Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 5
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Gangrena - proza Styczeń 2018
#1
Star 
Właściwie to chyba nie jestem wierzący, proszę księdza. Ostatni raz byłem w kościele na chrzcie najmłodszego syna, ale nawet wtedy się nie spowiadałem. Spyta ksiądz: „więc co tu robisz, człowieku?”, to ja powiem tak: przyszedł na mnie czas, jak to się mówi – człowiek na starość musi oczyścić sumienie. 

A jest taka jedna sprawa, która nie daje mi spokoju. 

Moja ślubna, świeć Panie nad jej duszą, to była dobra, prosta kobieta. Dobrze nam się żyło, ale jakoś nigdy nie czułem potrzeby, żeby się jej zwierzać. A dzieciaki… Co ich obchodzi stary ojciec? Wyjechały w świat, za pracą, lepszym życiem. Przysyłają mi czasem zdjęcia wnuków: patrz, tata, jaki synek nam się urodził. Ale nigdy nie dzwonią. „Tata, telefony drogie, szkoda pieniędzy, pogadamy jak się spotkamy”. A podróże jeszcze droższe, więc nie przyjeżdżają. Na stare lata nie ma do kogo gęby otworzyć…

Moi rodzice całe życie pracowali w takiej dużej fabryce w Warszawie, ona do dziś jakoś tam funkcjonuje, Warel się nazywa, zna ksiądz? Dziś to już prawie centrum miasta, ale wtedy to były peryferia, zaraz za ogrodzeniem ciągnęły się pola, krowy się pasły… Ja najpierw miałem tam praktykę na tokarkach, potem razem z rodzicami na jednej hali robiłem. Myśmy mieszkali w Milanówku i każdego dnia trzeba było wukadką jechać prawie dwie godziny do Śródmieścia, a potem jeszcze pół godziny autobusem na Żerań, do fabryki. Można powiedzieć, że praca w Warelu to taka nasza rodzinna tradycja – ojciec poznał tam matkę, potem wciągnęli moich braci i siostrę. Ja już w podstawówce wiedziałem, że będę robić w Warelu, bo niby gdzie miałbym pójść? Tam była przyzakładowa szkoła, przyuczenie do zawodu, a uczniom płacili za praktyki. I ja, mając piętnaście lat, już przynosiłem do domu pieniądze. Nas było w domu siedmioro rodzeństwa, takie były czasy, że się ludzie nie bali mieć dzieci. Gnieździliśmy się w kupie na czterdziestu metrach, kuchnia wspólna z sąsiadami, kibel na podwórku. Ciężko było. Nieraz trzeba było na dzierżawę iść na działki, żeby chociaż jabłek pojeść. Ile razy przez grzbiet oberwałem kijem! Ale jeść się chciało, a w domu nieraz garnki stały puste. 

Coś się zaczęło zmieniać, kiedy miałem siedemnaście lat. Właśnie kończyłem zawodówkę, myślałem o technikum wieczorowym. Bo wie ksiądz, skończyć technikum to wtedy było coś. Nikt z mojej rodziny nie miał matury. Ja chciałem być pierwszy. Ciągnęło mnie do książek, nauka dobrze mi szła. Ale odciąć się od korzeni jest bardzo trudno, kiedy trzeba do wszystkiego dochodzić samemu. Łatwo się zniechęcić. Dzisiaj mówi się: bunt nastolatka. A po mojemu, to było tak, że po prostu zacząłem się dusić, nagle życie zaczęło mnie uwierać, było mi ciasno w tym ułożonym świecie, w którym nasza przyszłość była z góry zaplanowana. W Warelu pracowało się na dwie zmiany, mieliśmy duże zamówienia na sprzęt dla wojska i dla milicji. A na dojazdy do roboty w tę i z powrotem ponad cztery godziny dziennie się schodziło. W tym kieracie ani na naukę, ani na zabawę nie było czasu. A przecież, jak to się mówi, młodość musi się wyszumieć! 

Ja to zawsze byłem taki dobry chłopak, żaden łobuz.  Tak właśnie wszyscy o mnie mówili: „dobry z niego chłopak”. Taki, co to zawsze pomoże, zrobi wszystko, co każą. Ja zawsze robiłem wszystko pod dyktando rodziców, pana w szkole, a nawet kolegów. Taka była ze mnie dupa wołowa, za przeproszeniem. A tak naprawdę chciałem być jak moi kumple, morowe chłopaki z Pelcowizny: nikogo nie słuchać, być wolnym jak wiatr, palić papierosy, pić tanie wino, podrywać dziewczyny. Mieć gdzieś tą beznadzieję, w której się żyło i nie myśleć o tym, że żadnego z nas nie czeka nas nic lepszego niż naszych rodziców.

I wtedy do tego wszystkiego doszła choroba ciotki. To właściwie nie była żadna rodzina, tylko taka stara znajoma rodziców, która kiedyś, w trudnych czasach, bardzo nam pomagała, nie miała prócz nas nikogo bliskiego. A potem, wie ksiądz, nastał system uspołeczniony i wszyscy zaczęli jechać na tym samym wózku, to i ciotce źródełko wyschło. Sama ledwo przędła. Ale w chorobie trzeba było pomóc, co było robić? No i oczywiście wypadło na mnie. Bo wtedy moje rodzeństwo jeszcze się uczyło,  do podstawówki w Milanówku chodzili. A ta ciotka miała mieszkanie na Pradze. Rodzice wymyślili, że skoro już jestem pół dnia w tej Warszawie, to po lekcjach mogę do ciotki wdepnąć, jakieś zakupy jej porobić, coś pomóc. No i psa jej wyprowadzić. To był taki kudłaty, brudny, śmierdzący kundel, Misiek się nazywał. Był strasznie obrzydliwy. Rzygał, a potem to zjadał. A kiedy wychodziłem z nim na podwórko, musiałem trzymać go krótko, bo lubił się na ludzi rzucać. Na mnie też warczał, parę razy nogawki spodni mi poszarpał. I ujadał tak, że głowa pękała. A do tego był z niego kawał zboczeńca. Bo wie ksiądz, ciotka miała jeszcze w domu trzy koty, w tym taki jeden bez oka. I Misiek napastował tego ślepego. Ten pies był nienormalny, tak sobie myślę.

W szkole przyzakładowej poznałem Jadźkę, moją przyszłą żonę. Ona była z Saskiej Kępy, ale równa z niej była babka, żadna tam dama. Dobrze nam było ze sobą, tylko czasu nie miałem dla niej tyle, ile bym chciał. No i nie mieliśmy się gdzie podziać, więc szwendaliśmy się po działkach, piliśmy wino, ja namaszczony wonnościami z Lechii, ona w nylonowych pończochach. To był nasz taki Wersal. Żadne tam kino czy inne kulturalne rozrywki, bo i skąd na to brać? Zresztą miałem ostatni pociąg o dziewiątej wieczorem, wrócić do domu musiałem, bo gdzie miałbym spać? A o świcie znów pobudka, i abarot do roboty. Miałem dość tego kieratu. W dodatku ciotka wymagała ode mnie coraz więcej, całe popołudnia latałem, załatwiając jej różne sprawy. Zakupy, opłacanie rachunków, takie tam.

Wtedy jakoś zaczęła przebąkiwać o tym, że mi swoje mieszkanie zostawi w spadku. Ja tam wtedy tak bardzo o tym nie myślałem, bo miałem przyobiecany kiedyś w przyszłości przydział lokalu zakładowego. A to mieszkanie ciotczyne to była kawalerka i jeden wielki syf. Ona była bardzo gruba, to i siły nie miała, żeby utrzymywać porządek, i te wszystkie szmaty, co powygrzebywała ze śmietników, jak jeszcze była na dobrym chodzie, to po kątach się piętrzyły. Ona nie pozwalała niczego wyrzucać. Bo wie ksiądz, samotni ludzie mają takie swoje dziwactwa. Jak kiedyś pojechała do sanatorium, to sąsiadki się skrzyknęły i jej chałupę posprzątały, a ona potem się na nie poobrażała i jeszcze awantura była, że one jej jakieś „całkiem dobre” dywaniki powyrzucały. Pewno zaszczane były, to i wylądowały na śmietniku. Ja się najbardziej dziwiłem, że jej smród nie przeszkadza. Bo smród właśnie był w tym wszystkim najgorszy. Bo wie ksiądz, te wszystkie koty i ten cały Misiek, to się załatwiały po kątach, na te szmaty. A robactwo było tak rozzuchwalone, że wszędzie łaziło, po ścianach, po meblach, po jedzeniu, po zwierzętach i ludziach. Ja z natury to nigdy delikatny nie byłem, napatrzyłem się w życiu na różne obrzydlistwa, ale tam wysiedzieć pięciu minut nie mogłem, bo aż mnie podrzucało. A nie bardzo mogłem się wymówić, bo ciotka marudziła: „Józiu, posiedź trochę ze mną, ja nie mam do kogo gęby otworzyć, a ty taki młody, ja wiem że masz swoje sprawy, ale proszę, jeszcze trochę posiedź, poopowiadaj, co u ciebie, masz tu papieroska”, i raczyła mnie tymi okropnymi mentolowymi „Mewami” od których potem bolała mnie głowa i rzygać mi się chciało. A ona ciągle: „masz tu dwa złote, kup kaszy, posyp gołąbkom” albo „poleć z Miśkiem koło bloku, Józiu, niech siknie chociaż ze trzy razy”.

To była wiosna. Ciotka trochę zaczęła wychodzić z domu, bo już nie bała się nieodśnieżonego chodnika. Brała ze sobą psa i przesiadywała godzinami na ławce przed blokiem. Pewnego dnia Misiek ugryzł ją w nogę, przegryzł smycz i uciekł, pewno poczuł sukę. „Dziabnął mnie w zabawie” – powiedziała wtedy, pamiętam te jej słowa po dziś dzień. Rana wyglądała źle i nie chciała się goić. Ciotka smarowała ją jakimiś maściami, to paskudziła się coraz bardziej. I wie ksiądz, ja chyba wtedy udawałem przed sobą, że nie wiem, co się dzieje. Mijały tygodnie, z ciotką było coraz gorzej. Już wcale nie wychodziła, pogoda była piękna, a ona leżała na tym swoim barłogu w potwornym smrodzie i robactwo po niej latało. A ja na to patrzyłem, proszę księdza. Ja na to patrzyłem. Czemu nic nie robiłem? Nie pamiętam. 

W końcu jej sąsiadka wezwała pogotowie. Przyjechali, stwierdzili stan przedzawałowy, zostawili jakieś proszki, receptę, i do widzenia. A jak ciotka mówiła, że ją noga boli, to żaden nawet nie spojrzał, tylko powiedzieli, że to od serca, że to normalne. Czy już wtedy wiedziałem, że ona umiera? Nie wiem. Po tygodniu była już w stanie agonalnym, spadła z tego swojego barłogu i leżała na podłodze, twierdząc, że tak jej dobrze, że chłodno. Pamiętam, jak mamrotała moje imię, bredziła coś w gorączce. Do dziś prześladuje mnie ten jej głos.

Następnego dnia było Boże Ciało, a ja wziąłem wolne, akurat mieliśmy przestój w robocie, to kierownik nie miał nic przeciwko. Całe cztery dni mogłem wreszcie spędzić z Jadźką! Pojechaliśmy do Zegrza nad zalew, zabraliśmy namiot. Co tam się przez te cztery dni działo, nie mogę księdzu powiedzieć... Ksiądz chyba się domyśla, co może się wydarzyć między dwojgiem młodych pozostawionych bez nadzoru starszyzny.

Jak wróciliśmy do Warszawy i pożegnałem się z Jadźką, wstąpiłem na Pragę. Ale na górę nie wchodziłem. Patrzyłem tylko z dołu w okna ciotczynego mieszkania. Były czarne, choć było jeszcze jasno, a ciotka nie uznawała zasłon. Potem sąsiedzi powiedzieli, że to były muchy. Całe roje wyleciały z mieszkania, jak milicja wyważyła drzwi. Ciotka żyła jeszcze, jak ją robactwo żywcem zjadało, lęgło się na jej ciele. Dozorca powiedział mi, do którego szpitala ją zabrali.

To była gangrena. Amputowali jej nogę, ale było już za późno. Lekarz powiedział: „Pani Ewa zmarła wczoraj w nocy, nie obudziła się po operacji. Człowieku, jak można było tak długo kobietę bez pomocy lekarza trzymać? Przecież można było ją uratować”.

Na miesiąc przed śmiercią ciotka przepisała mieszkanie na mnie. I wie ksiądz? Dobrze się złożyło, bo okazało się, że tamtej nocy w namiocie jednak nie zdążyłem i Jadźka zaszła.
Odpowiedz
#2
Ot losie, ludziki losie. Tak to wygląda. Jakbyś prawdę opisywała. Tak się dzieje niestety...

Traktuję to opowiadanie jak głos w dyskusji o tym, ile jest człowieka w człowieku.

Technicznie napisane dobrze. Potrafiłaś go utrzymać w surowym, chłodnym tonie relacji. Bez taniego moralizatorstwa. Nie mniej potrafi wstrząsnąć i zmusić do zastanowienia. Myślę, że opisałaś tu nie tyle grzech zaniechania, ale właściwie pożądania rzeczy, przez zaniechanie.

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#3
Bardzo starannie napisane. nie ma się do czego przyczepić Tongue
Takie życiowe. Cóż można więcej powiedzieć? Bardziej jak reportaż niż opowiadanie.
100% realizmu.
Nie wiem czy bohater pożądał, w końcu o przepisaniu mieszkania dowiedział się dopiero po śmierci ciotki.
Myślę, że w swojej kategorii to utwór z tej najwyższej półki - 5/5.
Odpowiedz
#4
Ojejuniu... Dziękuję za pozytywny odbiór. No, rzeczywiście, taki trochę reportaż. W każdym moim opowiadaniu są wątki "z życia". Jako terapeutka mam w zanadrzu historii ludzkich na pęczki.

Gunnar, Ty tak sobie piszesz o tych gwiazdkach, to byś dał, a nie tylko szu-szu pod tekstem. Masz prawo i święty obowiązek gwiazdkować, a do tego na prozie znasz się jak nikt. Więc poproszę o gwiazdki tutaj i w innych miejscach też Wink
Odpowiedz
#5
(12-01-2018, 21:50)Miranda Calle napisał(a): Ojejuniu... Dziękuję za pozytywny odbiór. No, rzeczywiście, taki trochę reportaż. W każdym moim opowiadaniu są wątki "z życia". Jako terapeutka mam w zanadrzu historii ludzkich na pęczki.

Gunnar, Ty tak sobie piszesz o tych gwiazdkach, to byś dał, a nie tylko szu-szu pod tekstem. Masz prawo i święty obowiązek gwiazdkować, a do tego na prozie znasz się jak nikt. Więc poproszę o gwiazdki tutaj i w innych miejscach też Wink

Wierz, że dałbym od ręki, ale nie mam takich uprawnień. Musiałby mi je Gorzki dać, bym gwiazdki rozdawał.
Odpowiedz
#6
O i tu się dobrze zagwiazdkować udało Smile
Odpowiedz
#7
Dobre. Pod takim tekstem trudno napisać coś wiecej.
Odpowiedz
#8
(19-01-2018, 22:38)szczepantrzeszcz napisał(a): Dobre. Pod takim tekstem trudno napisać coś wiecej.

Ojej... Jak dobrze Cię znów widzieć, Szczepanie! Heart
Odpowiedz
#9
Oto najlepszy, według naszych użytkowników, utwór prozatorski stycznia 2018 roku.
Serdeczne gratulacje Smile
Odpowiedz
#10
Ojej... Dziękuję Smile
Odpowiedz
#11
Doskonały tekst, wyważony i utrzymany w tonie chłodnej relacji,ma przecież przesycony emocjami.
Brawo.
Odpowiedz
#12
Dziękuję, Marcin Smile
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości