Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Artysta, który minął się z powołaniem
#31
Dziękuję za miły komentarz, Karen. Aż dziw, że chciało Ci się czytać jeszcze raz.
Być może, że dalsze rozdziały będą się nieco różnić od tych, które znasz (przeróbki). Ale historia w dużej mierze pozostanie ta sama, tylko absurd ujarzmię. Smile
Dzięki jeszcze raz i weny życzę!
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" Tongue
Odpowiedz
#32
Do 2 rozdziału.

Czytam sobie nieśpiesznie, bo to nie moje klimaty. Opisy Agaty przygotowującej się do seansu wzbudziły we mnie wręcz obrzydzenie. Ale po skończeniu czytania fragmentu muszę Ci wyrazić uznanie. Dobre ostrzeżenie przed paraniem się tego typu praktykami. Jak kiedyś powie jeden z bohaterów mojej książki:
"Wywoływanie duchów? Nie masz pewności czy to, co wywołałeś jest tym za co się podaje. To mroczne ścieżki, od których lepiej trzymać się z daleka." Wink

(07-01-2017, 07:52)Grafoman napisał(a): Noc dobiegała końca, nad światem zawisł świt. Przejmujący chłód przedświtu wciskał się w (...)
Świat, świt, przedświt - trochę za duże nagromadzenie "Ś". Poza tym świt nie jest wspólny dla całego świata Wink Gdy w jednym miejscu jest świt w innym jest południe albo zachód słońca.

(07-01-2017, 07:52)Grafoman napisał(a): Poczucie gorszości od dawna nie dawało jej spokoju, zastanawiała się nawet nad znalezieniem sobie stałego kochanka, który pomógłby się od tego kompleksu wyzwolić, ale nie miała odwagi.
Tu wygląda jakby to kochanek sam siebie miał wyzwalać. Podejrzewam, że zamiast "się" miało być "ją" tudzież "pomógłby się jej".

Wątek obyczajowy - zdrada i relacje małżeńskie ciekawy. Zachęca do dalszej lektury.

Pozdrawiam Serdecznie
Odpowiedz
#33
No cóż... Znów kawałek dobrej prozy...

Jeśli miałbym się czegoś czepić, to postawy policjanta. Myślę, że lejka to twardy facet, którego trudno zadziwić lub przestraszyć. W tym fragmencie jednak się niemal miota. Myślę, że widział dotąd zbyt wiele na takie zachowanie. Myślę, że działałby nieco bardziej logicznie .... i metodycznie.

Niemniej jednak opowieść mi się podoba. Mrok jest. ale nie nachalny. Wstawki obyczajowe również dosyć ... interesujące.

Czyli w sumie całkiem dobrze to wszystko się rozwija.

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#34
Dziękuję Wam obu za podbudowujące komentarze.

Gunnar, jestem przyjemnie zdziwiony, że chce Ci się czytać coś, co nie jest w Twoim klimacie. Dziękuję za wyłapanie błędów i pozytywną opinię.

Gorzki, nad postawą policjanta właśnie pracuję. Zacząłem przerabiać całość, ale od początku i jeszcze do siódmego rozdziału nie dobrnąłem. Miło mi, że Ci się podoba. Smile

Pozdrawiam serdecznie,
Graf
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" Tongue
Odpowiedz
#35
UWAGA: powyzej zamiescilem zmienione nieco pod wzgledem fabularno-stylistycznym wersje rozdzialow 5 i 6 Zrobilem to tu, aby nie mnozyc watkow. Mam nadzieje, ze ci, ktorzy jeszcze nie doszli do tych rozdzialow, rzuca laskawym okiem na zmiany. Tych zas, ktorzy juz dobrneli do obecnego rozdzialu, serdecznie zapraszam do pozostawienia sladu pod zmienionym wersjami. Kazde wytkniecie bledu to dla mnie ogromny skarb. Smile
Pozdrawiam,Graf

Rozdział 9
Noc była piękna, w sam raz na samotny spacer po ciemnym, pachnącym nadchodzącą jesienią przyszpitalnym parku. Gwiazdy rozsiewały wokół swój olśniewający, magiczny blask, a Księżyc w pełni zdawał się być piękniejszy niż kiedykolwiek. Nawet nuty w jego świetle wyglądały bardziej zjawiskowo i tajemniczo.
Izmael uśmiechnął się, wodząc wzrokiem po partyturze. Lekki, nocny wiatr rozwiewał mu płaszcz i włosy, ale ordynator nie zwracał na to uwagi. Nuty, jedyne jego powierniczki lat kawalerskich, znów śmiały się doń z białej, delikatnej jak jedwab kartki, rozłożonej na ciemnym, drucianym pulpicie.
Skrzypce leżały tuż obok, na ławce, ciche i posłuszne jak zawsze. Nie miał jednak odwagi ich dotykać bez upewnienia się, że jeszcze pamięta nuty. Nie grał od bardzo dawna, a jeśli nawet zdarzało mu się spojrzeć na partyturę, robił to tylko przelotnie, po to jedynie, by poczuć słodko–gorzki posmak wspomnień z młodości.
Pamięć, zawsze tak niezawodna i jasna, tej nocy postanowiła widocznie zrobić sobie wolne. Nuty, kiedyś czytelne jak własny charakter pisma, teraz jawiły się czymś zupełnie niezdatnym do odcyfrowania. Przeklęta pięciolinia milczała nienawistnie, nie chcąc zdradzić zapisanych na niej dźwięków. Izmael zamknął oczy i skupił się na patrzeniu w nieprzeniknioną, pulsującą w rytm uderzeń serca, ciemność. Z mroku powoli wyłonił się obraz dawno zmarłego ojca, skąpanego w przytulnym cieniu baldachimu. Słowa rozbrzmiały nagle, wszystko wokół zapachniało tak, jak wtedy, w dniu ślubu.
„Kiedy zabraknie ci łez, sięgnij po skrzypce” – mówił ojciec, dobrodusznie mrużąc oczy. Jego pomarszczona, pokryta siwym zarostem twarz zaczęła niespodziewanie topnieć, ustępując miejsca innemu obrazowi. Pod mocno zaciśniętymi powiekami rozkwitł widok dużej, przystrojonej kwiatami sali. Nad suto zastawionymi stolikami unosił się upojny zapach wina, a na parkiecie nie było nikogo, nie licząc niewielkiej orkiestry. Profesor rozpoznał dziesięciu brodatych świadków, rabina, Sarę, stojącą na drugim końcu sali w białej, zwiewnej sukience… Było duszno i tak gorąco, że nawet teraz, stojąc na zimnym, wilgotnym wietrze Izmael poczuł bijący od wspomnienia żar. Nie, nie mógł się mylić. To musiało być ich wesele. Nigdy potem nie widział Sary w jasnym ubraniu. Zupełnie jakby zaczęła nosić żałobę po utraconej wolności…
Obraz zmienił się znowu, tym razem psychiatra zobaczył sam siebie, jakby nagle wyszedł z ciała i stanął po drugiej stronie stołu. W pomieszczeniu nadal było duszno, wszyscy goście w dalszym ciągu siedzieli bez ruchu, orkiestra zamilkła, czując, że nikt jej już nie słucha.
– Zagraj coś, Izma! – zawołano nagle ze wszystkich stron.
Blady ze szczęścia Izma usłuchał, wziął skrzypce i zaczął grać. Palce, nawykłe do strun, ślizgały się po nich lekko, tańcząc. Weselnicy zakołysali się w rytm melodii, na ich twarzach zagościł uśmiech. Wtedy skrzypce grały radośnie, a skrzypek przekonany był, że zabraknąć może mu w życiu tylko łez radości. O, jakże się mylił! Jakże się mylił!...
Dreszcz upokorzenia przeszył serce z siłą, podobną do pchnięcia sztyletu. Wspomnienie zniknęło, a ordynator znów poczuł wielką, piekącą rozpacz. Ręka bezwiednie sięgnęła po skrzypce, partytura nagle zniknęła pod zalewającą oczy falą łez. Coś na dnie duszy pękło i nagle spod drżącego smyczka popłynęły tkliwe, lekkie niczym muśnięcie pióra dźwięki. Melodia z każdą minutą nabierała mocy, a gniew i rozpacz wyparowywały powoli pod jej wpływem.
Grał bez zastanowienia, nie patrząc na nuty. Pod koniec drugiej godziny przerwał na chwilę, chcąc rozprostować zgrabiałe od nocnego chłodu palce i zrozumiał, że nie może tego zrobić. Dłoń kurczowo zacisnęła się na gryfie, a każda próba jej rozprostowania powodowała trudny do zniesienia ból. Jakaś część duszy ordynatora błagała o dalszą grę, zupełnie jak człowiek pogrążony w rozpaczy prosi o kolejny kieliszek wina w nadziei, że zagłuszy nim palący od wewnątrz smutek. Lewij poddał się temu błaganiu i grał, choć coraz trudniej było mu utrzymać instrument. Ręce omdlewały pod jego ciężarem, ale nie było siły, która zmusiłaby smyczek do zaprzestania szaleńczego tańca po strunach. Nie liczyło się nic, czas stracił znaczenie, istniała tylko melodia i silny, trawiący ręce ból. Palce lewej dłoni bolały coraz bardziej, a każdy nowy dźwięk powodował cierpienie, podobne do tego, jakie wywołuje przy każdym kroku obtarta do kości pięta. Ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Z każdym taktem umysł odzyskiwał przyćmioną rozpaczą jasność, a duszący ból duszy znajdował ujście w każdej kolejnej kropli krwi, skapującej po gryfie na alejkę. O świcie zakrwawione skrzypce powędrowały do futerału, a w duszy zapanował spokój.
Ból rozciętych strunami palców powrócił ze zdwojoną siłą w chwili, gdy ordynator próbował prawą ręką otworzyć drzwi, lewą zaś odruchowo mocno zacisnął wokół uchwytu futerału. Stłumione, przeciągłe syknięcie przecięło martwe powietrze przedświtu. Zamek ustąpił bez oporu i profesor znalazł się w obcym, zimnym półmroku przedpokoju. Drzwi zamknął na klamkę, wiedząc, że nie da rady znaleźć klucza tak, aby nie obudzić Sary. Ostrożnie, starając się nie zaplamić materiału, zdjął płaszcz i powiesił go na wieszaku. Skrzypce położył na szafce i najciszej jak mógł udał się do łazienki. Tam zapalił światło.
To, co zobaczył, przerosło jego najśmielsze obawy. Lewa dłoń była cała we krwi, zaschłe jej płaty tworzyły chropowatą, pachnącą żelazem powierzchnię, po której spływały cienkie, wijące się strużki koloru czerwonego wina. Zimna woda z kranu nie przyniosła niestety ulgi, zmyła jedynie zakrzepłą krew i na chwilę odsłoniła podłużne, dosyć głębokie nacięcia grubości strun. Lewij w pierwszym odruchu zdezynfekował palce spirytusem. Kilka razy musiał mocno ugryźć się w język, by nie syknąć z bólu, jaki powodowała dotykająca do ranek gaza.
Ponieważ nie było sensu bandażować całej dłoni, profesor poprzestał na prowizorycznym przewiązaniu najbardziej poszkodowanych palców: wskazującego, środkowego i serdecznego. Pospiesznie zmył resztki krwi z umywalki, umył się, owinął w szlafrok i wyszedł z łazienki, mając nadzieję, że Sara śpi. Nie miał najmniejszej ochoty jej widzieć. Czuł wściekłość połączoną z ogromnym, przygniatającym zmęczeniem. Pragnął jedynie chwili spokoju i ciszy. Po drodze do sypialni wziął z przedpokoju skrzypce. W pokoju ostrożnie schował je na dno garderoby. Zamknąwszy ozdobione lustrem drzwi szafy, położył się do łóżka i długo patrzył w rzednącą ciemność przedświtu. Sen przyszedł bezszelestnie.
***
Inspektor długo zastanawiał się nad tym, czy warto dzwonić do ordynatora. Niepokój o Agatę przygniatał go coraz bardziej. Miał dziwne przeczucie, że siostra znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie. I to za jego sprawą. Jednej nocy śniło mu się, że widzi ją, leżącą na metalicznie połyskującym blacie stołu kostnicy, za drugim razem patrzyła nań, a w oczach widniał obłęd i strach.
– Boję się. Zabierz mnie stąd! – krzyczała, wyciągając przed siebie blade, powykręcane przerażeniem ręce.
Budził się wtedy zlany zimnym potem, a serce łomotało mu jak szalone.
„Zostawiłem ją” – myślał z rozpaczą. – „Zapomniałem… Zniszczyłem…” – Zrywał się jak opętany z łóżka, biegał po pokoju i wielokrotnie wyjmował z szuflady komórkę, chcąc zadzwonić do profesora i wszystko czym prędzej wyjaśnić. Chciał także poprosić o spotkanie z siostrą, ale wiedział, że nie może tego zrobić ot tak, jakby nic się nie stało. Musiał najpierw umówić się na rozmowę z Lewijem i wyjaśnić swoje postępowanie. Próbował zrobić to wielokrotnie, ale za każdym razem rezygnował, rzucał telefon na materac, krył twarz w dłoniach i długo, długo płakał. Nie miał odwagi stanąć przed tym, którego obraził. Bał się poddać jego woli, przerażała wymyślność kary, jak mogła go spotkać za to, co zrobił. Wmawiał sobie, że był to przypadek, perfidna prowokacja ze strony Sary, ale wiedział, że to nieprawda. Nie był przecież pijany do nieprzytomności, pamiętał dobrze smak jej warg i zapach ciała. Mógł odmówić, ale nie zrobił tego. Okłamywał się więc, chcąc przed samym sobą skryć świadomość tego, jak bardzo podle postąpił.
Tamtego ranka, gdy przebudził się z niespokojnego, męczącego snu, poczuł, że dojrzała w nim odwaga do tego, by pojechać do Ząbek i wszystko wyjaśnić. Postanowił zobaczyć się z ordynatorem. Pospiesznie ubrał się, wsiadł do samochodu i popędził do Drewnicy. Na miejscu dowiedział się, że ordynatora nie ma i że nie przyszedł on do pracy.
– Chodziłem do mieszkania, ale go nie ma – zapewniał podobny do małpy pielęgniarz.
– Kiedy pan tam ostatnio był?
– Czy ja wiem… Gdzieś tak z godzinę temu…
Lejka nerwowo spojrzał na zegarek. Dochodziła dziesiąta.
– Może już wrócił? – mruknął.
– Nie wiem. Ja tam drugi raz nie idę. Drzwi zamknięte, na korytarzu cisza i jakoś tak mroczno… Czuję, że tam coś nieczystego się stało. Kłótnią pachnie. I coś ciągle skrzypi, a na dodatek zimno jak w trupiarni! Nie idę, choćbyś mnie pan miał żywcem ćwiartować! – zarzekał się australopitek, machając pulchnymi rękami. W jego błękitnych, tonących w tłuszczu oczkach widniał zwierzęcy strach.
Mocno podenerwowany inspektor obrócił się na pięcie i wyszedł. Był już w połowie drogi do domu, w którym mieszkał ordynator, gdy jakieś niejasne przeczucie ścisnęło mu serce. Czy nie powinien najpierw zobaczyć się z Agatą?
„Nie… Najpierw muszę wyjaśnić swoje postępowanie” – postanowił i ostrożnie nacisnął przycisk dzwonka.
W odpowiedzi usłyszał długą, szarpiącą nerwy ciszę. Wszystko zamarło w bezruchu i tylko żarówka nad wejściem kołysała się w te i z powrotem, wprawiając umysł inspektora w niespokojne drżenie.
„Dlaczego to zrobiłem?” – pytał, wiedząc dobrze, że nie usłyszy odpowiedzi. Wiedział także, że bez zgody ordynatora nie zobaczy Agaty i to martwiło go najbardziej. Z zamyślenia wyrwało go ciche skrzypnięcie klepki. Obejrzał się, ale nie zobaczył nikogo. Zimne macki strachu podpełzły do serca i zdało mu się, że słyszy szepty. Odruchowo wycofał się ze skąpanego w półmroku korytarza i ruszył truchtem w stronę głównego budynku szpitala. Nie miał nadziei na to, że któryś z pielęgniarzy pozwoli mu zobaczyć się z Agatą. Chwytał się biegu jak tonący brzytwy, chciał wysiłkiem zdusić dręczący go niepokój, ale nic nie wskórał. Zatrzymał się przed drzwiami wejściowymi i nagle, nie myśląc, zawrócił w stronę bramy, za którą stał samochód.
Pospiesznie wsiadł do auta i wyjechał w wąską, pachnącą jesienią uliczkę. Pędził jak szalony, drżąc na całym ciele. Czuł, że zaczyna trawić go lepki żar poczucia winy i nieuzasadnionego przeczucia zbliżającego się niebezpieczeństwa.
„Zostawiłem ją… Zniszczyłem” – myślał, skręcając w stronę komisariatu. Chociaż nie miał dziś służby, postanowił zatopić się w pracy w nadziei, że zmęczenie uwolni go na chwilę od duszącej niepewności i wyrzutów sumienia.
Oficer dyżurny zdziwił się, widząc Lejkę na progu, a zdumienie jego sięgnęło zenitu, kiedy inspektor obwieścił, że zwalnia go z dyżuru.
– Idź, zostanę na noc – powiedział Lejka z uśmiechem i wypchnął podwładnego za próg. Drzwi zamknęły się z trzaskiem, a serce policjanta przeszył strach. Dopiero teraz uświadomił sobie, że został sam w komisariacie, pod jednym dachem z człowiekiem, który znika i pojawia się niczym duch. Za dnia strach nie miał nad nim władzy, ale w nocy… Inspektor wolał o tym nie myśleć.
***
– Izma… Izma… – Natrętne wołanie wbijało się ostrym klinem w spowitą snem świadomość profesora.
Głos był cichy, łagodny i skądś dobrze znany, nie był to jednak głos Sary, ani żadnego z pielęgniarzy. Lewij ostrożnie otworzył oczy i długo nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Nie miał pojęcia, skąd nagle w jego sypialni wziął się najważniejszy człowiek gminy: rabin Jakub Szojke. Siedział w fotelu pod oknem i patrzył na zwisającą z ramy łóżka narzutę.
Upewniwszy się w końcu co do tego, że zarówno długie, komicznie chwiejące się przy każdym ruchu pejsy, jak i cała postać rabina nie są wytworem półprzytomnej wyobraźni, ordynator pospiesznie podniósł się z posłania i złożył przepisowy, pełen szacunku ukłon, jaki należy się osobie, noszącej zaszczytny tytuł nauczyciela. Rabbe Jakub wstał również i odkłonił się w milczeniu. Po powitaniu znów usiadł w fotelu, Lewij zaś marzył jedynie o tym, by jak najprędzej przeprosić, wyjść i ubrać się w coś stosowniejszego niż zwykły, bawełniany szlafrok. Wiedział jednak, że z racji na znaczną różnicę wieku i pozycji nie wypadało mu zaczynać rozmowy. Stał więc z lekko spuszczoną głową, nie patrząc gościowi w oczy i czekał, aż ten się odezwie.
– Szalom, synu klezmera – zagaił przybyły po dłuższej chwili milczenia. – Zawsze tak długo śpisz? – Wskazał gładką, białą niczym zwój Tory dłonią w kierunku zegara. Dochodziła jedenasta.
– Wybacz, rabbe, długo nie mogłem zasnąć – odparł Izmael, na krótko patrząc w wyblakłe, jasnobrązowe oczy rabina. – Od której czekasz, rabbe?
Jakub zaśmiał się perliście, ukazując pożółkłe, krzywe zęby.
– Od pół godziny. Ale nie nudziłem się… Proszę cię tylko, byś nie mówił do mnie „rabbe”. Jestem tu… powiedzmy, prywatnie… Chciałbym porozmawiać z tobą jak mąż z mężem, jak mężczyzna z mężczyzną, Żyd z Żydem, lekarz z lekarzem, ojciec z… – Szojke zająknął się nagle i pospiesznie przeprosił.
Lewij uśmiechnął się pobłażliwie i machnął ręką na znak, że rabbe nie ma za co przepraszać. Jakub odchrząknął, odwzajemnił uśmiech i podjął przerwaną przemowę:
– Znam cię od dawna, Izmael. Twój ojciec grał na moim pierwszym weselu, ja byłem na brit mila jego pierworodnego syna, on uczył moją córkę gry na skrzypcach, byłem na weselu jego syna, płakałem na jego pogrzebie, a teraz miałbym patrzeć na to, jak potomek mego przyjaciela rozwodzi się? Chcę o tym z tobą porozmawiać, zapytać, czy na pewno to przemyślałeś, czy uważasz swoją decyzję za nieodwołalną i słuszną.
Lewij wyczuł, że zanosi się na długą perorę. Ostrożnie podniósł więc dłoń, jakby chcąc przerwać ciągnącą się w nieskończoność nić przemowy rabina. Manewr ten nie uszedł uwadze rozmówcy, który zamilkł i wyczekująco spojrzał na ordynatora.
– Wybacz, że ci przerywam, rab… Przepraszam… Jakubie. Cieszę się, widząc cię u siebie i chciałbym cię podjąć jako gospodarz, nie jak chory. Pozwól mi więc wyjść na chwilę i przebrać się.
– Rozumiem. – Rabin skinął współczująco głową i opuścił wzrok, jakby zawstydzony tym, że nie okazał się domyślniejszy. – Idź, ubierz się. Zaczekam…
Profesor uśmiechnął się, wziął z krzesła już z wieczora przygotowane ubranie i wyszedł. W drodze powrotnej z łazienki postanowił wpaść na chwilę do Sary i sprawdzić, czy się nie obudziła. Był prawie pewien, że jeszcze śpi, ale wolał zmienić jej kroplówkę zawczasu. Rozmowa z rabinem mogła potrwać aż do wieczora, a lek nie mógł czekać tak długo.
***
Wieczór nadpełzał powoli. Najpierw mrok zastukał w szybę, po czym ostrożnie, niby powiew lekkiego, jesiennego wiatru otworzył niedomknięte okno i stanął na parapecie. Obok niego stał strach, a jego zimne, zwiewne macki sięgały podłogi. Agata uniosła się na łokciu i jak zahipnotyzowana patrzyła w duże, ziejące otchłanią oczy ciemności. Macki strachu wydłużały się z każdą sekundą, pierwsze z nich oplotły już szyję leżącej na łóżku kobiety. Czuła opanowujące ją zimno, którego źródło zdawało się być gdzieś głęboko w jej wnętrzu. Nienawidziła tego uczucia, ale nie miała na nie innej rady, jak tylko zamknąć oczy i zasłonić się kołdrą. Już miała zacisnąć powieki, gdy jej wzrok padł na niewielki, wystający ze ściany dzwonek. Bez namysłu nacisnęła nań, przykryła się kołdrą i czekała na efekt.
Drzwi otworzyły się niemalże natychmiast. Agata rozpoznała kroki grubej, gburowatej pielęgniarki o przerażająco niskim głosie. W myślach zazwyczaj nazywała ją „kolumbryną”, ale teraz nie miała siły nawet na tę drobną złośliwość. Strach sparaliżował całe ciało, a jedyną rzeczą, która mogła ów paraliż zatrzymać, była obecność innej osoby. Nieważne, czy lubianej, czy nie. Liczyło się tylko to, że człowiek ten był realny, dotykalny i istniejący poza straszliwym światem halucynacji, które Agatę pętały coraz częściej.
– Czego paniusia chce? – zagrzmiała nad uchem „kolumbryna”, jednocześnie zasłaniając wypłowiałe od słońca żaluzje.
– Boję się… – wybełkotała chora, ostrożnie zerkając w stronę okna. Strach zniknął, a mrok rozpłaszczył się na szybie niczym ciemny, tchnący zimnem witraż. Przyćmiona przerażeniem świadomość zaczęła powoli ożywać.
Gruba pielęgniarka bez słowa wyjęła z kieszeni ciasno opinającego jej tłuste kształty fartucha komórkę i zaczęła stukać w klawisze.
– Zadzwonię po doktora. Nie mam cierpliwości do paniusinych wynurzeń… – wyjaśniła z uśmiechem, przykładając słuchawkę do ucha.
– Nie… – zduszonym głosem poprosiła Agata. Perspektywa spotkania z człowiekiem, który do obłędu przypominał demona ze snu, przerażała ją dużo bardziej niż fakt, że może zostać niewysłuchana. – Niech pani nigdzie nie dzwoni… Proszę… – Złożyła ręce jak do modlitwy i wpiła w tonącą w tłuszczu twarz sanitariuszki błagalne spojrzenie. Ta zmiękła, odłożyła komórkę do kieszeni i zapytała:
– Chce paniusia coś na sen?
Chora przytaknęła skwapliwie. Miała nadzieję, że spowodowana lekiem utrata świadomości chociaż częściowo wyzwoli ją od pętającego gardło przerażenia.
„Kolumbryna” odwróciła się z ciężkim westchnieniem i zaczęła szperać po kieszeniach.
– Nie mam. Musi paniusia zaczekać – oznajmiła po około pięciu minutach poszukiwań. – Zaraz wrócę…
Wyszła, zostawiając niedomknięte drzwi, przez które wpełzał strach. Jego długie macki owinęły się wokół ramy łóżka. Gdzieś na horyzoncie, niewyraźna i jakby rozpływająca się w strugach nieistniejącego deszczu, zamajaczyła myśl. Miała duże, błękitne ślepia. Wyciągnęła kościstą rękę w kierunku Agaty i kiwnęła kilkakrotnie długim, kościstym palcem.
– Chodź – szeptały jej sino blade usta.
Chora wrzasnęła z całych sił. Myśl zbliżyła się do łóżka, strach rozpłaszczył się pod jej prześwitującymi nogami niczym wierny pies. Agacie zdało się, że słyszy ciche skomlenie. Nagle trupio niebieska postać zaczęła nabierać kształtów, puchnąć i zmieniać barwę. Po chwili stała się białą, olbrzymich rozmiarów kulą.
– No, co się paniusia tak patrzy? – zagrzmiała sanitariuszka. Halucynacja rozpadła się pod wpływem jej głosu.
– Nic… Boję się… – wyjęczała chora, bezwolnie poddając się przewracającym ją na plecy rękom pielęgniarki. Chwilę potem poczuła ukłucie. Ciepły, narkotyczny spokój zaczął otulać jej umysł. Po paru minutach nie widziała już nic, oprócz wszechogarniającej ciemności.
Gdzieś na dnie jaźni zaczął wykluwać się obraz pary zielonych, świecących niczym u kota oczu.
– Jest… – pomyślała Agata, z niezrozumiałym dla samej siebie upojeniem wpatrując się wyłaniającą się z mroku twarz demona. Widok jego oczu z niewiadomych powodów zaczął działać na nią uspokajająco i była mu za to uspokojenie bezgranicznie wdzięczna.
Westchnęła, gdy owionął ją lekki, znajomy zapach koniaku i siarki. Gdyby nie krępowały jej pasy, uciekłaby z nim z tego więzienia.
– Musisz spłonąć, królowo… – wyszeptał cicho, siadając w nogach łóżka.
– Spłonąć… Spłonąć… – szeptała, a jej ciało przebiegał dziwny, rozkoszny dreszcz za każdym razem, gdy słyszała dźwięk swoich słów.
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" Tongue
Odpowiedz
#36
Kolejny dobry i sugestywny fragment. Zastanawiam się jedynie nad tymi pociętymi od skrzypiec palcami. Czy w przypadku tego instrumentu to możliwe. No i w przypadku wprawnego muzyka. Sam grałem co nieco na gitarze. Tam palce "pociąć" teoretycznie można bo i nacisk na struny większy. Albo trzeba grać coś bardzo wysoko albo braki w technice nadrabiać silnym dociskaniem strun.... Lewi był jednak świetnym muzykiem, a skrzypce to instrument nie wymagający raczej siły.

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#37
Dziękuję za komentarz, Gorzki.
Nad kwestią strun się zastanowię, dałeś mi do myślenia. Ale raczej, jak człek jest wściekły, to i kołkiem się zatniesz. Smile
Pozdrawiam
Graf
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" Tongue
Odpowiedz
#38
A oto kolejny rozdział z przygodami inspektora. Mam nadzieję, że się nie zawiedziecie. Smile

Rozdział 10
Za dnia strach nie miał nad nim władzy, ale w nocy… Inspektor uśmiechnął się półprzytomnie na myśl o tym, jak bardzo bał się nadejścia mroku. Po czterech, odpalanych jeden od drugiego, papierosach policjant nie bał się już niczego. Głowa bolała zbyt mocno, by mógł zastanawiać się nad tym, co może go dziś w nocy spotkać. Wpatrując się w puste rubryki leżącego przed nim wykazu poczuł ogarniającą go senność, ale nie uległ jej. Przynajmniej tak mu się wydawało. Jak przez mgłę usłyszał ciche skrzypnięcie klepki za plecami
Nie wstając, odwrócił się tak gwałtownie, że aż krzesło wydało z siebie przeraźliwe, agonalne skrzypnięcie. W porozrywanym przez migotliwą jarzeniówkę półmroku majaczyła przed inspektorem jakaś rozmyta, ciemna sylwetka.
– Czego? – burknął Lejka, usiłując wmówić sobie, że stoi przed nim tylko najzwyczajniejszy na świecie interesant, któremu właśnie obito fizjonomię za jakieś ciemne porachunki. Tylko jakim cudem mógł on znaleźć się za plecami inspektora, skoro drzwi wejściowe znajdują się na wprost biurka?
„Po prostu przysnąłem” – wmawiał sobie policjant, chociaż wydawało się to z jego perspektywy mało prawdopodobne.
– Jak to „czego”, panie władzo? – wysyczał przybyły nieprzyjemnym, podobnym do syczenia żmii półgłosem. – Pan tu tak siedzi samotnie, po ciemku. Przyszedłem osłodzić pańską samotność. – Przybysz postąpił krok do przodu. Ostre światło jarzeniowej lampy padło na jego filigranową, okrytą ciemnym płaszczem postać. Inspektor rozpoznał dwoje martwych, malachitowych oczu.
– Panie Samael… – wyjąkał Lejka, mocno zaciskając palce na poręczach krzesła. – Co pan tu robi?
Samael parsknął z pogardą, ostrożnie podszedł do biurka i usiadł na wolnym od papierów kawałku blatu. Uśmiechał się, patrząc niewidzącymi oczyma gdzieś daleko ponad głową policjanta. Lejka poczuł, jak strach podpełza mu do gardła. Wiedział, że nie może sięgnąć do dzwonka alarmowego, który znajdował się dokładnie między zwisającymi z blatu nogami przybysza. Milczenie trwało parę dobrych chwil, aż w końcu aresztant zeskoczył z biurka, podszedł do zdumionego inspektora i położył mu trupio zimne dłonie na ramionach.
– Pańscy podwładni ostatnio straszliwie mnie zaniedbują – wyszeptał. Pachniało od niego siarką i drogim koniakiem. – Wczoraj znów nie dostałem obiadu… Chcę złożyć skargę, a z przyczyn oczywistych nie mogę jej napisać… Chciałbym prosić pana o drobną przysługę. Czy nie mógłby pan napisać zażalenia w moim imieniu?
– Nie… Zaraz! Jak pan się tu znalazł? Osobiście sprawdzałem, czy wszystkie cele są zamknięte! – wybuchnął policjant, któremu w głowie nie mogło się pomieścić to, jakim cudem niewidomy przestępca wyszedł z celi, nie robiąc przy tym najmniejszego hałasu. – Co to ma znaczyć?! – Inspektor poderwał się z krzesła tak gwałtownie, że w normalnych warunkach z pewnością stojący nad nim Samael niechybnie straciłby równowagę na skutek uderzenia czołem w skroń. Aresztant jednak ani nie odskoczył, ani nie zachwiał się, za to głowę Lejki owionął piwniczny chłód. Policjant przeżegnał się w myślach i osunął z powrotem na krzesło. Osadzony tymczasem poprawił opadający mu na oczy kosmyk kruczoczarnych włosów i ciągnął dalej, jakby zupełnie nic się nie stało:
– Nie zauważył pan jeszcze, że czasami wychodzę sobie na spacery po komisariacie? Jeden z pańskich podwładnych, Walczak, dał mi klucz od zamka mojej celi po to, abym mógł się trochę przejść w nocy. Często nie mogę spać, a od chodzenia w kółko można zwariować. Poza tym, to bardzo niezdrowe… Czyż Walczak nie mówił panu o tym?
Zapytany milczał przez dłuższą chwilę, nie mogąc zrozumieć, czy to, co widzi i słyszy, dzieje się naprawdę, czy nie.
„Ja śnię…” – myślał, tępo patrząc w martwe źrenice rozmówcy. Zauważył, że Samael prawie nie mruga.– „Czyżbym był aż tak przemęczony?... Nie, to przecież sen… Chyba.”
Im bardziej inspektor się zastanawiał, tym silniej zdawał sobie sprawę z tego, że umyka mu najważniejszy szczegół: jakim cudem sierżant zgodził się oddać klucz? I dlaczego Walczak nie poinformował go o tym, że dał klucz aresztantowi? Zapomniał? A może… Może po prostu nie zdążył o tym powiedzieć, bo… Nie, taka wersja wydarzeń była zbyt nieprawdopodobna, by mogła wchodzić w grę. Lejka potrząsnął głową tak mocno, że świat wokół zawirował i zniknął za mgłą. Inspektor bezmyślnie wpatrywał się w zamazany obraz przed sobą, a w jego umyśle krążyło jedno, jakże wymowne i przerażające pytanie: jak?
– Nad czym się pan tak zastanawia, inspektorze? – Pytanie padło tak nagle i z tak bliska, że policjant podskoczył i jęknął ze zdziwienia. Z otaczającej go mgły zaczął powoli wyłaniać się obraz dwojga zielonych, dużych oczu. Nie były one jednak martwe, lecz żywe, błyszczące ze zmęczenia i tłumionego gniewu. Lejka zaczął powoli pojmować, że coś jest z tymi oczami nie tak. W końcu zrozumiał. Nad krzesłem, pochylony tak nisko, że czuć było bijący od niego zapach niedawno wypalonego papierosa, stał Lewij.
Psychiatra uśmiechał się półgębkiem, uśmiech miał zagadkowy, budzący trwogę, co zupełnie nie pasowało do troskliwego tonu, jakim zadał kolejne pytanie:
– Gdzie pan był przedwczoraj?
Nie mogąc jeszcze otrząsnąć się z zaskoczenia, inspektor automatycznie odparł, że przedwczoraj przez większą część dnia znajdował się na terenie ząbkowskiego szpitala. Profesor zaśmiał się krótko w odpowiedzi i zapytał, podejrzliwie mrużąc oczy:
– I co pan był tam uprzejmy robić?
Policjant milczał, nie mogąc zebrać myśli. Poczuł, jak gardło zaciska mu się w ciasny węzeł, a migrena wzrasta z każdą sekundą.
Ból głowy stawał się coraz bardziej nieznośny, a jego źródło brało początek z prawej strony. Inspektor otworzył oczy i jeszcze w półśnie zorientował się, że przyczyną tego bólu jest wpijający się w prawą skroń długopis. Zasypiając, policjant nie poczuł, jak kładzie głowę na zawalone papierami biurko. Cienkopis widocznie znajdował się pod którąś z kartek… Zegar w przyległym pokoju zaczął wybijać trzecią w nocy.
Dzwonek leżącego na stole telefonu komórkowego rozległ się tak nagle, że inspektor podskoczył.
– Halo? – odezwał się niepewnie, przykładając komórkę do ucha.
– Tu Lewij. – Głos po drugiej stronie był złowrogi i zimny jak stal. – Przepraszam, że dzwonię tak późno… Albo wcześnie, nie wiem, jak to ująć. Chodzi o Agatę. Ona właśnie.. Mam nadzieję, że nie wstał pan do telefonu… Jeśli tak, to proszę natychmiast usiąść.
Inspektor opadł na oparcie krzesła tak gwałtownie, że aż skrzypnęło. Strach ścisnął go za gardło z siłą spiżowego imadła. Lejka na wszelki wypadek przysunął się wraz z krzesłem do ściany.
– Słucham… – wykrztusił, z trudem łapiąc powietrze.
Profesor westchnął przeciągle, w słuchawce rozległo się pstryknięcie zapalniczki. Przez chwilę słychać było jedynie przerażająco równy rytm jego oddechu.
– Pańska siostra jest na granicy życia i śmierci – oznajmił wreszcie psychiatra. – Jest po próbie samobójczej. Podcięła sobie żyły… Proszę przyjechać. Jeśli jest pan na służbie, to proszę się zwolnić. To mogą być jej ostatnie godziny na tym świecie… Kiedy będzie pan już pod bramą, proszę zadzwonić do mnie. Wyjdę po pana.
– Dobrze… – odparł oschle inspektor i odłożył słuchawkę. W głowie miał zupełny mętlik. Nie miał pojęcia, komu przekazać dyżur. W końcu zdecydował się zostawić wszystko pod opieką stróża, który za dwie flaszki czystej zgodził się co jakiś czas przejść po pomieszczeniach i sprawdzić, czy nic się nie dzieje.
– Jakbym nie wrócił do rana, powiedz Piekutce, że nagle zachorowałem – poinstruował dozorcę, pospiesznie wsiadając do samochodu.
Ulica była pusta i cicha, na jakimś przystanku kiwał się samotny pijak. Reflektory wściekle rozdzierały ciemność nocy, silnik warczał jak szalony. Brama szpitala zamajaczyła przed oczami inspektora niczym duża, biała ćma. Na tle ciemnego, betonowego muru przypominała bardziej wrota piekła niż dwa zwykłe skrzydła z pomalowanego na jasno żeliwa. Lejka zadzwonił do ordynatora. Był tak zdenerwowany, że chwilami tracił panowanie nad sobą i zaczynał bezmyślnie wywijać pięściami w powietrzu, jakby mógł tym przyspieszyć czas, dzielący go od poznania prawdy.
– Spokojnie – warknął Lewij, gwałtownie chwytając policjanta za nadgarstki. – Mnie też obudzono z tego powodu. I jestem z tej przyczyny naprawdę wściekły. Ale jeżeli będziemy się przepychać, nie polepszy to stanu Agaty – zakończył, mocno popychając Lejkę w stronę bloku D.
– Gdzie ona jest?! – wrzasnął inspektor, gdy tylko znaleźli się w mrocznym przedpokoju.
– Na górze – beznamiętnie odparł profesor i gestem nakazał wzburzonemu policjantowi milczenie.
Droga na pierwsze piętro nigdy jeszcze nie wydawała się tak długa i męcząca jak w tamtej chwili. Majaczące w półmroku stopnie rzucały się pod stopy drżącego ze zdenerwowania Lejki, jakby chciały przeszkodzić mu w dojściu do celu. Ciemność co chwila gęstniała, a jednostajny szum w uszach nasilał się. W połowie drogi na górę policjant poczuł silny zawrót głowy i już miał przystanąć, ale opanował się i przemógł. Rozumiał, że jeśli zrobi to teraz, to bezsilny, palący gardło gniew odbierze mu siłę, potrzebną do dalszej wspinaczki. Im bliżej było do drzwi, tym silniej strach ściskał za krtań i tym większa złość opanowywała spięte niepokojem ciało inspektora. Momentami miał ochotę odwrócić się i zbiec na dół, czasami chciał przyprzeć profesora do ściany i zażądać wyjaśnień. Dlaczego tak się stało? Dlaczego jej nie dopilnowano? Dlaczego zrobiła sobie krzywdę? Co ją do tego popchnęło?... Pytania mnożyły się w nieskończoność, a odpowiedź na nie leżała tam, za drzwiami, na białej, zalanej krwią pościeli.
Gdy weszli, stojący przy łóżku pielęgniarz podszedł do ordynatora i zaczął coś gorączkowo szeptać mu do ucha. Profesor marszczył brwi, cmokał i z niezadowoleniem kręcił głową tak, że kruczoczarne kosmyki rozsypywały się na strony przy każdym ruchu. Inspektor nie słyszał słów, ale mężczyźni w kitlach mówili zbyt cicho, zbyt złowieszczy był ich szept, by mógł myśleć, że stan Agaty jest stabilny. Biała, niedawno zmieniona pościel była zachlapana ciemną, zakrzepłą krwią, a wokół przegubów chorej widniały szerokie, mocno zaciśnięte pasy bandaży, przez które prześwitywał złowróżbny amarant. Mężczyzna w białym fartuchu odstąpił od Lewija i mruknął:
– Ciągle spada.
Wargi psychiatry poruszyły się bezgłośnie i pielęgniarz bez trudu wyczytał z nich słowo „krew”. Kiwnął głową w milczeniu, podszedł do niewielkiego stoliczka przy oknie, wziął zeń kartkę i napisał: „zero. Rh–”. Podał karteczkę ordynatorowi. Ten skinął, uśmiechnął się i zwrócił do Lejki tonem tak spokojnym, jakby nic się nie stało:
– Jaką ma pan grupę krwi, panie inspektorze?
Policjant, który nie pojmował zupełnie, czemu służyć miała cała ta tajemna korespondencja między lekarzem a sanitariuszem, drgnął, tknięty zimnym palcem złego przeczucia. Spojrzał z ukosa na czarniawą, jak zawsze idealnie gładką i nieprzeniknioną twarz ordynatora, ale nie wyczytał z niej nic, prócz krwiożerczego błysku w zielonych, na wpół przymkniętych oczach. Psychiatra uśmiechnął się i odwrócił w stronę okna.
– Niech pan odpowie na to pytanie. To ważne – ponaglił pielęgniarz.
Lejka cofnął się, z trudem łapiąc powietrze.
– Myślą panowie o transfuzji? – wychrypiał, patrząc, jak profesor ostrożnie kładzie palce na tętnicy szyjnej Agaty i uważnie wpatruje się w cyferblat eleganckiego, czarnego zegarka, który prawie zawsze nosił na ręku. – Tak czy nie?! – wrzasnął, nie mogąc wytrzymać napierającej zewsząd ciszy. W głębi duszy zrozumiał już, że w pytaniu kryła się nieodwołalna, podjęta parę chwil temu decyzja, ale nie chciał dopuścić tego do świadomości. Miał nadzieję, że, grając na czas, zmieni postanowienie psychiatry, albo też stanie się cud i Agata wyzdrowieje, a jej zły stan będzie jedynie strasznym, ulotnym snem.
– Zamknij się pan! – syknął Lewij, rzucając inspektorowi wściekłe spojrzenie rannego bazyliszka.
Zbesztany policjant cofnął się jeszcze bardziej i wbił oszalałe spojrzenie w lśniącą szpitalną bielą podłogę.
– Jaką pan ma grupę krwi? – spokojnie zapytał sanitariusz, kładąc rękę na ramieniu Lejki.
– A. A Rh plus… Chyba… – odparł cicho zapytany.
– A ty? – Padło od strony łóżka.
– B Rh minus, profesorze – szybko, po wojskowemu odpalił pielęgniarz.
– To leć na dół po igły – zakomenderował Lewij i wstał.
– Ale… Panie profesorze… Nikt z nas… – jąkał się sanitariusz, cofając się w stronę drzwi.
– Leć po igły, kretynie! – krzyknął zduszonym głosem ordynator.
– Jakie igły?! – W brązowych, chłopięcych oczach mężczyzny w białym fartuchu mignął strach.
– Do bezpośredniej transfuzji krwi, ty ośle niedouczony!
Pielęgniarz jęknął ze zdziwienia i zaczął coś bezładnie tłumaczyć na temat tego, że transfuzja bez wykonania szeregu badań hematologicznych jest niemożliwa, ponadto igieł do bezpośredniej transfuzji krwi nie używa się już od bardzo dawna.
– Niemożliwa?! – wściekle wysyczał Lewij. – Przestarzałe metody? Nie ucz mnie, jak się robi transfuzje, imbecylu od siedmiu boleści! Albo teraz schodzisz na dół, albo jutro pakujesz swoje manatki i lądujesz na bruku. Mam nadzieję, że jasno się wyrażam. – Psychiatra znacząco uniósł prawą brew, a pełen furii błysk w malachitowych źrenicach świadczył niezbicie o tym, że mówi poważnie.
Drżący ze strachu sanitariusz bez słowa rzucił się do drzwi. Minutę później stał z powrotem na progu, dysząc ciężko. W rękach trzymał dużą, metalową strzykawkę z dwiema podczepionymi do niej gumowymi, giętkimi rurkami. U nasady każdej z nich widniał niewielki, metalowy zacisk. Urządzenie wyglądało jak jakaś osiemnastowieczna maszyna do przetaczania krwi.
– Daj mi to – poprosił niemalże łagodnie profesor, wyrwał pielęgniarzowi tajemnicze ustrojstwo z rąk i obejrzał je dokładnie pod światło. Mruczał coś przy tym o nieuszkodzonych rurkach i paru innych dobrze działających elementach, których nazw policjant nie był w stanie zrozumieć.
– Co pan planuje, profesorze? – drżącym głosem zapytał młodzieniec w kitlu.
– Mam grupę zero Rh–, mój drogi… Wysterylizuj szybko te igły. Wiesz, jak się tego używa? – Stuknął długim, szponowatym palcem w szklany cylinder strzykawki.
Przerażony do granic możliwości sanitariusz błyskawicznie wybiegł z pokoju, wrócił po chwili z trzymanymi przez lateksową rękawiczkę igłami i, podając je profesorowi, rzucił w przelocie:
– Nie wiem. Nie pokazywano nam tego na studiach, profesorze…
– W porządku. Działanie jest banalne… Pobierając krew z żyły dawcy zaciskasz zacisk na rurce, prowadzącej do żyły biorcy, a kiedy wstrzykujesz krew do żyły biorcy, zaciskasz na rurce od strony dawcy. Rozumiesz?
Pielęgniarz kiwnął głową, wziął z rąk ordynatora strzykawkę i stał w bezruchu, czekając na dalsze rozkazy.
– Na co czekasz, chłopcze?... Ach, nie wiesz, jak to założyć? Jedną igłę wbijasz w żyłę przedramienia biorcy, drugą w dawcy i jazda. – Lewij uśmiechnął się po ojcowsku i usiadł na krześle u wezgłowia łóżka. – Pospiesz się, bo usta jej sinieją! – syknął, ostrożnie odsłaniając ramię Agaty. Chora leżała bez ruchu, nie widać było nawet, czy oddycha. – Wbij tu. Ładnie widać.
Młody człowiek posłusznie, ale niepewnie wykonał rozkaz. Gdy igła tkwiła już w nieruchomym ręku kobiety, profesor upewnił się jeszcze, czy sprzęt jest dobrze założony i kazał podwładnemu wprowadzić sobie igłę w lewe przedramię.
– No, sam tego nie zrobię – ponaglił spokojnym, mentorskim tonem. – Jak wbijasz, matole boży? No, jeszcze mi rękę prześwidruj! Trzęsiesz się, jakbyś nigdy wkłucia nie robił… Matoł, odpuść mi, Boże, matoł do kwadratu!
W końcu, gdy wszystko było już w względnym porządku, psychiatra nagle przypomniał sobie o obecności policjanta.
– Proszę wyjść – rzucił oschle.
Inspektor bezgłośnie zaoponował.
– Proszę wyjść! – krzyknął Lewij, a jego źrenice stały się wąskie jak u wściekłego kota. Zdawało się, że jeszcze chwila, a wstanie i rzuci się na Lejkę.
– Profesorze, proszę się nie denerwować, bo ciśnienie jest nierówne – szeptem poprosił blady z przejęcia pielęgniarz.
– Racja, chłopcze… – łagodnie przytaknął ordynator, poprawiając się na krześle. Ciemnoczerwona ciecz powoli płynęła cienkimi, pożółkłymi rurkami. Za każdym razem, kiedy sanitariusz luzował zacisk po stronie Agaty, inspektorowi zdawało się, że powieki chorej drgają leciutko, a z sinobladych ust wydobywa się ledwo słyszalne westchnienie.
– Panie Lejka, proszę natychmiast opuścić pomieszczenie, bo zakłóca pan procedurę!... Ile?
Młodzieniec w fartuchu odszepnął coś niezrozumiale, bez reszty pochłonięty śledzeniem cieczy w rurkach. Lejka wycofał się cichutko, mając nadzieję, że zostawia Agatę w dobrych rękach. Wychodząc, słyszał jeszcze cichy, opanowany szept Lewija:
– Jeszcze drugie tyle, mój chłopcze… Nie zemdleję, nie bój się… A nawet jeśli, to od czego jest ściana?
Inspektor był już na schodach, gdy doleciał go śmiech obu mężczyzn. Widocznie bawili się doskonale, przerzucając się medycznymi żartami. Nie pozostawało mu nic, prócz oczekiwania.
***
Agata ocknęła się chwilę po tym, jak na dworze zapanował przedświt. Biały, idealnie czysty sufit sprawił, że pomyślała o zaświatach, ale lekki, kwaskowaty zapach środka dezynfekującego dziwnie nie pasował do wszystkich znanych jej opisów świata pozaziemskiego. Kobieta uniosła się na obolałym łokciu. Półprzytomnym wzrokiem omiotła poowijane bandażami nadgarstki, krzesło, stojące przy łóżku, pustą przestrzeń przed drzwiami. Była pewna, że nie umarła, albo nawet jeśli nie żyje, to znajduje się w idealnej kopii swego szpitalnego pokoju, w którym mieszkała przed śmiercią. Nie pamiętała niczego, prócz wszechogarniającej pustki i gorączkowych szeptów, dochodzących z półmroku.
Rozmyślania przerwało jej ciche skrzypnięcie, dobiegające spod okna. Odwróciła się z ledwo słyszalnym jękiem i spojrzała w stronę lśniącej czystością szyby. Stał przed nią, wsparty nonszalancko łokciem o betonowy parapet, otulony blaskiem wstającego słońca, przerażająco spokojny, elegancki jak zwykle. On, demon ze snu i lekarz w jednym, on, jej śmierć i życie, przekleństwo i wybawca…
– Jak się pani czuje? – zapytał, lekko mrużąc oczy. Zauważyła, że był bledszy niż zazwyczaj, a głos miał jakby pęknięty, nieswój.
– Dobrze – odszepnęła automatycznie. Chciała, żeby sobie poszedł, nie męczył jej dłużej pytaniami, na które nie znała odpowiedzi.
– Pamięta pani cokolwiek z dzisiejszej nocy? – Podszedł do łóżka lekkim, tanecznym krokiem, pochylił się i zajrzał jej głęboko w oczy. Zacisnęła powieki najmocniej, jak mogła. Bała się, że tym spojrzeniem wyssie resztki pozostałej w ciele duszy, pogrąży świadomość w wiecznym mroku i roztoczy nad nią całą swą demoniczną władzę, przed którą nie będzie ucieczki.
„I po co go wzywałam?” – myślała, półprzytomnie wsłuchując się w każdy czyniony przez lekarza szmer. Poczuła, jak lekko bierze ją za rękę i odsłania przedramię. Szarpnęła się niespodziewanie, pełna strachu i złego przeczucia. Natychmiast cofnął dłoń i odszedł od posłania na odległość kroku.
– Proszę spojrzeć na rękę. Pamięta pani?
Posłusznie otworzyła oczy i przelotnie zerknęła na zabandażowany nadgarstek.
– Pamiętam…
– A to? – Uśmiechnął się lekko, muskając palcami powietrze tuż nad jej łokciem.
Cicho krzyknęła ze zdziwienia, widząc na bladej skórze przedramienia ogromną, ciemną plamę. Spojrzała mu pytająco w oczy, ale nie odpowiedział.
– Skąd? Uderzyłam się o coś, padając?
– Nie. Musieliśmy pani przetoczyć krew.
Milczała chwilę, powoli przyswajając sobie usłyszaną przed chwilą wiadomość. Pamiętała dokładnie, jak przyszedł do niej demon, usiadł na łóżku, nazywał królową i oznajmił, że musi spłonąć. Potem widziała siebie, pochodzącą do okna. Na nowo poczuła metaliczny posmak przegryzanej żyły. Nie wiedziała, co ją do tego skłoniło, nie potrafiła określić, czy był to nakaz demona, czy też jej własna inicjatywa. Pamiętała jedynie, że bardzo chciała spłonąć…
Wspomnienie Samaela przeraziło ją. Czuła, że duszą znowu zaczyna targać strach. Krzyknęła zduszonym, pełnym przestrachu krzykiem i szczelnie okryła się kołdrą, mając nadzieję, że uchroni się w ten sposób od zimnych macek przestrachu. Gdzieś na horyzoncie zamajaczyła Myśl.
– Nieeee! – wyjęczała, chowając głowę pod pierzynę. Strach podpełzł do posłania powoli, z obślizgłym dostojeństwem jadowitego gada. Jego szpony zaczęły drapać ramę łóżka. Myśl trzymała go na postronku, a on wyrywał się, szczerząc kły jak wściekły, głodny pies.
– Chodź – szepnęła Myśl.
Agata bez słowa pokręciła głową. Gorzkie łzy przestrachu ciekły po bladych, zapadłych policzkach kobiety. Myśl zbliżyła się. Gdzieś w głębi pomieszczenia trzasnęły drzwi… Wszystko runęło w lepką, obleśną ciemność.
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" Tongue
Odpowiedz
#39
Znowu całkiem dobry fragment. Napięcie zbudowane ładnie. Nawet co do procedur medycznych całkiem wiarygodnie. Słowem, wychodzi z tego całkiem niezła historia.

Zgrzyt? A i owszem był. Policjant na służbie nocnej nie byłby nigdy sam. Procedury nie pozwalają. Tym bardziej nie zostawiłby posterunku jakiemuś cieciowi bo to wiąże się z poważną odpowiedzialnością dyscyplinarną. Zapewne są jakieś procedury, które stosuje się w takich awaryjnych sytuacjach. Warto by o nie dopytać.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#40
(21-06-2017, 22:01)gorzkiblotnica napisał(a): Znowu całkiem dobry fragment. Napięcie zbudowane ładnie. Nawet co do procedur medycznych całkiem wiarygodnie. Słowem, wychodzi z tego całkiem niezła historia.

Zgrzyt? A i owszem był. Policjant na służbie nocnej nie byłby nigdy sam. Procedury nie pozwalają. Tym bardziej nie zostawiłby posterunku jakiemuś cieciowi bo to wiąże się z poważną odpowiedzialnością dyscyplinarną. Zapewne są jakieś procedury, które stosuje się w takich awaryjnych sytuacjach. Warto by o nie dopytać.
Dziękuję za komentarz, Gorzki. A orientujesz się może, ilu funkcjonariuszy musi być na nocnej służbie? Próbowałem googlować, ale nic konkretnego mi nie wyskoczyło.

Pozdrawiam i weny życzę!
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" Tongue
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości