<br />
<br />
odbite od drzewa<br />
skroń miażdżące<br />
w puch wszechogarniającej <br />
pustki zasiewające nadzieję<br />
w księżycowy dzień tysiąca samobójstw <br />
    i jednego zmartwychwstania<br />
w schemat popularnej doby,<br />
w aksamicie nudy.<br />
<br />
Galaktyka snów,<br />
bez pretensji do dbania o cokolwiek<br />
schizma dążeń bez potrzeb i ambicji<br />
<br />
Wierzę, że jestem.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Wierzę, że jestem<br />
Wierzę, że jesteś<br />
<br />
Choć tak uporczywie nie ma niczego<br />
A właściwie nic ocieka wszystkim<br />
Insynuacją ławki w parku,<br />
natrętnym uściskiem dłoni<br />
głaszcząco-obejmującej w pół,<br />
na pół głowa:<br />
Złowrogie, wewnątrz moje<br />
słowa Twoje:<br />
<br />
Myślę, że jesteś,<br />
Myślę, że jestem<br />
<br />
odbite od drzewa<br />
skroń miażdżące<br />
w puch wszechogarniającej <br />
pustki zasiewające nadzieję<br />
w księżycowy dzień tysiąca samobójstw <br />
    i jednego zmartwychwstania<br />
w schemat popularnej doby,<br />
w aksamicie nudy.<br />
<br />
Galaktyka snów,<br />
bez pretensji do dbania o cokolwiek<br />
schizma dążeń bez potrzeb i ambicji<br />
<br />
Wierzę, że jestem.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Marout - bo liczy się pierdo... eakhm, uderzenie! ]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8847</link>
			<pubDate>Thu, 17 May 2012 21:34:53 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8847</guid>
			<description><![CDATA[Jeśli pośród użytkowników Inka są miłośnicy ciężkiego, brudnego metalu, ale bez ekstremy, to zapraszam na majspejs. Kapela istnieje od ponad dwóch lat, a moja skromna osoba rzyga tam do mikrofony i piszę teksty. Ciekaw jestem waszych opinii...<br />
<br />
<a href="http://myspace.com/marout" target="_blank">www.myspace.com/marout</a>]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Jeśli pośród użytkowników Inka są miłośnicy ciężkiego, brudnego metalu, ale bez ekstremy, to zapraszam na majspejs. Kapela istnieje od ponad dwóch lat, a moja skromna osoba rzyga tam do mikrofony i piszę teksty. Ciekaw jestem waszych opinii...<br />
<br />
<a href="http://myspace.com/marout" target="_blank">www.myspace.com/marout</a>]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Zacząć żyć]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8845</link>
			<pubDate>Thu, 17 May 2012 14:24:42 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8845</guid>
			<description><![CDATA[<span style="margin-left:30px"></span>	Ośmioletni chłopiec stał na parapecie szeroko otwartego okna. Jego drobne dłonie ściskały plastikową ramę, a szeroko otwarte oczy spoglądały w dół. Były błękitne jak niebo nad pochyloną głową chłopca.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Trząsł się, zaciskając co chwile powieki.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Za sobą słyszał dźwięk odkurzacza. To była jego matka, odkurzała stary dywan na który padał cień chłopca. Chłopiec spojrzał na pochłoniętą sprzątaniem matkę, jak z każdą kolejną chwilą stawała się bardziej pomarszczona, zgarbiona i grubsza. Odkurzacz mechanicznymi pociągnięciami przemierzał cień na dywanie, który z każdą kolejną chwilą stawał się większy.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Cień jego ojca był dużo większy. Sam wyszedł przez to okno  kiedy chłopiec był całkiem mały. Chłopiec czekał aż wróci, wpatrując się w błękitne niebo przez szklana szybę, pamiętając tylko jego  ciemną sylwetkę na tle nieba. Gdy wystarczając podrósł, wdrapał się na parapet i otworzył okno. Wtedy przestał patrzeć w górę, widział już tylko przepaść.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Chwile mijały, cień wciąż rósł, a odkurzacz poruszał się coraz wolniej. Słysząc to chłopiec bał się spojrzeć za siebie. Widział już tylko jedną rzecz. Przestał się trząść i zaciskać powieki.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	W pewnej chwili puścił plastikową ramę. Stał  w oknie ze spuszczonymi ramionami, nie trzymając się niczego!<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Niedługo później, chłopiec skoczył.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Cień znikł, matka przestała sprzątać.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<span style="margin-left:30px"></span>	Ośmioletni chłopiec stał na parapecie szeroko otwartego okna. Jego drobne dłonie ściskały plastikową ramę, a szeroko otwarte oczy spoglądały w dół. Były błękitne jak niebo nad pochyloną głową chłopca.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Trząsł się, zaciskając co chwile powieki.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Za sobą słyszał dźwięk odkurzacza. To była jego matka, odkurzała stary dywan na który padał cień chłopca. Chłopiec spojrzał na pochłoniętą sprzątaniem matkę, jak z każdą kolejną chwilą stawała się bardziej pomarszczona, zgarbiona i grubsza. Odkurzacz mechanicznymi pociągnięciami przemierzał cień na dywanie, który z każdą kolejną chwilą stawał się większy.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Cień jego ojca był dużo większy. Sam wyszedł przez to okno  kiedy chłopiec był całkiem mały. Chłopiec czekał aż wróci, wpatrując się w błękitne niebo przez szklana szybę, pamiętając tylko jego  ciemną sylwetkę na tle nieba. Gdy wystarczając podrósł, wdrapał się na parapet i otworzył okno. Wtedy przestał patrzeć w górę, widział już tylko przepaść.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Chwile mijały, cień wciąż rósł, a odkurzacz poruszał się coraz wolniej. Słysząc to chłopiec bał się spojrzeć za siebie. Widział już tylko jedną rzecz. Przestał się trząść i zaciskać powieki.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	W pewnej chwili puścił plastikową ramę. Stał  w oknie ze spuszczonymi ramionami, nie trzymając się niczego!<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Niedługo później, chłopiec skoczył.<br />
 <span style="margin-left:30px"></span>	Cień znikł, matka przestała sprzątać.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[schyłek]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8844</link>
			<pubDate>Thu, 17 May 2012 06:31:04 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8844</guid>
			<description><![CDATA[chcesz mój portret malowany pędzlem czasu<br />
a ja już sztalugę u pana lamusa złożyłem <br />
paleta mojego życia kolory pogubiła <br />
fotel przykazałem wynieść z tarasu <br />
<br />
i tylko wnuki moje podnoszą radosny wrzask]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[chcesz mój portret malowany pędzlem czasu<br />
a ja już sztalugę u pana lamusa złożyłem <br />
paleta mojego życia kolory pogubiła <br />
fotel przykazałem wynieść z tarasu <br />
<br />
i tylko wnuki moje podnoszą radosny wrzask]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Wyprawa]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8843</link>
			<pubDate>Wed, 16 May 2012 22:04:50 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8843</guid>
			<description><![CDATA[Kilka słów na początek. Tekst ów jest planowanym początkiem szerszego opowiadania, którego na razie nie kontynuuję przed przekonaniem się o wartości tego, co już zostało napisane. Może się wydać infantylny, chciałem natomiast ukazać tu nieskomplikowaną próbę swoich możliwości, gdyż trudno pisać bardziej skomplikowane teksty nie mając pewności, czy idzie się w dobrym kierunku. Uważam się za osobę zieloną jeśli chodzi o samodzielną twórczość, dlatego prosiłbym o w miarę niezłośliwe, choć naturalnie nie owijające w bawełnę komentarze. Dziękuję <img src="images/smilies/smile.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
<br />
Piątkowy wieczór. Na zewnątrz ściemnia się, pada, idealna pogoda do bezmyślnego czynienia przypisów w pracy dyplomowej. Oczywiście raz na kilka godzin przerwa celem odstresowania się i wypicia kolejnego kubka kawy. Właśnie nadchodzi czas na kolejną taką przerwę. Tuż po zalogowaniu się na swój profil w jednym ze znanych portali społecznościowych odbieram wiadomość od C., który pisze: „Proponuję wycieczkę do Ciężkowic do rezerwatu „Skamieniałe Miasto”. Przy okazji zwiedzilibyśmy pobieżnie Tarnów.”. Chwila namysłu, sprawdzenie zasobności portfela po czym telefon do C.:<br />
<br />
- Słuchaj – mówię – pasuje mi jak diabli. Przyjeżdżam do Kielc jutro na wpół do dziesiątej w nocy i o pierwszej jedziemy do Tarnowa.<br />
<br />
By nie tracić czasu, przyspieszam nieco z porządkowaniem materiałów do pracy dyplomowej, żeby nadrobić nadchodzący dzień zwłoki spędzony na umiłowanym uprawianiu turystyki. <br />
<br />
Nazajutrz o odpowiedniej godzinie ruszam na dworzec i wsiadam w przedostatni autobus z mojej mieściny do Kielc. Rozklekotany, zardzewiały rupieć z lat osiemdziesiątych, wbrew prawom czasu i fizyki nadal obsługuje pasażerów na ponad 60-kilometrowej trasie, kilka razy na dzień w obu kierunkach. Jazda nim ma jednak swój klimat, zwłaszcza podczas pokonywania przełomu pomiędzy Łysogórami i Pasmem Jeleniowskim. Ilekroć jadę w dół przez Hutę Nową i dalej, w Bartoszowinach, podziwiam pod ostrym kątem Górę Jeleniowską i Szczytniak, tylekroć obiecuję sobie, że jak będę „duży i bogaty” to zbuduję sobie drewnianą chatę w którejś z tych miejscowości, obowiązkowo z oknami i tarasami naprzeciwko tych widoków. Pogrążony w marzeniach, zasypiam.<br />
<br />
Dojeżdżam do Kielc i powracam ze świata wyobraźni do rzeczywistości. Tym bardziej przypomina mi o niej fakt, że nieopatrznie opróżniłem w autokarze całą butelkę wody, a nie chcę tracić bez sensu 2,50 zł w i tak niewartym tej ceny PKS-owskim kiblu. Zarzucam plecak i pędzę do C. Pod jego kamienicą stoją trzy łyse karki, i to akurat przed klatką, w którą zamierzam wkroczyć. Zapomniawszy naturalnie numeru mieszkania, zamiast wcisnąć przycisk domofonu wyciągam telefon i dzwonię do C. Cisza. Dzwonię jeszcze raz. Cisza. Na chybił trafił wciskam numer na domofonie. Cisza. Łyse karki szczęśliwie poszły, pęcherz ciągle dokucza. Zaczynam trochę panikować, kiedy nagle otwierają się wrota do kamienicy i wyskakuje zza nich uśmiechnięty C.<br />
<br />
- Wybacz! – mówi – nie mogłem odebrać, byłem w łazience. To co, idziemy po piwo?<br />
<br />
- Idziemy! – rzucam, nabrawszy współczucia dla pęcherza. Zresztą i tak piwo wypijemy w parku, a mało to w nim miejsc do opróżnienia butelki piwa i ulżenia sobie? Tym bardziej, kiedy jeden korzysta z dobrodziejstw natury, a drugi patrzy czy z oddali nie ciągną charakterystyczne niebieskie mundury z pieskiem w kagańcu i bloczkiem w kieszeni…  Popijając z butelek prowadzimy rozmowę o podróżach, marzeniach i językach obcych, a po wyrzuceniu ostatniej butelki do kosza wracamy do C. celem ostatecznego przygotowania się do podróży.<br />
<br />
Na pół godziny przed odjazdem opuszczamy lokum C. Wyposażeni w plecaki z prowiantem i kompletem butów do wspinaczki (specjalność C.), a także z butelką wina za pazuchą, pełni humoru docieramy na dworzec. Autokar przyjeżdża o czasie. Wsiadamy i kupujemy bilety do Tarnowa. Ruszamy.<br />
<br />
Podróż kończy się chwilę po zamknięciu oczu, gdyż wspólnie z C. stwierdziliśmy, że stojąc w obliczu 24 godzin bez snu należy czas nocnej podróży poświęcić na odpoczynek. Sama podróż długo zresztą nie trwa. Przed czwartą rano wysiadamy na dworcu w Tarnowie.<br />
Pierwsze, co nam uderza w oczy to wspaniały, oświetlony dworzec tarnowski. Widać różnicę między zapyziałymi miastami i miasteczkami byłej Kongresówki a Galicją. Idziemy tam natychmiast.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Kilka słów na początek. Tekst ów jest planowanym początkiem szerszego opowiadania, którego na razie nie kontynuuję przed przekonaniem się o wartości tego, co już zostało napisane. Może się wydać infantylny, chciałem natomiast ukazać tu nieskomplikowaną próbę swoich możliwości, gdyż trudno pisać bardziej skomplikowane teksty nie mając pewności, czy idzie się w dobrym kierunku. Uważam się za osobę zieloną jeśli chodzi o samodzielną twórczość, dlatego prosiłbym o w miarę niezłośliwe, choć naturalnie nie owijające w bawełnę komentarze. Dziękuję <img src="images/smilies/smile.gif" style="vertical-align: middle;" border="0" alt="Smile" title="Smile" /><br />
<br />
<br />
Piątkowy wieczór. Na zewnątrz ściemnia się, pada, idealna pogoda do bezmyślnego czynienia przypisów w pracy dyplomowej. Oczywiście raz na kilka godzin przerwa celem odstresowania się i wypicia kolejnego kubka kawy. Właśnie nadchodzi czas na kolejną taką przerwę. Tuż po zalogowaniu się na swój profil w jednym ze znanych portali społecznościowych odbieram wiadomość od C., który pisze: „Proponuję wycieczkę do Ciężkowic do rezerwatu „Skamieniałe Miasto”. Przy okazji zwiedzilibyśmy pobieżnie Tarnów.”. Chwila namysłu, sprawdzenie zasobności portfela po czym telefon do C.:<br />
<br />
- Słuchaj – mówię – pasuje mi jak diabli. Przyjeżdżam do Kielc jutro na wpół do dziesiątej w nocy i o pierwszej jedziemy do Tarnowa.<br />
<br />
By nie tracić czasu, przyspieszam nieco z porządkowaniem materiałów do pracy dyplomowej, żeby nadrobić nadchodzący dzień zwłoki spędzony na umiłowanym uprawianiu turystyki. <br />
<br />
Nazajutrz o odpowiedniej godzinie ruszam na dworzec i wsiadam w przedostatni autobus z mojej mieściny do Kielc. Rozklekotany, zardzewiały rupieć z lat osiemdziesiątych, wbrew prawom czasu i fizyki nadal obsługuje pasażerów na ponad 60-kilometrowej trasie, kilka razy na dzień w obu kierunkach. Jazda nim ma jednak swój klimat, zwłaszcza podczas pokonywania przełomu pomiędzy Łysogórami i Pasmem Jeleniowskim. Ilekroć jadę w dół przez Hutę Nową i dalej, w Bartoszowinach, podziwiam pod ostrym kątem Górę Jeleniowską i Szczytniak, tylekroć obiecuję sobie, że jak będę „duży i bogaty” to zbuduję sobie drewnianą chatę w którejś z tych miejscowości, obowiązkowo z oknami i tarasami naprzeciwko tych widoków. Pogrążony w marzeniach, zasypiam.<br />
<br />
Dojeżdżam do Kielc i powracam ze świata wyobraźni do rzeczywistości. Tym bardziej przypomina mi o niej fakt, że nieopatrznie opróżniłem w autokarze całą butelkę wody, a nie chcę tracić bez sensu 2,50 zł w i tak niewartym tej ceny PKS-owskim kiblu. Zarzucam plecak i pędzę do C. Pod jego kamienicą stoją trzy łyse karki, i to akurat przed klatką, w którą zamierzam wkroczyć. Zapomniawszy naturalnie numeru mieszkania, zamiast wcisnąć przycisk domofonu wyciągam telefon i dzwonię do C. Cisza. Dzwonię jeszcze raz. Cisza. Na chybił trafił wciskam numer na domofonie. Cisza. Łyse karki szczęśliwie poszły, pęcherz ciągle dokucza. Zaczynam trochę panikować, kiedy nagle otwierają się wrota do kamienicy i wyskakuje zza nich uśmiechnięty C.<br />
<br />
- Wybacz! – mówi – nie mogłem odebrać, byłem w łazience. To co, idziemy po piwo?<br />
<br />
- Idziemy! – rzucam, nabrawszy współczucia dla pęcherza. Zresztą i tak piwo wypijemy w parku, a mało to w nim miejsc do opróżnienia butelki piwa i ulżenia sobie? Tym bardziej, kiedy jeden korzysta z dobrodziejstw natury, a drugi patrzy czy z oddali nie ciągną charakterystyczne niebieskie mundury z pieskiem w kagańcu i bloczkiem w kieszeni…  Popijając z butelek prowadzimy rozmowę o podróżach, marzeniach i językach obcych, a po wyrzuceniu ostatniej butelki do kosza wracamy do C. celem ostatecznego przygotowania się do podróży.<br />
<br />
Na pół godziny przed odjazdem opuszczamy lokum C. Wyposażeni w plecaki z prowiantem i kompletem butów do wspinaczki (specjalność C.), a także z butelką wina za pazuchą, pełni humoru docieramy na dworzec. Autokar przyjeżdża o czasie. Wsiadamy i kupujemy bilety do Tarnowa. Ruszamy.<br />
<br />
Podróż kończy się chwilę po zamknięciu oczu, gdyż wspólnie z C. stwierdziliśmy, że stojąc w obliczu 24 godzin bez snu należy czas nocnej podróży poświęcić na odpoczynek. Sama podróż długo zresztą nie trwa. Przed czwartą rano wysiadamy na dworcu w Tarnowie.<br />
Pierwsze, co nam uderza w oczy to wspaniały, oświetlony dworzec tarnowski. Widać różnicę między zapyziałymi miastami i miasteczkami byłej Kongresówki a Galicją. Idziemy tam natychmiast.]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[„kiedyś” się zdarzy ta bajka]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8841</link>
			<pubDate>Wed, 16 May 2012 07:17:49 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8841</guid>
			<description><![CDATA[osiągniesz już swój szczyt<br />
i przyjdzie czas na pierwszy krok w dół<br />
ku śmierci<br />
w dół schodzi się o wiele szybciej<br />
ale nie łatwiej<br />
<br />
w pospiechu<br />
otwierasz trzecie okno<br />
ale świat i tak oddala się niezrozumiały<br />
powraca tylko w gniewie w skrócie<br />
jak migawki szaleństwa<br />
a wieczne „kiedyś”<br />
coraz bardziej gra na nerwach<br />
i jest przeciwko życiu<br />
<br />
w mięśniach jeszcze falują tęsknoty<br />
cisną boleśnie w kościach<br />
gdy tulisz wnuczęta<br />
na etacie u dzieci<br />
do momentu<br />
aż staniesz się balastem<br />
<br />
nietowarzyska /sto procent obciachu/<br />
nieprzewidywalna<br />
złośliwy piskliwy rechot i krzywe paluchy<br />
utkniesz<br />
miedzy przemocą a zaniedbaniem<br />
<br />
wtedy na nosie wyrośnie ci kurzajka<br />
a poza parodię ust<br />
wysunie się jeden ząb]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[osiągniesz już swój szczyt<br />
i przyjdzie czas na pierwszy krok w dół<br />
ku śmierci<br />
w dół schodzi się o wiele szybciej<br />
ale nie łatwiej<br />
<br />
w pospiechu<br />
otwierasz trzecie okno<br />
ale świat i tak oddala się niezrozumiały<br />
powraca tylko w gniewie w skrócie<br />
jak migawki szaleństwa<br />
a wieczne „kiedyś”<br />
coraz bardziej gra na nerwach<br />
i jest przeciwko życiu<br />
<br />
w mięśniach jeszcze falują tęsknoty<br />
cisną boleśnie w kościach<br />
gdy tulisz wnuczęta<br />
na etacie u dzieci<br />
do momentu<br />
aż staniesz się balastem<br />
<br />
nietowarzyska /sto procent obciachu/<br />
nieprzewidywalna<br />
złośliwy piskliwy rechot i krzywe paluchy<br />
utkniesz<br />
miedzy przemocą a zaniedbaniem<br />
<br />
wtedy na nosie wyrośnie ci kurzajka<br />
a poza parodię ust<br />
wysunie się jeden ząb]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Pytanie]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8840</link>
			<pubDate>Wed, 16 May 2012 04:25:02 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8840</guid>
			<description><![CDATA[a kogo zdziwi brak drzew<br />
i opadłe listki maków<br />
<br />
a kogo zaskoczy błysk <br />
w porannym oknie świata<br />
<br />
a kogo przytłoczy wiatr<br />
zachodni czerwony<br />
zwany pożogą <br />
<br />
brak gwiazd i Twardowskiego<br />
już nie na księżycu <br />
<br />
samobójcy <br />
<br />
a komu przypadnie wydać<br />
ostatni krzyk]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[a kogo zdziwi brak drzew<br />
i opadłe listki maków<br />
<br />
a kogo zaskoczy błysk <br />
w porannym oknie świata<br />
<br />
a kogo przytłoczy wiatr<br />
zachodni czerwony<br />
zwany pożogą <br />
<br />
brak gwiazd i Twardowskiego<br />
już nie na księżycu <br />
<br />
samobójcy <br />
<br />
a komu przypadnie wydać<br />
ostatni krzyk]]></content:encoded>
		</item>
		<item>
			<title><![CDATA[Dusza]]></title>
			<link>http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8839</link>
			<pubDate>Tue, 15 May 2012 23:12:10 +0000</pubDate>
			<guid isPermaLink="false">http://www.via-appia.pl/showthread.php?tid=8839</guid>
			<description><![CDATA[Nikt nie wie co czeka nas po śmierci,<br />
czy czujemy jak ciało odrywa się od duszy<br />
unosząc się w górę niczym dziecięcy balonik<br />
kierowany podmuchami wiatru.<br />
Co się z nami dzieje, czy coś czujemy,<br />
czy mamy na coś wpływ, będąc jedynie wspomnieniem,<br />
czy czeka na  nas podróż w nieznane czeluści,<br />
czy na górze ktoś nas wypatruje, aż dołączymy do grona nieśmiertelnych<br />
może po za życiem nic już nie ma,<br />
a jedyne co nas czeka to pustka i bezkresna nicość odłączenia.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[Nikt nie wie co czeka nas po śmierci,<br />
czy czujemy jak ciało odrywa się od duszy<br />
unosząc się w górę niczym dziecięcy balonik<br />
kierowany podmuchami wiatru.<br />
Co się z nami dzieje, czy coś czujemy,<br />
czy mamy na coś wpływ, będąc jedynie wspomnieniem,<br />
czy czeka na  nas podróż w nieznane czeluści,<br />
czy na górze ktoś nas wypatruje, aż dołączymy do grona nieśmiertelnych<br />
może po za życiem nic już nie ma,<br />
a jedyne co nas czeka to pustka i bezkresna nicość odłączenia.]]></content:encoded>
		</item>
	</channel>
</rss>
