Ocena wątku:
  • 1 głosów - średnia: 4
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Zaklinacz deszczu
#1
Z dedykacją dla Alchemika


Ojciec jest obecny w każdym moim wspomnieniu z dzieciństwa. Pamiętam go jako postawnego mężczyznę o niesamowitych brązowych oczach i bardzo jasnych, zmierzwionych, dość długich włosach, z których lubił układać fantazyjne fryzury. 
Jako kilkulatek całe dnie spędzałem w jego pracowni, obserwując, jak pochyla się nad schematami coraz to nowych aparatur, mruży oczy i obraca ołówek między palcem wskazującym i środkowym lewej dłoni. 

Fascynowało mnie wszystko, co było z nim związane. Traktował mnie zawsze poważnie i liczył się z moim zdaniem. Chodziliśmy na wzgórza, robiąc próby prototypów, pozwalał mi je uruchamiać i wyjaśniał zasadę działania. Był bardzo cierpliwy i pogodny, roztaczał wokół aurę spokoju i mądrości. Kiedy szliśmy przez miasto, wszyscy mu się kłaniali: „Dzień dobry, panie profesorze!”. Byłem strasznie dumny, że jestem jego synem. 

Odkąd pamiętam, badał zjawiska atmosferyczne i zastanawiał się, jak wpływać na pogodę. Jego obsesją była koncepcja bezpłatnej energii. Wykorzystywał każdą wolną chwilę na jej poszukiwanie.
Wreszcie skonstruował urządzenie, któremu nadał nazwę kondensatora powietrznego. Składało się ono z wiązki pustych w środku metalowych rur wykonanych z cienkiej błyszczącej blachy, jednym końcem wymierzonych skośnie w niebo, a drugim zanurzonych w wodzie. Zasada działania aparatu opierała się na wynalazku elektryczności zmiennej, a jej nowatorstwo polegało na pozyskiwaniu energii z promieniowania słonecznego i kosmicznego.

Po wielu próbach laboratoryjnych, ojciec zdecydował się przetestować aparat w terenie. Z niemałym trudem wtoczyliśmy maszynerię na szczyt wzgórza. Dzień był słoneczny, niebo czyste, ani jednej chmury na niebie. Ojciec ustawił dysze pionowo, następnie naciskał dźwignie, w celu uzyskania odpowiedniego kąta nachylenia. Bez skutku. Nie działo się kompletnie nic. Kolejne dni wyglądały podobnie. Lecz pewnego dnia, kiedy na niebie pojawiły się wreszcie pojedyncze obłoczki, eksperyment posunął się  nieco do przodu. Po wielokrotnych manipulacjach dźwigniami, ojcu udało się utworzyć skupisko chmur i wycisnąć z niego parę kropel deszczu.
Oszołomiony udaną próbą, zwrócił się do władz naukowych o udzielenie funduszy na dalsze badania. Ale spotkał się ze stanowczą odmową.

Aż nagle coś się zmieniło. Zaczął wracać z instytutu zdenerwowany i smutny. Zamknął się w sobie. Przesiadywał w zamkniętej od środka pracowni, z rzadka wychodząc na zewnątrz. W tych dniach prawie go nie widywałem. Słyszałem, jak kilkakrotnie rozmawiał przez telefon. Z tonu rozmów wnioskowałem, że kłóci się z kimś zapamiętale. 
Dotarły mnie słuchy, że teorie ojca wywołały takie kontrowersje w naukowym środowisku, że instytut wymówił mu posadę. Ale on, niezrażony, kontynuował swoją pracę, mimo coraz częstszych narzekań sąsiadów. Ludzie przestali pozdrawiać go na ulicy i nikt nas już nie odwiedzał.
Kiedy pewnego dnia nie zaprowadzono mnie do szkoły, wiedziałem już, że nasze życie całkiem się zmieni. 

Wkrótce musieliśmy opuścić nasz dom w górach i nasz kraj.  Zamieszkaliśmy na południu, w krainie płaskiej jak talerz, piaszczystej i gorącej jak piekło. 
Farmerzy dzień i noc modlili się o deszcz. 
Ojciec godzinami patrzył, jak mozolnie nawadniają swoje pola. Potem zamykał się w pracowni, warzył jakieś mikstury w kolbach, badał pod mikroskopem. Kręcił głową, parskał poirytowany i mamrotał do siebie. Potem coś obliczał, kreślił schematy, w nieskończoność poprawiał. Czułem, że tym razem musi mu się udać, że wreszcie stworzy coś, co przewyższy wszystko, co do tej pory wynalazł.

Wreszcie aparat był gotowy do próby generalnej. Wytoczyliśmy go na pole przed naszym domem.
Po około dwóch godzinach prób zachmurzyło się tak, że zrobiło się zupełnie ciemno. W oddali zagrzmiało. Ojciec wpatrywał się z napięciem w niebo, manipulował dźwigniami, naprowadzając dysze na skupiska chmur. Wreszcie poczuliśmy pierwsze od wielu miesięcy krople zbawiennego deszczu. Zgromadzeni wokół farmerzy zaczęli krzyczeć z radości. Kobiety płakały.
Padało przez tydzień. Pola zazieleniły się, zboża wspięły, oliwki nabrzmiały soczystością.

Ale triumf nie trwał długo. 
Zaczęło się od oszczerczych artykułów w prasie. Powoływano się na opinie naukowe, dowodzące że aparat wytwarza niebezpieczne dla organizmów żywych „fale prądowe”. Ojca nazywano szarlatanem i cyrkowym magikiem. 
„Stek bzdur, nawet nie zadali sobie trudu, by dotrzeć do moich prac, do mnie, tylko zrobili wywiad z moimi wrogami! Wcześniej zazdrość środowiska, teraz lobby producentów nawadniaczy i nawozów… Podłość, podłość…”. Był załamany i uważał, że ta dyskredytacja to spisek kręgów ekonomicznych, który zawiązał się po jego oświadczeniu, że jest w stanie zbudować urządzenie do wytwarzania energii, zasilane skoncentrowaną energią atmosferyczną. 

Pewnego poranka do naszego domu wdarli się agenci rządowi w asyście policji. Wyprowadzili ojca skutego kajdankami, jak groźnego przestępcę.
Oskarżono go o zakłócanie porządku publicznego, skazano na więzienie, zakaz publikacji książek i czasopism z wynikami badań, a istniejące kopie spalono w spalarni miejskiej. Z jego mieszkania zniknęły zapiski naukowe i dziennik, w którym opisywał swoje eksperymenty. 
Kondensator powietrzny zdemontowano. 

Ojciec zmarł, nie opuściwszy więzienia.
Jego ciało poddano kremacji, prochy wydano nam wraz z aktem zgonu. Zawał serca. A przecież nigdy na nic nie chorował.

Prócz leworęczności odziedziczyłem po nim analityczny umysł. Zaraził mnie swoją pasją. Na studiach zauważyłem dziwne zależności między czytanymi słowami a rzeczywistością. Na studiach odkryłem zjawisko mikrosynchroniczności, polegające na odwzorowywaniu pożądanych społecznie postaw i emocji w taki sposób, by wykreowana rzeczywistość zdawała się przyjaznym i przyjemnym miejscem do życia. Pod wpływem odkrycia tego fenomenu, zacząłem analizować artykuły w gazetach codziennych, liczyć słowa, dzielić je na sylaby, łączyć na nowo, badać powiązania. Odkryłem, kto za tym wszystkim stoi. 
Ojciec się mylił. Niepotrzebnie poświęcał się badaniom, niepotrzebnie stracił życie. Nikomu z władz nie zależało na bezpłatnej energii.
Osobniki plądrujące laboratorium zapomniały o koszu na śmieci, stojącym na zewnątrz,
Znalazłem tam kilka pomiętych kartek z notatnika. Odrzuconych przez ojca koncepcji. Na jednej z nich było brakujące równanie.

Odtworzyłem kondensator powietrzny, wprowadzając kilka modyfikacji. Nowy aparat nazwałem ewaporatorem. Do eksperymentu wykorzystałem materiał radioaktywny, którego ogromne złoża kryła ta bezużyteczna ziemia. 

Ojciec powinien być ze mnie dumny.
Odpowiedz
#2
Hmm. Interesująca fantastyka. Przyznam, że można dać się wkręcić. Historia przypomina nieco opowieści o stworzeniu "działa orgonowego". Na dodatek jeszcze zgrabnie powiązane z rodzajem teorii spiskowej.

Nie powiem, ładnie uwiarygodniłaś tę intrygę Wink. Czyli piątka z plusem za logikę opowiadania.

Całość napisana zgrabnie. Dobrze warsztatowo. Czyta się łatwo, tekst wciąga. Co najwyżej uznałbym, że jest nieco zbyt krótki.
No i zakończenie, jak to zwykle u Ciebie takie wieloznaczne i niezdecydowane. No ale do tego, to zdążyłem się już przyzwyczaić.

Czyli zdecydowanie pozytywnie.

Pozdrawiam serdecznie
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#3
Ojej, jakie miłe ciasteczko... Nareszcie udało mi się trafić w Twoje gusta Smile
Dziękuję serdecznie!
Odpowiedz
#4
Najbardziej podoba mi się dedykacja.
Nawet nie masz pojęcia dlaczego.
Może mój ojciec był tylko inżynierem, ale miał też alchemiczny umysł.
W mojej rzeczywistości nie mógł stworzyć takiej maszynerii, ale dał mi asumpt, żebym ja mógł je tworzyć fantastycznie.
Był postawnym mężczyzną o brązowych oczach, ale jednak włosy miał ciemniejsze od moich, choć całkiem długie.
Ja mam, ciemnoblond, dużo dłuższe i niebieskie oczy po matce.
Jestem alchemikiem za sprawą mojego ojca, Edmunda.
Zmarł pod moimi rękami, kiedy próbowałem go reanimować. Przeklęty zator w tętnicach serca, może w płucach.
Nie nauczył mnie inżynierii.
Nauczył mnie śpiewać szanty, żeglowania.
Nauczył mnie jak stworzyć ewaporator.
Choć do tego potrzebowałbym powieści, którą kiedyś napiszę.
Dziękuję Tobie Mirando.
Jesteś świetnym obserwatorem i nie umykają Tobie szczegóły.

Miałbym sporo zastrzeżeń co do stylistyki.
Ale darujmy to sobie w tym przypadku.

Jerzy Edmund
Kłamstwo wymaga wiary, aby zaistnieć. Uwierzę w każde pod warunkiem, że mi się spodoba.
J.E.S.

***
Jak być mądrym.. .?
Ukrywać swoją głupotę!
G.B. Shaw
Lub okazywać ją w niewielkich dawkach, kiedy się tego po tobie spodziewają.
J.E.S.

[Obrazek: oscar.jpg]
Odpowiedz
#5
(27-12-2017, 01:26)Alchemik napisał(a): Najbardziej podoba mi się dedykacja.
Nawet nie masz pojęcia dlaczego.
Może mój ojciec był tylko inżynierem, ale miał też alchemiczny umysł.

Owszem, wiem, dlaczego. Właśnie dlatego to właśnie Tobie zadedykowałam ten tekst.

Zdaję sobie sprawę z niedoskonałości narracji. Miałam dłuuugą przerwę, jak wiesz.

Dziękuję Smile
Odpowiedz
#6
Cytat:Miranda Calle:
Składało się ono z wiązki pustych w środku metalowych rur wykonanych z cienkiej błyszczącej blachy, jednym końcem wymierzonych skośnie w niebo, a drugim zanurzonych w wodzie. Drugi koniec zanurzony był w wodzie, a potężny przewód elektryczny, którym były oplecione – zakopany głęboko w ziemi.
(...)Z niemałym trudem wtoczyliśmy maszynerię na szczyt wzgórza.
Bliskie powtórzenie całego zwrotu. Dobrze byłoby to przeformułować.
Pierwsze zastanawiałem się jakim cudem wytoczyli to na wzgórze, skoro jeden koniec był zakopany w ziemi. Ale dopiero potem doczytałem, że kabel był zakopany w ziemi Wink
 
Cytat:Miranda Calle:
Oskarżono go o zakłócanie porządku publicznego, skazano na więzienie, zakaz publikacji książek i czasopism z wynikami badań, a istniejące kopie spalono w spalarni miejskiej. Z jego mieszkania zniknęły zapiski naukowe i dziennik, w którym opisywał swoje eksperymenty i prowadził zapiski naukowe.
Bliskie powtórzenia.

Cytat:Miranda Calle:
Odtworzyłem kondensator powietrzny, wprowadzając kilka modyfikacji. Nowy aparat nazwałem ewaporatorem. Do eksperymentu wykorzystałem materiał radioaktywny, którego ogromne złoża kryła ta bezużyteczna ziemia.

Ewaporacja? Orwell 1984? Wink
Wygląda na broń masowej zagłady Big Grin

Pomijając nieliczne potknięcia tekst bardzo staranny. Ciąg zdarzeń ze zniszczeniem reputacji ojca bohatera przerażająco realistyczny. To nawet nie teoria spiskowa, bo bez trudu można sobie wyobrazić, by coś takiego stało się w rzeczywistości. Tekst nawet bardziej socjo-psychologiczny niż sf. I pod tym względem socjo-psych wiarygodny (a znam się na rzeczy).
 
Pozdrawiam Serdecznie
Odpowiedz
#7
Dzięki, Gunnar! Oczywiście, już poprawiam. Aż mi głupio, że przegapiłam Smile

Cieszę się, że Ci się podobało i uważasz narrację za wiarygodną fabularnie, bardzo jesteś łaskaw.

Inspiracją do napisania tego opowiadania były dla mnie intrygujące losy N. Tesli oraz W. Reicha. A zaczęło się od pewnej piosenki...

Pozdrawiam serdecznie!
Odpowiedz
#8
Podsumowując. Dobrze poprowadzone opowiadanie, ciekawe inspiracje i jak zwykle wieloznaczne zakończenie Wink
Z mojego punktu widzenia 4/5

Pozdrawiam serdecznie
Odpowiedz
#9
Dziękuję! No to dawaj te gwiazdki... Smile
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości