Ocena wątku:
  • 2 głosów - średnia: 3
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Gdy zakwitną zawilce
#1
Wracała do mnie zawsze w porze kwitnienia zawilców. Przychodziła bez zapowiedzi i pukała cicho, a ja udawałam, że mnie nie ma. Ale ona się nie poddawała, była cierpliwa i bardzo uparta. Nie odpuszczała, aż w końcu musiałam wpuścić ją do środka. Zjawiała się w chwilach skrajnych, wykorzystując lichość kurtyny dzielącej mnie od upadku.

Nazywałam ją Carmillą, bo w gruncie rzeczy była wampirzycą. Melancholijną wampirzycą. Któż nie natknął się kiedyś, w takim czy innym okresie swego życia, na tę smutną istotę? Któż się więcej nie natknie?
Znałam ją od dawna. Była inteligentna, dowcipna, znakomicie panowała nad emocjami i ubierała się zawsze z taką starannością, że jej sukienka, podobnie jak zachowanie, nie pozwalały dojrzeć najmniejszej drobiny nagości. Bałam się jej, a jednocześnie chciałam brutalnie posiąść całą, wraz z wszystkimi sprzecznościami, tak nieznośnie podniecającymi: z nieskazitelną sukienką i z zbuntowanymi jelitami, z jej całym rezonem i lękiem, z dumą i nieszczęściem. Pragnęłam ją zgwałcić, a nie kochać się z nią. Nie chciałam czułości. Nawet, gdy jej nie było, śniłam ten kanibalistyczny rytuał: jadłam ją na surowo, odrywałam zębami długie, białe płaty skóry i krwistego mięsa.

W lustrze widziałam oczy wpatrujące się we mnie, pełne lęku i im bardziej były strwożone, tym bardziej moje pożądanie stawało się absurdalne, głupie, skandaliczne, niepojęte, wręcz niemożliwe. 
Wysysała mnie jak cytrynę, by po miesiącu lub dwóch odejść bez pożegnania. Żegnałam ją bez żalu, oszołomiona obojętnością i pustką, z którą mnie pozostawiała.

Przychodziła piękna i podniecająca, lecz z upływem czasu zaniedbywała się coraz bardziej. Z dnia na dzień jej odbicie w lustrze ukazywało coraz więcej wad: opuchliznę, ciemne plamy pod oczami, puste spojrzenie w kolorze wiosennego nieba. Stawała się Miltonowskim smutnym szatanem, konfidentem zła i jednocześnie jego ofiarą.
Od pierwszych dni swego pobytu roztaczała wokół siebie aurę śmierci, nieokreślone węchowe wrażenie, na które składał się odór trawionego alkoholu i niemytego ciała, wymieszany z nutą bardzo eleganckich perfum i truskawkowych pudrówek. Mieszanina tych zapachów miała coś z oksymoronu, jak stołówka w szkole dla dziecka albo poczekalnia w gabinecie stomatologicznym dla pacjenta z bolącym zębem. Ta woń miała charakter hormonalny, związany z materialnością ciała, które w ten sposób zawiadamia o swoim nadchodzącym końcu. 
Drapała się bez przerwy, pozostawiając wszędzie białe płatki skóry. Pod paznokciami miała czarne obwódki zaschniętej krwi. W tych dniach nie myła się już wcale, twierdząc że środki czystości zaostrzają jej atopowe zapalenie skóry.

Kiedy odchodziła, dezynfekowałam całe mieszkanie. Metafora składała broń, wycofując się na palcach, bo swoje już zrobiła. Wymiatałam z kątów kilogramy pożółkłej skóry, trzepałam dywany, gotowałam pościel. Puste butelki po wódce wyrzucałam na śmietnik, wylewałam do zlewu niedopitki. I rzygałam. Wyrzucałam z siebie truciznę, którą we mnie wlewała, wysysając jednocześnie to co dobre i piękne.

Tego roku zawilce przekwitły, a ona się nie zjawiła. Myślałam, że dostąpiłam cudownego rozgrzeszenia, że w obliczu świąt Wielkiej Nocy wszystko się wyciszy, a jednocześnie zastanawiałam się, gdzie się podziała – te wyobrażenia miały coś ze starych czarno-białych filmów grozy, odtwarzanych z trzeszczącej, niewyraźnej taśmy. 

To był dzień przed Wielkim Piątkiem. O szóstej rano usłyszałam pukanie. Zbudziłam się z dwugodzinnego snu po nocy, która wypadła mi z kalendarza i pociągnęła na skraj, w nieznane. Pewna tym razem wizyty listonosza lub sąsiadki z nieśmiertelnym mazurkiem wielkanocnym, niebacznie otworzyłam drzwi. 
Weszła jakby nigdy nic, ot, przyjacielska wizyta – usiądziemy sobie, pogadamy przy kawie, omówimy moje życie i spożyjemy śniadanie, które zaserwuję na talerzu i w szklance przede wszystkim. Powiedziałam coś o wczesnej godzinie i o policji, którą zaraz wezwę. Potem jednak podałam wódkę, żeby ją ułagodzić. Przez chwilę poczułam nawet litość, lecz zaraz powróciła straszna, dusząca fala, która wzrastała od wewnątrz.

I nagle zrozumiałam, że mam serdecznie dosyć tej likantropicznej wariatki, terroryzującej mnie od lat.
Z szuflady pod blatem kuchennym wyciągnęłam nóż o szerokim, ostrym jak brzytwa ostrzu, bo choć zawsze go ostrzyłam, nie używałam nigdy. 
Wystarczyło jedno precyzyjne cięcie wzdłuż gardła.
Gorąca krew wypływała z tętnicy. 

Dopiero teraz dostrzegłam, że sufit jest upstrzony muszymi gównami.
Odpowiedz
#2
O tym razem opowiadanie jest zrozumiałe do ostatniego fragmentu. To zaś zadanie domyka je i spaja jak klamra. Dwie osobowości na mgnienie zeszły się na chwilę przed końcem.

Uważam, że opowiadanie w swej bardzo oszczędnej formie jest świetne. Podoba mi się, wręcz powiedziałbym - zazdroszczę Ci tego powściągliwie inteligentnego sposobu wyrażania się. Sam muszę się tak nauczyć. Kiedy potem patrzę na swoje teksty wydają mi się ... No takie.... Pospolite Wink
Pewnie się nie uda, bo każdy ma swój własny sposób narracji. Ten twój z ważonymi ostrożnie słowami jest świetny.

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#3
Strasznie się cieszę, że Ci się podobało. A już myślałam, że dostanę po głowie za ten mrok...

A wiesz, Gorzki, dochodzenie do tego minimalizmu to była droga przez mękę. Tobie, umysłowi ścisłemu, będzie łatwiej, bo wszystko możesz sprowadzić do prostego równania. A Miranda nawet tabliczki mnożenia nie ogarnęła Smile

Muszę wyznać, że - paradoksalnie - to poezja nauczyła mnie minimalizmu. Bawię się nią od czasu do czasu (z marnym skutkiem), ale dzięki niej nauczyłam się syntetyzować myśli.
Odpowiedz
#4
Brrrr. Poezja. Proszę mnie nie straszyć Mirando Wink
Co jak co ale wierszów pisać nie będę Wink
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#5
(07-01-2018, 00:42)gorzkiblotnica napisał(a): Brrrr. Poezja. Proszę mnie nie straszyć Mirando Wink
Co jak co ale wierszów pisać nie będę Wink

No. Trudne jak diabli. Miranda próbowała i nawet raz się udało Smile
Odpowiedz
#6
(06-01-2018, 16:48)Miranda Calle napisał(a): Mieszanina tych zapachów miała coś z oksymoronu, jak stołówka w szkole dla dziecka albo poczekalnia w gabinecie stomatologicznym dla pacjenta z bolącym zębem.
Interpunkcja to moja słaba strona, ale tu wydaje mi się, że przed "albo" powinien być przecinek. Swoją drogą bardzo dobre zdanie Wink
(06-01-2018, 16:48)Miranda Calle napisał(a): Drapała się bez przerwy, pozostawiając wszędzie białe płatki swojej skóry.
"Swojej" zbędne. Ze zdania wynika, że nie cudzej Wink

(06-01-2018, 16:48)Miranda Calle napisał(a): Zbudziłam się z dwugodzinnego snu po nocy, która wypadła mi z kalendarza i pociągnęła na skraj, w nieznane.
Kocham to zdanie Heart


Dopracowane i jak zwykle psychologicznie bez zarzutu (zresztą teraz wiem dlaczego Smile ).
Sam jestem pedagogiem-psychologiem, choć niepraktykującym. Wink

Opisy pierwszej części wzbudziły we mnie obrzydzenie. Pomyślałem "nie tym razem, to zdecydowanie nie moje klimaty". Od połowy to odczucie zniknęło.
Całość mocna i mroczna. Końcówka konsekwentna i ... mroczna Wink

Z pewnością porusza emocje (przynajmniej u mnie) choć jak rzekłem, nie moje klimaty. Ale jest to kawał dobrej, poczciwej "Mirandy". Jakbym czytał nie wiedząc kto jest autorem, to po stylu na pewno bym rozpoznał Wink
Ja bym tak trzy gwiazdeczki dał.
Odpowiedz
#7
(12-01-2018, 12:28)Gunnar napisał(a):
(06-01-2018, 16:48)Miranda Calle napisał(a): Mieszanina tych zapachów miała coś z oksymoronu, jak stołówka w szkole dla dziecka albo poczekalnia w gabinecie stomatologicznym dla pacjenta z bolącym zębem.
Interpunkcja to moja słaba strona, ale tu wydaje mi się, że przed "albo" powinien być przecinek. Swoją drogą bardzo dobre zdanie Wink
(06-01-2018, 16:48)Miranda Calle napisał(a): Drapała się bez przerwy, pozostawiając wszędzie białe płatki swojej skóry.
"Swojej" zbędne. Ze zdania wynika, że nie cudzej Wink

(06-01-2018, 16:48)Miranda Calle napisał(a): Zbudziłam się z dwugodzinnego snu po nocy, która wypadła mi z kalendarza i pociągnęła na skraj, w nieznane.
Kocham to zdanie Heart


Dopracowane i jak zwykle psychologicznie bez zarzutu (zresztą teraz wiem dlaczego Smile ).
Sam jestem pedagogiem-psychologiem, choć niepraktykującym. Wink

Opisy pierwszej części wzbudziły we mnie obrzydzenie. Pomyślałem "nie tym razem, to zdecydowanie nie moje klimaty". Od połowy to odczucie zniknęło.
Całość mocna i mroczna. Końcówka konsekwentna i ... mroczna Wink

Z pewnością porusza emocje (przynajmniej u mnie) choć jak rzekłem, nie moje klimaty. Ale jest to kawał dobrej, poczciwej "Mirandy". Jakbym czytał nie wiedząc kto jest autorem, to po stylu na pewno bym rozpoznał Wink
Ja bym tak trzy gwiazdeczki dał.

Przed "albo" przecinka nie powinno być, chyba że byłby podwojony.

A "swojej" usuwam", dziękuję Smile
Ech, zaimkoza to moja słaba strona. Gdybyś widział ten tekst przed korektą, nawet dwóch gwiazdek byś nie dał!

No to czekam na *** Smile
Odpowiedz
#8
Miały być 3* a wyszła tylko jedna. mam nadzieję, że mi wybaczysz Heart

Dopiero się uczę tego gwiazdkowania, a chyba pomyłki cofnąć się nie da.
Odpowiedz
#9
Miłość Ci wszystko wybaczy Big Grin
Odpowiedz
#10
Spokojnie Gunnar. Poprawiłem Twój błąd. Gwiazdkowanie da się cofnąć bezpośrednio przez bazę danych.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości