Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Obojętność (fan-fiction - Wiedźmin)
#1
Zwykle nie piszę fanfików, ale że był w zeszłym roku konkurs na opowiadanie wiedźmińskie, a to mój ulubiony świat fantasy...
Cóż, nie wygrałem, ale niektórym się podobało.

===================================================

Mgła gęstniała, otulając okolicę mlecznym całunem i sprawiając, że nie sposób było dojrzeć niczego, co znajdowało się dalej, niż w odległości kilku kroków. W tej sytuacji wiedźmin musiał zaufać pozostałym zmysłom lub liczyć na to, że medalion w porę go ostrzeże. Nawet ta druga możliwość, choć pokrzepiająca, nie była w stanie poprawić mu humoru. Powinien był poczekać na lepszą pogodę, dobrze o tym wiedział. Do tego rodzaju zleceń nie należało podchodzić z marszu, nie wypadało ich wykonywać przy okazji. Do polowania na jadnicę trzeba się było odpowiednio przygotować. Przyłożyć.
A on nie miał na to czasu.
Pochylone niczym zgarbiony starzec drzewo wyłoniło się z mgły, strasząc powyginanymi, pozbawionymi liści konarami. Zatrzymał się przy nim, oparł plecami o szorstki pień. Dłoń w skórzanej rękawicy zacisnął na rękojeści miecza, drugą sięgnął do przewieszonej przez ramię skórzanej torby. Wymacał flakonik z eliksirem.
Resztka zapasu, pomyślał, potem będzie zdany tylko na własne siły. Właśnie dlatego jeszcze go nie zażył: wciąż nie miał pewności, czy dopiero co odnaleziony trop, zaprowadzi go do celu wystarczająco szybko. Kończyła się także Wilga, którą zamierzał oszczędzić i zużyć tylko w razie potrzeby.
Zimno dawało się we znaki, ale zahartowany, zmieniony organizm radził z nim sobie nieporównanie lepiej, niż byłby to w stanie czynić zwyczajny człowiek. Dlatego też skórzany, usiany stalowymi ćwiekami i kolcami kaftan w zupełności wystarczał, obeszło się bez cieplejszego, krępującego ruchy odzienia.
Mimo to czuł zimno. Przypominało mu o tym, że najwyższy czas poszukać schronienia wśród grubych murów górskiej twierdzy. Wracać do Kaer Morhen.
Do domu.
Niepotrzebnie zapuszczał się tak daleko na południe, zbyt długo mitrężył w okolicach Mariboru i wyglądało na to, że tym razem na zimowe leże dotrze jako ostatni.
Jeśli w ogóle dotrze.
Dźwięk wyrwał go z zamyślenia. Właściwie było ich kilka, następowały szybko po sobie, niemal jednocześnie. Wpierw stukot toczących się drobnych kamieni…
Chrobot…
I gardłowy, charakterystyczny pomruk.
Trzeba było wypić ten nieszczęsny eliksir, pomyślał, unosząc miecz i spoglądając na pokrytą runicznymi znakami klingę. Teraz już za późno, zanim zacznie działać, będzie po wszystkim…
Przycisnął plecy do pnia, obejrzał się w lewo, lecz mgła wciąż przesłaniała widok. Mógł liczyć tylko na słuch oraz węch, który w tej właśnie chwili również potwierdził obecność tropionej bestii. Wiedźmin, choć obyty z wielokroć gorszymi zapachami, skrzywił się nieznacznie.
Czas zatańczyć.
W chwili, gdy ciemna sylwetka wyłoniła się ze spowijającej wszystko mgły, rozległ się donośny ryk. Potwór także już wiedział, że ma towarzystwo. Zwęszył świeże mięso i liczył na wyżerkę.
Wiedźmin wyczekał do ostatniej chwili, gdy zaś bestia znalazła się już w zasięgu miecza, skoczył, tnąc szeroko, mierząc w długą, pokrytą łuską szyję. Ostrze zgrzytnęło na łuskach, wgryzając się w kark bestii, lecz nie dość głęboko, by jej uczynić większą krzywdę. Wyszarpnięte z rany zatoczyło krąg, nim jednak zdołało ponownie sięgnąć celu, ten wyciągnął szyję, próbując sięgnąć napastnika zębami.
Potężne szczęki kłapnęły tuż przed oczyma łowcy potworów, ten zaś odskoczył w tył, wychodząc poza zasięg wyciągających się już ku niemu szponów. W mgnieniu oka wyprowadził kolejny atak, a gdy ostra jak brzytwa klinga zawadziła o masywną łapę, jadnica wydała z siebie gniewny wizg.
Byle utrzymać się z dala od zębów, myślał łowca.
Nie dość, że stwór rozmiarami przypominał wiwernę, to siłą jadu dorównywał wężom, których ugryzienie oznaczało dla człowieka pewną śmierć. Wiedźmin wolał nie sprawdzać, czy mutacje, którym go poddano, zdołają go ocalić przed działaniem trucizny. Powinny, ale różnie bywało.
W odpowiedzi na kolejne wściekłe natarcie, złożył palce w znak Aard, którego siła odepchnęła szarżującą bestię nieco na prawo, dając mu zarówno czas, jak i miejsce na wyprowadzenie silnego, zamaszystego cięcia, którym zamierzał zakończyć tę walkę.
Wbrew wszelkim rachubom, bestia okazała się szybsza.
W ostatniej chwili wyrwał rękę z jej paszczy, czując przy tym ostry ból, a widząc rozdarty rękaw i cieknącą po ramieniu krew, zdał sobie sprawę, że stało się dokładnie to, czego pragnął uniknąć.
Na decyzję nie zostało wiele czasu. Nawet gdyby jad go nie zabił, wiedźmin był niemal pewien, że da mu się we znaki na tyle, by przekreślić jakiekolwiek szanse na wyjście z tego starcia obronną ręką. No i dla pewności wypadało czym prędzej zażyć Wilgę…
Odskoczył, ominął drzewo, pobiegł w dół skalistym zboczem, na chwilę zostawiając bestię w tyle. Spodziewał się pościgu i tym razem się nie pomylił, a choć szybki bieg we mgle przez nieznany teren nie należał do działań bezpiecznych, czy tym bardziej rozsądnych, nie miał wyboru.
Już po chwili, tracąc grunt pod nogami i lecąc w dół, wprost w mleczną otchłań, pomyślał o tym, jak marnie przyjdzie mu skończyć. A potem z głośnym pluskiem wpadł do lodowatej wody. Jakimś cudem wciąż ściskał w ręku miecz i teraz również nie zamierzał go wypuścić. Wyglądało na to, że jego zapas szczęścia nie uległ jeszcze wyczerpaniu.
Czując postępujące drętwienie ręki i zawroty głowy, wygramolił się na brzeg, po czym stanął w miejscu, nasłuchując. Bestii nie uśmiechało się podążyć w jego ślady i wszystko wskazywało na to, że, przynajmniej chwilowo, powinien być bezpieczny. Opadł na kolana i wyciągnął z torby szczelnie zamknięty flakonik. Odkorkował go i jednym haustem wypił zawartość. W tej samej chwili poczuł, jak grunt ucieka mu spod nóg. Wypuszczony z dłoni flakonik rozbił się na kamieniach, podczas gdy wiedźmin opadł bezwładnie na ziemię, pogrążając się w ciemności.

*

Skrzypienie drewnianych wrót oderwało uwagę wiedźmina od trzymanego na kolanach miecza. Spojrzał w kierunku, z którego dochodził ów dźwięk, po czym, widząc, że do stodoły wślizguje się krasnolud o czarnych niczym smoła włosach i brodzie, wrócił od oględzin klingi.
- Gotowiście, mistrzu Eskel? – spytał brodacz, poprawiając skórzany pas. – Czas nam w drogę.
Wiedźmin nic nie odrzekł, kiwnął tylko głową, wstał i schował miecz do przewieszonej przez plecy pochwy. Był gotowy już od dłuższego czasu, czekał tylko na towarzysza, który wziął na siebie załatwienie sprawy prowiantu.
Kręcąca się po stodole kura podeszła bliżej, zagdakała, przekrzywiła głowę, przyglądając mu się uważnie. Tęsknota za gorącym rosołem momentalnie zawitała w głowie Eskela. Przez chwilę przyglądał się pękatej kokoszce.
- Widzę, co wam po głowie chodzi – zachichotał brodacz.
- Może innym razem – odrzekł wiedźmin, kierując się ku wyjściu.
Przed stodołą czekał już kuc krasnoluda, należący doń juczny muł oraz jego własny wierzchowiec. Słońca nie było widać, wszystko spowijała mgła. Eskel zmarszczył brwi, naciągnął kaptur na czoło i wrócił myślami do miski z rosołem.
- Góra dwa dni drogi nas dzieli od Mahakamu – rzekł krasnolud – nic innego nam nie zostaje jeno iść w górę Chotli, południowym brzegiem. Jak tylko zostawimy za sobą wzgórza i mgła opadnie, zobaczycie zachodni kraniec masywu.
- I będziecie w domu, mości Krimme – stwierdził ponuro wiedźmin.
- Derek, przecie wam mówiłem – poprawił go brodacz.
- Derek, niech będzie – zgodził się Eskel. – No to, komu w drogę…
Dosiadł wierzchowca, zwinnie wskakując na siodło. Poczekał, aż krasnolud wgramoli się na grzbiet kuca i ruszył. Nie ujechał dziesięciu kroków, gdy go dobiegło głośne wołanie.
- Panie! Poczekajcie!
Wstrzymał konia, obrócił się.
Z mgły wyłoniły się ludzkie sylwetki, po chwili widział już poczciwe, wąsate oblicza dwóch miejscowych kmiotków. Jeden z nich, drapał się po głowie, a minę miał nietęgą. Drugi trzymał się z tyłu, wzrok wbijał we własne, sznurkiem wiązane łapcie.
- Czego? – warknął niecierpliwie Derek. – Śpieszno nam.
- Rzekliście sołtysowi, żeście z wiedźminem tu zajechali – rzekł jeden z kmiotków, ten, któremu najwyraźniej wszy dawały się mocno we znaki.
- No i? – spytał krasnolud, łypiąc nań groźnie.
- No i jest sprawa… znaczy się: robota. Bo nam się tu, widzicie, potworzysko jakoweś zalęgło i…
Wieśniak urwał, jakby czekając na pozwolenie, by mówić dalej.
Krasnolud posłał towarzyszowi pytające spojrzenie. Ten kiwnął głową, potarł dłonią paskudną bliznę zniekształcającą policzek od ucha, po same usta i powiedział:
- Kontynuujcie.
- Gadzina zajadła jest i uparta, krąży po okolicy, na bydło poluje, a i dwóch pasterzy ostatnio zdybała. Jednego porwała ze sobą, drugi cudem tylko uszedł, poharatany okrutnie, ale wnet skonał. Powiadali, że od jadu.
Eskel milczał, ważąc wszelkie za i przeciw, jakie mu przychodziły do głowy. Zobowiązał się krasnoluda przeprowadzić do domu, bo raz, że ten dobrze płacił, a dwa, że mu było po drodze. Byli już blisko celu i perspektywa dodatkowej roboty niezbyt mu się teraz uśmiechała, na błagalne spojrzenia potrafił być obojętny, szczególnie teraz, gdy zapas eliksirów był na wyczerpaniu. Z drugiej strony odmawiać zarobku nie miał w zwyczaju.
- Pieniądze macie? – spytał.
- A jużci, panie, sołtys orenów nie poskąpi.
- No, skoro tak… Bardzo ci śpieszno, Derek? Możemy dzień dłużej zabawić? Rozejrzę się trochę, a jak co znajdę, to zrobię swoje i pojedziemy, jak nie znajdę… to też pojedziemy.
- A jak was poczwara porani, albo, co gorsza…
Urwał, widząc wymowne spojrzenie Eskela.
- No, niech będzie – zgodził się z ciężkim sercem. – Jakby mnie miało potem sumienie męczyć, że za moją to przyczyną bestia sobie z miejscowych przegryzkę robi, to już wolę ten dzień poczekać.
Eskel spojrzał nań, nie kryjąc zaskoczenia. Krasnoludzkie skrupuły, pomyślał, kto by przypuszczał?
- Tedyśmy są umówieni – rzekł po chwili, a widząc rozradowane twarze kmiotków, dodał szybko: - a teraz porozmawiajmy o nagrodzie.

*

Zbudziło go zdecydowane szarpnięcie. Ktoś ciągnął go za nogi, sapiąc przy tym głośno. Eskel otworzył oczy i stwierdził, że mgła już niemal opadła. Potem jego wzrok natrafił na znajome, brodate oblicze.
- Derek? Co ty tu robisz? Czy nie mówiłem…
- Dobrze wiem, coś mówił – przyznał krasnolud, wypuszczając z dłoni nogi wiedźmina. – A ty jeszcze lepiej wiesz, co by z tego było, gdybym posłuchał.
- Jadnica wciąż gdzieś tu jest – rzekł Eskel, a stwierdziwszy, że wciąż jeszcze odczuwa efekty bliskiego spotkania z kłami bestii, zamknął oczy.
- No co ty, kurwa, nie powiesz – odrzekł Derek. – Wyobraź sobie, żem ją dopiero co widział, o tam, nad rzeczką. Przylazło cholerstwo wprost do miejsca, w którym cię znalazłem.
- Czemuś w ogóle szukał?
- Bo mi się tak pomyślało – odparł krasnolud – że może nadarzy się okazja, co by pożytku nieco uczynić z mojej siekierki. A i przyznać muszę, gryzło mnie to okrutnie, żem cię samego puścił.
- Głupiś – mruknął Eskel. – Taka robota, nawykłem by samojeden ją wykonywać. Nie trzeba było…
- Patrzcie no tylko – burknął Derek – wiedźmińska wdzięczność.
Eskel umilkł. Trudno było odmówić racji towarzyszowi, gdyby nie on…
- Czekaj no, wstanę – powiedział, po czym zamiar swój jął bezzwłocznie wprowadzać w życie. Szybko się przekonał, że nie będzie to takie proste, jak mu się z początku zdawało, ale silne krasnoludzkie ramię wnet przyszło mu z pomocą i po chwili był już na nogach.
- Konie masz? – spytał.
- We wiosce – odrzekł Derek – poleciłem by mieli na nie oko. Krasnolud walczy pieszo.
- To pora nam do nich wracać – odrzekł Eskel, czyniąc dwa chwiejne kroki.
- Pewnie – zgodził się brodacz. – Ale chyba przyda ci się jeszcze chwila odpoczynku, a tak się składa, że idąc tu do ciebie, natrafiłem po drodze na ruiny zameczku, o, zaraz za tamtym zagajnikiem. Nawet stąd widać.
Eskel podążył wzrokiem w kierunku wskazanym przez krasnoluda i wnet stwierdził, że jego słowa trafnie oddawały stan faktyczny.
- Idziemy? – spytał Derek.
- Idziemy – potwierdził wiedźmin, stawiając kolejny, wciąż jeszcze niepewny krok.
Pokonanie tego, całkiem krótkiego odcinka, zajęło im ładną chwilkę i gdy wreszcie stanęli przed otwartą bramą, pod którą zalegały stosy odłupanych z murów kamieni, Eskel znów poczuł się kiepsko. Doprawdy, myślał, trafnie to diabelstwo nazwali. Zwykle zatrucia tego rodzaju znosił nie gorzej, niż wprawny pijak flaszkę gorzałki, tym razem miał jednak wrażenie, że długo jeszcze będzie dochodził do siebie i to nawet pomimo zażycia eliksiru.
- To co, zajrzymy do środka? – spytał Derek.
- Skoro już tu jesteśmy…
W głosie wiedźmina zabrakło jednak pewności, która by i krasnoludowi dodała chęci do bliższego zapoznania się z pozostałościami zameczku. Stały one na zboczu, tuż, za zagajnikiem. Skruszone mury, częściowo zburzone wieże, roztrzaskana brama - to wszystko nie wyglądało szczególnie zachęcająco.
Eskel usiadł z pomocą towarzysza na pobliskim głazie. Dłoń przyłożył do czoła.
- Co tam? – zainteresował się Derek.
- Trwa to dłużej niż zwykle, ale… Nic mi nie będzie.
- Zamierzasz wznowić łowy?
To pytanie prędzej czy później musiało paść.
- Jeszcze nie wiem – odrzekł zgodnie z prawdą wiedźmin.
W tej chwili wszystko zdawało się przemawiać za tym, by sobie odpuścić. Bestia była szybka, silna i cholernie jadowita, a na eliksiry liczyć już nie mógł. Pieniędzy aż tak bardzo nie potrzebował, wraz z obiecaną przez krasnoluda zapłatą na podróż powrotną powinno starczyć. A że zawiedzie pokładane w nim przez mieszkańców wioski nadzieje…
Cóż, bywa.
- Dobrze się czujesz? – w głosie krasnoluda pobrzmiewał niepokój.
O co mu właściwie chodziło? Przecież…
Gdy, ledwie chwilę później, Eskel poczuł mokrą od rosy trawę na policzku, stwierdził, że chyba rzeczywiście coś jest nie tak…

*

Ogień wesoło trzaskał w kominku, dając dość ciepła, by starczyło dla wszystkich, którzy się przy nim zebrali. Otaczające ich kamienne mury pozostawały chłodne.
Za oknem hulał wiatr.
- Szczęście, żeście uszli śnieżycy – rzekł Vesemir, stawiając kubki na dębowym stole. – Oglądając niebo nad doliną, zastanawiałem się, czy aby któremu nie przyjdzie w tę porę być na szlaku.
W głosie starego słychać było ulgę.
- Mało brakowało – rzekł Eskel, sięgając po najbliższy kubek. Znajomy zapach przywodził na myśl wspomnienie minionych lat.
- Jesteśmy już wszyscy – rzekł siedzący najbliżej okna białowłosy. – Zanosi się w tym roku na ciężką zimę.
- Zapasów mamy dość – stwierdził Vesemir - a gdy tylko nieco się uspokoi, zapolujemy w dolinie…
- Tylko pamiętajcie – odezwał się nagle głos, którego Eskel nie znał – służbą się nie przejmujcie, ale rycerzowi, ani jego córce, krzywdy nie czyńcie.
Rozejrzał się, chcąc sprawdzić kto wypowiedział te słowa. Kilka kroków dalej dostrzegł siedzące przy ognisku postacie. Tym, który mówił, był zupełnie łysy elf. Obok niego zasiadała obcięta krótko, ubrana po męsku dziewczyna, przy niej zaś długowłosy osiłek w baranicy. I ktoś jeszcze, odwrócony plecami.
Obrócił się w kierunku Vesemira, ale po starym wiedźminie nie było już śladu. Zniknął też białowłosy, zniknęli pozostali. Ściany komnaty w Kaer Morhen rozwiały się niczym mgła, a wraz z nimi kominek, stół i wszystko inne. Zostały tylko ruiny, stos kamieni, ognisko przy którym zasiadała czwórka nieznajomych i oparty o ścianę Derek Krimme z mocno niewyraźną miną.
- Co się stało? – spytał cicho Eskel.
- Obskoczyli mnie ze wszystkich stron, jak cię próbowałem cucić – odrzekł ponuro krasnolud. – A że nie wiedziałem, czy nie zechcą mnie zaraz usiec, powiedziałem im o potworze i żeś jest wiedźmin, który go tropił. To im, zdaje się, dało do myślenia.
- A co to za… - zaczął Eskel urwał jednak, widząc, że elf wstał od ogniska i idzie w jego stronę.
- W końcu się zbudziłeś, vatt’ghern. – Głos miał chłodny, nieprzyjemny. – Szczęście w łowach nie dopisało?
Eskel dostrzegł u jego boku zakrzywioną taldagę. Sponad ramienia elfa wystawały pierzaste strzały.
- Na to wygląda – przyznał wiedźmin.
- Każdemu może się zdarzyć gorszy dzień – powiedział elf. - Ale skoro wciąż żyjesz, można chyba powiedzieć, że nie było tak źle. Co z bestią?
- Wciąż tu jest – odrzekł Eskel, przyglądając się uważnie swemu rozmówcy. – Gdzieś blisko.
Przenikliwe, zimne spojrzenie elfa i nieznaczny, wykrzywiający kąciki ust uśmiech nadawały mu niepokojącego wyglądu. Gładko ogolona głowa tylko wzmagała ów efekt, ale wszystko to nie robiło na wiedźminie większego wrażenia. Za to Derek, co Eskel dostrzegł kątem oka, był wyraźnie wystraszony.
- Wybacz brak manier, wiedźminie – powiedział elf – jestem Caeginn aep Caerenn, a ci tam, przy ognisku to moi towarzysze: Vikka, Ralf i Urso.
- Miło mi poznać. Zwą mnie Eskel.
- Skoro już powitanie mamy za sobą, chciałbym ci powiedzieć o umowie, jaką zawarliśmy z twym kompanem, a której postanowienia, mam nadzieję, uhonorujesz.
Jedyną reakcją krasnoluda na pytające spojrzenie Eskela było bezradne wzruszenie ramion.
- Słucham – rzekł wiedźmin. – W czym rzecz?
Tymczasem również i pozostali spośród zgromadzonych przy ognisku podeszli bliżej, by mu się lepiej przyjrzeć. Eskel nie zwracał na nich uwagi, skupiając się na tym, który, jak się zdawało, im przewodził.
- Mogliśmy uznać was za intruzów – mówił elf – i jako takich potraktować, co nie skończyłoby się dla was dobrze. Twój kompan miał jednak dość oleju w głowie, by nam powiedzieć, coście za jedni. Skoro grasuje w okolicy potwór, to może nam zagrozić tak, jak każdemu innemu, zatem obecność wiedźmina jest nam na rękę. Możecie tu zostać, a jeśli bestia się pojawi i zagrozi nam, liczę na to, że odpowiednio się nią zajmiesz. W zamian oferujemy wam gościnę i schronienie.
- Hojna propozycja – odrzekł Eskel – tylko coś mi się widzi, że mamy takie samo prawo, by tu przebywać, jak i wy.
Derek pokręcił głową z niedowierzaniem, ale zacisnął usta i nic nie powiedział.
- Może i macie – przyznał Caeginn – ale mnie się coś widzi, że albo zostaniecie tu na naszych warunkach, albo na zawsze.
Eskel przez chwilę mierzył go spojrzeniem. Elf musiał wiedzieć, czego mógł się po nim spodziewać, mimo to wciąż usiłował im grozić, zatem czuł się pewnie. Biorąc pod uwagę aktualny stan jednego spośród gości, nie było się co temu dziwić.
Nie tylko sam Caeginn, ale i jego towarzysze sprawiali wrażenie takich, których niełatwo przestraszyć. W dodatku mieli tu chyba do załatwienia jakąś sprawę. Jak to powiedział? Coś o rycerzu i jego córce?
Eskel miał nieodparte wrażenie, że nie ma wyboru. Błagalne spojrzenie krasnoluda nie pozostało bez wpływu na decyzję, której był już bliski.
- Niech wam będzie – rzekł po chwili, .
- Wiedziałem, żeś rozsądny – powiedział Caeginn. – Odpocznijcie więc, posilcie się, strawy mamy dość, by się z gośćmi podzielić. Ralf, daj im mięsa, chleba, czego sobie zażyczą.
Elf i jego towarzysze na powrót zasiedli wokół ogniska. Po chwili ów nazwany Ralfem młodzik o haczykowatym nosie, zbliżył się i podał im po kawałku pieczonego mięsiwa. Skorzystali z poczęstunku bez wahania.
Gdy tylko znów zostali sami, Derek odezwał się ściszonym głosem:
- Już myślałem, że uda ci się go wkurwić wskutek czego dziatki osierocę.
- Przyszło mi to do głowy – przyznał Eskel – dlatego odpuściłem.
- Miło z twojej strony. Ciekaw jestem, na co oni tu siedzą.
- Czekają na kogoś – odrzekł szeptem wiedźmin między jednym, a drugim kęsem. – Wspomnieli jakiegoś rycerza i jego córkę.
- Napad szykują? Zbójcy jacyś?
- Tak mi się wydaje.
- I co zrobimy? – spytał Derek, jeszcze ciszej niż do tej pory.
- Nic – odrzekł Eskel. – Nie nasza sprawa.
- Przecie ludziom pomagasz. Nie odmówiłeś wieśniakom.
- Raz, że zapłacą, dwa, to wiedźmińska robota. Tutaj nie ma powodu…
- No tak – przerwał mu krasnolud – wiedźmińska obojętność. Ale wiesz co ci powiem?
- Co?
- Że skurwysyństwo trzeba zwalczać, o. A tych, którym zagraża, przed nim chronić. Tylko tym sposobem można sprawić, że świat będzie choć odrobinę lepszy.
- Jeden z nas już tego próbował – odrzekł wiedźmin – teraz go nazywają Rzeźnikiem z Blaviken.
Krasnolud westchnął z rezygnacją.
Eskel w żadne dysputy wdawać się nie zamierzał, ale to, o czym Derek mówił, przypomniało mu o tym, co ostatnio zrobił. Fakt, że przyszedł mu z pomocą, wiedźmin wziął początkowo ze przejaw dbania o własne bezpieczeństwo. W końcu obiecał odprowadzić go aż pod samą górę Carbon, wyglądało więc na to, że krasnolud oceniwszy ryzyko, zdecydował, że lepiej będzie narazić własną skórę by się upewnić, że nie straci swego ochroniarza. Jednak to, co powiedział teraz, a także jego poranna reakcja na prośbę wieśniaków sprawiły, że Eskel jego decyzję ujrzał w innym nieco świetle.
Ze wszystkich krasnoludów zamieszkujących kontynent, trafił się akurat wrażliwy na cudzą krzywdę.
- No co? – spytał Derek, spoglądając nań spode łba.
- Nic – odrzekł wiedźmin przeżuwając kolejny kęs – jedz. Patrzą na nas.
Rzeczywiście, patrzyli. Caeginn zajął miejsce, z którego mógł mieć na oku obu gości, a dwoje spośród jego kompanów również ich obserwowało.
Dokończyli więc posiłek w milczeniu, po czym siedzieli jeszcze jakiś czas, pogrążeni każdy we własnych myślach, aż wreszcie znów podszedł do nich elf.
- Jak tam, wiedźminie, odzyskałeś siły? Lepiej ci już?
- Powiedzmy – odrzekł Eskel, choć w istocie czuł się zdecydowanie lepiej. Jego organizm z powodzeniem zwalczał zawarte w jadzie bestii toksyny, a i posiłek nieco go pokrzepił.
- No to „powiedzmy”, że to nam musi wystarczyć – odparł Caeginn. – Lada chwila będziemy musieli opuścić tę przytulną kryjówkę. Wtedy pójdziesz z nami, zaś twój kompan zostanie tutaj i zaczeka na nas. Gdy załatwimy nasze sprawy, ruszymy w swoją stronę, a wy w swoją. Czy wszystko jasne?
- Pewnie. – Wiedźmin kiwnął głową. – Jasne.
- Bądź gotów.
- Będę.
- Są! – rozległo się nagle wołanie dochodzące gdzieś z góry. – Nadchodzą traktem od północy!
Wiedźmin spojrzał w kierunku, z którego dobiegł go głos.
W oknie zrujnowanej wieży dostrzegł twarz jasnowłosego chudzielca, który widać obserwował stamtąd okolicę. A więc pięcioro, pomyślał, co najmniej. Przez chwilę wszyscy spoglądali ku górze, skąd ich towarzysz wskazywał kierunek.
Caeginn ruszył ku wieży, ale zatrzymał się wpół drogi.
- Vikka, Urso, weźcie krasnoluda, zwiążcie go, tylko mocno i…
- Ale… Gdzie on jest? - rzekł na to niepewnie osiłek w baranicy.
Elf rozejrzał się, zmarszczył brwi.
- Daleko nie uszedł! – zawołał – Bierzcie broń i za mną, do traktu! Wiedźminie!
Eskel był już na nogach i choć z chwilą, gdy się wyprostował, zdał sobie sprawę, że jeszcze nie do końca wrócił do siebie, nie była to z pewnością pora, by się nad sobą zbytnio rozczulać.
- Jeśli wasz druh zrobi coś głupiego…
W głosie elfa wyczuwało się stanowczość.
I groźbę.
Eskel zaklął w duchu i ruszył w ślad za opuszczającą ruiny grupą.
Został w tyle, jego krokom wciąż brakowało pewności. Gdyby teraz wpadł na jadnicę…
- Zawracajcie! – rozległo się wołanie, gdzieś od strony traktu. – Zawra…
Urwany w pół słowa krzyk nie wróżył niczego dobrego. A głos brzmiał znajomo.
Przyspieszył, przedarł się przez zagradzające mu drogę zarośla, w ostatniej chwili pochylił głowę, unikając bliskiego spotkania z masywnym konarem. Dobiegły go kolejne krzyki, szczęk stali i rżenie koni. Już wiedział.
Gdy wypadł spośród drzew, ujrzał leżące na trakcie, pokrwawione ciała. Caeginn stał na uboczu, szył z łuku do pozostałych przy życiu zbrojnych, a rękę miał pewną. Kolejna strzała pomknęła wprost do celu, kolejny odziany w kolczugę żołnierz zwalił się na ziemię. Tuż obok leżącego ze strzałą w plecach krasnoluda.
Eskel zacisnął zęby. Toś się doigrał, przemknęło mu przez myśl.
Jego uwagę przykuła jasnowłosa dziewczyna w błękitnej sukni dosiadająca siwka, którego uzdę trzymał już Urso. Prawą dłoń zaciskał na drzewcu potężnego, skąpanego we krwi berdysza. Kilka kroków dalej, młodzik zwany Ralfem wraz z jasnowłosym, którego imienia Eskel nie poznał, szamotali się z odzianym w czerwień, szpakowatym mężczyzną. W ręku trzymał miecz, który obaj usiłowali mu wyrwać.
- Żywcem brać! – warknął Caeginn.
Vikka wyszarpnęła sztylet z pleców leżącego na ziemi pachołka, rozejrzała się w poszukiwaniu kolejnego przeciwnika. Eskel zobaczył, jak jej oczy rozszerzają się z przerażenia.
Medalion zadrżał gwałtownie.
- Święta Melitele, ratuj! – wrzasnęła dziewczyna na siwku, zsuwając się z siodła. Urso rozejrzał się, a gdy już ujrzał, co było przyczyną jej okrzyku, cofnął się o krok, unosząc oręż.
Wiedźmin wiedział w czym rzecz zanim jeszcze naocznie się o tym przekonał. Bestia nie wahała się atakować nawet większych grup ludzi, widać miała już w tym zakresie doświadczenie i nie spodziewała się, by jej cokolwiek groziło. I zazwyczaj, pomyślał, miałaby rację.
Ruszył w kierunku gadziny, dobywając miecza.
- Nie puszczać go! – krzyczał Caeginn, wybiegając na trakt. – Urso, łap dziewkę!
Osiłek usłuchał. Tym bardziej było mu to na rękę, że jasnowłosa podniósłszy się z ziemi, umykała w las, w kierunku przeciwnym do tego, z którego zbliżała się jadnica.
Nim Eskel dotarł na miejsce, bestia dopadła pierwszą ofiarę. Masywne szczęki zacisnęły się na ramieniu Vikki. Dziewczyna zawyła przeraźliwie, rozległo się głośne chrupnięcie i trzask łamanej kości. Ręka została w zębach potwora, podczas gdy jej właścicielka opadła na ziemię bez ducha. Kałuża krwi, w której się znalazła, rosła w oczach.
Wiedźmin przeskoczył nad leżącą, wszedł w piruet, a koniec klingi naznaczył bok bestii krwawą pręgą. Rozległ się wściekły syk. Eskel uniknął szponiastej łapy, uchylił się w ostatniej chwili przed uderzeniem ogonem, przetoczył po ziemi, wychodząc poza zasięg kłów. Kątem oka dostrzegł Caeginna unoszącego łuk do strzału.
Lepiej żeby dobrze celował, przemknęło mu przez myśl.
Dla pewności, miast powtórnie atakować, uskoczył. Zachwiał się i skrzywił czując dotkliwy ból ranionego poprzednim razem ramienia.
Strzała minęła go o włos, utkwiła gdzieś na wysokości barku jadnicy, przyprawiając bestię o głośny, bolesny ryk. Skorzystał z okazji, skoczył, złożył palce w znak Igni. Płomień buchnął gadzinie prosto w oczy, za nim podążyła zimna stal. Zgrzytnęła na twardym czole.
Gdy wyciągnęły się ku niemu potężne łapy, był już o krok dalej. Wywinął się w bok, próbując sięgnąć szyi potwora. Zamiast tego potknął się i padł jak długi, wypuszczając z ręki miecz. Męcząca go słabość raz jeszcze dała się we znaki, tym razem w najbardziej nieodpowiednim momencie. Gdy ujrzał nad sobą rozwartą paszczę, jego dłoń wciąż bezskutecznie poszukiwała rękojeści.
Brzęknęła cięciwa. Strzała wbiła się prosto w szyję bestii, która cofnęła głowę, charcząc przeraźliwie. Palce wiedźmina wymacały w końcu znajomy kształt. Zerwał się szybko, choć brakowało w jego ruchach pewności, przymierzył, ciął zamaszyście. Odrąbany łeb potoczył się po ubitym trakcie.
- Popis niezły – stwierdził z uznaniem elf – a wierzę, że byłoby lepiej, gdybyś tylko był w pełni sił. Tak czy inaczej, zrobiłeś co należało. Ruszaj w swoją stronę.
Eskel przyglądał mu się w milczeniu. Tymczasem Urso wyciągnął właśnie z krzaków wrzeszczącą wniebogłosy dziewczynę w błękicie, a jego dwaj kompani obezwładnili wreszcie szpakowatego mężczyznę i narzuciwszy mu worek na głowę, odciągnęli na bok.
Caeginn wciąż trzymał w ręku łuk i strzałę, mierzył wiedźmina spojrzeniem.
Eskel schował miecz, rozejrzał się po pobojowisku, zatrzymał wzrok na krasnoludzie.
- Zrobił coś bardzo głupiego – powiedział elf pozbawionym cienia emocji głosem. – Sam się o to prosił. Dziwisz się, że skończył, jak skończył?
- Panie! – wrzasnął spod worka mężczyzna w czerwieni. – Kimkolwiek jesteście, nie zostawiajcie nas w ręku tych oprawców! Ratujcie moją córkę! Złotem was obsypię!
Zdzielony przez Ralfa kułakiem w brzuch umilkł i skulił się z bólu.
- Idziemy! – zakomenderował Caeginn.
- A Vikka? – spytał niepewnie jasnowłosy chudzielec.
- Niech leży – odrzekł elf. - Weźcie ich konie, przydadzą się. Bywaj, vatt’ghern.
Eskel przyglądał się w milczeniu, jak znikają pośród drzew, kierując się na powrót ku ruinom. Jeszcze jakiś czas dochodziły jego uszu rozpaczliwe wrzaski dziewczyny. Czy powinien coś zrobić? Wmieszać się? Po co ryzykować?
Podszedł do leżącego bez ruchu krasnoluda. Słońce, które właśnie wyszło zza chmury, przygrzewało bez opamiętania, gdy uklęknął na trakcie.
Usłyszał ciche rzężenie. Derek oddychał płytko, krew ciekła mu z ust. Obejrzał strzałę by się przekonać, że grot utkwić musiał głęboko w płucu. Nie wyglądało to dobrze.
Wtem krasnolud otworzył oczy. Spojrzał na wiedźmina, chciał coś powiedzieć, ale nie zdołał.
- I na cholerę ci to było? – spytał Eskel, kręcąc głową.
Derek zebrał się w sobie, raz jeszcze próbując dobyć z siebie głos.
- Musiałem… ich… ostrzec.
- Musiałeś?
- Tak… mnie… tatko od małego… uczył – wyszeptał z trudem, robiąc przerwy i plując przy tym krwią – na skurwysyństwo… przyzwolenia… nie ma.
- I co ci z tej nauki przyszło? I twojej żonie? Dzieciom? Ech, leż tutaj, nie ruszaj się, pójdę do wsi, sprowadzę kogoś, kto…
- Daruj sobie… za późno…
Eskel wiedział, że ma rację.
- Jedną mam tylko… prośbę…
- Słucham.
- Weźmiesz mnie… i moje rzeczy… do Mahakamu?
Wiedźmin pokiwał głową. I tak miał po drodze.
- Wezmę.
- Powiedz… mojej Betrys, jakeśmy się… umawiali… a ona…
- Nie – Eskel pokręcił głową. - Umawialiśmy się, że cię całego doprowadzę. Zapłata się nie należy.
Krasnolud milczał, wpatrując się weń niewidzącym wzrokiem. Wiedźmin pochylił się nad nim i upewnił, że nie oddycha. Raz jeszcze pokręcił głową, nie wierząc w to, co się stało. Właśnie dlatego, myślał, lepiej mieć wszystko gdzieś, martwić się tylko o siebie, robić to, za co zapłacą i nie nadstawiać karku bez potrzeby. Gdyby i Derek tak robił, wtedy…
Byłbyś padliną, uświadomił sobie nagle, a nieprzyjemne uczucie, z którym od dawna nie miał do czynienia zbudziło się w nim i z każdą chwilą przybierało na sile. Podniósł się powoli i spojrzał w stronę ruin, a potem raz jeszcze na nieruchome ciało kompana.
- Wybacz, Derek, że cię tu na chwilę zostawię – powiedział. - Wrócę niebawem.
Potem ruszył zdecydowanym krokiem ku najbliższym drzewom, a potem dalej, przez las. Wkrótce jego oczom ukazały się znajome ruiny na zboczu wzgórza. Przyspieszył, nie mógł mieć bowiem pewności, że ci, których szukał, będą na niego czekać tam, gdzie spodziewał się ich zastać, a gdyby przyszło mu szukać śladów, każda minuta byłaby na wagę złota. Do tego jednak nie doszło.
Urso siedział na głazie przed bramą, ostrząc berdysz. Na widok zbliżającego się wiedźmina, poderwał się na równe nogi. Uniósł broń i wyraźnie się nasrożył.
- Ty tu czego?! – warknął.
- Muszę porozmawiać z Caeginnem – odparł Eskel, nie zatrzymując się nawet. Minął zaskoczonego tym faktem osiłka i wszedł w obręb zniszczonych murów. W chwili, gdy przekraczał bramę, złożył palce lewej dłoni w znak Quen.
Mężczyzna, którego schwytali na trakcie siedział pod ścianą, przy koniach, skrępowany sznurem, wciąż z workiem na głowie. Jasnowłosa dziewczyna siedziała na pieńku dwa kroki dalej, przy niej stał Ralf, za nim zaś jego tyczkowaty kompan. Eskel rozejrzał się, ale nie zobaczył nigdzie elfa.
- Tu jestem – rozległ się znajomy głos gdzieś z murów. – Nie powiem, by twa obecność była dla mnie zaskoczeniem, ale dla formalności spytam: czego chcesz? Pomścić towarzysza?
Wiedźmin spojrzał w kierunku elfa. Zobaczył, że ten mierzy doń z łuku. Lotkę strzały miał przy samym uchu.
- Nie, nie przyszedłem się mścić.
- O cóż więc chodzi?
- Po zastanowieniu się doszedłem do wniosku – powiedział spokojnie – że jednak przychylę się do prośby tego nieszczęśnika – tu wskazał ruchem głowy związanego mężczyznę.
- Czemu miałoby ci na nich zależeć? – spytał Caeginn z nutką podejrzliwości w głosie. – Uwierzyłeś w obiecanki tego starego durnia?
- Nie zależy mi na nich – odrzekł Eskel. – Mimo to, proszę byś raczył ich puścić.
- Podaj choć jeden powód, dla którego powinienem to uczynić! – odkrzyknął Caeginn.
Tymczasem Urso zatrzymał się kilka kroków za plecami wiedźmina, który co prawda tego nie widział, ale doskonale zdawał sobie sprawę z jego obecności. Wystarczyło, że słyszał oddech.
- Powodem jest martwy krasnolud leżący na trakcie – odrzekł Eskel. – Gdyby nie to, więcej byście mnie nie zobaczyli.
- Więc jednak chcesz się zemścić? – w głosie elfa nie słychać już było tej pewności, która jeszcze przed chwilą z niego przebijała.
- Nic mi po zemście – odrzekł wiedźmin – to mu nie przywróci życia. Nic mi też po waszej krwi, przyszedłem tu tylko po to, by sprawić, że jego śmierć nie będzie daremną. Tylko tyle i aż tyle. Proszę więc po raz ostatni, puśćcie tych ludzi.
- A ja powiem ci po raz pierwszy – odrzekł elf – i więcej powtarzać nie będę: odejdź stąd, póki możesz. I pamiętaj, że ocaliłem ci życie.
- Obaj wiemy, że działałeś tylko we własnym interesie. Poza tym pomogliśmy sobie nawzajem i jesteśmy kwita, teraz mam do załatwienia sprawę, której nie ma powodu mieszać z tamtą.
- Jak sobie chcesz – mruknął gniewnie elf, zwalniając cięciwę.
Strzała pomknęła pewnie i byłaby utkwiła między oczami wiedźmina, gdyby nie niewidzialna bariera, którą ten wokół siebie roztoczył. Gdy pocisk odskoczył od niej, Caeginn zacisnął zęby, a w chwilę później zakrzyknął:
- Zabić go!
Eskel dobył miecza, odwrócił się ku próbującej go otoczyć trójce przeciwników, starając się przy tym nie tracić z oczu elfa. Ten pomknął tymczasem ku wiodącym w dół schodom.
Pierwszy natarł Urso, biorąc potężny zamach berdyszem. Nawet nie będąc w najlepszej formie Eskel nie miał najmniejszych trudności, by wymknąć mu się spod ostrza. W tej samej niemal chwili wpadł nań ów młodzik, zwany Ralfem. Rozległ się brzęk stali, gdy klingi z zderzyły się z impetem, po czym pięść w skórzanej, ćwiekowanej rękawicy zaliczyła bliskie spotkanie z twarzą chłopaka, który poleciał do tyłu i uderzywszy głową w mur, padł na ziemię.
Z jakiegoś powodu, którego sam nie był pewien, Eskel uznał, że należy się chłopaczynie druga szansa. Jak się okazało chwilę później, w przypadku jego tyczkowatego kompana nie miał już podobnych skrupułów. Nim ten połapał się w sytuacji, leżał już na ziemi cięty dwukrotnie przez plecy. Widząc to, Urso cofnął się w stronę bramy, starając się ocenić drogę ucieczki. Dopiero głos Caeginna zdołał go nieco przywrócić do pionu.
- Cofnij się jeszcze o krok, a wypruję z ciebie flaki. Wiesz, że nie żartuję!
Urso wiedział. Ale i pchanie się pod wiedźmiński miecz nieszczególnie mu się uśmiechało, stał więc w miejscu, czekając na rozwój sytuacji. Tymczasem elf był już na dole i zbliżał się powoli do wiedźmina, zaciskając palce na rękojeści taldagi. Eskel zmierzył wzrokiem jej zakrzywioną klingę. Na oko oręż elfa sprawiał wrażenie dobrej broni, ale nie sposób było tego ocenić, nie trzymając jej w ręku.
- Jeśli sądzisz, że pójdzie ci ze mną tak łatwo, jak…
- Nie sądzę – odrzekł spokojnie Eskel – myślę, że stać cię na więcej. Ale wciąż możesz się wycofać.
- Ty również – warknął Caeginn. – Czy ja się wtrącałem w twoje sprawy? Czym się domagał połowy nagrody za ubitą bestię? Odstąp, vatt’ghern, nie wiesz nawet o co tutaj chodzi.
- Nie wiem – przyznał Eskel – i mało mnie to obchodzi.
Wyczuł ruch za plecami, usłyszał świst zbliżającego się ostrza. Pochylił się szybko, okręcił wokół własnej osi, tnąc nisko.
- Ughh… - jęknął głucho Urso, wypuszczając z rąk berdysz. Czerwień zakwitła na baranicy. Po chwili leżał już na ziemi, przyciskając obie dłonie do krwawiącego brzucha.
Korzystając z okazji, Caeginn natarł zdradziecką, szybką fintą, ta jednak skończyła na paradzie, a riposta Eskela omal nie pozbawiła go głowy. Odsunął się o krok, a resztki jakiejkolwiek pewności na jego twarzy gasły jak świeczki na wietrze.
- Zapłacono mi – wydusił z siebie, nie spuszczając oczu z wiedźmińskiej klingi – ktoś zapłacił, bym mu dostarczył córkę tego człowieka… Musisz wiedzieć, że to łotr, bestia w ludzkiej skórze, która nie zna litości zarówno dla wrogów jak i swych własnych poddanych. Długo by wymieniać wszelkie okrucieństwa jakich się dopuścił…
- Łżesz, psie! – krzyknął jeniec, słysząc wymierzone w siebie insynuacje. – Nie wiem o czym mówisz!
- To oczywiste – mówił dalej Caeginn – że teraz wyprze się wszystkiego. Ale gdyby jego wrogowie dostali w swe ręce jego największy skarb, jedyne dziecko, mogliby sprawić, by…
- Nie obchodzi mnie to – przerwał mu Eskel – ale nawet gdybyś mówił prawdę, niezbyt to do mnie przemawia, by córka miała płacić za grzechy ojca.
- To same kłamstwa! – zawołał spod worka jeniec.
- Zapłacono mi za robotę – powtórzył elf – tak jak tobie zapłacą za tę bestię, co na trakcie leży. Nie moja to sprawa, a ta nie twoja. Jakby się krasnolud nie wtrącał, nie próbował ich ostrzec, krzywda by mu się nie stała. Odstąp!
Eskel pokręcił głową.
- Za późno.
- I co teraz? Co, jeśli nie ustąpię? – warknął Caeginn – Zrobisz się moim sędzią? Katem? Będziesz jak ci parszywi dh’oine, co to wyznaczyli nagrodę za moją głowę? Nie jesteś lepszy ode mnie, obaj robimy to, za co nam płacą!
- Jeśli liczyłeś na pogawędkę – mruknął Eskel – toś trafił na nie tego wiedźmina.
Uniósł dłoń, wykonał szybki gest w powietrzu, a potem powiedział:
- Spokój.
Caeginn zamrugał gwałtownie, spojrzał podejrzliwie, wyraźnie zdezorientowany opuścił broń. Eskel doskoczył doń jednym susem, zdzielił głowicą miecza w czoło i powalił na ziemię. Patrzył przez chwilę na leżącego, by się upewnić, że elf nie zerwie się nagle, gdy tylko się od niego odwróci.
Zobaczył, że ów młodzik zwany Ralfem, którego oszczędził, zbiera się z ziemi, wodząc wokół przestraszonym spojrzeniem i ocierając krew z rozkwaszonego nosa.
- Bierz nogi za pas – powiedział wiedźmin nie cierpiącym sprzeciwu tonem – i żebym cię tu więcej nie widział. Jeśli ci pisane zginąć od wiedźmińskiej stali, to nie dzisiaj.
- Afirmatywnie – wymamrotał Ralf, na co Eskel zareagował wyraźnie zaskoczoną miną. – Tak też uczynię.
Odprowadził go spojrzeniem, po czym podszedł do siedzących pod ścianą dziewczyny i jej ojca i wziął się za rozcinanie więzów. Dziewczyna wciąż sprawiała wrażenie ciężko wystraszonej.
Gdy tylko mężczyzna zdjął z głowy worek, spojrzał na swego wybawcę i rzekł:
- Wierzajcie mi panie, jakem Andras z Turlough, same kłamstwa to były, co ten elf o mnie powiadał. Prawda to, że mam wrogów, a pośród nich jest i taki, który Eilys, mą jedyną córkę…
Wiedźmin wstrzymał go gestem, pokręcił głową.
- Dość tego – powiedział – może słyszeliście, że nie jestem zainteresowany waszymi sprawami.
- Słyszałem – przyznał Andras – ale dziękuję wam i słowa dotrzymam, złota nie pożałuję…
- Podziękowanie i nagroda nie mnie się należą – odrzekł sucho wiedźmin – tylko temu, który was ostrzec próbował i życiem za to zapłacił. Jemu już nic po waszych pieniądzach, ale miał rodzinę, do której go zamierzałem odprowadzić. Zamiast tego zawiozę im jego ciało i dobytek, jeśli więc poczuwacie się do podziękowania, to ja im tę waszą nagrodę przekażę.
- Zatem tak uczyńcie. A nim ruszycie w dalszą drogę, zajdźcie do nas w gościnę.
Wiedźmin pokręcił głową.
- Szlak wzywa, pora mi wracać na północ.
- No, skoro tak, to zajdźcie choćby po pieniądze.
- Tak zrobię – odrzekł Eskel, a jego wzrok zatrzymał się na nieprzytomnym elfie i o czymś sobie przypomniał: – Ten tutaj przedstawił się jako Caeginn aep Caerenn, nie wiecie przypadkiem, czy jest za niego nagroda? Bo tak gadał, jakby była.
Rycerz podrapał się po głowie, wtem jakby go olśniło.
- A tak, słyszałem coś o tym. Chcecie należność podjąć? Musielibyście do Mayeny z nim zajechać.
- Trochę mi nie po drodze – zasępił się wiedźmin.
- Tedy zaproponuję wam dogodne rozwiązanie – ucieszył się rycerz – pojedziemy do mnie, sprawdzimy ile się należy za elfa i tyle wam wypłacę, prócz wynagrodzenia dla rodziny krasnoluda, a potem już sam się będę o nagrodę dochodził.
Eskel słuchał go, kiwając głową z wyraźną aprobatą. Tak, to było dobre rozwiązanie. Nagroda za elfiego bandytę, druga za jadnicę, zahaczyć o Mahakam, a potem już nic tylko wracać do domu. Jak się okazało pozostawanie obojętnym nie zawsze popłacało. Czasami, tak jak w tym wypadku, pojawiał się dobry powód, by się wtrącić w nie swoją sprawę.
Może chociaż Derek będzie mógł teraz spoczywać w pokoju…
Odpowiedz
#2
"Nawet ta druga możliwość, choć pokrzepiająca, nie była w stanie poprawić mu humoru." - właśnie tego typu zdaniami się NIE wygrywa.
"Potężne szczęki kłapnęły tuż przed oczyma łowcy potworów" - potworów w tym miejscu zbędne.

"- Już myślałem, że uda ci się go wkurwić wskutek czego dziatki osierocę." - a to całkiem fajne.

"Minął zaskoczonego tym faktem osiłka i wszedł w obręb zniszczonych murów." - tym faktem niepotrzebne.

No cóż. Fajne to opowiadanie. Jak do czytania świetnie się nadaje.

Myślę, że nie wygrałeś właśnie przez drobiazgi. Takie właśnie jak we wskazanych zdaniach. Pierwsze, no cóż, nadaje się do wypracowania, ale nie na konkursowe opowiadanie. W niektórych zaś miejscach starasz się być zabawny na siłę. Czasem przeszarżowujesz. Nie o wiele. może zaledwie o włos, ale jury bywa wrażliwe na takie szczegóły.

Coby nie mówić jednak, niektóre zwroty są naprawdę fajne, jak ten o osierocaniu dziatek. zdanie ładnie zagrało.

Reasumując - kawał dobrego opowiadania, no ale czytając idzie wyczuć, na czym poległeś w turnieju.

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#3
Wiedźmina wciągnę w każdej postaci. A postać Twojego fanfika jest całkiem przyjemna Smile Trochę tylko dużo dialogów, ale czepiam się, bo czegoś muszę. Zgadzam się z Gorzkim w kwestii zgrzytów.

Pozdrawiam Fana Białego Wilka Smile
Odpowiedz
#4
Fajnie, że się podobało Smile

Cytat:W niektórych zaś miejscach starasz się być zabawny na siłę.

Na przykład?
Odpowiedz
#5
Kurde.. Musiałbym jeszcze raz to wszystko przeanalizować, bo już mi z głowy wypadło. Gdzieś jednak raz czy dwa coś takiego mi zgrzytnęło. Z dowcipem, czy scenką jest tak, że albo jest bezapelacyjnie śmieszne, albo w ogóle nie warto sobie tym głowy zaprzątać.

Zresztą.... Może poszukaj sam? Będzie to też dobre ćwiczenie: Znajdź dwa fragmenty w opowiadaniu, które z założenia miały być śmieszne, a wyszły trochę sztucznie. Smile

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#6
Dobrze się czytało, choć w trakcie gdzieś tam pojawiały się (a przynajmniej moim zdaniem) błędy. Szczerze to, choć zauważyłem w paru miejscach źle postawiony przecinek czy inne podobne historie, to bardziej skupiłem się na innych rzeczach.

W paru momentach piszesz myśli bohaterów. Ja stosuję kursywę do ich oznaczania, można też cudzysłowem, ale przydałoby się je oznaczyć jakkolwiek.

W walce z tą jadnicą (jak to w ogóle wygląda? xD) piszesz, że tknęła ją stal. Przecież wiedźmini na potwory mieli miecze ze srebra?

"Elf i jego towarzysze na powrót zasiedli wokół ogniska. Po chwili ów nazwany Ralfem młodzik o haczykowatym nosie, zbliżył się i podał im po kawałku pieczonego mięsiwa. Skorzystali z poczęstunku bez wahania.
Gdy tylko znów zostali sami, Derek odezwał się ściszonym głosem:"
Moim zdaniem powinieneś tu bardziej sprecyzować, o kogo chodzi, że zostali sami... Gdyby nie kontekst, to nie do końca byłoby wiadomo, że chodzi o Eskela i Dereka.

Gdzieś przy czytaniu natknąłem się na jeszcze jedną taką sytuację z źle użytym zaimkiem, że nie wiadomo było o co chodzi, ale już nie pamiętam gdzie i nie mogę tego znaleźć...

Rozumiem, że ten pierwszy fragment nie do końca ma się zgadzać chronologicznie z kolejnymi?

Po analizie (swoją drogą, to przydałyby się te BBcody z powrotem, przejrzyściej by byłoWink) podsumuję tak:
fajny styl, podoba mi się, po pierwsze że podobny momentami do mojego, a po drugie, że podobnie trochę napisałeś do Sapkowskiego. Jakby ktoś powiedział, że to opowiadanie Sapkowskiego, to istnieje szansa, że może bym uwierzył. Choć w pewnej chwili odniosłem wrażenie, że Eskel w którejś kwestii bardziej mówił jak taki wieśniak bardziej, niż obyty podróżnik, ale to uczucie tylko momentalne, poza tym ok.

Jak wspominałem, czytało się dobrze, jak dla mnie dobrze odwzorowane realia świata wiedźmina. A że wiedźmina lubię, to tym bardziej mi się podobałoSmile
Lis
Władza
Powrót dziadów
Nie martwcie się, Tymon żyje, ma się dobrzeSmile
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości