Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Dziewczyna z kolorami
#1
DZIEWCZYNA Z KOLORAMI
 
 
 
         Wydarzyło się to w czasach, kiedy mieszkałem z człowiekiem, który miał ładowarki zamiast rąk. Dzisiaj nie potrafię sobie nawet przypomnieć jego imienia. Pamiętam tylko dziesiątki kabli o wszystkich możliwych końcówkach. Dawały się podpiąć do każdego urządzenia. Wyrastały z sinych szram po bokach pozbawionego ludzkich kończyn tułowia jak odnóża jakiejś cybernetycznej stonogi i tak też się poruszały — po owadziemu.
         Ten człowiek nigdy nie nosił koszulki. Może wtedy nie wymyślono jeszcze koszulek przystosowanych dla takich jak on. Zajmował jeden pokój, a ja drugi. Starałem się nie korzystać z kuchni, kiedy słyszałem, jak obija się bezsensownie o ściany i szafki.
         Był piątek trzynastego. Nie lubię wychodzić na zewnątrz w zwykłe dni, a takiej pechowej daty nie dałoby się wyciągnąć mnie z mieszkania siłą. To tylko teoretyczne porównanie. Nie istniał wtedy i nie istnieje teraz nikt, kto miałby najmniejszą ochotę wyciągać mnie skądkolwiek dokądkolwiek.
         Postanowiłem zabić czas pozostały do soboty, oglądając teledyski na YouTube. Od zawsze najbardziej lubiłem te, które zaczynają się ostrzeżeniem, że zawarte w nich efekty stroboskopowe mogą wywołać atak u osób chorych na epilepsję. Oglądałbym je dzień i noc, bez przerwy, i nigdy nie poczułbym się źle. Psychodeliczne migawki na dnie moich oczu. Gdyby ktoś kiedyś zapytał mnie o hobby, odpowiedziałbym bez wahania — teledyski niebezpieczne dla epileptyków. Wpisałbym to w CV pod rubryką „zainteresowania”. Nie wstydzę się, bo są tacy, co mają dziwniejsze pasje.
         Tak minąłby mi cały dzień i nie poznałbym miłości swojego życia, gdyby nie prozaiczny fakt. Skończyły mi się papierki do kręcenia papierosów. Wiem, że ludzie nazywają te rzeczy inaczej. Mówią: „bletki” albo „bibułki”. Ja mówię „papierki” i nie znam nikogo innego, kto by tak robił. To moja kolejna cecha charakterystyczna. Gdybyście chcieli mnie odnaleźć, wystarczyłoby zapytać ekspedientkę w sklepie tytoniowym na centrum o faceta, który kupował „papierki do papierosów”. Powiedziałaby, że owszem, był taki jeden. Potem opisałaby mój wygląd. Wskazała, skąd i o jakich porach przychodziłem.
         Odchodzę od zmysłów mniej więcej pół godziny po ostatnim, wypalonym papierosie. Zwykle mniej. Prawie słyszę w takich momentach, jak coś trzeszczy między neuronami mojego mózgu. Jakby domagało się drapania i miało pęknąć, jeśli się tego pragnienia nie zaspokoi. Tak też się stało tamtego dnia.
         Wychodząc z bloku, starałem się sobie wmówić, że pech nie istnieje. A może po prostu coś się komuś kiedyś popierdoliło i tak naprawdę piątek trzynastego miał być uznawany za jakiś super szczęśliwy dzień, a nie na odwrót, i teraz żyjemy w błędnym założeniu? Takie pomyłki zdarzają się częściej, niż się to wydaje. Sam tak miewam. Kiedy pytam się przed lustrem, czy jestem dzisiaj szczęśliwy, raz na dziesięć razy coś mi się popierdoli i odpowiadam, że tak. Nie wiem dlaczego, ale czasami tak mam.
         Nie lubię ludzi z prostego powodu, być może najprostszego ze wszystkich. Nie mogę na nich patrzeć. Kiedy przyglądam się komuś dłużej niż sekundę czy dwie, twarz tej osoby zaczyna się wykrzywiać. Oczy rozlewają się po policzkach, usta poszerzają do czoła i dalej, nos zamienia w jakieś potworne kulfony. Jazda jak po ostrym kwasie, a ja przecież nigdy nawet nie próbowałem narkotyków. Dzieje się tak z twarzą każdego, na kogo spojrzę. Nie wiem, czy oni wyglądają tak naprawdę, czy to ja patrzę w niewłaściwy sposób. Przestałem się nad tym zastanawiać w wieku kilku lat. Szkoda psuć sobie tym głowę.
         Wsiadłem do tramwaju, wodząc wzrokiem gdzieś po podłodze. Dawno temu nauczyłem się, że to najbezpieczniejszy sposób. O ile w pobliżu nie ma dzieci, ludzi nieprzeciętnie niskiego wzrostu albo bobasów w wózkach, mogę przejechać tak całą drogę do centrum, nie oglądając ani jednej potwornej gęby.
         Najpierw poczułem jej zapach. Pachniała słońcem. Wiem, że to dziwaczne skojarzenie i sam nie potrafię dokładnie tego opisać, ale tak było. Pamiętam, co pomyślałem w pierwszym odruchu.
         Pomyślałem, że ktoś, kto tak pachnie, musi mieć nadzwyczaj ciepłą skórę.
         Siedziała dwa rzędy ode mnie i nie byłoby w niej niczego niezwykłego, gdyby nie nadrzędny fakt, który w parę chwil wywrócił do góry nogami wszystko, co wiedziałem dotychczas o świecie.
         Jej twarz nie wykrzywiała się w potworną maskę. Jak długo bym nie patrzył (a patrzyłem bardzo długo), pozostawała niezmienna i piękna. W życiu nie pomyślałbym, że mogę spotkać kogoś takiego. Nie miałem co do tego złudzeń, a oto stało się — w piątek trzynastego, który miał być taki pechowy.
         Zachwyt nad dziewczyną sprawił, że przegapiłem swój przystanek i wiele kolejnych. Mógłbym podziwiać ją do śmierci.
         Chciałbym podziwiać ją do śmierci.
         Była nieduża, miała czarne włosy, nastroszoną grzywkę i lekko odstające uszy, do tego raczej szeroki nos oraz zamyślone, brązowe oczy, którymi patrzyła na przesuwające się za szybą, miejskie krajobrazy. Musiała wyczuć na sobie mój wzrok, bo w pewnym momencie jakby wybudziła się z głębokiego bezruchu, spojrzała wprost na mnie i uśmiechnęła się, na co odpowiedziałem tym samym. Poklepała miejsce obok siebie, a ja skorzystałem z zaproszenia.
         Zapytałem, dokąd jedzie.
         — Wracam do domu. Wiozę kolory, które kupiłam w mieście — powiedziała zachrypniętym, ale w pewien sposób przyjemnym głosem.
         Pomyślałem, że mówiąc „kolory”, dziewczyna miała na myśli farby albo coś w tym rodzaju, lecz kiedy otworzyła reklamówkę, zrozumiałem, że wiezie w niej dokładnie to, co powiedziała — kolory. Skłębione, ruchliwe i migocące kolory.
         — Chciałbyś popatrzeć, jak maluję i napić się herbaty?
         Zgodziłem się bez sekundy namysłu.
         Wysiedliśmy na ostatnim przystanku, w miejscu, którego nigdy dotąd nie odwiedzałem. Tramwaj odjechał, strzelając iskrami z drutów, a my ruszyliśmy w przeciwnym kierunku. Zaproponowałem, że poniosę jej reklamówkę, ale powiedziała, że te kolory są całkiem lekkie.
         — To może potrzymam cię chociaż za rękę?
         — Byłoby naprawdę miło.
         Opuściliśmy miasto przez dziwną bramę, która zdawała się nieadekwatna do obecnych czasów. Ktoś namazał na łuku z kruszejącej cegły krótkie graffiti. „PORNOGRAFIA ZABIJA WYOBRAŹNIĘ” — głosiły niezdarnie postawione, białe litery. Pomyślałem, żeby zapytać dziewczynę, co to właściwie ma znaczyć, ale zrezygnowałem. Nie chciałem psuć tych pięknych chwil gadaniem o takich farmazonach, rozumiecie.
         Później długo wspinaliśmy się ścieżką prowadzącą na górujący ponad miastem szczyt. Ta wędrówka mogła trwać kilka godzin, a ja się nawet nie zasapałem. Trzymając jej małą, ciepłą dłoń, mógłbym wejść bez postoju na zasrany Mount Everest.
         — Nie wiedziałem, że ktoś mieszka na szczycie tej góry — przyznałem.
         W odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami. Potem nie odzywaliśmy się, dopóki nie dotarliśmy do jej domku.
         Miasto widziane z góry wyglądało jeszcze gorzej niż od wewnątrz. Bąbel nieczystości, ponad którym kołowały ogromne, czarne sępy z pociętymi workami na śmieci zamiast piór.
         — Chodźmy — poprosiła, otwierając drzwi drewnianej chatki.
         Wszedłem za nią do przestronnej, jasnej kuchni. Powiesiła reklamówkę z kolorami na oparciu krzesła i zabrała się za przygotowywanie herbaty.
         — Usiądź sobie, to chwilę potrwa.
         Zapytałem, co właściwie zamierza malować, a ona wyjaśniła, że niebo.
         — Wystarczy wejść na dach mojego domku, żeby dosięgnąć — powiedziała tak po prostu, jakby mówiła o najnormalniejszej rzeczy na świecie, a nie o malowaniu obrazów na niebie.
         — Bardzo chciałbym zobaczyć, jak to robisz.
         — Zobaczysz — zapewniła z uśmiechem, rozejrzała się (sam nie wiem za czym) i dodała cichszym, lecz szybszym tonem: — Zdradzić ci największą tajemnicę?
         Zamieniłem się cały w słuch.
         — Ludzie tak naprawdę nie lubią, gdy ktoś jest szczęśliwy — szepnęła, przybierając poważny, niemal zatroskany wyraz twarzy. — Dlatego uciekłam tak daleko.
         Zanim zdążyłem dopytać o więcej, wróciła do parzenia herbaty. Poruszała się bardzo zwinnie. Myślę, że miało to wiele wspólnego z jej drobną budową ciała.
         Trawiłem sekret, jaki mi przekazała i w pewnym momencie zanurzyłem się w te rozważania tak głęboko, że następne, co pamiętam, to jak dziewczyna podaje mi kubek parującej herbaty.
         — Uważaj, bo to moja ulubiona porcelana — przestrzegła. — Byłoby mi bardzo przykro, gdybyś ją rozbił.
         Przełknąłem ślinę i wyciągnąłem dłoń po naczynie z gorącym napojem. Naraz zrozumiałem, że nie–zbicie tego kubka to najważniejsze zadanie, jakie kiedykolwiek przede mną postawiono. Naprawdę nie chciałem sprawić zawodu dziewczynie, którą zdążyłem już przecież pokochać i sam nie wiem, dlaczego wspomniałem w tej chwili setki ostrzeżeń kierowanych do epileptyków. Tych o szkodliwości efektów stroboskopowych.
         Ręka zadrżała mi, jakbym rzeczywiście dostał ataku padaczki, kubek wypadł spomiędzy palców i grzmotnął o podłogę.
         Tysiąc bezsensownych kawałeczków w kałuży herbaty.
         Zobaczyłem jeszcze, jak oczy dziewczyny zachodzą łzami i uciekłem stamtąd, nie potrafiąc wydobyć z siebie słowa. Prosiła mnie tylko o jedno, a ja zjebałem to na całej linii. Jakbym nie chciał, żeby była szczęśliwa. Dokładnie tak. Jak mogłem zachować się w równie idiotyczny sposób?
         Zarumieniony ze wstydu zbiegłem do miasta i wsiadłem w pierwszy lepszy tramwaj.
         Czasami wyglądam przez okno, starając się dostrzec domek na szczycie góry. Wyobrażam sobie, jak ona wychodzi na dach i maluje niebo kolorami. Prezentuje się to w mojej głowie bardzo pięknie.
         Często myślę też o sekrecie, jakim się ze mną podzieliła. Że ludzie tak naprawdę nie lubią, gdy ktoś jest szczęśliwy…
         Jest w tych słowach coś bardzo prawdziwego. Tak uważam.
 
Reykjavik, 13–18 czerwca 2017
Odpowiedz
#2
W pierwszej chwili pomyslałem, zapewne za sprawą czcionki że jak na miniaturę to utwór ciut za długi. Tak czy inaczej, na przyszłość daj mniejszy rozmiar, bo ten nieco utrudnia lekturę.
   Nie wiem czy to cyberpunk, czy też wizje bohatera wskutek zażycia "używki". Bez względu na przynależność gatunkową i fabułę utwór nie jest w mrocznym, ale dużo "jaśniejszym" klimacie. I dobrze.
Fabuła przywodzi na myśl pomysły Erazmusa, choć tu chyba jest w poważniejszym tonie. Chyba mało prawdopodobna historia w świecie faktów, ale piękna. Szkoda że zakończenie jest smutne.

"Tysiąc bezsensownych kawałeczków w kałuży herbaty." - wzruszający i piękny opis smutnego zakończenia spotkania.

Mógłbyś też popracować nad formą. A może także i nad treścią - wątkami opowiadania. Przynajmniej nad jednym. Albo usunąć go.
Nie wiem więc co ma wspólnego wspomniany na wstępie człowiek z resztą utworu?
"Był piątek trzynastego." - w związku z powyższym utwór mógłby zacząć się od tego fragmentu.

"Wyrastały z sinych szram po bokach pozbawionego ludzkich kończyn tułowia..."
Często myślę też o sekrecie, jakim się ze mną podzieliła. Że ludzie tak naprawdę nie lubią, gdy ktoś jest szczęśliwy
Przekreślone detale opisałeś już wcześniej. Po co je powtarzać?

Zamiast zdań równie dobrze mógłbyś stosować gdzieniegdzie ich tzw. równoważniki. Na przykład zamiast "Pachniała słońcem", "Zapach słońca". Także synonimy pewnych wyrazów. Zamiast powtarzać "herbata" użyj słowa "napar" itp.

Rozumiem też że przekleństwa są dziś dla wielu osób częścią normalnego słownictwa; niemniej czy trzeba nna każym kroku wyrażać myśli, uczucia w ten sposób? Nie tylko wtedy, gdy ktoś jest pod wpływem gwałtownych, raczej negatywnych wrażeń? To chyba najbardziej prymitywny sposób.

Doczekam się ciągu dalszego tej historyjki?
Odpowiedz
#3
Kotkovsky, dzięki za czas poświęcony na lekturę i komentarz. Co do przynależności gatunkowej, powiedziałbym, że to realizm magiczny, a przynajmniej w coś takiego celowałem, pisząc to opowiadanie.

Pozdrówka!  Angel
Odpowiedz
#4
E nieee. "Pachniała słońcem" jest ekstra. Czasem.... ale niesłychanie dziewczęta tak pachną. Nie waż się zmieniać bo pogryzę. problem z dobrymi tekstami jest taki, że są po prostu dobre i trudno wymyślić na ich temat coś, co nie zalatywało by wazeliną. A ten tekst zwyczajnie mi się podoba. I bohater i dziewczyna wydają się być mi bliscy.

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#5
Gorzki, dzięki serdeczne za czas poświęcony na lekturę, komentarz i dobre słowo. Smile

Pozdrówka!  Angel
Odpowiedz
#6
Początek był trochę ciężki, ale przywykłem do stylu i... wciągneło mnie.
Ładowarki zamaist dłoni - długo próbowałem to sobie wyobrazić. Trochę przerażająco mi to wyobrażenie wyszło. Smile
Podobało mi się.

Pozdrawiam,
G
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" Tongue
Odpowiedz
#7
Grafoman - dzięki serdeczne za lekturę i komentarz Smile
Odpowiedz
#8
Gorzki, akurat w wypadku całości tej fabuły "Pachniała słońcem" brzmi dobrze. Ale "Zapach słońca" byłby równie dobry z uwagi na ten "nieszczęsne" urozmaicenie, jeśli nawet nie czyniłby utworu jeszcze lepszym, mimo jego dobrego poziomu. No może jeszcze lepiej brzmiałoby "Istny zapach słońca".
Hanzo, tak pomyślałem że wątek z człowiekiem bez rąk mógłby mieć pewien sens, gdyby jakoś powiązać go z wątkami zaprzepaszczonej szansy gł. bohatera i pechowego "piątku trzynastego". Na przykład, mimo budzącej niepokój powierzchowności ów człowiek mógłby okazać się tu osobą uczynną i życzliwą. Pozdrawiam również. Smile
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości