Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Wcielenie
#1
Dziesięć, dziewięć, osiem... Zaczynamy odliczanie. Jesteś spokojny. Twoje dłonie są chłodne. Wiesz, co robisz. Nawet powieka ci nie drgnie, gdy dotykasz moich skroni, lekko masujesz. Odprężam się, czuję się bezpiecznie. Twoje palce zsuwają się po mojej szyi. Jeszcze jest przyjemnie, ale nagle czuję pierwsze ukłucie niepokoju. Potem wszystko toczy się szybko. Nie zdążam wykonać żadnego gestu, nim zaczniesz miażdżyć mi tchawicę. Ironizujesz: nie lubisz kina akcji? 
I wtedy to się dzieje.
 
Telewizja zniekształca duszę. Spłaszcza i odrealnia, fałszuje wygląd i głos. Odgadłam cię tylko po gestach twoich dłoni. Doskonale wiedziałeś, jak się nimi posługiwać, by podkreślić swoje kompetencje. Zawsze potrafiłeś tak niepowtarzalnie, perfekcyjnie gestykulować. Na twojej lewej dłoni błyszczała obrączka. Wdowia obrączka. Element twojego osobistego PR.
Nie zastanawiałeś się nigdy, kto cię ogląda na ekranie telewizora. Kto czyta o tobie w gazetach, śledzi w Internecie twoje poczynania, historię wyszukiwarki i twoje maile. Kto przegląda zawartość twardego dysku twojego laptopa.
Nie pomyślałeś nigdy o tym, że ja też mogłam cię obserwować. Fantazjować na twój temat.
 
Stałeś przy barze, wśród tłoczących się, roześmianych ludzi. Jak żywy kontrast. Cień zasłaniający światło. Wysoki, postawny, lekko zgarbiony (kula, na której musiałeś się opierać, utrudniała ci przyjęcie odpowiednio swobodnej, niedbałej pozy). Krótko przystrzyżone siwe włosy, ostre rysy twarzy, prosty, wydatny nos. Przymrużone oczy o najbardziej brązowych tęczówkach, jakie kiedykolwiek widziałam. Łukowate brwi nadające twojej szczupłej, pełnej ostrych kątów twarzy diabolicznego wyrazu. Całość uzupełniał głos: niski i dźwięczny oraz sposób, w jaki wymawiałeś głoskę „r”.
Mimo niepełnosprawności nie sprawiałeś wrażenia bezradnego. Biła od ciebie aura potęgi. Chodzący sukces. Żywy pomnik. Żywa legenda. Majty w dół. Z drogi śledzie, bo król jedzie.
Ty – nienawidzący konwenansów, salonowej etykiety, „wersalu podlaskiego”, jak pogardliwie nazywałeś takie imprezy – to właśnie ty byłeś bohaterem tamtego wieczoru. Powinnam być chyba dumna, że znalazłam się wtedy wśród tych wszystkich ważnych ludzi, którymi gardziłeś.
Piłeś wino, a po sposobie, w jaki przechylałeś kieliszek do ust domyślałam się, że miałbyś ochotę na coś mocniejszego. I na zupełnie inne towarzystwo. Spod twojej rozpiętej marynarki wystawała lekko pognieciona koszula. Ostatni guzik, tuż przy pasku, był rozpięty.
W tym tłumie obcych-znanych ludzi widziałam tylko ciebie. Odwróciłeś się i nasze oczy się spotkały. Nie było żadnego efektu zaskoczenia. Ta przewidywalność trochę mnie rozczarowała. Ale właściwie czego się spodziewałam? Miłego randez-voux?
Twoje spojrzenie wypalało dziury na mojej skórze. Te bluźniercze stygmaty rozgorzały żywym ogniem, tylko twój cień mógł uchronić mnie przed spopieleniem. Patrzyłeś tak mocno, że zakręciło mi się w głowie. Cały wszechświat – tylko ty i ja.
 
Wtedy jeszcze nie znałam się na twoich uśmiechach, a moje doświadczenie w dziedzinie mowy ciała nie miało tu żadnego zastosowania. Wtedy jeszcze widziałam w twoich oczach blask dalekich gwiazd, twój głos działał kojąco, francuskie „r” dźwięczało jak obietnica, a śmiech wcale nie brzmiał ironicznie. Wtedy jeszcze łudziłam się, że twoje dłonie będą otwierać mnie, nie powodując skrzypienia. W wyobraźni tworzyłam scenariusz romansu rodem z telenoweli. Bogaty, wpływowy, przystojny i piekielnie inteligentny Książę spotyka Kopciuszka. Kwiaty, bombonierki, „całuję twoją dłoń, madame”, „ajlawju”, hokus-pokus.
 
Twój dom stał pod lasem, w starej części miasta, na końcu alei kasztanowców, z dala od innych domów. Z zewnątrz wyglądał całkiem zwyczajnie. Bohaterowie czarno-białych gazet wysoko cenią swoją prywatność. Nie ogłaszają się w książkach adresowych, nie epatują bogactwem, nie zwracają na siebie uwagi. Poza wystąpieniami publicznymi nawet nie korzystałeś z ochrony.
Otworzyłeś mi od razu, nie wydawałeś się zdenerwowany. Zresztą nigdy nie okazywałeś emocji. Mimo nieoficjalnego stroju: rozpiętej pod szyją jasnoniebieskiej koszuli z podwiniętymi rękawami i spranych dżinsów, wyglądałeś nadal bardzo władczo. Wkrótce przekonałam się, że nigdy nie traciłeś „odpowiedniego wyglądu”. Wtedy nawet nie przeszło mi przez myśl, że tak naprawdę czekałeś na mnie, niecierpliwiłeś się, w myślach zgwałciłeś mnie już wiele razy, pobiłeś do nieprzytomności, a na koniec zabiłeś i poćwiartowałeś (albo odwrotnie). Wtedy powiedziałeś tylko: wejdź, proszę.
W pokoju było chłodno. W milczeniu rozpinałeś guziki mojej koszuli, nie patrząc mi w oczy. Wiedziałam, że to się musi stać. Wszystko było z góry zaplanowane. Byłam gotowa doprowadzić cały plan do końca. Punkt po punkcie.
 
- Mogłabym się w tobie zakochać – kłamałam, patrząc ci prosto w oczy, wtulona cała w ciebie, ciało przy ciele, dusza przy duszy, za oknem wieczór, za oknem świt. Gdybym nie skłamała, musiałbyś odrywać moje ciało od siebie, zrywać je płatami, jak wąż zrzucający skórę.
- Naiwna! Mnie nie można kochać.
Na zaparowanym lustrze w twojej łazience zostawiłam wyznanie miłości. Znikło, nim zdążyłeś je przeczytać.
 
Robiłam ci dobry PR, byłam rzecznikiem i asystentem mistrza ciętej riposty, króla cyników, sadysty potrafiącego upokarzać szybko i bezwzględnie. Wobec innych z zasady nieprzyjemny, mnie traktowałeś jak powietrze („fuck off, please”). Byłam na każde twoje życzenie. Pełna dyspozycyjność. Nigdy nie usłyszałam od ciebie żadnej pochwały ani nagany. To zaskakujące wyróżnienie, biorąc pod uwagę, jak pastwiłeś się nad swoimi pracownikami. Ich niechęć i podejrzliwość miała być dla mnie większą krzywdą niż realny mobbing. To także był element twojej strategii. („Słuszne zasady, transparentne działania, czyste ręce”).
Zbudowałeś wokół siebie zimny mur obojętnego profesjonalizmu. Nie istniałeś w świecie kolorowych pism. Nie miałeś przeszłości, wstydliwych tajemnic, kochanek nękających cię telefonami ani nieślubnych dzieci. Na twoim biurku zawsze stała starannie odkurzona fotografia rodzinna. Element wizerunku. Element twojego muru. Ale ludzie uwielbiają plotki, zwłaszcza te, które dotyczą ich szefa. Te wszystkie nieprawdopodobne historie opowiadane szeptem na biurowych korytarzach. Ludziom pracującym po kilkanaście godzin dziennie potrzebne jest czasem wytchnienie. Mówili o corocznym safari w Afryce. O największej prywatnej kolekcji broni z okresu II wojny. O nieletnich tajskich prostytutkach, sprowadzanych specjalnie dla ciebie. Wszystko, co się z tobą wiązało, było jedynie prawdopodobne. Byłeś dla nich tajemnicą, intrygującą zagadką, której nie dane im było nigdy rozwiązać. Cała ich wiedza o tobie opierała się na domysłach. Nie byli wyznawcami religii Wielkiego Człowieka - wiedzieli, jak daleki był prawdziwy wizerunek szefa od tego, który przedstawiały publiczne media.
 
Ty nie poniżałeś swoich podwładnych. Ty ich gwałciłeś. Sarkazmem, pozornie niewinnymi uwagami, celnymi i bolesnymi jak drzazgi wbijane pod paznokcie. Upokarzałeś ich, zlecając niemożliwe do wykonania zadania lub załatwianie twoich prywatnych spraw w godzinach pracy. Opłacanie rachunków, kupowanie sprzętu AGD, atramentu do pióra w jakimś absurdalnym odcieniu, a nawet damskiej bielizny. Starałeś się przy tym, by świadkami poniżenia było jak najwięcej osób. To był twój sposób na rozładowanie seksualnego napięcia, jedyny, który podniecał cię naprawdę („jestem szefem, jestem twoim właścicielem, jestem kimś przez wielkie „k”, mogę cię gnoić, a ty nic nie możesz zrobić, bo się boisz, bo się wstydzisz, bo jesteś nikim i sam już wierzysz w to, że jesteś zerem, złóż wypowiedzenie, proszę bardzo, ale już nigdzie indziej nie znajdziesz pracy”). Gardziłam słabościami, które bezlitośnie wytykałeś. Wierzyłam w każde twoje słowo jak w dogmat. Wierzyłam, że jesteś Bogiem.
 
W zamkniętej puszce samochodu powietrze stawało się gęste od naszych oddechów. Parkowałeś w lesie blisko domu. Twój oddech na moim karku. Wulgarny szept. Nasz prywatny metajęzyk, mowa zagryzionych warg, zaciśniętych pięści, sinych śladów na skórze, wściekłości kipiącej jak morze, rzygi i woda z kibla, i z siłą wodospadu jak corega tabs. Twoje zimne spojrzenie. Rozpinałeś mi płaszcz, potem bluzkę, szarpałeś się przez chwilę z suwakiem od spódnicy. Absurdalnie drogie ubrania lądowały na podłodze samochodu. Koła w ruch, para buch. Nie dotykałeś mojego ciała, ledwie na nie patrzyłeś. Gwałt to akt władzy, nie pożądania. Wydawałeś krótkie polecenia. Pojedyncze słowa, krótkie serie jak wystrzały z pistoletu, pif-paf. Zmarznięta ziemia parzyła moje bose stopy. Dotyk twoich zimnych palców w moim kobiecym miejscu i między pośladkami. Krew w ustach po tym, jak ugryzłam cię w rękę. Trzymając mnie za włosy, uderzałeś moją głową o karoserię. Ćśśś… Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy. Twoje uderzenia były zawsze precyzyjne, dokładnie wymierzone, choć nie pozbawione finezji. Otwarta dłoń nie zostawia śladów pod warunkiem zachowania odpowiedniego kąta i siły ciosu. Byłeś sadystą. Świadomym swojej siły i mojej wytrzymałości.
Czuły judaszowy pocałunek, twoje ręce miażdżące moją tchawicę, brak tchu. Puszczałeś i zaciskałeś na nowo. Twoja ulubiona zabawa. Korony drzew zamykały się nad nami, niebo wypełniało się gradientem fioletu i czerni, jak siniec na szyi wisielca, a ja wyobrażałam sobie, że walczę rozpaczliwie, że krzyczę „nie”. Uderzałeś mnie w twarz, zakrywałeś mi usta dłonią, nim zdążyłam choćby pisnąć.
- Wybacz, ale przecież nie chcemy, żeby ktoś się tu zjawił - przepraszałeś z szyderczą uprzejmością.
Zimno. Strach. Czy to już? Nic już nie będzie?
Zwalniałeś ucisk, zanim zdążałam odpłynąć na dobre, potem dopadąły mnie mdłości. Wycierałeś mi usta, podtrzymując mi włosy.
- Puść mnie, proszę.
- Boisz się?
- Tak.
- Nie zrobię nic, czego nie będziesz chciała, wiesz o tym.
- Tak. Puść.
Twoje źrenice rozszerzone jak po atropinie, stawały się dwiema czarnymi dziurami pochłaniającymi całe światło. Skrzypienie mojej nagiej skóry. Pulsujące światła reflektorów i monotonny jęk alarmu wprowadzały w hipnotyczny trans.
Odejdź w pokoju, ofiara spełniona.
Oglądałam w lusterku ciemniejące pręgi na szyi.
– Nie bój się, nikt nie zobaczy. Założę apaszkę – zapewniałam cię, choć tak naprawdę nic cię to nie obchodziło.
 
Strefa cienia. Weszłam w układ, który wydawał się spełnieniem moich marzeń, a okazał się piekłem, ślepą ulicą. End of the road. Poświęciłam własną dumę i zasady. Straciłam głowę dla mężczyzny, który traktował mnie jak psa. Nienawidziłam go i kochałam jednocześnie. Fascynowała mnie ciemność, która była w twoich oczach, w twoim umyśle. Mrok, w którym nigdy nie wiadomo, co się czai. Co z niego nagle wychynie. A potem okazało się, że to tylko zwykły brud.
Moja prawda była skryta w kłamstwie, w które sama zaczęłam wierzyć. Mogłam z nią żyć i się z nią pogodzić albo udawać. Pomyślałam, że jeśli dostatecznie długo będę kroczyła drogą tego prawdo-kłamstwa, jego pragmatyczna strona przeistoczy się w nicość. Przekonałam siebie, że wystarczy te wszystkie wspomnienia, fantazje i historie skrzętnie zapisać. Zamknąć w słowach wszystkie zapachy. Słowami naszkicować każdy dotyk, ból i ugryzienie. Stworzyć szkic nowej sztuki dla dwojga aktorów. Umieścić w niej wszystkie didaskalia z dokładnością szczegółu. Zapach burzy. Zaschnięta kropelka mojej śliny na twoim ramieniu. Zaparowane lustra. Mokre ślady stóp w łazience. Rozrzucone na podłodze książki, płyty, wybebeszone szuflady. Zrobić dokładną dokumentację fotograficzną. Zamknąć duszę każdego przedmiotu w cyfrowej matrycy, by móc je bez końca wskrzeszać. Celebrować historię zaklętą w słowach i obrazach. Obgryzać ją po kawałku, aż do kości.
Smak Twojego ciała, jego konsystencja. Zawsze o pół stopnia chłodniejsze od mojego. Twarda, opalona skóra. Chciałam wgryźć się w nią, głęboko. Przez błyszczące czerwono ścięgna. Aż do kości. Miłosny poczęstunek.
 
Uwielbiałam sposób, w jaki wymawiałeś moje imię. W twoich ustach brzmiało tak samo jak słowo „pieprzyć”. Z tą całą oprawą upokorzeń, jadowitych kłamstw, szyderstw i przemocy. Z ostrymi przedmiotami, stłuczoną butelką po wódce, nożem przystawionym do mojego gardła.
Zimne powietrze piekło w twarz jak wymierzony przez ciebie policzek. Całowałam twoje dłonie, bluźniąc prowokacyjnie i bezwstydnie, wzywając Boga na świadka tej przewrotnej adoracji.
Trzymałeś mnie w garści, cebulki włosów trzeszczały w twoich dłoniach, a ja klęczałam przed tobą. Te dłonie, wcześniej tak czułe, później stanowczo rozprawiały się z moją kobiecością, bramy łatwo otwierają się na oścież (wystarczy naoliwić zawiasy, żeby nie było słychać skrzypienia), będzie Pan zadowolony: moja kobiecość obfituje w soki, a ciało wiele wytrzyma, nie popęka w szwach jak stara ścierka.
Epicentrum koszmaru było najbezpieczniejszym miejscem na ziemi.
 
Tyle razy opisywałeś w najdrobniejszych szczegółach, jakim torturom mnie poddasz, zanim mnie zabijesz. Nie miałam powodu, żeby ci nie wierzyć. Czasem topiłeś mnie w wannie tak długo, że traciłam przytomność. Nazywałeś tę zabawę „topieniem Marzanny”. Przytrzymywałeś mi głowę pod wodą i wyznawałeś mi miłość. Przepraszałeś. „Cśśś… spokojnie, uspokój się, nic się nie dzieje”.
- Jesteś taka wrażliwa. Taka dobra. Zmieniłaś mnie. Jesteś tajemnicą, którą chcę odkryć, przełamujesz fale, wiesz?
W trakcie tej mrocznej ceremonii, bluźnierczego chrztu, topiłam gorycz, która ze mnie kipiała przez całe lata, wypalała we mnie dziurę; kolejną dziurę, w którą można wetknąć palec. Ani przez chwilę nie czułam się ofiarą. Przecież sama to sobie zrobiłam. Każdy dzień mógł być ostatni. Tego właśnie chciałam.
 
– Zaczynamy zabawę – powiedziałeś tamtego dnia, to były moje urodziny. Jeszcze nie wiedziałam, co się stanie. Muzyka przepływała przeze mnie, byłam przezroczysta. Rozłożyłam ręce i wirowałam jak derwisz w religijnym amoku.
- Uważaj, żeby nie porwał cię wiatr - posłałeś mi jedno z tych swoich ironicznych spojrzeń.
Potem wziąłeś do ręki srebrzystą taśmę izolacyjną.
- Nie musisz tego robić, nie będę krzyczeć.
- Z zaklejonymi ustami będziesz wyglądać, jakbyś chciała krzyczeć.
Dzwonek alarmowy rozdzwonił się w mojej głowie. (Call the police!). I zamilkł.
Nie słuchałam, kiedy rozsądek podpowiadał mi, że trzeba uważać. Że są granice, których nie wolno przekroczyć. Achtung, minen. Grozi śmiercią.
Najprościej jest oszukać samego siebie. Dziury w pamięci sztukować zmyślonymi historiami. Fabrykować przeszłość. Ale tamtego dnia zrozumiałam: to nie była zabawa, gra. Ani żadna łamigłówka. To real. To się działo naprawdę.
 
Byłeś spokojny, jak zawsze. Pamiętam dotyk twoich chłodnych dłoni na mojej twarzy. Masowałeś moje skronie, twoje palce zsunęły się na moją szyję. A potem, nim zdążyłam choćby westchnąć, zacisnąłeś mi ręce na krtani, tak jak wiele razy wcześniej.
I powiedziałeś: teraz cię zabiję.
 
Wypchnąłeś mnie z samochodu na skraju lasu. Ciemność, w której nie zdążyłam się odnaleźć i na dobre przestraszyć. Potem na chwilę oślepiły mnie reflektory twojego samochodu.
Zdawało mi się, że krzyczałam. Ale nawet, gdybym mogła, i tak nikt nie mógłby mnie już usłyszeć.
Wokół gromadziły się kruki, kawki i wrony. Szaro-czarny kobierzec falował leniwie. Ptaki obserwowały mnie w milczeniu. Gdzie się podziały te wszystkie dzikie koty, które nocą grasują w zaroślach? Powietrze było nabrzmiałe od wilgoci.
Czarne, lepkie niebo waliło mi się na głowę. Czułam jak ucieka ze mnie życie. Było mi tak strasznie zimno. Bolało mnie całe ciało. Próbowałam oddychać, ale wiedziałam, że muszę umrzeć. Wsiąknąć w ziemię. Ulec rozkładowi. Kilkadziesiąt kilogramów psującego się mięsa.
Nic więcej.
 
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości