Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Szept Gromu - Rozdziały 16+
#91
W rozdziale 35 Straż Miejska wpada na trop mordercy dzieci. Samotny Wilk analizując raport i poemat Zubina planuje działania mające powstrzymać spisek pod przywództwem Sędziego.

ROZDZIAŁ XXXV – W DOMU GARBARZA

Po wizycie u cyrulika Lord Straży wypoczywał w ramionach żony. Korzystając z pięknej pogody siedzieli na tarasie popijając cydr.
- Zapomniałem ci powiedzieć – rzekł Augusto pomiędzy kolejnymi łykami napoju. – Dostaliśmy zaproszenie do teatru.
- Co to za okoliczność?
- Będzie występować elficka diva. Imienia zapomniałem.
- Aerin. Słyszałam o tym koncercie – przyznała małżonka. – Ona ma cudowny głos. Kilka lat temu była już w Beresteczku. Pamiętasz?
- Ach tak – przytaknął, choć tak naprawdę nie kojarzył tego wydarzenia.
- Ta elficka śpiewaczka potrafi wydać z gardła takie dźwięki, że aż serce drży. – Vescala wspominała tamten występ. – A niektóre dźwięki brzmiały niemal jak grane na flecie. Coś niesamowitego – zachwycała się szlachetna białogłowa. – A jak wyglądała! Miała wtedy taką wspaniałą suknię z lunarnego materiału.[1] Te elfy z Cestii naprawdę mają niezwykły gust. Ich wyczucie smaku, kolorów, kształtu… ach co tu dużo mówić, w końcu to elfy.
- Mój cukiereczku, jeśli tego pragniesz sprowadzę krawca z Cestii by uszył dla ciebie naprawdę elficką suknię.
- O niczym innym nie marzę – roześmiała się lady D’aragon – ale to kosztowałoby fortunę.
- Stać nas – zadeklarował Augusto. – Powiedz tylko słowo…
Vescala uśmiechnęła się odsłaniając rząd równych, białych zębów. W przeciwieństwie do męża, ani raz w życiu nie odwiedziła cyrulika. W tym momencie na taras wszedł służący.
- Wybacz mój Panie, że przeszkadzam, moja Pani – ukłonił się także w kierunku lady D’aragon. – Strażnik imieniem Roykin mówi, że ma dla ciebie niezwykle pilne wieści.
- Piękne łydki? Oby to rzeczywiście było coś ważnego. No dobrze – powiedział głośniej. – Zobaczmy cóż to za niezwykle pilne wieści.
Służący poszedł po niespodziewanego gościa.
- Myślałam, że dziś odpoczywasz od pracy? – zapytała lady D’aragon.
- Ja też. Ale widzisz – praca nie odpoczywa ode mnie.
Sługa wprowadził na taras Roykina.
- Wybacz Panie, że przeszkadzam, ale chyba chciałbyś to wiedzieć.
- Mów – przyzwolił Augusto.
- Pół godziny temu w podgrodziu nad Isanną został porwany kolejny chłopiec wprost z pod domu. Matka widziała porywacza.
Augusto szybko wstał, podszedł do żony i ucałował ją w czoło.
- Wybacz kochanie, ale to nasza szansa na złapanie mordercy dzieci, który od pewnego czasu grasuje w Beresteczku.
Vescala popatrzyła ze zrozumieniem za oddalającym się mężem. Augusto nawet się nie przebrał. Zapiął tylko pas, dosiadł konia i pogalopował z Roykinem nad Isannę.
 
2. Dom, obok którego rosły trzy jesiony, stał kilkaset stóp od rzeki. Wzgórze porośnięte krzakami opadało w jej stronę. Widać stąd było kamienistą plażę. Matka chłopca ze łzami w oczach opowiadała o porwaniu. Wokół zebrała się rodzina i sąsiedzi. Kobieta wysłała syna po wodę nad rzekę, zaraz sama też miała się tam udać. Gdy wychodziła z domu z przerażeniem zobaczyła, jak jakiś mężczyzna uderza jej syna drewnianą pałką, a następnie wkłada do czarnego worka. Krzyczała, ale na nic się to zdało. Mężczyzna przerzucił chłopca przez ramię i ruszył wzdłuż rzeki na północ w stronę zakładów garbarskich. Kobieta pobiegła nad rzekę, ale porywacz już nie było. Zawiadomiła przypadkowo spotkany patrol Straży.
- Sprawdziliśmy te garbarnie. Obserwowaliśmy je już wcześniej z twego rozkazu – relacjonował Fostyrr – i nie zauważyliśmy niczego podejrzanego. To duże pracownie zrzeszające po kilku rzemieślników. Chłopca tam nie ma.
- Nie dziwię się. Garbarz którego szukamy nie jest aż tak głupi by porywać dzieci trzy kroki od własnego domu.
- Skąd wiecie, że to garbarz? – wtrącił się ojciec porwanego chłopca.
- Bo to nie pierwszy raz – odparł Augusto. – Ten człowiek porwał i zabił już co najmniej dwóch chłopców.
Słowa Lorda Straży wywołały jęk przerażenia u zebranych krewnych dziecka.
- Nie drżyjcie ze strachu. Nigdy nie zabija swoich ofiar natychmiast. Jeśli szybko znajdziemy porywacza jest duża szansa, że chłopak przeżyje.
- Poprzednie porwania też miały miejsce w tej okolicy – przypomniał Roykin – a ciała znajdowaliśmy u zbiegu rzek.
- Co nam pozostaje? – spytał Augusto choć już znał odpowiedź.
- Brzeg Libarinny – powiedział Fostyr.
- I tam jedziemy. Roykin wezwij wszystkich, którzy obserwowali garbarzy w tamtej części miasta.
 
Wybrzeże Libarinny w przeciwieństwie do podgrodzia nad Isanną było zabudowane podobnie jak kwartały wewnątrz białych murów. Brukowane ulice, równe rzędy kamienic. Z powodu charakteru dzielnicy, władze od jakiegoś czasu rugowały stąd śmierdzące interesy typu pralnie czy garbarnie. Ulice biegły równolegle do murów schodząc tarasami w stronę rzeki. W dzielnicy zapanowało poruszenie. Tuzin strażników rozbiegł się po okolicy wypytując mieszkańców i przechodniów.
- Tamtego garbarza przesłuchujemy, tamtego już sprawdziliśmy, a tam… niżej są jeszcze dwa zakłady – raportował jeden z nich.
Augusto wraz z Roykinem stali na środku ulicy. Lord Straży rozglądał się wokoło. Szereg drewnianych domów na podmurówce ciągnął się wzdłuż murów. Na ulicy strażnicy rozmawiali z przechodniami. W oknach kilku domów pojawili się ciekawscy mieszkańcy. W jednym okiennice się zamknęły Były pomalowane brązową, łuszczącą się farbą. Na piętrze kolejnego, w oknie oparta o parapet siedziała kobieta. Mocno umalowana. Firanka za jej plecami drżała. W oknie następnego przemknął jakiś cień. Z naprzeciwka powoli zbliżał się wóz. Koło niego szedł starszy mężczyzna z workiem warzyw na plecach. Ogórków, to były ogórki. Na dachu domu poniżej siedziało stado gołębi.
- Co widzisz Panie? – zagadnął Roykin.
- Wszystko… i równocześnie nic godnego uwagi.
Podeszła do nich lekko przygarbiona kobieta w średnim wieku. Miała na sobie koronkową narzutkę w kolorze wypłowiałego błękitu.
- Miejscowa plotkara – ostrzegł szeptem znający ją Roykin.
- Czego szukacie?
- Nie przeszkadzaj kobieto – strofował ją młody strażnik.
- Szukamy garbarza. – Augusto uciszył go gestem.
- Jakiego? Znam tu wszystkich trudniących się tym śmierdzącym rzemiosłem.
- Innego niż wszyscy. – Lord Straży utkwił w kobiecie wzrok. – Czy zauważyłaś by któryś z nich zachowywał się inaczej niż zwykle? Dziwnie?
- Wszyscy mają swoje dziwactwa, zwłaszcza w tym fachu – roześmiała się kobieta. – Choć z nich wszystkich najdziwniejszy jest Glossen.
- Co w nim dziwnego?
- Zawsze był trochę… – Kobieta zrobiła palcem kółko na czole. – Od miesiąca nie przyjmuje żadnych zleceń. Chwalił się, że ma jakieś duże zamówienie, dzięki któremu będzie bogaty. Tu niżej ma zakład, ale go tam nie znajdziecie. Dawno go nie używa. Mieszka tam – wskazała kobieta – przy murze.
- Roykin zbierz ludzi, szybko! – polecił Augusto.
 
3. Piętrowy dom z szarego kamienia wkomponowanego w drewniany szkielet, stał przytulony do muru miasta. Dach miał zrobiony z czerwonej dachówki opadającej w stronę drogi. Świadczyło to o zamożności mieszkającego w nim rzemieślnika. W pośpiechu Roykin nie zdążył poinformować wszystkich toteż wchodząc do domu garbarza towarzyszył Lordowi Straży tylko z trzema innymi rekrutami. Drzwi były otwarte. Pokoje wyglądały dosyć zwyczajnie; łóżko, skrzynie, stół, krzesła, palenisko.
- Przeszukajcie piętro – polecił lord D’aragon.
Roykin ze strażnikami udali się schodami na górę. W tym czasie Augusto przechadzał się po kuchni. Przebijał tu specyficzny zapach i nie był to zapach pieczonego chleba czy gotowanego mięsa. Dostrzegł klapę w podłodze. Uniósł ją za pomocą żelaznej obręczy. Uderzyła go nieprzyjemna woń garbarni. Zszedł po drabince na niższy poziom. Na ścianach wisiało pełno narzędzi, było też kilka rozciągniętych skór. Nieprzyjemny zapach przez nozdrza wbijał się w mózg. Augusto starał się zachowywać bardzo cicho gdyż z sąsiedniego pomieszczenia doszły go jakieś szmery. Podszedł bliżej. Ściany kolejnej komnaty ukryte były za czerwonymi kotarami. Pośrodku pomieszczenia przez obity skórą kozioł przerzucony był nagi chłopiec. Usta miał zakneblowane, ręce i nogi związane. Koło niego stał garbarz. Mężczyzna średniego wzrostu ubrany w kaftan z baraniej skóry. Przesuwał opuszkami po łopatce chłopca jakby podziwiał delikatny gobelin.
- Twojej skóry nie potrzebuję już do pracy, ale jest tak miła w dotyku. – Garbarz wodził wzrokiem za swoimi palcami. –  Jeszcze kilka dni się nią nacieszę.
Palce garbarza sunęły wzdłuż kręgosłupa ofiary. Augusto zacisnął dłoń na rękojeści miecza. W pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwoneczka.
- Ach klienci – westchnął garbarz. – Szybko się z nimi rozliczę i już do ciebie wracam.
Mężczyzna otworzył skrzynię stojącą pod ścianą i wyjął z niej jakiś wolumin. Augusto dostrzegł, że księga była oprawna w skórę barwioną na czarno, którą na okładce uformowano w kształt przypominający czaszkę. Garbarz wziął też nasiekaniec.[2] Następnie przesunął dywan znajdujący się w kącie pomieszczenia. Pod nim ukryte było przejście. Gdy Glossen zniknął we włazie Augusto podszedł do chłopca. Położył mu wielką dłoń na ramieniu. Chłopak drgnął i odwrócił głowę w jego stronę.
- Jestem Lordem Straży, niedługo cię uwolnię.
W oczach przerażonego dziecka pojawiła się nadzieja, usiłował coś powiedzieć, ale knebel mu to uniemożliwiał. Augusto położył palec na ustach. Odczekał chwilę i ruszył za garbarzem. Uderzył go odór zgnilizny. Przecisnął się przez właz. Przejście schodziło kilkanaście stóp w głąb miejskiego wzgórza prowadząc do wąskiego korytarza wyrytego w ziemi i glinie. Augusto wciągnął brzuch by nie rysować nim po ścianach wykopu. Po dwóch zakrętach doszedł do wyłomu w kamiennej ścianie. Po zapachu poznał, że to przekop prowadzący do miejskich kanałów. Zza rogu ostrożnie obejrzał pomieszczenie, do którego doprowadził go korytarz. Środkiem komnaty rozświetlanej przez kilka pochodni płynęła rzeka ścieków. Lord Straży obserwował transakcję. Garbarz rozmawiał z drugim, ubranym w czerń mężczyzną. Przekazał księgę w zamian otrzymując pełną sakiewkę. Mężczyzna w czerni zawinął wolumin w płótno i ostrożnie położył w płaskodennej łodzi przycumowanej do brzegu. Augusto dobył miecza i ruszył w ich kierunku.
- Stać w imieniu prawa!
Garbarz popatrzył przestraszony na nieproszonego gościa. Jego kontrahent natychmiast wskoczył do łodzi i odepchnął ją żerdzią umykając w kanał ściekowy.
- Czemu oni nigdy nie słuchają? – powiedział do siebie lord D’aragon.
Garbarz wyciągnął wekierę i cofnął się kilka kroków.
- Słyszałeś głupcze? Rzuć broń na ziemię albo znajdzie się na niej twoja głowa! – grzmiał Augusto.
- Kim jesteś?
- Lordem Straży. Aresztuję cię za porwania i morderstwa.
- Żywcem mnie nie weźmiesz! Nie teraz gdy jestem bogaty! – Garbarz uderzył pierwszy.
Augusto odparował jego cios i ruszył do ataku. W dwóch cięciach pozbawił go broni, która z hukiem poleciała odbijając się po kamieniach. Garbarz upadł na plecy, ale szybko odwrócił się i na czworakach rzucił za uciekającą bronią. Augusto szedł do niego bez pośpiechu.
- Masz jeszcze szansę się poddać.
- Nie jestem głupi! – Glossen z nasiekańcem w ręku wstał. – Nie oddam głowy za darmo.
- Jak chcesz – powiedział ze złością Augusto rezygnując z pojmania go żywcem.
Znowu zwarli się w walce. Kolejne dwa cięcia trafiły garbarza w ramię i łokieć. Klnąc głośno wypuścił broń z ręki. Przecięte żyły krwawiły obficie. Augusto już się zamachnął by skrócić go o głowę, ale powstrzymał uderzenie.
- Plebejusze z uciechą będą patrzyć na twój czerep toczący się spod katowskiego topora. Wcześniej jednak powiesz dla kogo pracujesz.
- Nigdy!
- Mamy w straży sposoby by zmusić takich jak ty do mówienia.
Z tyłu dobiegły odgłosy kroków. Augusto obejrzał się przez ramię. Zza winkla wychynęli strażnicy. Garbarz w tym czasie sprawną ręką dobył z zanadrza niewielką buteleczkę. Odkorkował ją zębami i wypił zawartość. Gdy Augusto to dostrzegł kolejnym ciosem uderzył we flakonik raniąc przy okazji garbarza w dłoń. Ten zamiast jęczeć z bólu zaczął się pogardliwie śmiać.
- Jeszcze trochę, a dzięki mojemu dziełu będziecie umierać w męczarniach!
Glossen trząsł się, z ust wydobywała mu się piana. Po chwili upadł i skonał.
- Co się stało? – Do ciała przypadł Roykin.
- Wypił truciznę. Szkoda. – Augusto przyglądał się martwemu mężczyźnie. – Miałem ochotę przebadać go na torturach. Zobaczcie co miał przy sobie. Powinien tam być worek ze złotem. Sprzedał jakąś księgę przemytnikowi, ale nie zdołałem go dopaść – powiedział spoglądając w otchłań kanału.
Roykin przeszukał ciało. Z jego zanadrza wyciągną sakiewkę. Otwarł ją i wysypał zawartość na martwą pierś rzemieślnika.
- To rhynnyjskie złote dukaty. Z wizerunkiem Aristo Bystrookiego – zauważył.
- Widocznie jego klient był rhynnyjczykiem – skomentował Fostyr.
- Co z chłopakiem? – spytał Augusto.
- Uwolniliśmy go i okryliśmy kocem. Powiedział nam gdzie poszedłeś.
- Ciężko będzie złapać jego klienta – powiedział Roykin. – Mógł popłynąć kanałami gdziekolwiek.
- Mniejsza z tym – odparł Lord Straży – ważne, że ten padalec nie żyje – wskazał na garbarza. – Jednej szumowiny w mieście mniej. Ale sprawdźcie wyloty kanałów. A nuż natkniecie się na niego.
- Co z nim zrobić? – Fostyr wskazał na zwłoki mordercy.
- Niech  zgnije. Weźcie złoto i złóżcie je w depozycie. Zbierajmy się. Nic tu po nas – polecił.
Chciał jak najszybciej opuścić cuchnące kanały. Przed domem natknął się na Ryhora.
- Słyszałem w Straży, że szykuje się jakaś akcja i po śladach dotarłem tutaj.
- O Ryhor, spóźniłeś się na najlepsze. Złapaliśmy mordercę dzieci. Niestety nie przeżył.
- Czy zanim zginął powiedział do czego potrzebował ludzkiej skóry?
- Nie, ale zastałem go na transakcji z pewnym typem, który niestety nam umknął. – Augusto dosiadł konia. – Jadę do domu, jeśli chcesz wiedzieć co się stało zapytaj Piękne Łydki, albo jedź ze mną.
- Pojadę z tobą Panie.
Ruszyli w stronę elfickiej rezydencji D’aragonów.
- Z podziemi jego domu było przejście do kanałów – podjął opowieść Augusto. – Opryszkowi w kanałach sprzedał księgę oprawioną w skórę barwioną na czarno. Mam nieodparte wrażenie, że nasz garbarz oprawił ją w skórę z tego zamordowanego chłopca.
- To okropne – pokręcił głową Ryhor. – Mówiłeś, że jego klient uciekł?
- Tak, ale wcześniej mu zapłacił. Oj zapłacił. W złotych rhynnyjskich denarach.
- Może jeszcze o tym usłyszymy.
- Tak też zapewniał mnie garbarz w ostatnich słowach po tym jak łyknął truciznę.
- Księga mogła nie należeć do niego. Dostał tylko zlecenie by ją oprawić – snuł przypuszczenia kapitan.  – Ale czy rhynnyjczycy nie mieli u siebie żadnego garbarza?
- Może dopiero u nas znaleźli tak niegodziwego osobnika albo znali go dużo wcześniej. Nie wiem Ryhorze. – Augusto kręcił głową.
Przez chwilę jechali w ciszy.
- Ważne, że nie będzie następnych porwań i morderstw – odezwał się w końcu Ryhor. – A jeśli przy porwaniach jesteśmy, to dowiedziałem się kto jest właścicielem Dźwięku Gromu.
- Nie kompania handlowa?
Ryhor pokręcił głową.
- Mój kontakt w kompanii powiedział, że już kilka miesięcy temu sprzedali gospodę.
- Komu?
- Nie był zbyt wylewny, tego mi nie zdradził. Ale dowiedzenie się tego nie było trudne. Zajrzałem do archiwów miejskich nieruchomości w ratuszu. Nie zgadniesz kto ją nabył.
- Nie zgadnę. – Augusto nie miał nastroju do bawienia się w zagadki. – Mów.
- Marcus August Rollin D’aragon – powiedział wręcz z namaszczeniem kapitan.
- Właścicielem gospody jest Sędzia Rollin? – Augusto był więcej niż zaskoczony.
Ryhor tylko pokiwał głową.
- Ta sprawa przestaje mi się podobać.
- Co teraz zrobisz Panie?
- Teraz? Jadę do domu i mam zamiar dokończyć przerwany wypoczynek na łonie rodziny.
- A ze sprawą rzemieślników?
- Obserwujcie karczmę, ale bez gwałtownych ruchów. Muszę to dokładnie przemyśleć.
Augusto skręcił do siebie na rozstaju dróg przy zamku. Powrót w objęcia ukochanej żony był jedynym, czego teraz pragnął. Ryhor pojechał dalej do siedziby Straży.
 
4. Wilk wrócił do swoich komnat i dokładnie zamknął za sobą drzwi. Obszedł wszystkie pokoje jakby chciał się upewnić, że w żadnym kącie nie czai się asasyn. Usiadł za biurkiem i położył na nim raport profesora Rotoi i poemat Zubina. Przez chwilę nie wiedział, na którym z nich ma skupić uwagę. Pragną wejrzeć w oba. Przypomniał sobie bajkę dla dzieci, w której osioł nie mógł się zdecydować nad wyborem karmy, aż w końcu pośród jadła padł z głodu. Czy jestem jak ten osioł? – spytał sam siebie. Odsunął inskrypcję ze Świątyni Żywiołów. To przypadek – pomyślał – Raport jest teraz ważniejszy. Wziął do ręki plik zszytych ze sobą pergaminowych kart sygnowanych symbolem Ministerstwa Handlu. Zgłębił się w lekturze. Z tekstu wyłaniał się obraz przestępczej szajki mającej swoich ludzi we wszystkich najbardziej dochodowych manufakturach oraz w samym ministerstwie. Padały konkretne imiona, miejsca, zdarzenia i liczby. Rachmistrzowie, zarządcy, urzędnicy. Dokument nie wskazywał nikogo wysokiego rangą. Ale wszyscy ci ludzi musieli mieć kogoś, kto koordynował ich działania. Wśród wymienionych osób było kilka, które mogły pełnić kierownicze funkcje w spisku. Wilk postanowił jak najszybciej naradzić się z Lamberthem. Schował raport w zanadrze, wziął laskę i otwarł drzwi. Zlustrował korytarz – był pusty. Jeśli wyjdzie przez halę przepisywaczy, ktoś może go śledzić. Na przykład fałszywy skryba. Poszedł w drugą stronę. Przez galerię przeszedł do budynku rektoratu i wyszedł jego bramę upewniając się raz jeszcze, że nikt go nie szpieguje. Szybko przemknął ulicami miasta wprost do kamienicy przyjaciela. Wchodząc na dziedziniec ujrzał gospodarza oraz giermków sposobiących się do podróży.
- Profesor Soteriusz. – Arkus pierwszy go dostrzegł.
- Wilku, co za niespodzianka! – Lamberth siedział na grzbiecie kabirskiego ogiera. – Co cię tu sprowadza?
- Pilne sprawy mój przyjacielu. Czas upadku Likarii jest bliski. Wszedłem w posiadanie raportu, przez który zginął rektor. Musimy dziś koniecznie się spotkać.
- Powiedz kiedy, starcze. Jestem do twojej dyspozycji – zadeklarował rycerz.
- Wieczorem w moich komnatach. Ale uważajcie, jestem obserwowany, ktoś infiltruje Uniwersytet. Bądźcie o zmierzchu przy wrotach rektoratu. Przyjdźcie pieszo. Wprowadzę was do środka. A teraz wybaczcie, mam jeszcze dużo rzeczy do zrobienia.
 
5. Profesor sprawdzając kilka przypuszczeń spędził sporo czasu chodząc po Beresteczku. Zamierzał wrócić do swoich komnat taką samą drogą jaką je opuścił. Na dziedzińcu ujrzał jednak Christian, który tyle co wrócił ze Wzgórz Griega.
- Witaj mój uczniu. – Starzec wziął chłopaka w objęcia. – Jak wyprawa?
- Ogólnie dobrze. Mam ci tyle do opowiedzenia mistrzu.
- Ja tobie również. Chodźmy.
Przeszli przez sam środek sali przepisywaczy. Wilk kątem oka dostrzegał, że fałszywy skryba siedzi na tym samym miejscu. Gdy zbliżali się do schodów odezwał się do Christiana:
- Ja też podróżowałem gdy cię nie było. Odnalazłem Geddiniasza. Miał raport.
- Zdobyłeś go mistrzu?
- Nie bez trudu. Musiałem go zabić, bo nie chciał się z nim rozstać.
Obaj weszli na schody.
- Zabić? – dopytywał uczeń.
- Był agresywny, rzucił się na mnie z siekierą. Zresztą wszystko ci opowiem na górze.
Po wejściu do komnat starzec dokładnie zamknął drzwi i przeszukał wszystkie pokoje. Christian był zaskoczony zarówno słowami jak i zachowaniem mistrza.
- Czy wszystko w porządku?
- Jestem obserwowany – odparł. – Ludzie, którzy zabili rektora już wiedzą, że mam raport.
- Skąd?
- Przed chwilą im powiedziałem.
Twarz Christiana wyrażała wielki znak zapytania.
- Przy schodach gdy pytałeś mnie o wyprawę – wyjaśnił mędrzec. – W sali przepisywaczy siedzi fałszywy skryba, który jest agentem tych morderców jak mniemam.
Wilk odstawił laskę i podszedł do biurka.
- Czemu więc to powiedziałeś? – zapytał chłopak, któremu słowa mistrza przyśpieszyły puls.
- Aby odwrócić uwagę od Geddiniasza.
- Od tego, że musiałeś go zabić?
- Christianie, nie zabiłem go. Ale jeśli oni będą tak myśleć to przestaną go szukać. Obiecałem mu, że będzie bezpieczny.
Teraz dopiero słowa mistrza nabrały dla chłopaka sensu.
- Niedługo przybędą tu Lamberth z Arkusem i Thovrim. Wszystko wtedy wyjaśnię gdyż nie chce mi się opowiadać dwa razy tego samego. A teraz Christianie bądź tak dobry, zrób mi coś do picia i opowiedz jak przebiegła twoja wyprawa na Wzgórza Griega.
Gdy Christian przygotowywał herbatę Wilk lepiej mu się przyjrzał.
- Chłopcze, wyglądasz jakbyś się dostał pod kopyta wściekłego konia.
Christian uśmiechnął się.
- Prawie tak było. Dostałem się w ręce bandytów. – Uczeń powoli zalewał zioła gorącą woda. – Zaraz ci mistrzu wszystko opowiem.
 
6. Mrok pokoju przełamywała już tylko jedna lampa oliwna. Arisa i Lena pogrążały się we śnie. Lady Soraya szeptem kończyła recytować wierszyk dla dzieci:
 
(…) Cicho chrapie mały miś
Poda łapkę biały ryś
Słonko już położyło się spać
By jutro wcześnie wstać
Do snu utuli cię światło księżyca
Już kolorowe sny śni twoja źrenica
Więc śnij słodkie sny kochanie
Nim słonko jutro rano wstanie
 
Popatrzyła jeszcze chwilę na śpiące dziewczynki, wzięła lampę i opuściła komnatę. Poszła do pokoju zabaw gdzie przebywali chłopcy. Zauważyła, że od czasu rozmowy w sadzie jej pierworodny stał się spokojniejszy i pogodniejszy. Wspierał ją w opiece nad rodzeństwem i znów potrafił oddawać się różnym zabawom w chwilach beztroski. Sozypater podobnie jak piastunki był już wtajemniczony w plan ucieczki. Soraya musiała o wszystkim powiedzieć jeszcze jednej osobie. Weszła do pokoju zabaw. Chłopcy z wyrzeźbionymi w drewnie, figurkami żołnierzy odgrywali sceny batalistyczne. Czuwał nad nimi Marius.
- No chłopcy, pora kłaść się spać. Schowajcie rycerzy do skrzyni i marsz do sypialni.
Chłopcy posłusznie schowali zabawki i udali się na spoczynek. Za nimi wychodził Marius, ale Soraya go zatrzymała.
- Poczekaj Mariusie, chciałabym z tobą porozmawiać. Proszę usiądź. – Wskazała na jeden z foteli stojących w pokoju. Sama usiadła na drugim.
Nauczyciel czekał w skupieniu. Nie miał pojęcia o co może jej chodzić.
- Mariusie, nie zważaj na to co się dotąd wydarzyło. Nie zamierzam udawać. Jesteśmy tu uwięzieni z polecenia mojego męża. Obawiam się, iż może grozić nam niebezpieczeństwo.
- Niebezpieczeństwo? Co masz na myśli Pani?
- Mam złe przeczucia. Powzięłam już decyzję Mariusie.
- Jaką decyzję?
- O ucieczce z tego miejsca.
Serce nauczyciela przyśpieszyło. Nie wnikał dotąd głębiej w motywy decyzji Sędziego, by umieścić tu Sorayę z dziećmi. Z początku wydawała mu się dziwna tylko liczba straży, później także obostrzenia, ograniczenia co do czasu spędzanego poza rezydencją. Zdążył się już do tego przyzwyczaić. Ostatnio inne też sprawy zaprzątały jego głowę. Ale to prawda. Rodzina Sędziego była tu więziona. A on razem z nimi w pewnym sensie.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Chcę uciec razem z dziećmi i piastunkami, i… tobą Mariusie. Potrzebuję twojej pomocy.
Nauczyciel nie był pewien jak rozumieć tę wypowiedź. Czy była to zawoalowana deklaracja jakiegoś uczucia, czy wtajemnicza go tylko dlatego, że potrzebuje pomocy w ucieczce?
- Na czym ta pomoc miałaby polegać?
Do pokoju wszedł doberlot i leniwie zaczął się łasić przy nogach lady D’aragon.
- Od kilku tygodni obserwuję strażników. Wiem kiedy zmieniają warty, wiem jakie mają nawyki. Chcemy uciec jutro w nocy. Najlepszy moment będzie między drugą a trzecią strażą. Piastunki zajmą się dziećmi. Musimy dotrzeć do przystani nad rzeką, która płynie za wrzosowym wzgórzem. Tam na pewno stoi łódź. Trzeba ją przygotować. I to zadanie dla ciebie. – Soraya zamilkła na chwilę by wziąć na kolana doberlota. – Dziś o północy służbę przy zachodnich drzwiach pełnić będzie taki strażnik z rudą brodą, nie znam jego imienia. Ostatnio cierpi na zapalenie pęcherza i kilkanaście razy w ciągu służby wychodzi za potrzebą. Łatwo będzie się więc wymknąć z rezydencji i wrócić. Zaniesiesz trochę rzeczy i żywności na przystań i przygotujesz łódź do drogi.
- Wszystko przemyślałaś moja Pani.
- Od tygodni nie myślę o niczym innym. Czy mogę liczyć na twoją pomoc?
Nastał chwila ciszy. Marius podniósł wzrok na Sorayę i z wolna pokiwał głową.
- Dobrze, chodź. Pokażę ci co musisz zabrać.
Soraya miała już przygotowany pakunek. Wręczyła go nauczycielowi i oboje poszli zaczaić się niedaleko zachodnich wrót. Gdy strażnik poszedł za potrzebą Soraya wysłała Mariusa na przystań jednocześnie instruując, którędy ma przemknąć w drodze powrotnej by niepostrzeżenie wrócić. Gdy nauczyciel zniknął w ciemnościach zadowolona wrócił do swojej komnaty. Jeszcze tylko jeden dzień.
 
7. Zapadł zmierzch. Dziedziniec Uniwersytetu był pusty. Lamberth z Thovrim i Arkusem przybyli pieszo, tak jak prosił Wilk. Podeszli do wrót rektoratu. Zanim zdążyli chwycić za kołatkę, drzwi otworzyły się i ukazał się w nich Christian.
- Chodźcie za mną – powiedział zamykając za sobą drzwi.
- Mieliśmy się spotkać w komnatach Wilka – przypomniał Arkus.
- Zmiana planów. Mistrz uznał, że nie byłoby to bezpieczne.
Poprowadził ich do parku, do najdalszych zakątków prywatnych ogrodów rektora. Nad horyzont wzniósł się krwawy księżyc oświetlając ścieżkę niepokojącym blaskiem. Wśród drzew i krzewów zaczęła zbierać się mgła. Christian przystanął przy starej lipie oplecionej przez bluszcz. Nieopodal skryta wśród mchów i zielonych pnączy stała stara kaplica. Jej wnętrze rozświetlało kilka lamp oliwnych. Przy ołtarzu czekał już Samotny Wilk. Mędrzec przywitał ich i poczęstował kubkiem wina.
- Jak już wiecie wszedłem w posiadanie dokumentu, który był powodem śmierci rektora Rotoi. Zanim jednak przejdziemy do raportu chciałbym wam powiedzieć o czymś innym. Nim przyszliście miałem czas na analizę zaginionego poematu Zubina, który mówi o naszych czasach. Nie będę wyjaśniał jak wszedłem w jego posiadanie bo to nie istotne. Istotna jest jego treść, zwłaszcza dla zidentyfikowania tego, z którym przyjdzie nam się zmierzyć. Jednoznacznie wskazuje na Sędziego Rollina.
Wilk uniósł kartkę pergaminu i przyświecając sobie lampą zacytował:
 
W roku upadku zielony smok spustoszy białe mury
Podpali gmachy dostojnych, porwie narodów klejnoty
Gęsty dym wzniesie się ze stoków złotej góry
Nim nadejdą niedogodności jesiennej słoty
 
- Początek brzmi jak nawiązanie do czasów Khufu, ale całość nie pozostawia złudzeń. Zielony Smok to Sędzia Rollin – stwierdził z przekonaniem mędrzec. – Liczne porwania znamienitych rzemieślników, które miały miejsce tego lata zarówno w naszym kraju jak i za granicą to „porywanie klejnotów narodów”. Nakłada się to na przesłanie proroctwa wody:
 
Nemeria w miesiącach ognia porzucona przez sprawiedliwego
W miesiącach wiatru ronić będzie łzy w kamiennym ogrodzie
W miesiącach ziemi porwą ją szaty fałszywego świętego
Nadzieja dla niej tylko w tym który przychodzi po wodzie
 
- Rok upadku to dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty rok c. e. u. – podsumował mędrzec.
- Jesteś pewien? – zapytał Czarny Rycerz.
- Przyjacielu, czyż nie dostrzegasz tego? Siatka ludzi łupiących królewskie manufaktury, asasyni mordujący najznaczniejszych obywateli, zaginięcia rzemieślników od Nakszame-Re po Cestię, polityka prowadząca do chaosu? Kto jest tak potężny by mógł tym kierować? Już nie chodzi tylko o proroctwa, ale wiele śladów wskazuje na twego brata.
- Wiem starcze – przyznał Lamberth – ale nie wiesz jak trudno się z tą myślą pogodzić.
- Mój przyjacielu, im szybciej się na to zdobędziesz tym szybciej będziesz mógł zacząć działać, a niewiele nam czasu zostało. – Wilk nie pozostawiał rycerzowi złudzeń. – Nie możemy bezradnie przyglądać się, jak Sędzia prowadzi nasz kraj do upadku. Wkrótce dopełni się znak: dym ze Złotej Góry. To musi nastąpić, a my musimy działać.
Rycerz odszedł na bok. Umysłem wiedział, że to prawda, ale słowa Wilka raniły jego serce.
- Ale co czynić profesorze? – zapytał Thovri.
- Wskazówki co do tego znalazłem w raporcie. Ale po kolei. Raport odkrywa istnienie zorganizowanej grupy ludzi rezydujących w różnych instytucjach, którzy zajmują się wyprowadzaniem z nich złota. Podaje konkretne imiona, miejsca, zdarzenia i sumy. Przy jednym z uczestników spisku zaintrygowała mnie uwaga, pozornie bez znaczenia. Oprócz bycia ekonomem w jednej z królewskich kuźni pracuje jednocześnie w gospodzie Dźwięk Gromu. Do niego bezpośrednio trafiało złoto od niektórych spiskowców. Domyślam się, że przez gospodę przechodził transfer pieniędzy.
- Do kogo? – spytał Christian.
- To właściwe pytanie. Domyślam się jednak, że jest to powiązanie z Rollinem.
- To miejsce o złej reputacji – rzekł Lamberth pozostając cały czas odwrócony od lamp rozświetlających wnętrze. – Oprócz czterech pięter podobno posiada kilka podziemnych poziomów i połączenie z kanałami miejskimi.
- Dobre miejsce do prowadzenia ciemnych interesów – dodał Wilk. – Musimy się tam rozejrzeć. Zobaczyć co kryją czeluście tej gospody.
- Kiedy wyruszamy? – Kolejne pytanie zadał Arkus zafascynowany zbliżającą się możliwością uczestniczenia w tajnej misji dla dobra Likarii.
- Jutro wieczorem. Będzie tam zabawa. Możemy to wykorzystać by niepostrzeżenie dostać się do środka. Jeśli to placówka przestępczych działań Rollina, na pewno będzie obstawiona przez jego ludzi. Ubierzcie się jak zwykli mieszczanie, tak by nie wyróżniać się zbytnio – poradził Wilk. – To wytworna gospoda więc lepiej nie bierzcie broni bo mogłoby to wyglądać podejrzanie.
- Nigdy!
Wszyscy z zaskoczeniem popatrzyli na Arkusa.
- Po napadzie na moście przysiągłem sobie, że więcej nie rozstanę się z mieczem – wyjaśnił swoje nieprzejednane stanowisko. – Gdybym wtedy go przy sobie miał wszystko potoczyłoby się inaczej.
- Rozumiem młodzieńcze, ale przybycie do gospody z bronią będzie rzucać się w oczy.
- Jakkolwiek profesorze złożyłem przysięgę – powiedział poważnie Arkus.
- Może jest kompromisowe rozwiązanie. A gdybyś wziął miecz krótki, który łatwiej ukryć pod ubraniem? – zaproponował Czarny Rycerz.
Arkus po chwili namysłu się zgodził.
- Dobrze. Spotkamy się więc pod gospodą jutro o zachodzie słońca. Dobrze się wyśpijcie – rzucił za odchodzącymi starzec gasząc lampy.
- Ty też przyjacielu – odparł rycerz.
Wilk zamiast udać się na spoczynek poszedł do laboratorium, czekało go jeszcze wiele przygotowań.


[1] Materiał lunarny – elficka tkanina w kolorze srebrzysto-szarym o oryginalnej fakturze księżyca usianego kraterami.
[2] Nasiekaniec – inaczej wekiera, rodzaj broni o drewnianym lub metalowym stylisku zakończonym głowicą nabijaną kolcami. W plebejskiej wersji to drewniana maczuga o głowni nabitej ćwiekami lub krzemieniami. Niekiedy wytwarzano je nacinając młode brzozy i wkładając w zagłębienia ostre krzemienie. Z biegiem czasu wrastały one w drzewo. Następnie ścięta i ociosana służyła za broń.
Odpowiedz
#92
Ostatnio wena mi sprzyja Smile
Po ostatnim "kryminalnym" rozdziale oddaje w Wasze ręce najdłuższy jak dotąd rozdział 36 gdzie główni bohaterowie udają się z niebezpieczną misją przeszpiegowania wytwornej gospody Dźwięk Gromu, której czeluście skrywają mroczne sekrety Sędziego Rollina.
Miłej lektury.

Edit: Cały rozdział nie zmieścił się w jednym poście. Drugą część zamieszczę jutro.


ROZDZIAŁ XXXVI – DŹWIĘK GROMU część 1

Skoro świt Christian udał się do królewskiej twierdzy. Przy bramie zamku wysokiego podał się za posłańca do Brissy. Jeden z służących poinformował ją o tym, toteż szybko przyszła by wprowadzić chłopaka do komnat księżniczki. Chłopak dostrzegł różnicę w wyglądzie Lorelei. Sprawiała wrażenie bardziej zmęczonej i osłabionej niż gdy widział ją ostatnim razem. Jej włosy straciły dawny blask i stały się matowe. W nogach łoża leżała suczka Strzałka, od kilu dni bez przerwy pilnująca swej pani.[1]
- Witaj Pani. – Christian pokłonił się nisko.
- Witaj. – Księżniczka uśmiechnęła się na widok posłańca. – Jakie wieści przynosisz?
- Twój brat ma się dobrze. Odnosi sukcesy w walce z bandytami na Wzgórzach Griega. Mam list od niego. – Chłopak wyjął z zanadrza przesyłkę i podał ją Lorelei.
Księżniczka otworzyła list i zatopiła się w lekturze. Uśmiechnęła się kilka razy podczas czytania. Choroba nie odebrał jej oczom blasku, ani nie ujęła piękna uśmiechowi.
- Dziękuje Christianie – rzekła składając list. – Powiedz jak minęła ci podróż?
- Z powrotem spokojnie. Za to zanim znalazłem obozowisko księcia dostałem się w ręce bandytów.
- Jak to się stało? Opowiedz mi.
Christian objaśnił jak znalazł się w obozie rozbójników. Opowiedział też o nocy w nim spędzonej i o tym jak został uratowany przez księcia Rolanda.
- Gdybym wiedziała, że to tak niebezpieczne, nie prosiłabym cię o tę przysługę – powiedziała przejęta opowieścią Lorelei.
- Nie martw się. Jak widać zrządzeniem losu uratowałem się i mogłem wykonać zadanie.
- Czy gdybym chciała napisać odpowiedź…
- Zawsze jestem do twojej dyspozycji.
- Och Christianie, jesteś tak dobrym człowiekiem. Chcę ci coś ofiarować. Proszę podaj moją bursztynową szkatułkę.
Chłopak podał księżniczce kuferek. Ta wyjęła z niego różową chustkę z wyhaftowanymi czerwonymi różyczkami.
- Christianie, czy poznajesz to?
Jak mógłby nie pamiętać.
- Tak Pani, to chustka, którą zgubiłaś na rozpoczęciu Wielkiego Turnieju Rycerskiego.
- Zgadza się, a ty mi ją zwróciłeś. Gdy porwał ją wiatr byłam naprawdę przerażona. Może się to teraz wydawać śmieszne, ale tak naprawdę było. – Lorelei wspominała tamten dzień z pewnym rozrzewnieniem. – Później powoli opadła na twoje kolano. Myślałam wtedy, że bezpowrotnie ją utraciłam. Ale to nie wydarzyło się przypadkiem. Nie zdawałam sobie sprawy jak los skrzyżuje nasze drogi. To moja ulubiona chustka, pamiątka po mojej matce. Proszę Christianie, weź ją. To dowód mojej wdzięczności i sympatii.
Nie wiedział czy może przyjąć podarek, ale postanowił nie odmawiać księżniczce. Poza tym to dobry moment na to co sam dla niej przyniósł.
- Dziękuję. To najcenniejszy prezent jaki otrzymałem w życiu. Proszę więc, jeśli znalazłem uznanie w twoich oczach, przyjmij i ode mnie skromny podarek. – Chłopak wyjął z kieszeni czerwony kryształ. Lorelei z ciekawością wzięła go do ręki.
- Dziękuje Christianie. Jest piękny, a ta rubinowa barwa… Skąd go masz?
- Z groty kryształowego smoka – odparł pogodnie Christian.
- Opowiedz mi jak go zdobyłeś.
- Razem z przyjaciółmi wybraliśmy się do kryształowej groty leżącej wśród wzgórz na zachód od Libarinny. Prowadzi do niej wąskie wejście ukryte za bluszczem. Korytarze się rozwidlają. Trzeba wybierać dobrze, by nie pobłądzić. Ale trud się opłaca. Doszliśmy do dużej jaskini, której ściany i strop pokryte są przez tysiące takich kryształów. W blasku pochodni wyglądąły pięknie. Ale gdy w całej grocie zamigotały świetliki widok był niesamowity. – Lorelei wsłuchana w słowa Christiana przymknęła oczy wyobrażając sobie kryształową grotę. – Postanowiłem wziąć jeden kamień na pamiątkę. Kiedy go odłamałem z przeciwległego końca jaskini dobiegł nas głośny ryk. Ryk Kryształowego Smoka – Chłopak uśmiechnął się. – Jego podmuch niemal zgasił nasze pochodnie. Rzuciliśmy się do ucieczki. Z całej wyprawy został mi ten kryształ.
- To piękne – zachwyciła się księżniczka. – Chciałabym odwiedzić tę grotę.
- Gdy wrócisz do zdrowia moja Pani, chętnie cię tam zaprowadzę.
- Obiecujesz Christianie?
- Obiecuję.
- Och Christianie, czy nie mówiłam ci, że jesteś dla mnie jakby młodszym bratem? – Księżniczka była zauroczona niewinnością młodzieńca. – Mów do mnie Lorelei.
Twarz chłopaka okryła się rumieńcem.
- Nie wiem czy mogę, jestem tylko mieszczaninem, a ty…
- Christianie, to nie ma znaczenia. Liczy się tylko przyjaźń jaka nas łączy. Nigdy nie przykładałam wielkiej wagi do różnicy stanów – wyznała. – Niedługo zostanę żoną księcia z wielkiego kraju, ale gdybym miała być wydana za szewca, który by mnie kochał, a ja jego z wzajemnością, nie protestowałabym.
- Księżniczko jesteś tak miłą i uprzejmą osobą. Nie czuję bym zasługiwał na twoją przyjaźń.
- Nonsens Christianie. Jesteś szlachetny i odważny, czego dowiodłeś wyruszając na Wzgórza Griega. Jesteś uczciwy, co pokazałeś na tamtym festynie. Niewielu szlachetnie urodzonych odznacza się takimi cechami jak ty, a uwierz, że znam ich całe setki. Ach jest piękny. – Księżniczka nagle znów zwróciła uwagę na kryształ.
Schowała go do bursztynowej szkatułki i poprosiła Christiana by ją odłożył.
- Widziałam – zaczęła poważnie Lorelei – widziałam jak młodzi, szlachetni ludzie gdy dorastali, tracili swe ideały i piękne cechy. Obiecaj mi Christianie, że ich nie stracisz. – Lorelei wyciągnęła do niego dłoń.
- Obiecuję… Lorelei. – Christian uchwycił jej drobną dłoń. Jej skóra tak aksamitna…
Drzwi otwarły się. Szybko cofnęli ręce. Do środka weszła Halishia z miednicą gorącej wody.
- Czas na majerankową… och przepraszam, nie wiedziałam, że masz gościa.
- To mój posłaniec. – Lorelei wytłumaczyła obecność chłopca.
- My się znamy – rzekł Christian patrząc na zielarkę.
Halishia przyglądnęła mu się uważnie.
- Christian z Essen. – Rrozpoznała go. – Przepraszam jeśli…
- Nic się nie stało Halishio, właśnie kończyliśmy naszą rozmowę. Christianie uważaj na siebie, niech bogowie ci błogosławią i pamiętaj o tym co ci powiedziałam.
Chłopak głęboko ukłonił się i wycofał z komnaty. Wychodząc posłał Lorelei ostatnie spojrzenie. Ona też na niego patrzyła uśmiechając się.
 
Wracał z zamku jak na skrzydłach. Myślał o Lorelei. Kilka miesięcy temu była dla niego kimś bardzo odległym. Córką króla. Kimś, o kogo istnieniu się wie, ale nawet przez myśl nie przejdzie, by można było tę osobę spotkać czy z nią porozmawiać. Teraz jest damą, tak, jest damą jego serca. Obdarzyła go zaufaniem, nawet więcej – nazwała przyjacielem. Wiedział, że jest narzeczoną rhynnyjskiego księcia, ale nie przeszkadzało mu to w tym, by ją kochać. Jak rycerz damę, dla której walczy, choć nigdy nie będzie jego. Christian był wręcz w stanie uniesienia, przekonany, że zaznał wznioślejszego uczucia miłości niż to, które łączy małżonków. To miłość wykraczająca poza to co fizyczne.
 
2. Na bezchmurnym, błękitnym niebie gościła tylko złocista tarcza słońca wlewając do uniwersyteckich ogrodów ciepło lata. Mimo, że był już dwudziesty szósty Arahsamna, było gorąco jak w środku miesiąca Szariwar. W cieniu topoli stała grupa studentów otaczając profesora Soteriusza, który uczył ich jak odróżnić bluszcz żyłkowy używany w alchemii, od innych rodzajów bluszczu nieprzydatnych w tej sztuce. Już w trakcie wykładu dostrzegł człowieka zaczajonego w pobliżu krzaków czerwonej jagody.
- Na dzisiaj to tyle. Pamiętajcie o zebraniu do zielników roślin, o których mówiłem. Jeśli tego nie zrobicie w ciągu tygodnia, na niektóre będziecie musieli czekać do przyszłego roku.
Studenci rozeszli się. Wtedy podszedł do niego ten człowiek.
- Witaj profesorze Soteriuszu – przywitał się nieznajomy.
- Witam. Czy my… się znamy? – Wilk nie przypominał sobie tej twarzy.
- Nie sądzę profesorze.
- Jakie jest twoje imię?
- To nie istotne – odparł mężczyzna. – Jestem wysłannikiem ministra manufaktur.
- Hrabiego Gunnara.
- Zgadza się. Hrabia chciałby z tobą porozmawiać. Zaprasza do ministerstwa.
- Teraz?
- Jeśli nie sprawi ci to kłopotu.
Mędrzec pokręcił chwilę głową.
- Prowadź więc.
 
Ministerstwo Manufaktur mieściło się w tym samym budynku co Ministerstwo Handlu z którego zostało wydzielone. Właśnie wprowadzał się do niego nowy minister, Sorios Ziller. Posłaniec zaprowadził Wilka do komnaty przerobionej na gabinet Gunnara. Był to prostokątny pokój z głęboką półokrągłą wnęką, gdzie znajdowały się okna. We wnęce ustawione było biurko ministra. Po prawej stronie stał barek z drewna jesionowego, mieszczący butelki rożnych trunków oraz kryształowe kieliszki.
- Minister? Hrabia? Jak powinienem się zwracać? – zapytał profesor wchodząc do pomieszczenia.
- Ministrem się bywa, hrabią jest się od urodzenia do śmierci. – Gunnar uśmiechnął się.
- Rozumiem. – Wilk pokiwał głową. – A więc czym mogę służyć hrabio?
Gunnar doceniał bezpośredniość rozmówcy, ale sam z wolna rozpoczął wypowiedź.
- Proszę spocząć. – Wskazał krzesło obite czerwonym aksamitem.
- Dziękuję, ale nie sądzę bym zabawił tu aż tyle – odparł starzec.
Hrabia znów uśmiechnął się sam do siebie. Zrezygnował z proponowania czegoś z barku. Po dłuższej pauzie oparł łokcie na biurku, splótł palce i wpatrzył się w gościa.
- Profesor Soteriusz. Skądś jest mi znane pańskie oblicze.
- Pewnie z Senatu – odparł Wilk rzucając wzrokiem na stary gobelin przedstawiający kupiecki żaglowiec atakowany przez szczękoczaszkowca.[2]
- Interesuje się pan polityką?
- O tyle, o ile mnie dotyczy.
- To tak jak ja. – Gunnar pokiwał głową. – Słyszałem, że jest pan niestrudzonym poszukiwaczem zaginionych dokumentów.
A więc Gunnar nie ukrywa, że wie. Niech więc wie, że i ja wiem – pomyślał mędrzec.
- Skutecznym poszukiwaczem – zaznaczył Wilk.
- Proszę mi wierzyć profesorze, nie potrzebuję kolejnych problemów na Uniwersytecie.
- Profesor Rotoi był pańskim pierwszym problemem? – zapytał bez ogródek mędrzec.
Hrabia roześmiał się. Połączył palce wskazujące i oparł je na ustach.
- Sugeruje pan jakiś związek? – Rozplótł dłonie zwracając je w kierunku Wilka.
- Ja o tym wiem hrabio – odparł mędzec zdecydowanie wpatrując się w oblicze rozmówcy.
Odważny staruszek – pomyślał Gunnar.
- Czy w takim razie nie dostrzega pan, ze gdyby, czysto hipotetycznie – hrabia podstępnie się uśmiechał podkreślając słowa gestami – rozmawiający z panem minister manufaktur miał coś wspólnego ze śmiercią rektora fakt, że jeszcze pan żyje, nie byłby przejawem jego łaski?
Był dumny z ułożenia tak zręcznej wypowiedzi, której nie powstydziłby się złotousty Sędzia.
- Czym więc zasługiwał bym sobie na taką łaskę?
- Profesorze, jest pan cenną postacią w likaryjskim świecie nauki. Pana śmierć byłaby wielką stratą. Ujmę to tak: Człowiek może długo oganiać się od natrętnej muchy, ale jeśli stanie się ona zbyt irytująca, to zakończy jej żywot. – Aluzja Gunnara była więcej niż oczywista.
- Chyba, że człowiek ten pomyli muchę z szerszeniem – odparł profesor. – Nie przewidywałbym tak jednoznacznego końca tych zmagań.
Hrabia ponownie się roześmiał.
- Przeżył pan wiele lat profesorze. Myślę, że ostateczne rozwiązania pana nie przerażają. Ale otacza pana wiele osób, przed którymi jeszcze kawał życia. O ile nie wydarzą się jakieś nieprzewidziane wypadki. A czasy mamy coraz niebezpieczniejsze.
- Więc zapowiada nam się hrabio gwałtowna jesień.
- Ona się nie zapowiada profesorze. – Gunnar wpatrywał się w mędrca z podstępnym uśmiechem. – Ona już trwa.
 
3. Zapadł zmierzch gdy Arkus, Thovri, Christian, Samotny Wilk i Czarny Rycerz spotkali się pod gospodą. Mieszczanie tłumnie zdążali do Dźwięku Gromu. Lampy rozświetlały okna wielu pokoi gościnnych w wyższych piętrach.
- Mają dużo gości – zauważył mędrzec.
- Pewnie jest to związane z przyjazdem elfickiej divy, która za kilka dni ma występować w teatrze. Na takie okazje ściąga do miasta okoliczna szlachta – wyjaśnił Lamberth.
- Dobrze, im więcej ludzi tym nasze zadanie będzie łatwiejsze – rzekł profesor. – Ty rycerzu, pójdziesz na piętro. W pomieszczeniach administracyjnych poszukasz dokumentów potwierdzających niegodziwości, które tu się dzieją lub czegokolwiek co tłumaczyłoby gdzie wędrują pieniądze transferowane do gospody. Dźwięk Gromu jest ogromny. Jeśli Rollin coś tu ukrywa to najpewniej w podziemiach. Arkus i Thovri poszukają zejścia w okolicy kuchni, jej zaplecza i magazynów. – Wilk wskazywał pomieszczenia na odręcznie przez siebie sporządzonym szkicu. – Zważając na wielkość lokalu, którą podkreślę raz jeszcze, wątpię by istniało tylko jedno takie przejście. Ja z Christianem poszukamy w pozostałej części, a zwłaszcza w okolicach schodów prowadzących na górę. Bądźcie niezwykle ostrożni. Nie narażajcie się niepotrzebnie. Obserwujcie. Unikajcie strażników. Jakieś pytania?
- Czego dokładnie szukamy? – zapytał Thovri poprawiając szalik.
- Dowodów obciążających Sędziego. Stoimy najprawdopodobniej przed centrum jego przestępczej działalności.
- Wczoraj nie byłeś tego aż tak pewny – zauważył Czarny Rycerz.
- Od wczoraj wiele się zmieniło mój przyjacielu – rzekł Wilk. – Rano na rozmowę zaprosił mnie minister Gunnar. Człowiek Rollina.
- Gunnar? – Lamberth był więcej niż zaskoczony, dotąd „mroczna strona” nie manifestowała się tak otwarcie. – Czego chciał?
- Nie powiedział mi tego wprost, ale było oczywiste, że to on i Sędzia stoją za śmiercią rektora. Wiedzą, że zdobyłem raport, bo ktoś od nich szpieguje mnie na Uniwersytecie. W sposób grzeczny, acz jednoznaczny Gunnar groził mi śmiercią. Wróg jest nam znany panowie, to Sędzia Rollin i jego ludzie. Czy trzeba wam więcej dowodów?
Lamberth nic nie odpowiedział. Chłopcy zaprzeczyli kręcąc głowami.
- Gdzie się później spotkamy? – zapytał Arkus.
- W gospodzie Pięć Winogron. To niedaleko stąd. Kto tam przyjdzie niech czeka na pozostałych do północy. Gdyby coś poszło nie tak i ktoś nie mógłby tam przyjść, to spotkamy się jutro o świcie przy fontannie Peruna. Ruszajmy.
Chłopcom wnętrze gospody było doskonale znane. Ściany wyłożone drewnem, przyozdobione gobelinami, pogrążone w cieniu wnęki i świece umieszczone w wydrążonych kryształach. Wilk z chłopcami udali się w głąb karczmy. Lamberth został przy głównych schodach prowadzących na górę. Misterne rzeźby ażurowej balustrady obejmowały fragmenty kolorowego szkła tworząc swoiste witraże. Na szczycie środkowej przegrody stała figurka z brązu trzymająca srebrną czaszę, w której płonął ogień. Kto wspiął się na podest mógł podziwiać miniaturowy świat ukryty w przeszklonej wnęce. Rósł tu las, psterze pilnowali owiec, cieśle nad jeziorem wznosili domy. W okolicach jaskini czaiło się stado wilków. Wszystkie figurki były dopracowane i pomalowane w naturalnych kolorach.
Lamberth patrzył przez chwilę na dębowe schody po czym zawrócił w stronę kontuaru. Zamówił u szynkarza ciemne piwo i usiadł przy najbliższym stoliku. Siedział na samej krawędzi drewnianej ławy niemal opierając kolana o podłogę. Długim płaszczem dotykał ziemi.
Marcus. Jego brat. Już nie. Teraz to Sędzia Rollin, wcielenie zła. Słowa te nabrały dla niego złowrogiego wydźwięku. Nie było już Marcusa – odważnego, sprawiedliwego, rozsądnego, lojalnego poddanego króla. Był Sędzia – podstępny niegodziwiec, okradający monarchię i wysyłający płatnych zabójców. Bronił się przed tym jak mógł, ale teraz już wiedział. Sędzia Rollin to wróg. Czas położyć kres tej niegodziwości. I on, jako jego brat, musi to uczynić.
Szybko wypił piwo i wstał. Rozejrzał się jeszcze raz wokoło i ruszył na górę.
 
4. W północno-wschodniej części sali znajdowało się przejście do jadalni, w której stołowali się goście korzystający z pokoi na wyższych piętrach. W pomieszczeniu było ciemno. Jedynie z korytarza oraz od strony kuchni wpadało nieco światła. Arkus i Thovri usłyszeli stłumione odgłosy rozmowy. Cicho podeszli bliżej. W wielkich paleniskach tlił się żar. Na ścianie wisiało kilka rzędów kuchennych przyborów: widelców, szczypiec, chochli, łyżek, noży, łopatek, szpikulców, cedzaków, tarek, szatkownic. Na osobnym stole stały stosy czystych talerzy. Ponad nimi wisiała szafka z dziesiątkami szufladek na przyprawy. Głębiej, przy dużym garnku, siedziało trzech podkuchennych obierając marchewki. Umilali sobie czas opowiadaniem żartów. Giermkowie przemknęli za ich plecami do kolejnego pomieszczenia służącego do zmywania talerzy i sztućców. Na drewnianych stojakach suszyła się zastawa. Obok drucianych myjkek stały pojemniki ze środkami czyszczącymi.
- Thovri, nie wzięliśmy światła – szepnął Arkus.
- To prawda – rzekł giermek Sędziego rozejrzawszy się po pomieszczeniu. – O, ale tu są lampy oliwne. – Wskazał na jedną z półek. – Tylko musimy je odpalić.
Szukali krzesiwa, ale na zmywaku go nie było.
- Że też o tym nie pomyśleliśmy. – Arkus pokręcił głową.
- Możemy je odpalić od jednej z kuchni.
- Służący niczego nie zauważą?
- Zrobimy to tak, aby nie zauważyli. – Thovri uśmiechnął się w cieniu.
Skradając się wrócili do kuchni. Jedna z zapalonych lamp stała poza zasięgiem wzroku podkuchennych. Thovri ostrożnie odpalił od niej lniany knot. Światło zamigotało. Arkus wstrzymał oddech, ale pomywacze nie zwrócili na to uwagi. Chłopcy wycofali się do kamiennych zlewozmywaków. Tam odpalili lampę Arkusa.
Thovri przystanął przy pompie. Do dużych kamiennych zlewozmywaków doprowadzona była woda z cysterny znajdującej się w podziemiach. Poruszanie metalową wajchą umożliwiało jej pompowanie na górę. Brudna odpływała otworami wydrążonymi w kamieniu, a następnie miedzianymi rurkami wprost do miejskich kanałów.
- Coś się stało?
- Podobny mechanizm był w klasztorze. – odparł dotykając metalowej wajchy. – Dostarczał wodę z podziemnej cysterny wykutej w skale. Jeśli pod nami jest cysterna, to gdzieś tu może znajdować się zejście na niższy poziom.
Przeszli do znajdującego się głębiej magazynu żywności. Dodatkowy korytarz prowadził z niego wprost do kuchni. Po obu stronach tej obszernej komnaty stały beczki z piwem, winem, oliwą, baryłki miodu. Na drewnianych półkach leżały okrągłe sery. W rogu, obok worków z mąką, znajdowały się spiralne schody, prowadzące na dół do kolejnego magazynu. Tu z kolei trzymano worki cebuli, marchwi, buraków i innych warzyw. Wśród nich stała duża drewniana beczka opasana żelaznymi obręczami. Jej wieko było zamknięte na kłódkę.
- Ciekawe co w niej jest. – Arkus podszedł bliżej.
Thovri stanął obok. Dostrzegł niezgrabny napis wyryty ostrym narzędziem na wieku.
- Każdy złodziej soli będzie… surowo ukarany.
- Chyba ktoś tu podbierał sól.
- Widzisz ten znak? – wskazał giermek Sędziego. – To sól z solanek ze Smoczego Wzgórza. To najlepsza sól w całej Likarii.
- Musi być droga. To stąd pochodzi majątek D’aragonów. Co to? – Pochylił się gdy zahaczył nogą o coś wystającego z podłogi. – Thovri patrz! Drewniana klapa. Uch, ciężka jest.
Odstawił lampę na beczkę soli i chwycił klapę oburącz. Zaraz jednak odezwał się nadwyrężony nadgarstek.
- Ach by to! – Odskoczył gdy ręka zaczęła boleć.
- Widziałem co robisz, ale nie zdążyłem cię powstrzymać – rzekł Thovri sam przymierzając się do żelaznej obręczy. Z wysiłkiem podniósł klapę i przesunął na bok. – Chyba znaleźliśmy zejście na niższy poziom.
W świetle lampy widać było niewyraźny zarys podłogi na dnie kamiennej studni.
- Ma z piętnaście stóp.
- Tu są uchwyty – wskazał Arkus. 
Thovri dopiero teraz je zauważył. Z jednej strony do kamieni przykręcone były w równych odstępach metalowe rurki wygięte w odpowiedni sposób. Schodzili ostrożnie. Arkus uważał szczególnie, by nie nadwyrężać chorej ręki. U podnóża studni, wąskim przejściem, przecisnęli się nim do niewielkiego pomieszczenia, zbudowanego z tego samego ciemnoszarego kamienia. W przeciwległej ścianie dostrzegli stare, przeżarte przez korniki drzwi. Zaczęli się z nimi mocować. Nie były zamknięte, ale najwidoczniej tak dawno nikt nimi nie przechodził, że niemalże zrosły się z kamiennymi framugami. Chłopcy ciągnęli z całych sił za metalowy uchwyt. Thovri obiema rękoma zaś Arkus tylko lewicą. W końcu udało im się je ruszyć o kilka cali. Ze szczeliny powiało cieplejsze powietrze.
- Arkusie schowaj lampy w kąt i zasłoń.
Chłopak tak uczynił, zaś Thovri spoglądał przez szparę.
- Na coś trafiliśmy – rzekł, dostrzegłszy nieco jaśniejszą plamę niż mrok, który ich otaczał. – Musimy tylko bardziej je uchylić.
Znów zaczęli się mocować z drzwiami. Pośród zgrzytów, trzasków i ciężkich oddechów udało im się je otworzyć na tyle, by mogli się przez nie przecisnąć. Idąc korytarzem zauważyli, że jest coraz cieplej. Za załomem dotarli do niewielkiego pomieszczenia pełnego drewnianych mioteł, połamanych kijów i wiader. Sądząc po pajęczynach od dawna nie używanych. Z krótkiego przejścia biegnącego dalej docierał wyraźny blask pochodni, który zaprowadził ich na długi i szeroki korytarz. Kamienną podłogę przykrywał czerwony dywan ciągnący się przez całą jego długość: od jednego załomu korytarza do drugiego. Rozświetlały go pochodnie umieszczone w równych odstępach. Pomiędzy nimi wisiały barwne gobeliny. Przedstawiały półnagie bóstwa i niekompletnie ubranych ludzi w dość śmiałych pozach.
- Co to za miejsce? – szepnął Arkus.
Zobaczyli człowieka opierającego się o ścianę w kącie korytarza. Miał na sobie kolczugę, a w jego ręce była włócznia. Dostrzegł ich w tym samym momencie. Chłopcy natychmiast się odwrócili i nieśpiesznie, spokojnym krokiem ruszyli w przeciwnym kierunku. Usłyszeli zgrzyt i kroki. Strażnik musiał ruszyć za nimi. Spoglądając na siebie kątem oka przyśpieszyli. Zatrzymali się za załomem korytarza.
- Co robimy? – zapytał szeptem Thovri.
Arkus nerwowo rozejrzał się. Korytarz wyglądał tak samo z tą różnicą, że po obu stronach, w równych odstępach, znajdowały się rzędy drzwi. Zaczęli sprawdzać klamki. Pierwsze, drugie, trzecie były zamknięte. Kroki nieubłaganie zbliżały się. Dopiero drzwi z zawiązaną różową wstążką okazały się otwrte. Szybko schowali się w komnacie. Zamknęli za sobą i zaczęli nasłuchiwać. Kroki stały się bardzo głośne po czym zaczęły cichnąć. Po chwili znów było je słychać. Zbliżyły się i znów oddaliły. Nastała cisza. Nagle usłyszeli inne kroki. Miękkie i bardziej subtelne. Dochodziły zza ich pleców.
 
5. Wilk z Christianem kręcili się w okolicy głównych schodów. Pod nimi znajdowało się przejście do dużego pomieszczenia z grami hazardowymi. Przy stolikach siedzieli bogacze w otoczeniu ostro umalowanych dam oddając się uciechom bezmyślnego trwonienia pieniędzy. W głębi, łukowatego portalu pilnowało dwóch strażników. Profesor usiadł przy stoliku znajdującym się najbliżej zbrojnych, gdzie akurat było wolne miejsce. Gra w kości na pieniądze. Stawki były wysokie – zaczynały się od jednej drachmy. Wilk wyjął z zanadrza monetę i rzucił na stół. W tym czasie Christian stanął za jego plecami i udając, że patrzy na grę, starał się dostrzec co znajduje się za plecami strażników. Mędrzec wygrał trzy gry z rzędu po czym zgarnął srebro do sakiewki i wstał od stołu.
- Wcześniej cię tu nie widziałem – rzekł do niego jeden ze stałych bywalców, który grał z nim w kości. – Szczęście ci sprzyja i już odchodzisz?
- Ta gospoda ma jeszcze wiele uciech do zaoferowania – odparł Wilk i ruszył do wyjścia.
Przy schodach wydawało mu się, że na górę wchodził ktoś podobny do Lambertha. Dostrzegając zamyślenie mędrca Christian spytał:
- Wszystko w porządku mistrzu?
- Tak. – Starzec potrząsnął głową. – Co zauważyłeś?
- Za plecami strażników są schody prowadzące w dół. Na ścianie obok było jakieś malowidło, ale było ciemno na tamtym podeście. Blask światła padał od strony schodów.
- Więc prowadzą pewnie do domu uciech. Tak słyszałem, że w podziemiach tej gospody znajduje się taki przybytek – wyjaśnił profesor. – Pytanie czy droga na dół wiedzie przez pokoje kurtyzan, czy jest jeszcze jakieś inne zejście?
- A gdyby udać klientów?
- Śmiały pomysł Christianie, ale chyba nie wyglądamy jak klienci takich miejsc. Popatrz: starzec i chłopak wyglądający jakby go stratował tur. – Mędrzec wskazał na liczne rany i zadrapania na twarzy chłopaka. – Sądząc też po gospodzie to nie byle jakie kurtyzany dla naprawdę bogatych klientów. A takich strażnicy znają na pamięć. Chodź, poszukamy dalej.
Idąc w głąb głównej sali, której mroki rozjaśniały wielobarwne światła, mijali tłum tańczący DinHi. Wilk przystanął i przez chwilę przyglądał się tej plątaninie ciał. Młode kobiety w zwiewnych strojach odsłaniających ramiona i brzuchy, brzęcząc bransoletkami wiły się wokół podobnie poruszających się mężczyzn w jaskrawych, luźnych szatach.
- Jak ci się podoba ten taniec mistrzu? – zapytał Christian.
- Jak stado węży wodnych w niewielkim stawie – skomentował Wilk.
Przeszli dalej, mijając loże skryte we wnękach. Potem odbili w lewo, w przeciwną stronę od jadalni gdzie udali się Arkus z Thovrim. Pod północną ścianą przy niewielkim kontuarze podawano piwo. Wokoło przy stołach siedzieli amatorzy tego trunku rozprawiając na różne tematy. Wilk przystanął pomiędzy stolikami i przymknął oczy. Skupił się na dźwiękach. Głosy gości mieszały się ze sobą i wirowały jak wody oceanu. Gdy otworzył powieki sięgnął do zanadrza i z sakiewki wyjął denara. Podał go Christianowi.
- Idź i przynieś nam po piwie.
Chłopak był lekko zaskoczony, ale bez słowa wykonał polecenie. Przysiedli się do trzech mężczyzn rozprawiających o polityce. W rozmowie przewodził mężczyzna w fioletowych, kupieckich szatach. Siedział z właścicielem kilku młynów i nauczycielem śpiewu.
- Nie boisz się jeździć do Kreonii?
- A czego tu się bać? Gdy nasi kupcy przestali odwiedzać Kryer nasze towary stały się tam bardziej atrakcyjne. Choć po prawdzie zaczęło przyjeżdżać więcej handlarzy z Rhynn – odparł zagadnięty kupiec.
- I swobodnie tam prowadzisz interesy?
- Tak. Zatrzymuje się u mojego brata w Kryer, jest amirianitą. Ten głupiec myśli, że mnie przeciągnie na swoją religię, a ja korzystam z jego gościny. – Kupiec się roześmiał.
- Dobrze zarabiasz na tym handlu? – dopytywał właściciel młynów.
- Zarabiałem. Odkąd król wysłał wojsko do Mareszy granica jest zamknięta.
- Kreończycy chyba nie szykują się do wojny z nami skoro zaczęli podbój Zimnych Bagien?
- Ha, Zimne Bagna. Ostatnio miała tam miejsce krwawa bitwa między dzikusami a kreończykami. Dzikusy urządziły im niezłą rzeź. – W głosie kupca słychać było satysfakcję.
- Ja słyszałem, że zginęło więcej barbarzyńców. – Właściciel młynów odstawił pusty kufel.
- Może i tak, ale stracili sporo rycerzy. Sam ich dowódca, niejaki Regalind, został ranny.
- Jeszcze kilka takich bitew i Kreonia nie będzie miała czym nas zaatakować – odezwał się nauczyciel śpiewu.
- Kreończycy nie są tylko amirianitami – rzekł kupiec. – Wiecie jak tam było zanim Inkwizycja przejęła władzę?
- Ale przynajmniej zrobili porządek. – Nauczyciel śpiewu powtórzył obiegową opinię.
- A kto wam tego naopowiadał? Jaki porządek? A gdzie tam. – Handlarz machał ręką z dezaprobatą. – Cały czas trwają tam niepokoje religijne, rebelie i tym podobne. Nie wszyscy Kreończycy ucieszyli się z nowej władzy.
Dopił piwo i skinął na pracownika karczmy by powtórnie napełnił jego kufel.
- Ale zlikwidowali wszystkie zorganizowane punkty oporu? – zapytał właściciel młynów i korzystając z okazji również skinął na pomocnika karczmarza.
- Za to zostały te niezorganizowane – roześmiał się handlarz.
- A jak wygląda sytuacja w Mareszy? – dopytywał nauczyciel.
- No właśnie, nie skończyłem wam opowiadać. Na szczęście zdążyłem wyjechać z Kreonii zanim granica została zamknięta. Władze Mareszy wydaliły kreońskich kaznodziejów. Odkąd w mieście stacjonuje marszałek na miejscowych amirianitów padł blady strach.
- No i dobrze. W ogóle to powinniśmy się dogadać z barbarzyńcami. Oni niech wykończą tego tam Regalinda, a my powinniśmy zaatakować Kreonię – rzekł właściciel młynów.
- My pierwsi? – nauczyciel pokręcił głową. – Źle by to odebrały inne kraje amiriańskie.
- A ty co o tym sądzisz starcze? – Jeden z nich nagle zwrócił się do Wilka. – Przysłuchujesz się naszej rozmowie. Chyba też masz jakieś zdanie?
- Domyślam się, że zbliżają się wielkie zmiany.
Kupiec roześmiał się.
- Zmiany zachodzą cały czas. Na przykład latem kreońskie wazy czerwonofigurowe[3] kosztowały na naszym rynku około dziewięciu denarów za sztukę. Dzisiaj po zamknięciu granicy dwadzieścia denarów. Albo; trzy miesiące temu piliśmy piwo w tamtym rogu – wskazał – a teraz pijemy tutaj bo tam wstawili jakieś skrzynie. Zmiany zachodzą cały czas.
- Słusznie kupcze, ale nadchodzące zmiany będą gwałtowniejsze niż się ktokolwiek spodziewa. Wojna nadejdzie szybciej niż się spodziewacie. – Wilk wstał od stołu.
- Też tak sądzę – przyznał nauczyciel śpiewu. – Będzie wojna, mówię wam.
- Dziękuje za wasze towarzystwo panowie. – Wilk skłonił się i dokończywszy piwo wstał.
- Gdzie idziemy mistrzu? – zapytał Christian.
- Tam gdzie stoją skrzynie.
Przechodząc tędy wcześniej nie dostrzegli nic szczególnego. Ta część była słabo oświetlona. Czerwone płótna zasłaniały ściany. W rogu, przy samych zasłonach stały ustawione jedna na drugiej kilkanaście sporych, sześciennych skrzyń. Wilk podszedł bliżej. Nie były dostawione do samej ściany, a nawet między nimi, a zasłonami było sporo miejsca. Czerwony aksamit dotykał podłogi, ale profesor dostrzegł jak dół jednej z kotar delikatnie się porusza.
- Co zauważyłeś mistrzu?
Wilk położył palec wskazujący na ustach i rzekł szeptem:
- Skrzynie i kotary maskują przejście. O tam. – wskazał.

[1] Tylko od czasu do czasu służące brały ją na dwór, by mogła załatwić potrzeby fizjologiczne i do kuchni, by ją nakarmić. Oprócz tego dzień i noc czuwała przy Lorelei.
[2] Szczękoczaszkowce – rodzaj potworów morskich o ogromnych szczękach wypełnionych ostrymi zębami. Pozostałą cześć ich ciał jest stosunkowo niewielka stąd ich nazwa. Żyją w chłodnych wodach północy i znane są z atakowania statków zapuszczających się w tamte rejony.
[3] Styl czewonofigurowy – technika malowania naczyń ceramicznych polegająca na malowaniu czerwonych postaci na czarnym tle co uzyskiwano dzięki odpowiedniemu ich wypalaniu w piecu garncarskim.
Odpowiedz
#93
ROZDZIAŁ XXXVI – DŹWIĘK GROMU - część 2
 
6. Thovri z Arkusem znajdowali się w przedsionku oddzielonym od kolejnego pomieszczenia czerwoną kotarą. Gdy ją odsunęli zobaczyli średniej wielkości pomieszczenie o przytulnym wystroju. Na podłodze leżał puszysty dywan. Ściany obite były aksamitem w odcieniach czerwieni i różu. Pośrodku stało duże łoże z baldachimem zaścielone delikatnym lnem oraz czerwonymi poduszkami ze złotymi frędzelkami. Przed łożem stała młoda kobieta o nieco ciemniejszej karnacji. Brązowe oczy podkreślały subtelną urodę. Miała na sobie odsłaniającą brzuch krótką bluzkę z naszywanymi paciorkami i błyszczącymi frędzelkami. Uśmiechnęła się do przybyszów.
- Macie żeton? – spytała kładąc dłoń na przepasce biodrowej odsłaniającej zgrabne nogi.
- Jaki żeton?
- Kochanie – dziewczyna zwróciła się bezpośrednio do Arkusa – by skorzystać z moich usług trzeba kupić żeton[4] u madame Goorsky.
Z początku zaskoczony wysunął się naprzód, wypiął pierś i odparł:
- W rzeczy samej nie jesteśmy tu, by skorzystać z twych usług. Przeprowadzamy inspekcję z ramienia ministerstwa… handlu. Jesteśmy z departamentu zwalczania handlu niewolnikami.
Thovri, równie zaskoczony widokiem dziewczyny co słowami Arkusa, zaczął z pełną powagą kiwać głową na potwierdzenie prawdziwości jego słów.
- Ja nic nie wiem o handlu niewolnikami – odparła zdziwiona dziewczyna odgarniając czarne włosy opadające jej na ramiona.
Arkus zrobił krok do przodu.
- Powiedz: czy jesteś tu z własnej woli? Czy jesteś dobrze traktowana?
- Tak Panie, oczywiście – odparła lekko zdezorientowana. – Jestem tu z własnej woli. Jestem też bardzo dobrze traktowana… – Nagle zawiesiła głos.
Arkus wpatrzył się w nią wzrokiem zachęcającym do kontynuowania wypowiedzi.
-… ale na niższym poziomie… czasami przyprowadzali tam jakichś ludzi i oni chyba nie są tu z własnej woli.
- Powiedz, gdzie znajduje się zejście na ten niższy poziom?
- Gdy wyjdziecie z mojej komnaty skręćcie w prawo idąc na koniec korytarza. Za załomem po lewej będzie odgałęzienie. To niedaleko komnat madame Goorsky. Pójdziecie tamtędy mijając garderobę i graciarnię. Dalej są schody na niższy poziom. Ale pilnują go strażnicy.
- Dziękujemy za pomoc. – Arkus ukłonił się dworsko. – Bywaj zdrowa.
Korytarz był pusty. Poszli zgodnie ze słowami dziewczyny. Za załomem, pod ścianami rozstawione były pięknie wykonane skrzynie, na których stały drobne pudełeczka, świece i srebrne flakony. Nad każdą ze skrzyń wisiało zwierciadło w kształcie elipsy. Chłopcy szybko dostrzegli odgałęzienie. Gdy zbliżali się do jego wylotu usłyszeli głosy. Przystanęli. Dźwięki rozmowy stawały się coraz wyraźniejsze. Ukryli się za jedną ze skrzyń. Z korytarza wyszło czterech strażników niosąc drewniane skrzynie z cienkich desek. Z kantu jednej sypały się trociny. Za nimi wyszło dwóch mężczyzn. Jeden w długim granatowym płaszczu, a drugi starszy, siwy i niższy od towarzysza miał na sobie zbroję płytową, przy boku zaś miecz.
- Załadujcie je do mojej karety. Nie muszę przypominać o dyskrecji i ostrożności. To wartościowy towar. – Mężczyzna w granatowym płaszczu wydawał polecenia pozostałym.
- Nie martw się hrabio, gdy cię nie było opiekowałem się tym przybytkiem.
Gunnar zatrzymał się na głównym korytarzu. Jego rozmówca po dwóch krokach także przystanął odwracając się.
- A ty hrabio tu zostajesz?
- Właśnie się zastanawiam.
- Czyżbyś chciał skorzystać z usług oferowanych przez madame Goorsky?
- Kapitanie! Cóż to za insynuacje? – odparł z udawaną powagą. – Na górze czeka wiele chętnych dam, za których towarzystwo nie trzeba płacić.
Co rzekłszy ruszył za strażnikami. Po chwili wszyscy zniknęli w klatce schodowej.
- Ten hrabia to Gunnar, pomocnik Rollina. Tego drugiego nie znam – szeptał Arkus.
- Boriasz. Był zastępcą kapitana Gubbaru. Po jego śmierci najwidoczniej awansował – objaśnił Thovri, w którym jego widok wywołał mieszane uczucia.
Może niezbyt blisko, ale kiedyś go znał. Dlaczego służy Sędziemu, który stał się zły? No tak, ocena moralna postępowania seniora nie zwalnia z przysięgi lojalności. Gdzie jest granica? Czy wasal ma prawo się zbuntować? Sprawy te nieustannie zajmowały jego umysł, choć nie umiał znaleźć jednoznacznej odpowiedzi.
- Idziemy dalej? – Arkus wyrwał towarzysza z chwilowego zamyślenia.
Thovri zamiast odpowiedzieć cicho się roześmiał.
- O co chodzi?
- Dobrze, że nie popatrzyli w lustro na tamtej ścianie.
- Dlaczego? – spytał Arkus choć od razu zdał sobie sprawę z powodu rozbawienia towarzysza.
- Odbijamy się w nich. Ale sobie wybraliśmy kryjówkę.
Arkus wychynął, by zobaczyć co czai się w bocznym korytarzu.
- Dziewczyna mówiła, że będą strażnicy przy schodach, ale nie widzę nikogo.
- Może poszli zanieść skrzynie.
Chłopcy przemknęli obok garderoby oraz graciarni. Schodzili powoli próbując nie wydawać żadnych dźwięków. Na dół prowadziły schody wykonane z długich kamiennych sztab mocno już wytartych pośrodku. U podstawy była niewielka wnęka, a w niej lekko uchylone drzwi. Chłopcy chwilę przy nich nasłuchiwali, po czym powoli otwarli je szerzej. Ich oczom ukazała się przestronna komnata. Pośrodku stały stoły z krzesłami. We wnękach wisiały zbroje skórzane i ćwiekowane oraz różnego rodzaju broń drzewcowa.
- Nie ma nikogo, może rzeczywiście strażnicy poszli ze skrzyniami.
Z komnaty wychodziły dwa korytarze. Chłopcy postanowili iść tym prowadzącym na wprost. Po dwóch zakrętach przechodził w szeroki hol podobny wielkością do tego znajdującego się poziom wyżej w przybytku uciech, ale jego wystrój był całkiem odmienny. A w zasadzie rzucał się tu w oczy jego brak. Po lewej znajdowały się okratowane cele, a po prawej puste, pogrążone w cieniu wnęki. Od krat biło światło. Arkus i Thovri przysłuchiwali się dochodzącym stamtąd odgłosom. Przypominały dźwięki w warsztacie stolarskim albo kuźni. Chłopcy skryli się w nieużytkowanej komnacie naprzeciwko pierwszej celi. W okratowanych, jasno oświetlonych pomieszczeniach siedzieli mężczyźni. Niektórzy ze szklanym okiem ustawionym na statywie dłubali coś w kawałku drewna. Inni starannie łączyli drewniane i metalowe elementy. Wyglądało jakby coś konstruowali.
Z drugiego końca korytarza usłyszeli kroki. Zza załomu wyłoniło się dwóch strażników. Obserwowali pracę więźniów, czasami poganiali do pracy. W końcu doszli do ostatniej celi. Arkus przytulił się do ściany po jednej stronie pustej komnaty, a Thovri po drugiej.
- Nie gadać  tylko pracować! Kiedy skończycie element A-4?
- Przy następnym obchodzie będzie gotowy – odparł jeden z mężczyzn.
Strażnicy pomaszerowali z powrotem w głąb korytarza. Głos więźnia wydał się Arkusowi znajomy. Ostrożnie wychynął z kryjówki. Strażnicy zniknęli za zakrętem.
- Thovri obserwuj korytarz – szepnął podchodząc do krat.
Jeden z mężczyzn dostrzegł chłopców.
- A wyście co za jedni?
- Cicho! – syknął drugi podchodząc bliżej.
- Hadragan? Hadragan, to ty? – Arkus starał się mówić szeptem, ale rozpierała go radość.
- Arkus? – Stolarz także go rozpoznał. – Co ty tu robisz?
- Co się stało? Dlaczego jesteś tu uwięziony?
Hadragan podszedł do kraty.
- Strażnicy robią obchody cztery razy na godzinę. Nie mamy zbyt wiele czasu.
- Jak was traktują?
- Nie najgorzej. Karmią dobrze. Każą nam robić precyzyjne elementy według ściśle określonych planów. Potem zabierają je w głąb podziemi. Tam składają je inżynierowie pracujący dla tych, którzy nas zniewolili. – Stolarz trzymając kraty spojrzał z obawą w głąb korytarza. – Nie wiem do czego mają służyć, ale domyślam się, że to jakaś zręczna broń.
- Ale jak to się stało? Jak tu trafiłeś? – dopytywał Arkus.
- Zostałem porwany podczas festiwalu Arveny. Nie chcę wspominać tamtego dnia ani strasznego transportu w to przeklęte miejsce. Co z Halishią?
- Oskarżyli ją, że cię zabiła – poinformował Arkus.
- Co?!
- Szyyy – uciszył go współwięzień przysłuchujący się rozmowie.
- Ale została uniewinniona, bo nie znaleźli ciała – dodał chłopak. – Teraz wiem dlaczego.
- Arkusie, tu roi się od strażników. Nie wiem jak się tu dostaliście, ale musicie uciekać.
- Hadraganie, kto to? – zapytał towarzysz  rzemieślnika.
- To mój znajomy.
- Chłopcze możesz nam pomóc? – spytał współwięzień stolarza.
- Teraz gdy wiemy, że tu jesteście, postaramy się wrócić, by was uwolnić.
- Arkus, chyba ktoś idzie – szepnął Thovri.
- Hadraganie, nie jesteśmy tu przypadkowo. Nasi przyjaciele wam pomogą.
- Ktoś się zbliża. Arkus! – Thovri szarpał przyjaciela za rękaw.
- Dziękuje Arkusie. A teraz idźcie. Nie możecie dać się złapać.
Thovri złapał przyjaciela za kołnierz i niemal siłą oderwał od krat. Szybko schowali się w komnacie naprzeciwko.
- Co to za gadanie? Do roboty! – grzmiał jeden z dozorców.
Przeszli korytarzem uważnie przyglądając się rzemieślnikom w każdej celi. Potem wrócili do siebie. Arkus z Thovrim odczekali jeszcze chwilę w kryjówce. Postanowili wracać tą samą drogą. Mijając drugi zakręt w wąskim korytarzu usłyszeli rozmowy. W komnacie znajdującej się miedzy nimi a schodami, ktoś był.
- I co teraz zrobimy? Strażnicy wrócili – rzekł Thovri
- Na sczezłe kości Boragusa to zło – zaklął giermek. – Myślisz, że jest inne wyjście?
- Nie wiem, ale nie możemy tu zostać. Ktokolwiek będzie szedł ze zbrojowni do więzienia i w drugą stronę natknie się na nas – szeptał coraz bardziej rozemocjonowany Thovri.
Zamarli w bezruchu gdy odgłosy w zbrojowni przybrały na sile. Ktoś do niej wbiegł krzycząc coś o pożarze. Chłopcy pobiegli z powrotem tam gdzie znajdowały się cele z rzemieślnikami. Schowali się w bocznym pomieszczeniu. Strażnik przebiegł obok nich, ale nagle zawrócił. Wbiegł do komnaty, w której się ukrywali. Rzucili się do ucieczki. Arkus wybiegł pierwszy. Czujny najemnik złapał Thovriego za końcówkę szalika.
- A dokąd to?
Giermek złapał szalik i zaczął się z nim mocować. Arkus zawrócił.
- Nie wyrywaj się dzieciaku! Jak się tu…
Nie dokończył. Arkus dobył ukrytego miecza i ciosem z lewej ręki zranił go w nadgarstek. Strażnik jęcząc wypuścił koniec szalika i upadła na ziemie. Chłopcy pobiegli do zbrojowni.
- Alarm, alarm! – wrzeszczał zraniony mężczyzna nawołując innych.
Zaraz przybiegło kilku dozorców.
- Co się stało?
- Głupcy, wybuchł pożar! – Strażnik wstał trzymając się za ranny nadgarstek. – I jakieś dzieciaki biegają tu pod waszym nosem!
Chłopcy przebiegli przez pustą zbrojownię. Schodami dostali się na poziom przybytku uciech. Mijając graciarnię i garderobę dotarli do głównego holu. Tam na wieść o pożarze ewakuowały się pracownice i klienci przybytku madame Goorsky. Dołączyli do ludzi uciekających głównymi schodami. Po chwili przez główną salę opuścili Dźwięk Gromu.
 
7. Przed rycerzem wchodziło na górę starsze małżeństwo. Na piętrze naprzeciw schodów, za drewnianą ladą, stała młoda kobieta zajmująca się przyjmowaniem opłat za noclegi. Za jej plecami na gwoździach wisiały klucze do pokoi. Obok znajdowały się drzwi i dwa przejścia. Jedno do pomieszczenia pokojówek, a drugie do składu pościeli. Lamberth domyślał się, że drzwi prowadzą do pomieszczeń administracyjnych. Stanął w pewnej odległości za małżeństwem, które zamawiało pokój.
- To państwa klucz. Pokój jest… Czy są tu państwo po raz pierwszy?
- Tak – przyznał mężczyzna. – Przyjechaliśmy z Libry[5] na występ Aerin.
- To ja państwa zaprowadzę. Verin! Verin!
- Co? – odezwał się głos z komnaty pokojówek.
- Chodź mnie zastąp! Słyszysz?
- Już idę.
Kobieta wzięła małżeństwo i poszła z nimi na wyższe piętro. Verin nie paliła się by ją zastąpić. Wykorzystując to Lamberth wszedł do pomieszczeń administracyjnych. Było tu ciemno, ale dla kogoś posiadającego zdolność infrawizji nie był to problem. W trzech połączonych ze sobą krótkimi korytarzami pomieszczeniach stały biurka i szafy wypełnione dokumentami. Większość dotyczyła ewidencji kosztów i przychodów. W jednym z biurek znalazł listy podatkowe. Z kolejnej szuflady wyjął żelazną skrzynkę. Musiała posiadać wewnętrzny zamek bo oprócz uchwytu miała tylko z przodu niewielką dziurkę od klucza. Na pewno znajdowało się w niej coś ważnego. Rozejrzał się po komnacie, ale nie znalazł niczego czym dałoby się ją otworzyć. Postanowił rozprawić się z zamkiem w sposób siłowy. Z pod długiego płaszcza wyciągnął Żagiew Mrozu. Uniósł oburącz miecz i uderzył. W skrzynce powstało wgłębienie. Zaczął się z nią mocować. Chyba udało mu się strzaskać mechanizm zamka. Po chwili otwarł ją i wyciągnął plik pergaminów. Zabrał się za lekturę przyświecając sobie ciepłem własnej dłoni. Znajdowały się tu akty własności, zezwolenia, przywileje i inne najcenniejsze papiery. Pośród nich leżał akt kupna-sprzedaży.
- Wilk miał rację – powiedział sam do siebie.
Akt, datowany na siódmy dzień miesiąca Nenegar, zawarty został między kompanią handlową Drzewny Popiół, a nowym właścicielem – Sędzią Rollinem. Nie dało się tego podważyć. Karczma od czterech miesięcy należała do prawodawcy Likarii. Lamberth oparł się na krześle. Czy powinien szukać jeszcze czegoś? Jeśli dzieją się tu niegodziwości to będzie wystarczającym dowodem. Zwinął dokument i schował w zanadrze. Miecz na powrót ukrył pod płaszczem. Popatrzył na rozbitą skrzynkę. Prędzej czy później ktoś to odkryje, ale lepiej, aby to nastąpiło później. Do takich dokumentów często się nie zagląda – pomyślał. Schował kasetkę do szuflady odwrotną stroną. Wstał i powoli podszedł pod drzwi wyjściowe. Nasłuchiwał. Kobieta pewnie już wróciła. Co teraz? Powoli uchylił drzwi. Stała przy ladzie odwrócona do niego plecami. Chyba nie uda mi się wymknąć niepostrzeżenie. Do lady podszedł jeden z klientów.
- W moim pokoju jest brudno. – Mężczyzna oparł się o blat, gdyż miał wyraźne problemy z utrzymaniem równowagi. – Prześcieradła są szare, a te myszy, wszędzie biegają myszy.
- W naszej gospodzie nie ma myszy – zapewniła kobieta.
- Jak to nie ma? Przecie widziałem. – Mężczyzna wskazał ręką na wyższe piętro, ale zaraz znowu złapał się blatu. – Że może kłamię? Twierdzisz, że kłamię?
- Proszę pana… a w którym pokoju pan mieszka?
- Yyy… nie pamiętam – wyznał pijany gość.
- Bo nie pamiętam, aby pan u mnie płacił.
- Nie, nie u ciebie, u takiej innej, z czarnym włosami i… i ona miała… miała taką broszkę…
- Broszkę? Verin! Verin!
- Miała taką broszkę o… w kształcie delfina.
- Verin! Gdzież ona jest?
Lamberth uznał to za dobrą okazję. Kobieta zaabsorbowana klientem nie zauważyła gdy się wymknął. Dopiero gdy wyszedł zza kontuaru dostrzegła go kątem oka.
- Verin! A pan? – Kobieta obejrzała się. – Skąd wyszedł?
Coś jej nie pasowało, ale nie wiedziała co.
- I ona mi dała klucz… naprawdę – zarzekał się klient .
- Moja miła, szukam schodów na dół – skłamał Lamberth.
- Są tu na wprost – wskazała zaskoczona.
- Wolałaś mnie? – Z zaplecza wyszła Verin.
Kobieta była zdezorientowana, nie wiedziała do kogo ma się teraz zwrócić.
- Dziękuje z pomoc złotowłosa. – Lamberth uśmiechnął się.
Machnął jej ręką na pożegnanie. Gdy obracał się w kierunku schodów wydawało jej się, że pod połą płaszcza nieznajomego widziała długą, niebieską poświatę.
- No, po co mnie wołasz? – Po jej prawej stronie stała zniecierpliwiona współpracownica.
- A Verin, jesteś wreszcie. Ten pan mówi, że u ciebie…
Czarny Rycerz zszedł do głównej hali. Rozejrzał się po gospodzie. Tłum gości tańczył do utworów granych przez najętych muzyków. Wiele osób siedziało w lożach popijając trunki. Postanowił zejść niżej. Wychodziło to poza zadanie nakreślone przez Wilka, ale chciał coś sprawdzić. Przejściem pod schodami wszedł do pomieszczenia z grami hazardowymi. Przy jednym ze stołów dostrzegł hrabiego Gunnara pochłoniętego grą i dwoma towarzyszącymi mu damami. Poszedł dalej zatrzymując się przy strażnikach. Popatrzył na nich znacząco.
- Wybacz, ale rozrywki oferowane na dole są tylko dla stałych klientów.
- Znam te rozrywki i znam madame Goorsky – odparł.
Strażnicy bez słowa rozstąpili się. Po chwili był już na szerokim korytarzu wyściełanym czerwonym dywanem. Za ladą dostawioną do ściany stała madame Clarissa Goorsky. Kasztanowe włosy miała upięte w kok. Oliwkowy odcień jej oczu podkreślały czarne rzęsy i brwi. Miała na sobie czerwoną suknię w intensywnym karminowym odcieniu odsłaniającą dekolt i ramiona. Doczepiony do niej płaszcz w takim samym kolorze z usztywnionym, wysokim kołnierzem spływał do ziemi.
- Nie jesteś stałym klientem. – Kobieta przyglądała mu się odkąd pojawił się na schodach. – Ale skądś znam tę twarz, całkiem uroczą przyznaję. – Clarissa strzeliła zalotnie rzęsami.
- Nie pamiętasz mnie? Madame Goorsky – odparł powoli Lamberth.
- To musiało być dawno temu. Mam pamięć do twarzy. – Kobieta wyszła zza lady i zbliżyła się do rycerza. – Ten zapach, tak z pewnością… – wydęła usta – z pewnością już cię spotkałam. Czy nie zaszczycisz mnie odpowiedzią gdzie?
- Niech to na razie pozostanie moją słodką tajemnicą – rzekł zalotnie.
Clarissa przysunęła dłoń do jego twarzy. Przyglądała się policzkom. Lamberth uniósł dłoń. Obie spotkały się w powietrzu.
- Jesteś dojrzałym mężczyzną – szeptała madame – lecz twój policzek jest gładki jak młodzieńca, a nie jest ogolony. Półelf?
- Cieplej Madame, cieplej – mówił uwodzicielsko rycerz.
- Jakich więc rozkoszy oczekujesz przybywając tutaj?
- Nie wiem, czy jesteś mi w stanie zapewnić to czego pragnę.
Kobieta roześmiała się unosząc brodę wysoko. Odsłoniłaby tym długą, gładką szyję gdyby nie to, że skryta była teraz pod szeroką obrożą wykonaną z setek czerwonych i brązowych paciorków umieszczonych na siatce ze srebrnych nici.
- Chcesz przeżyć coś wstrząsającego? – jej głos był gładki jak aksamit i słodki jak miód.
Klimat zepsuli strażnicy, którzy nagle wybiegli z korytarza, u którego wylotu stał kontuar.
- Pożar! Pożar!
- Co się stało? – Clarissa spojrzała w ich stronę.
- Pali się w pomieszczeniach rachmistrzów, musimy wyprowadzić dziewczęta i klientów.
- Wybacz mój miły – rzekła do Lambertha. – Dokończymy kiedy indziej.
Posyłając mu ostatnie spojrzenie podążyła za najemnikiem w głąb korytarza.
- Pali się Panie, najlepiej gdy opuścisz karczmę – zwrócił się do niego drugi strażnik.
Lamberth przytaknął. Uznał, że najwyższy czas wycofać się z gospody. Na schodach minął się z zaaferowanym Gunnarem, który oderwany od stołu gier zbiegał na dół z trójką strażników. Na górze muzycy nagle przestali grać, a karczmarz z pomocnikami zachęcał ludzi do spokojnego opuszczenia lokalu tłumacząc, że w innej części wybuchł niewielki pożar. Lamberth razem z innymi klientami opuścił Dźwięk Gromu.
 
8. Upewniając się, że nikt nie patrzy weszli za skrzynie. Kotary rzeczywiście skrywały wylot wąskiego korytarza kończącego się krętymi schodami, podobnymi do tych spotykanych w wieżach obronnych i rotundach. Zeszli na niższy poziom. Znaleźli się w układzie kilku komnat połączonych ze sobą przejściami. Jeden z bocznych korytarzy łączył je z przybytkiem uciech madame Goorsky. Mędrzec z chłopcem przemknęli koło chrapiącego najemnika mającego pilnować przedsionku. W pozostałych pokojach stały liczne skrzynie. Na środku jednego z pomieszczeń znaleźli biurko, a na nim przyrządy pisarskie i kilka kart niedbale pozostawionego pergaminu.
- To jakieś rachunki – rzekł szeptem Wilk przyglądając się zapiskom – liczenie pieniędzy.
Christian w tym czasie próbował otwierać skrzynie, ale wszystkie były zamknięte.
- Mistrzu spójrz – zawołał gdy trafił na otwartą.
W jednej trzeciej wypełniona była złotymi i srebrnymi monetami. Wilk rozejrzał się dookoła. Podobnych stało tu sześć.
- A więc tu trafiają nielegalne dochody Rollina. Trafiliśmy do samego centrum jego przestępczej działalności – rzekł ogarniając wzrokiem pomieszczenie.
W tym momencie usłyszeli uderzenie dochodzące z przedsionka.
- Spisz na służbie?! Każę cię wychłostać!
Nastąpiło kolejne uderzenie i hałas jakby coś się przewróciło.
- Ja tylko na chwilę…
- Zamknij się! Gdyby Gunnar się o tym dowiedział, kazałby twoje szczątki spuścić do kanału! Ty! Idź sprawdzić pozostałe komnaty.
Wilk z Christianem po cichutku przenieśli się do kolejnego pomieszczenia, w którym było przejście do czerwonych dywanów. Nagle przystanęli. Ktoś zbliżał się z tego kierunku więc zawrócili do pokoi ze złotem i schowali się w jednej z komnat. Skryli się we wnęce oddzielonej niebieską zasłoną. W pomieszczeniu spotkali się najemnicy, którzy patrolowali pokoje z kimś, kto przyszedł od strony domu uciech.
- Ten głupiec od Darethana. Znowu go przyłapałem na spaniu.
- Przesuń go na główne schody, tam na pewno nie będzie spał – poradził jeden ze strażników.
Wilk starał się oddychać jak najciszej, ale coraz bardziej odczuwał łaskotanie w mostku.
- Mam ochotę odesłać go do Boriasza, albo hrabiego Gunnara, aby nauczył go rozumu.
- Boriasz pojechał do Sędziego, ale hrabia został na górze.
Łaskotanie w dolnej partii płuc, w okolicach mostka, było nie do zniesienia. Wilk na chwilę przestał oddychać, ale nie mógł się powstrzymać i zakasłał.
- Słyszałeś to?
- Kto tu jest?
W momencie gdy strażnik odsunął jedną stronę zasłony Wilk i Christian czmychnęli drugą.
- Ej, co to ma być? Stać! Stać mówię! – Zbrojni rzucili się w pogoń.
W jednym z przejść starzec nagle się zatrzymał. Z zanadrza wyjął kości do gry. Gdy po drugiej stronie pojawił się pościg cisnął nimi o podłogę. Gdy znalazły się pod nogami najemników eksplodowały. Chmura ciemnoszarego dymu wypełniła pomieszczenie.
- To jakiś czarodziej! – usłyszeli za sobą.
Głos dowódcy dało się słyszeć dopiero po chwili gdy odkaszlnął.
- Nie gadaj głupstw, to zwykła sztuczka. Jak ich dorwę, pokażę im kilka sztuczek z mieczem!
Komnaty stanowiły dość rozległy, ale jednak skończony kompleks. Dotarli do ślepego zaułka. Korytarz szeroki na osiem stóp, kończył się litą skałą. Ściany przysłaniały postrzępione gobeliny. Kolory wyblakły, jedynie czerwone włókno zachowało barwę zmieniając tkaniny w dość osobliwe szare obrazy z czerwonymi elementami. Drewniane belki, do których je przymocowano, dawno zbutwiały. Na materiale widać było zacieki, warstwę kurzu i stare pajęczyny. Wyglądało jakby powieszono je tu na chwilę, a potem o nich zapomniano.
- Co teraz mistrzu? – pytał przestraszony Christian.
- A niech to wszystko jedno!
Odgłosy wskazywały, że strażnicy są coraz bliżej. Mędrzec rozejrzał się po pomieszczeniu.
- Stań za mną – polecił.
Sam profesor stanął pośrodku i spokojnie czekał. Po chwili znaleźli ich najemnicy. Zatrzymali się widząc siwego mężczyznę w długiej, brązowej szacie. Dobyli mieczy.
- Stąd nie ma wyjścia. Poddajcie się!
Wilk wyciągnął ręce przed siebie.
- Nie mam broni, ale nie radzę wam podchodzić.
- Dziadku, możemy cię zabić od razu – pogroził mężczyzna wyglądający na przełożonego pozostałych. – Ale nasz pan będzie chciał się dowiedzieć czemu tu grasujecie. Więc lepiej nie próbuj żadnych sztuczek.
- Sztuczek? – odparł Wilk. – Pokażę wam jeszcze tylko jedną.
Uniósł ręce nad głowę jakby w geście błogosławieństwa. Cały czas wpatrywał się przenikliwym wzrokiem w zbrojnych. Z jego gardła dobyły się słowa w innym języku.
- Kalla hirra. Kalla herra!
Najemnicy patrzyli z lekkim zdziwieniem. Nagle dostrzegli zmianę. Pomiędzy palcami mędrca pojawiły się języki ognia. Pełzały w górę i w dół. Gdy całe dłonie starca zapłonęły żywym ogniem na ich twarzach pojawiło się przerażenie. W sercu Christiana zaskoczenie mieszało się z uczuciem podniecenia. Nigdy by się nie spodziewał, że jego mistrz potrafi takie rzeczy. Wilk powoli rozsunął ręce i oparł się o gobeliny, które momentalnie zajęły się ogniem. Strażnicy zamarli w bezruchu. Ogień objął zmurszałe tkaniny i pełzając ku górze dosięgną belek stropowych. Mędrzec znów wyciągnął ręce przed siebie i ruszył w kierunku napastników wywołując w nich jeszcze większe przerażenie.
- To magia! – krzyknął jeden rzucając się do ucieczki.
Reszta poszła w jego ślady krzycząc o pożarze. Gdy Christian idąc za plecami Wilka znalazł się w pierwszej komnacie płomienie już lizały szafy w tym pomieszczeniu. Profesor zrobił szybki ruch chowając i wyjmując dłonie z długich rękawów. Przestały płonąć.
- Szybko musimy uciekać! – rzucił do chłopaka.
Pobiegli w stronę komnaty strażników. Była pusta. Krętymi schodami wyszli na górę. Przejściem między czerwoną kotarą, a skrzyniami dostali się do głównej sali. Jak gdyby nigdy nic przeszli obok parkietu roztańczonych gości. Instynkt kazał im gnać co sił w nogach, lecz rozum powstrzymywał przed ściągnięciem niepotrzebnej uwagi. Gdy rozpaleni z przejęcia byli już blisko wyjścia, dotarła tu wieść o pożarze. Klienci karczmy rzucili się do ucieczki. Christian i Wilk opuścili gospodę jako pierwsi.


[4] Klient płacił madame Goorsky za żeton przedstawiający wybraną przez niego pozycję seksualną. Następnie wręczał żeton kurtyzanie. Był on więc zarówno dowodem wniesienia opłaty jak i zleceniem na określoną usługę.
[5] Libra – miasto leżące niedaleko Złotej Góry w górze biegu Libarinny. Siedziba rodu Opperionów.
Odpowiedz
#94
Rozdział 37 - Po eksploracji Dźwięku Gromu bohaterowie planują kolejne działania. Lady Soraya razem z dziećmi ucieka z letniej posiadłości.

ROZDZIAŁ XXXVII – PŁONĄCE DŁONIE

Gospoda Pięć Winogron[1] stała przy Alei Edrei w połowie drogi między rynkiem a Uniwersytetem. Dziś niewielu było tu gości. Wilk z Christianem zaszyli się w najbardziej oddalonym od wejścia zakątku. Chłopak cały czas milczał będąc pod wielkim wrażeniem.
- To było niesamowite. – Wreszcie wydobył z siebie głos.
- Co? – zapytał Wilk. – A tamto. Nic szczególnego. – Machnął ręką. – Nie zaprzątaj sobie teraz tym głowy. Musimy zastanowić się co dalej. Nasze podejrzenia się potwierdziły. Ciekawe co udało się zdziałać reszcie? – Spojrzał w stronę drzwi wejściowych.
- Mistrzu czy ty jesteś… czarodziejem? – Chłopak wpatrywał się w profesora Soteriusza z mieszanką podziwu, zaskoczenia i fascynacji.
- Czarodziejem? Christianie nie gadaj głupstw. Nie jestem czarodziejem. – Ciężko westchnął patrząc na ucznia przejętego jak nigdy. Musiał przyznać, że trudno się mu dziwić. Każdy, kto zobaczyłby to co on, pomyślałby to samo. Raz jeszcze ciężko westchnął po czym rzekł:
- Rozumiem twoją dezorientację. Gdy wrócimy na uczelnię wszystko ci wyjaśnię, ale to nie czas i miejsce.
Do gospody wszedł Lamberth.
- Przybyliście pierwsi – rzekł gdy się do nich dosiadł. – W karczmie wybuchł pożar.
- Tak wiemy – odparł Wilk. – Czy twoje poszukiwania w administracji przyniosły rezultat?
- Niewiele się dowiedziałem. Nic ciekawego tam nie znalazłem, z wyjątkiem tego. – Rycerz wyją z zanadrza pergamin i położył na stole przed profesorem. Wilk przejrzał dokument.
- Tak jak myślałem – rzekł oddając akt Lambertowi. – Weź go i schowaj. Może się jeszcze przydać. My natomiast znaleźliśmy komnaty gdzie trafiają pieniądze rabowane z manufaktur, są liczone i jak mniemam trafiają potem do Sędziego.
Christian zastanawiał się czy Wilk powie rycerzowi o przyczynie pożaru, ale temat ten już nie powrócił. Rozważali teraz czy poinformować o ich odkryciach Lorda Straży. Trudno było powziąć ostateczne decyzje przed powrotem giermków. Tymczasem chwile mijały, a Thovriego i Arkusa nie było widać. Profesor zaczął się martwić. Wreszcie się pojawili.
- Zaczynaliśmy się już o was niepokoić – rzekł Lamberth – zwłaszcza, że w gospodzie podobno miał miejsce pożar.
- Wyszliśmy razem z gośćmi i jeszcze chwilę czekaliśmy pod gospodą, ale nie widać było żadnych płomieni – rzekł Arkus łapiąc oddech.
- A potem… pomyliliśmy miejsca – przyznał zdyszany Thovri. – Czekaliśmy w pobliskiej gospodzie, a dopiero gdy nie przychodziliście, zorientowaliśmy się, że to nie ta karczma.
- Dobrze, że nie czekaliście na nas do rana – skomentował rozbawiony rycerz.
- Odkryliśmy coś w podziemiach. – Arkus po chwili spoważniał. – Znaleźliśmy porwanych rzemieślników. Są tam więzieni i zmuszani do pracy nad jakąś bronią. Hadragana tam był.
- Hadragana? – A więc dlatego zniknął – pomyślał Christian. – Jak on się czuje?
- Ogólnie dobrze – odparł Arkus. – Musimy ich uwolnić.
- Będziemy potrzebowali pomocy – przyznał Lamberth.
- Myślę, że nie trzeba więcej dowodów. Sami nie damy… – profesor zawiesił głos gdy w pobliżu przechodziła dziewka służebna – …rady ich uwolnić – dokończył gdy się oddaliła. – Zwrócę się do Lorda Straży by dokonał rewizji w Dźwięku Gromu.
- Znasz się dobrze z lordem D’aragonem? – spytał Thovri.
- Nie, ale mam swoje dojści.a – Profesor uśmiechnął się. – Straż Miejska uwolni więźniów.
- Słusznie Wilku, ale to nie rozwiązuje problemu Sędziego – rzekł Lamberth. – On jest tylko właścicielem, zawsze może się wykpić, że nic nie wiedział o rzemieślnikach. Zważ też, że Augusto jest obok księcia najbliższym politycznym współpracownikiem mojego brata.
- A jeśli Lord Straży nam nie uwierzy? – Arkus wyraził swoje wątpliwości.
- Zachodzi taka możliwość – przyznał Wilk. – Dlatego przekażę mu wieść o rzemieślnikach bez wymieniania imienia Sędziego. Nie będzie miał wtedy obiekcji by przeszukać gospodę.
- To na pewno zaszkodzi Marcusowi, ale nie odwiedzie go od planów jakiekolwiek by one nie były. – Lamberth poprawił się nieco.
Thovri dostrzegł co uniemożliwiało rycerzowi wygodne zajęcie miejsca. Pod połą jego płaszcza emanował niebieskawym blaskiem Żagiew Mrozu.
- Racja przyjacielu. Co możemy jeszcze uczynić?
Wilk zadał dobre pytanie. W głowie Thovriego zaczęła rodzić się odpowiedź.
- Dźwięk Gromu to tylko przykrywka dla części działań – powiedział powoli – ale sercem tych planów z pewnością jest rezydencja.
- Co proponujesz? – Soteriusz z uwagą zwrócił się do giermka Sędziego.
- Przedostanę się tam i je odkryje.
- To bardzo odważne – ocenił rycerz.
- Albo bardzo głupie – dodał Wilk – a na pewno szalone. Odwaga i głupota to dwa drzewa splątane korzeniami.
- Thovri, wiesz jak się tam dostać? – Lamberth zwrócił się do giermka.
- Rezydencja była moim domem, znam tam każdy zakamarek. Pójdziemy z chłopakami.
- To zbyt niebezpieczne. – Pokręcił głową.
- Tak Czarny Rycerzu, ale gdybyśmy nie wrócili to wy zaczniecie działać. A gdybyście razem z Samotnym Wilkiem tam przepadli jakbyśmy mogli przyjść wam z pomocą?
- Thovri – Wilk pokręcił głową – nie mogę, nie mogę narażać was na niebezpieczeństwo posyłając do gniazda żmii, a samemu siedząc w swych komnatach.
- Wilku ty już narażałeś życie zdobywając raport. Hrabia Gunnar cię szpieguje. Twoje życie jest zagrożone. A gdyby jeszcze dowiedział się, że dziś grasowaliśmy po podziemiach…
- Już wie – rzekł mędrzec.
- Jak to? Spotkałeś się z nim? – zapytał rycerz.
- Nie, ale pożar to nasza zasługa. – Profesor popatrzył kątem oka na Christiana. – Łącząc to z poranną rozmową i tym co zapewne usłyszał od strażników to myślę, że on już wie.
- Wy podpaliliście Dźwięk Gromu? – Zielone oczy Arkusa zrobiły się wielkie jak drachmy.
Christian tylko pokiwał głową.
- Musieliśmy – odparł zdawkowo Wilk.
- Nie wiem jak moi przyjaciele, ale ja pójdę. Pójdę do rezydencji – zadeklarował Thovri.
- Ja też. – Arkus zgłosił swój akces.
- Możesz i na mnie liczyć Thovri. – Christian położył rękę na ramieniu przyjaciela.
- Jutro okaże się co przyniesie poinformowanie Lorda Straży. Więc pójdziemy tam pojutrze – planował giermek Sędziego.
Mędrzec i rycerz z mieszanymi uczuciami zgodzili się na ten plan. Zanim się rozeszli, Lamberth wyraził wątpliwość co do bezpieczeństwa profesora.
- Przyjacielu czy to rozsądne byś wrócił na Uniwersytet? Może nie powinieneś tam nocować.
- Masz rację, ale i tak muszę wrócić po kilka rzeczy. Christian pójdzie ze mną. Będziemy czujni i ostrożni. Wy też na siebie uważajcie.
Pożegnawszy się opuścili gospodę Pięć Winogron.
 
2. Boriasz był zaskoczony pojawieniem się Gunnara. Jeszcze bardziej zaskakujące było jego żądanie.
- Sędzia udał się już na spoczynek – oponował dowódca straży.
- To go obudź!
- Hrabio czy to na pewno coś ważnego? – zapytał kapitan, który niedawno widział się z Gunnarem w gospodzie i nie sądził by od tego czasu mogło wydarzyć się coś szczególnego. – Wiesz jak Pan nie lubi…
- Tak! O mało nie spłonął Dźwięk Gromu, więc idź tam i go obudź albo sam to zrobię!
Boriasz stał przez chwilę bezradnie wpatrując się w hrabiego. Pierwszy raz w życiu widział go tak wzburzonego.
- Dobrze. – W końcu uległ.
- Będę czekał w jego gabinecie. Razem z Chloridiosem – dodał już spokojniej Gunnar.
 
Czekali dość długo. Hrabia zaczął się niecierpliwić. W końcu w wejściu ukazał się Sędzia. Minę miał nie tęgą. Mrużył oczy, jego brwi były napięte, a czoło zmarszczone.
- Obyś miał dobry powód zakłócania mojego spokoju – przywitał się.
- Nasi wrogowie odkryli gdzie trzymamy niewolników. Czy to dobry powód?
Rollin miał coś odrzec lecz dotarł do niego sens słów hrabiego. Od razu spuścił z tonu.
- Odkryli? Kto odkrył?
- Pamiętasz, że nie dopadliśmy drugiego urzędnika ministra Rotoi? Pewien natrętny profesor do niego dotarł i wszedł w posiadanie raportu. Człowiek Chloridiosa obserwuje go od kilku dni. Dzisiaj rano ostrzegłem go przed mieszaniem się w nie swoje sprawy, ale nie posłuchał. Wieczorem kręcił się ze swoim uczniem po komnatach rachmistrzów. Umknął strażnikom bo wzniecił pożar.
- Co to za człowiek? – Sędzia przyzwyczaił się już do oświetlenia w komnacie i przestał mrużyć oczy.
- Ma na imię Soteriusz, jeden z profesorów węszących wokół kurhanu rektora Rotoi – odezwał się milczący dotąd Chloridios.
- I ten profesor ze swoim uczniem odkryli cele rzemieślników? – Sędzia obszedł Gunnara i Chloridiosa by zasiąść za biurkiem. Nie miał zamiaru słuchać tego wszystkiego na stojąco.
- Nie oni. Na poziom gdzie ich trzymamy wdarło się dwóch szczeniaków. Musieli być w zmowie – objaśnił Gunnar.
- Chcesz powiedzieć, że starzec z bandą dzieciaków przechytrzył ludzi twoich i Chloridiosa? – zapytał Rollin z drwiącym uśmiechem.
- To nie jest zwykły starzec. Jeśli wierzyć strażnikom, to nie są mu obce sztuki tajemne – bronił się hrabia.
- Bzdura! Nie ma czegoś takiego jak magia. Możesz mi wierzyć – rzekł zdecydowanie Sędzia już bez cienia ironii czy sarkazmu. – A oni wymyślili bajeczkę by usprawiedliwić swoją nieudolność. Każ ich wychłostać. A ty Gunnarze…
- Przyznaję, popełniłem błąd. Zamiast ostrzegać mogłem od razu go zabić. – Hrabia złożył samokrytykę. – Ale nie spodziewałem się, że sprawi nam tyle kłopotu.
Był naprawdę wściekły z powodu akcji w gospodzie. Pałał żądzą zemsty.
- To nic, czego nie można by było naprawić. – Chloridios się uśmiechnął.
- Co ty na to Sędzio?
Rollin pomyślał chwilę zanim odpowiedział.
- Zostaw Gunnarze, nie czas uganiać się za komarem, gdy przed nami walka z niedźwiedziem. Wystarczy nam jeden trup na Uniwersytecie.
- Może wyjawić nasze plany. – Hrabia nie dawał za wygraną.
- Aaa… –  Rollin zawahał się po czym machnął ręką. – Rób jak uważasz.
- Wiesz, że kręcące się z nim dzieciaki mogą być potomkami ważnych polityków? – Gunnar był zadowolony z uzyskania zezwolenia, ale wolał się upewnić.
Sędzia choć przed chwilą miał wątpliwości co do zostawiania za sobą kolejnych trupów uznał teraz, że może to już zbyteczna ostrożność.
- Za kilka dni będzie to już bez znaczenia. Nikt nie będzie zadawał pytań o kilku smarkaczy i starca stojącego nad grobem. Tylko jeśli masz to zrobić, zrób to skutecznie i cicho – zaznaczył Rollin.
- Człowiek, który rozwiązał problem rektora jest do mojej dyspozycji – zaproponował Chloridios.
- Więc wiecie co robić.
Pozostawała jeszcze jedna kwestia.
- A co z gospodą? – zapytał hrabia.
- Właśnie nad tym myślę – odparł Sędzia.
 
3. Mędrzec z uczniem weszli na teren Uniwersytetu inną bramą niż zwykle. Pod osłoną nocy dotarli do drzwi rektoratu. Jego korytarzami przeszli do gmachu przepisywaczy. Korytarze były puste i słabo oświetlone. Wkrótce dotarli do komnat Wilka.
- Zapal lampy i spakuj swoje rzeczy – polecił profesor. – Weź to co najpotrzebniejsze.
Sam od razu zabrał się za przygotowywanie wiadomości, która miała trafić do Lorda Straży.
- Wyślesz wiadomość do samego lord D’aragona?
- Nie, ale do osoby, która jest bardzo blisko niego.
- I jesteś pewien, że przekaże ją Lordowi Straży?
Wilk uśmiechnął  się.
- Jutro z samego rana dostarczy mu ją osobiście. Znam tego kogoś od dziesięcioleci.
Christian zastanawiał się kto to taki i skąd mistrz zna tę osobę, ale nie było teraz czasu na pogawędki. Mędrzec gotową wiadomość przyczepił do łapy ulubionego kruka. Ptak popatrzył żółtym okiem na profesora po czy wyfrunął w mroki nocy. Wilk przebrał się, zabrał laskę i dużą torbę. Wychodząc zamknął drzwi na klucz. Nie był pewien na jak długo opuszcza dom, a nawet przemknęła mu przez głowę myśl, że może do niego nie wrócić.
Zachowując czujność zeszli do podziemnego laboratorium. Mędrzec chował do torby rożne substancje ze swoich zbiorów. Christian obserwował jak przesypuje lub przelewa do mniejszych pojemniczków różne zioła, proszki, emulsje i płyny. Choć jego wzrok spoczywał na starcu, to w głowie cały czas miał obraz z karczmy, gdy mistrz z płonącymi dłońmi stał przed przerażonymi strażnikami by po chwili podpalić komnatę. Czuł w sercu pewien niepokój wywołany przebywaniem w pobliżu tak potężnej osoby. Z drugiej strony mógł się w jego towarzystwie czuć bezpiecznie. Mieć za mistrza potężnego czarodzieja. To jest coś.
Wilk nagle przystanął skupiając wzrok na chłopaku. Jakby odgadł jego myśli.
- Cały czas myślisz o płonących gobelinach?
Christian nie musiał odpowiadać. Profesor wpatrzył się w szklaną aparaturę. Na chwilę znieruchomiał w takiej pozie. Zaraz jakby się ocknął. Poszedł na sam koniec najdalszego regału i z jego głębi przyniósł szklane naczynie.
- Coś ci pokażę – rzekł odkorkowując je i stawiając na stole.
Ze środka zaczęły unosić się opary, które po wydostaniu się z butelki opadały na blat.
- To eter, substancja niezwykle łatwopalna. Trzeba się z nim obchodzić ostrożnie, niejeden alchemik przypłacił życiem eksperymentowanie z nim.
Christian z przejęciem obserwował jak pełzające pary eteru. Wilk zamknął i odstawił naczynie. W drodze powrotnej przyniósł kawałek pergaminu.
- Spal to – polecił podając go uczniowi.
Chłopak zbliżył pergamin do lampy oliwnej. Płomień muskał kartkę, ale ta nie zajmowała się ogniem. Popatrzył pytająco na mistrza.
- Jest nasączona niepalnym specyfikiem. Czy wiesz co chcę ci powiedzieć?
- Że to nie była magia? – rzekł po chwili namysłu. – Uczyniłeś to za pomocą tych substancji?
- Dokładnie chłopcze – przyznał zadowolony Wilk, któremu zależało na odmitologizowaniu swojej postaci w oczach ucznia. – Aby zrobić Płonące Dłonie trzeba długich przygotowań. Powiedz co widziałeś tam w Dźwięku Gromu?
- Twoje dłonie mistrzu zaczęły płonąc żywym ogniem, który nie czynił ci żadnej szkody – mówił z przejęciem cały czas mając w głowie wyrazisty obraz tego zdarzenia.
- Pierwszym krokiem jest pokrycie rąk warstwą przeźroczystej substancji ochronnej sporządzonej z pokrzyku sierpowatego i taraśniny sześciolistnej. Nasącza się nią też rękawy szat by przypadkiem się nie zapaliły.
- To izolacja przed… eterem?
Mędrzec pokiwał głową.
- Potem nakłada się warstwę czegoś łatwopalnego, na przykład eteru. Potrzebna jest jeszcze tylko iskra, którą można wywołać w wybranym przez siebie momencie
- Jak to zrobiłeś mistrzu?
- To bardziej skomplikowane. Drobne odłamki krzesiwa przykleja się do dwóch sąsiednich palców po ich wewnętrznej stronie na wysokości stawów. – Wilk pokazał dłonie Christianowi. – Potarcie ich o siebie jest gestem z daleka niewidocznym, a uwalnia iskrę, która powoduje zapłon. – Profesor uniósł ręce demonstrując jak to zrobił.
Chłopak był jeszcze bardziej zafascynowanym starcem niż wtedy gdy sądził, że jest czarodziejem.
- Jak wspomniałem wymaga to wcześniejszego przygotowania, więc nikt z zaskoczenia tego nie zrobi.
- A te słowa, które wypowiadałeś?
- Nie miały żadnego znaczenia, wymyśliłem je na poczekaniu. – Profesor się roześmiał. – To tylko teatr, sposób odwrócenia uwagi.
- Czyli nie jesteś czarodziejem? – Christian pomimo wyjaśnień pragnął się upewnić.
Wilk roześmiał się jeszcze głośniej.
- Dobrze, weź swoje rzeczy. Musimy iść.
 
4. Zbliżała się północ. Soraya bawiła się z dziewczynkami drewnianymi klockami. Ten dzień wyglądał trochę inaczej. Lady Rollin pozwoliła się wyspać dzieciom ile chciały. Przedłużyła także popołudniową drzemkę. Dzięki temu mimo, iż zapadła noc nie były jeszcze senne. Sozypater miał za zadanie bawić się z Gregoriusem, zaś ona zadbała o to by dziewczynki miały zajęcie. Jedna z piastunek dotknęła jej ramienia.
- Pani już czas.
Soraya obejrzała się. Puls jej przyśpieszył. Spojrzała na córki.
- A teraz kochane pójdziemy na spacer.
- Teraz mamusiu? – zapytała siedmioletnia Arisa. – Przecież jest ciemno.
- A byłyście kiedyś nad rzeką w nocy?
Obie pokręciły głowami.
- Selena odbija się w wodzie i można zobaczyć dwa wielkie księżyce i cztery małe. Chcecie to zobaczyć?
Małe przytaknęły. Piastunki przyniosły dla nich wyjściowe płaszcze.
- Musimy się teraz dobrze ubrać, bo w nocy jest chłodno – wyjaśniła.
Jedna z niań przyniosła długi płaszcz dla Soraya.
- Dziękuję Mariko, idź po chłopców.
Gdy dziewczynki były gotowe wyszli na korytarz. Po chwili dołączyła do nich Marika z chłopcami.
- No to chodźmy, tylko musimy być bardzo cicho, to taka gra. – Soraya zwrócił się do dzieci.
Gdy ruszali, drzwi sypialni lekko zaskrzypiały. Mała Lena obejrzała się. W drzwiach stał doberlot. Przeciągnął się leniwie  i pomerdał ogonkiem.
- Mamusiu, a Sioszek?
- Kochanie niedługo przecież wrócimy.
- Mamo, ale będzie mu smutno – przekonywała pięciolatka.
- Mamusiu prosimy. – Arisa przyłączyła się do siostry.
Soraya nie planowała brać zwierzaka ze sobą. W ogóle o tym nie pomyślała. Przecież nie wrócą. Doberlot wyciągnął szyję i patrzył na nią inteligentnym wzrokiem. Ile razy pocieszał ją w samotne wieczory. Jak mogłaby go zostawić?
- Dobrze, pójdzie z nami. – Podeszła do zwierzaka i wzięła go na ręce.
Poszli ciemnymi korytarzami w stronę wyjścia do ogrodów. Minęła północ. Straże niedawno się zmieniły. Soraya zostawiła dzieci z piastunkami w bezpiecznej odległości. Przekazała doberlota jednej z nich.
- Poczekajcie tu. Muszę sprawdzić czy drzwi są otwarte. Tylko musicie być bardzo cicho. – Mówiąc to położyła palec na ustach.
Zaczaiła się przy drzwiach. Przez chwilę przyglądała się strażnikowi. To nie ten człowiek! Poczuła jak robi się jej gorąco. Na warcie był ktoś inny. Wątpić należało, że mają aż tyle szczęścia, że ten także ma chory pęcherz. Schowała się za załomem korytarza. Czy zrezygnować? Po jej głowie biegało wiele sprzecznych pomysłów. Marius już czeka przy łodzi. W środku są zapasy. Czy powinni zawrócić? Tyle przygotowań na nic. Co począć? Wiedziała, że to będzie najtrudniejszy moment w całym planie, ale tego nie przewidziała. Przez chwilę biła się z myślami. To musi się stać teraz! – postanowiła. Wróciła do oczekujących na nią piastunek i dzieci.
- Kochani drzwi są zamknięte.
- Co teraz zrobimy? – W oczach Sozypatera pojawił się strach. Zdawał sobie sprawę, że coś poszło nie tak jak planowała matka.
- Nie martwicie się. – Soraya położyła rękę na jego ramieniu. – Chodź Mariko ze mną. My otworzymy drzwi, a wy tu poczekajcie.
- Pójdziemy z wami – odezwał się Gregorius.
- Nie. – Sozypater złapał go za ramię. – Mama sobie poradzi.
Soraya wymieniła porozumiewawcze spojrzenie z pierworodnym i ruszała do drzwi. Po drodze zatrzymała się przy zabudowanej wnęce gdzie znajdowały się środki czystości.
- Mariko, weź kij od miotły.
Soraya poszła przodem. Strażnik był zaskoczony jej widokiem. Postury był przeciętnej, wyglądał też na młodego rekruta. Lady Rollin podeszła do niego bardzo blisko.
- Otwórz drzwi – poleciła pewnym siebie głosem.
- Są otwarte, ale nie możecie… nie możecie wyjść. – Strażnik nadal był zaskoczony.
- Chcę iść na spacer. Jestem panią tego domu. Chyba mam do tego prawo? – zapytała retorycznie nie spuszczając z tonu.
- Ja nic takiego nie słyszałem… moje rozkazy są wyraźne.
- Zabroniono ci mnie przepuścić?
- Nie zabroniono, nie pytałem… ale nie możecie i już! – Strażnik odzyskał pewność siebie. – Wracać do swoich komnat!
Nagle Soraya bez zastanowienia kopnęła go w krocze. Rekrut zwinął się z grymasem bólu na twarzy. Nie zamierzała tego robić.
- Ty… – Zrobił krok do przodu by ją złapać.
Zasłoniła się ramieniem i nie zamierzywszy uderzyła go łokciem w twarz. Mężczyzna ponownie się schylił trzymając za bolący nos. W tym momencie zza jej pleców wyskoczyła piastunka i zdzielił go kilka razy kijem po plecach i głowie. Najemnik upadł jęcząc. Sama lady Rollin była zaskoczona rozwojem wypadków.
- Szybko biegnij po dzieci – poleciła piastunce.
Sama została przy cierpiącym strażniku. Sprawdziła drzwi, rzeczywiście były otwarte. Nikt się nie zbliżał. Młody wartownik próbował wstać. Nie mogła dopuścić by wszczął alarm. Przy ścianie rezydencji leżały pocięte polana. Chwyciła jedno z nich, zamierzyła się i z całych sił uderzył go w tył głowy. Upadł straciwszy przytomność. Ciężko oddychając przykucnęła przy nim kładąc drewniany klocek na podłodze. Taki młody chłopak. Mam nadzieje że go nie zabiłam – pomyślała. Zaraz pod drzwiami zjawiły się piastunki z dziećmi. Soraya stanęła tak by zasłaniać ogłuszonego strażnika, ale i tak dzieci go dostrzegły. Uprzedzając pytania powiedziała:
- Pan zasnął bo jest już noc, ale my idziemy na spacer. No już, już, wychodzimy.
Zamknęła za nimi drzwi. Wzięła Gregoriusa za rękę i wszyscy ruszyli przez ogród w stronę pól uprawnych.
- Mamusiu a może wrócimy? – zapytała najmłodsza Lena.
- Kochanie, już niedaleko. Zaraz zobaczymy dwa księżyce. Dwa duże i… ile małych?
- Cztery – odparła córeczka odzyskując nieco pewności.
Narzuciła szybkie tempo. Mówiła do dzieci uspokajająco, ale emocji nie dało się całkiem ukryć. Dziewczynki były coraz bardziej przejęte. Musieli na chwilę zatrzymać się przy starej wierzbie rosnącej między dwoma zagonami.
- Mamo jest ciemno, boję się. – Lena niepewnie patrzyła na mroczne kształty rosnących niedaleko krzewów.
- Ja też. Mamusiu, czy możemy wracać? – wtórowała jej Arisa.
Soraya przyklękał przed nimi.
- Mam dla was niespodziankę. Musimy tylko przejść przez wzgórze. Tam nad rzeką czeka na nas Marius. Ma dla nas coś specjalnego. – Starała się by jej głos brzmiał naturalnie.
- Mamo, ale mnie nóżki już bolą. – Lena znalazła kolejną wymówkę.
- To wezmę cię na ręce kochanie. Dobrze?
Mała pokiwała głową.
- Mamo ja też chcę. – Arisa popatrzyła z zazdrością na młodszą siostrę, która znalazła się w matczynych ramionach. – Mnie też nóżki bolą.
- Sozypaterze weź doberlota od niani. A kto wskoczy w ramiona niani zamiast Sioszka? – Soraya uśmiechnęła się do Arisy.
Dziewczynka wolałaby być w ramionach matki, ale była na tyle duża by wiedzieć, że nie udźwignęłaby ich obu. Marika za to, silna kobieta przy kości, wzięła na barana Gregoriusa. I tak razem ruszyli dalej. Powoli znikający księżyc świecił całkiem jasno. Po niedługim czasie usłyszeli szum rzeki. Schodzili ze wzgórza. Wierzby rosnące nad brzegiem przypominały klęczących nad wodą rozmodlonych mnichów. Na tle księżyca odbijającego się w nurcie Soraya dostrzegła Mariusa stojącego przy pomoście. Udało się! Już dawno nie cieszyła się tak bardzo na jego widok. Wyzwolenie było bardzo blisko. Marius stał nieruchomo wpatrując się w grupkę kobiet z dziećmi. Wreszcie dotarli.
- Wszystko jest w łodzi? – zapytała Soraya mijając nauczyciela.
Marius kiwnął tylko głową. Przy brzegu postawiła Lenę na ziemi. Marika zdjęła z pleców Gregoriusa.
- Widzicie jak księżyce odbijają się w wodzie? – Lady Rollin zwróciła się do dzieci. – Teraz wybierzemy się na małą wycieczkę łodzią.
- Raczej nie – usłyszała jakiś niski głos.
Obejrzał się. Zza najbliżej stojących drzew wychynęły niewyraźne sylwetki. Jej serce przyspieszyło. Dogonili ich! Ale łódź jest blisko. Zwróciła się ku łódce, ale oto z jej dna powstała inna postać. Rozejrzała się wkoło. Byli otoczeni. Z każdej strony zbliżali się najemnicy błyskając w świetle księżyca żelaznymi elementami zbroi. Popatrzyła na nauczyciela. Marius stał nieruchomo. Strażnicy minęli go idąc w jej stronę.
- Zabierać bachory z powrotem! – zagrzmiał ich dowódca.
Lena przytuliła się do matczynej sukni. Soraya położył dłoń na jej główce. W jednej chwili zrozumiała. Została zdradzona. Twarz Mariusa nie wyrażała niczego. Przez myśl przebiegło jej jeszcze kilka szalonych pomysłów, ale zrezygnowała z dalszej walki stwierdzając, że sytuacja jest beznadziejna.
- Z powrotem do rezydencji! – krzyknął dowódca.
Marika wzięła Lenę na ręce. Nianie z dziewczynkami ruszyły w stronę wskazaną przez strażników. Sozypater wziął za rękę młodszego brata, obejrzał się na matkę i powędrował za piastunkami. Lena zaczęła płakać, wyciągnęła rękę w kierunku rodzicielki ponad ramieniem opiekunki.
- Ty też. – Strażnik zwrócił się do Sorayi kładąc dłoń na rękojeści miecza.
Żona Sędziego ruszyła powoli przed siebie. W jej sercu narastał gniew. Posłała pełne nienawiści spojrzenie nauczycielowi. Ten stał nieruchomo z kamienną twarzą. Przechodząc obok nagle pociągnęła go z łokcia rozkwaszając mu nos. Marius zatoczył się. Soraya jak gdyby nigdy nic minęła go idąc dalej. Dołączyła do piastunek i dzieci.
- Wściekła suka! – rzucił nauczyciel trzymając się za krwawiący nos.
Przez chwilę poczuł satysfakcję z małej zemsty. Gdy jednak kroczył za więźniami w drodze powrotnej uczucie to uleciało wyparte przez żal.
Wrócili do rezydencji. Strażnicy zamknęli wszystkich w jednej sypialni. Soraya z piastunkami starała się uspokoić roztrzęsione dzieci. Po jakimś czasie udało im się uśpić młodsze. Tylko Sozypater siedział w fotelu z szeroko otwartymi oczami i doberlotem na kolanach. Soraya nawet się nie domyślała co dzieje się w jego głowie.


[1] Był to niewielki, przytulny lokal, miejsce spotkań artystów. Lubili tu przychodzić malarze, rzeźbiarze czy aktorzy by przy dobrym winie podyskutować w zacisznej gospodzie z innymi ulubieńcami muz.
Odpowiedz
#95
ROZDZIAŁ XXXVIII – PRZESZUKANIE

Augusto pojawił się w Twierdzy pierwszy raz od dłuższego czasu. Przed dwoma dniami doprowadził do końca sprawę zabójcy dzieci. Nie omieszkał powiadomić o tym fakcie zamku. Otrzymał nawet list gratulacyjny od samego króla. Był zadowolony z tego sukcesu, ale jego głowę zaprzątał już inny problem. Dźwięk Gromu i Sędzia Rollin. Dlaczego kupił karczmę? Zmiana właściciela zbiegła się w czasie z początkiem porwań rzemieślników. Bronił się przed tą myślą, ale nie wyglądało to na przypadek. Po co byliby mu potrzebni? A może ktoś prowadzi tam ciemne interesy za jego plecami? Bycie właścicielem gospody, w której dochodzi do przestępstw, nie oznacza jeszcze odpowiedzialności za nie. Nie no, Sędzia Rollin i handel niewolnikami? Nonsens!
Do gabinetu weszła Xaranna. Długie, siwe włosy miała zaplecione w warkocz upięty w kok.
- Nad ranem przybyła wiadomość. – To mówiąc położyła na biurku zwitek pergaminu.
- Dziękuje Xaranno. Wezwij mi kapitana Ryhora.
Kobieta skinąwszy opuściła komnatę. Augusto wziął do reki pergamin. Poznał staranne pismo Xaranny. Przybyła widomość? Nim zdążył przeczytać jej treść w drzwiach znów pojawiła się staruszka.
- Właśnie przybył wysłannik Palatyna. Prosi o spotkanie.
- Dobrze wprowadź – polecił.
Rozpoznał w nim jednego z sekretarzy Holdena. Mężczyzna wchodząc pokłonił się nisko i zajął miejsce. Usiadł na brzegu krzesła jakby nie zamierzał długo na nim siedzieć.
- Słucham.
- Przysyła mnie Palatyn.
- No tego się domyśliłem. – Augusto wygodnie oparł się w fotelu. – A w jakiej sprawie?
- W sprawie znikających rzemieślników.
- Skąd o tym wie?
- Mój Panie. – Urzędnik uśmiechnął się kręcąc głową. – Palatyn wie o wszystkim, co dzieje się w tym kraju. Wie też, że porwani znajdują się w podziemiach gospody Dźwięk Gromu.
Pewnością siebie i bezczelnością dorównuje swojemu panu – pomyślał Augusto.
- A dlaczego mnie o tym informujesz?
- Palatyn obiecał pomoc i niniejszym dotrzymuje słowa.
- Obiecał pomoc przy sprawie Rotoi – sprostował Augusto – ale doceniam jego gest.
- Sprawa Rotoi ze swej natury nie leży w gestii Straży Miejskiej, mój lordzie.
- Cóż, tu akurat się zgodzę, dlatego pozostawiłem ją twemu panu.
- Palatyn pragnie byś wiedział Lordzie Straży, że zależy mu na pomyślności królestwa dokładnie tak samo jaki i tobie.
- Postaram się o tym pamiętać – obiecał Augusto pragnąc by urzędnik jak najszybciej sobie poszedł. – Możesz odejść.
Sama w sobie informacja od Holdena nie była niczym nowym. Taki wniosek sam nasuwał się z obserwacji gospody. Ale dlaczego się w to miesza? I skąd to wie? Sieć Pająka. Augusto zastanawiał się czy nie ma swoich agentów także w jego służbie. Ale gdyby wiedział to od kogoś ze straży, to po co przysyła urzędnika? Może sam wysłał szpiega do karczmy?
Wziął do ręki pergamin przyniesiony wcześniej przez Xarannę.
 
Do Szacownego Lorda Straży Augusto D’aragona
Karczma Dźwięk Gromu jest miejscem przetrzymywania niewolników. Zmuszani są do pracy w podziemiach gospody. Upraszam cię o niezwłoczną interwencję w tej sprawie.
 
Augusto ze zdumieniem stwierdził, że wiadomość mówi o tym samym, o czym przed chwilą mówił urzędnik Palatyna. Zerwał się z miejsca i pobiegł do Xaranny.
- Skąd masz tę wiadomość?
- Przyszła dziś rano – odparła spokojnie staruszka.
- Ale to przecież twoje pismo Xaranno.
- Przepisałam ją bo oryginał był napisany dość… niezgrabnym pismem – wyjaśniła.
- Kto ją przysłał?
- Profesor Soteriusz z Uniwersytetu.
Soteriusz. Tak. Augusto pamiętał. Odebrał studentów, którzy znaleźli ciało rektora.
- Skąd wiedział o… tym o czym pisał?
- Nie wiem Panie. – Xaranna pokręciła głową.
Augusto pogrążył się w zamyśleniu. Z pergaminem w ręce wrócił do gabinetu. Obserwacje jego ludzi wskazywały, że w gospodzie mogło dochodzić do handlu niewolnikami. Potwierdza to Palatyn, który zapewne wysłał tam własnego szpiega. I jeszcze ta wiadomość od profesora. A skąd on o tym wiedział? Chyba przydałoby się go przesłuchać.
- Wzywałeś mnie Panie? – Rozmyślania przerwał kapitan Ryhor.
- A Ryhor, tak. Co to ja chciałem? – Zamyślił się na chwilę. – Ach tak. Co z gospodą?
- Obserwujemy ją. Z wyjątkiem pożaru nie wydarzyło się tam nic szczególnego.
- Pożaru?
- Wczoraj ewakuowano klientów, choć strażnicy żadnych płomieni nie widzieli – wyjaśnił.
- Weź ludzi, przynajmniej dwudziestu. – Polecił Augusto. – Jedź tam i przeszukaj każdy zakamarek tej budy ze szczególnym uwzględnieniem podziemi. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że znajdziesz tam zaginionych rzemieślników. Ruszaj. Ja przyjadę później.
 
2. Arkus zjadł śniadanie u rycerza. Wyjechali razem. Lamberth zmierzał do Dźwięku Gromu by przekonać się, czy donos Wilka okazał się skuteczny. Młody Galilei wybierał się na zajęcia. Zbliżali się do Alei Edrei gdy giermek zwolnił intensywnie wpatrując się w jeden ze skwerów. W pewnym momencie zatrzymał się. Czarny Rycerz na Wichrze zawrócił.
- Co się stało Arkusie?
- Tam pod zadaszeniem – wskazał ruchem głowy.
- Jacyś ludzie siedzą. Co z nimi?
Arkus zmrużył oczy. Teraz był już pewien.
- To jeden z nich. –  Bandyta, który był na moście.
- Jesteś pewien?
- Tak, pseudosmok ugryzł go w nos.
- Pseudosmok? – Lamberth odniósł wrażenie, że każdy z nich zataił jakieś okoliczności.
- Później wytłumaczę.
- Dobrze więc, chodźmy się przywitać.
Podjechali bliżej i zsiedli z koni. Mężczyzna o niskim czole i kręconych włosach miał wyraźne, czerwone szramy po obu stronach nosa. Zamilkł gdy zauważył giermka. Po chwili ucichli także jego kompani.
- To on – wskazał Arkus, a ton jego był oskarżycielski.
- Co chłopcze? Przyprowadziłeś ziomka? Chcesz znowu popływać? – Roześmiał się.
- Zaraz zapłacisz za wszystko – powiedział zdecydowanie chłopak.
Lamberth położył rękę na ramieniu giermka. Opryszek wstał.
- Myślisz, że wystraszę się twojego chudego kumpla? – Wskazał półelfickiego rycerza.
Lamberth złapał go za dłoń i wykręcił mu rękę. Gdy w wymuszonym obrocie stanął do niego plecami z grymasem bólu na twarzy, kopnął go w staw kolanowy. Bandyta uklęknął na bruku. Pozostali wstali z miejsc. Rycerz przesunął się wokół opryszka stając miedzy nim a jego kompanami. Szybkim ruchem dobył Żagiew Mrozu kierując ostrzę w ich stronę.
- Któryś z nich też tam był?
- Nie – Arkus przyglądnął się pozostałym –  tylko ten.
- Więc odejdźcie stąd, jeśli nie chcecie stracić głów. – Rycerz powoli zatoczył łuk na wysokości ich twarzy. – Chodzi nam tylko o tego rozbójnika.
Mężczyźni popatrzyli po sobie i powoli odeszli. Lamberth puścił dłoń bandyty i schował miecz do pochwy.
- Kim jesteś?
- Zaraz ci pokaże. – Rozbójnik wstał i nagle zaatakował uderzając go pięścią w twarz. Nim Arkus dobył miecza mężczyzna zaatakował raz jeszcze. Rycerz odbił atak lewą ręką i sam wyprowadził cios w tym samym momencie. Jego pięść spotkała się ze szczęką bandyty. Dwa razy z rzędu. Zwinnie przemkną za jego plecami zadając mu cios w nogi. Mężczyzna upadł na kolana. Lamberth znów znalazł się przed nim. Złapał go za ranny nos i ścisnął z całej siły. Rozbójnik głośno krzyknął. Kilkoro przechodniów przystanęło obserwując zajście. Arkus przystawił rzezimieszkowi miecz do gardła by nie próbował się wyrywać.
- A teraz gadaj kim jesteś, bo nie mam czasu na zabawy z tobą – rzekł zniecierpliwiony rycerz jeszcze mocniej ściskając pokaleczony nos.
- Powiem, powiem, tylko mnie puść – błagał mężczyzna.
Lamberth puścił go lecz Arkus dalej trzymał go pod ostrzem.
- Jestem Sedda – przedstawił się opryszek.
- Dlaczego nas zaatakowaliście? – zapytał Arkus.
- Dostaliśmy za to pieniądze.
- Od kogo?
- Nie przedstawił się. Wynajął nas by nastraszyć grupę dzieciaków.
- I nie wiesz nic o kimś, kto płaci ci za akt rozboju? – Rycerz był co najmniej zaskoczony głupotą opryszka.
- Naprawdę nie wiem – zarzekał się Sedda. – To był jakiś salemczyk.
- Niech będzie, Arkusie schowaj miecz – polecił giermkowi. – Oddamy cię Straży Miejskiej. Niech zadecydują co zrobić z rozbójnikiem grasującym w królewskim mieście.
Złapał go za kołnierz i podniósł z ziemi. Bandyta wyglądał na zrezygnowanego. Uszli zaledwie kilka kroków gdy wyrwał się, dobył przypasanego miecza i zaatakował. Czarny Rycerz uchylił się przed ciosem i szybko dobył Żagiew Mrozu. W momencie gdy Sedda zamachnął się po raz drugi ukląkł i wbił mu ostrze w brzuch. Błękitna stal przeszył go na wylot. Złapał bandytę za ramię, przekręcił na bok i wyciągnął miecz z jego ciała. Sedda bezwładnie osunął się na bruk. Arkus patrzył na to bez satysfakcji. Nie pragnął takiej zemsty. Zrobiło mu się nawet żal mężczyzny, który zginął w tak głupi sposób. Popatrzył na seniora. Jego  twarz i postawa wyrażała chłód profesjonalisty. Czy tak sprytny i wyszkolony rycerz naprawdę musiał go uśmiercić? Podbiegło do nich dwóch strażników miejskich zaalarmowanych przez przechodniów. Stanęli w pewnej odległości i nachylili piki.
- Stać! Rzucić broń!
Lamberth powoli otarł ostrze i schował je do pochwy.
- Jestem Lamberth Rollin D’aragon, a to mój giermek, który niedawno został zaatakowany przez tego osobnika. Właśnie chcieliśmy go oddać Straży Miejskiej gdy rzucił się na nas.
Strażnicy podnieśli drzewce.
- Znamy cię lordzie D’aragon. Zajmiemy się nim.
- Przedstawił się jako Sedda. Tydzień temu brał udział w napadzie na córkę Lorda Skarbu na moście issańskim. Miał wspólników – poinformował stróżów prawa.
 
- Pseudosmok? – zagadnął rycerz odrywając giermka od kontemplacji nieszczęsnej śmierci gdy ruszyli dalej Aleją Edrei.
- Zwierzątko Sonii – wyjaśnił chłopak.
- Zastanawiam się czego jeszcze nie powiedzieliście mi o tamtym zajściu.
- Panie, chyba wiesz już wszystko.
Lamberth uśmiechnął się z niedowierzaniem.
- Ten Sedda mówił, że wynajął ich salemczyk. – Arkus wrócił do słów rozbójnika.
- Istotnie.
- Wiesz Panie o kim mógł mówić?
- Nie potrafię sobie wyobrazić kogo miał na myśli. Ale bardziej zastanawia mnie fakt, że było to celowe. Nie byliście przypadkowymi ofiarami. Nie chcieli was też okraść. Ten salemczyk zapłacił im za to, by konkretnie was „nastraszyli”. Pytanie dlaczego?
- Nie wiem.
- Ja tym bardziej. Ale to oznacza, że ktoś z waszej trójki był wcześniej obserwowany i czymś naraził się temu salemczykowi. Pomyślę nad tym czekając na rozwój wypadków w Dźwięku Gromu. Wróć do mojej kamienicy gdy załatwisz swoje sprawy na Uniwersytecie.
Arkus odbił w stronę uczelni, a Czarny Rycerz pojechał dalej do gospody.
 
3. O tej porze główna sala świeciła pustkami. Lamberth zamówił piwo i usiadł przy stoliku blisko wnęki, w której znajdowało się malowidło przedstawiające ptaka gromu.[1] Powoli sączył trunek rozmyślając. Sytuacja robiła się coraz bardziej niebezpieczna. Wilk był śledzony przez Gunnara. Ktoś obserwował Arkusa i… Czy to też sprawka ministra manufaktur? Ale co ma do jego giermka? A może to Christian był obserwowany na uczelni? To wiele by tłumaczyło. Arkus był przypadkową ofiarą… Ale nie! Rzezimieszek mówił o „nastraszeniu dzieciaków”. W liczbie mnogiej. A więc chodziło o ich obydwu. To córka Lorda Skarbu znalazła się tam przypadkowo. Czyżby inicjatorem napadu był Gunnar? A salemczyk to jego człowiek, który pilnuje chłopców? Takie wyjaśnienie wydało się rycerzowi całkiem rozsądne. Pytanie: dlaczego? Hrabia zaprosił Wilka na rozmowę dopiero gdy ten zdobył raport, zaś atak miał miejsce w połowie miesiąca. Jak długo profesor i chłopcy są obiektem obserwacji? Raport. Był powodem śmierci rektora Rotoi. A więc datą graniczną byłby tu pierwszy Arahsamna. Wilk zaczął szukać raportu i zapewne wtedy ściągnął na siebie uwagę Gunnara i jego ludzi. Wszystko prowadziło do hrabiego. Ale jest on zaledwie sługusem Sędziego. A wystarczyło by go skrócić o głowę – pomyślał rycerz. Perspektywa ta wydała się nagle bardzo kusząca. Łatwiej pomyśleć niż zrobić. Zabicie królewskiego ministra nie skończyłoby się jak uśmiercenie rzezimieszka. Niewiele by to zmieniło, jeśli za Gunnarem stoi Rollin. A za Rollinem? Czy jest on na szczycie piramidy zła? O tym nigdy nie pomyślał. Czy kołem zamachowym całego tego spisku jest jego brat? Czy w cieniu czai się ktoś jeszcze? Ktoś potężniejszy od prawodawcy Likarii?
Nagle usłyszał ciężkie kroki wielu par butów. Do karczmy weszli miejscy strażnicy rozbiegając się jak mrówki po mrowisku. Zaskoczony karczmarz wyszedł zza lady. Za strażnikami wkroczył kapitan Ryhor. Szedł pewnie. Ręce miał splecione z tyłu pod białym płaszczem z czarnymi liliami.
- Co się stało? – spytał zdezorientowany karczmarz.
- Z rozkazu Lorda Straży Augusto D’aragona karczma Dźwięk Gromu ma zostać przeszukana.
- Z jakiego powodu?
- Podejrzewamy, że ma tu miejsce handel niewolnikami.
- Niewolnikami? Przecież… – zamilkł gdy z okolicy schodów dobiegły podniesione głosy.
Wyszedł z tamtąd strażnik w towarzystwie dwóch pracowników gospody strzegących przejścia do Czerwonych Dywanów.
- Ty odpowiadasz za tę gospodę? – Ryhor zwrócił się do karczmarza
- Ogólnie tak, ale…
- Więc wytłumacz swoim ludziom o co tu chodzi chyba, że mamy ich aresztować. I niech nie przeszkadzają nam w pracy.
Mężczyźni słysząc tę wymianę zdań sami odsunęli się na bok. Do karczmy weszła kolejna dziesiątka strażników.
- Przeszukać podziemia, natychmiast – polecił Ryhor.
Ruszyli do przejścia pod schodami. Lamberth z uwagą przysłuchiwał się słowom kapitana. A więc list Wilka zadziałał.
- Tu nie odbywa się żaden handel niewolnikami – oponował karczmarz odzyskawszy nieco pewności siebie.
- To się okaże. Jeśli coś znajdziemy pójdziesz pod topór – pogroził Ryhor.
- Ale ja tylko obsługuję salę i jadalnie – pewność siebie szybko opuściła karczmarza, czemu dał wyraz w niemal płaczliwych słowach.
- Kto jest twoim przełożonym?
- Za pokoje odpowiedzialna jest…
- Pytam się kto jest twoim zwierzchnikiem? – przerwał mu Ryhor nie usłyszawszy konkretnej odpowiedzi.
Mężczyzna zamilkł. Otwierał i zamykał usta jak ryba wyciągnięta z wody.
- Co? Nie wiesz dla kogo pracujesz? – Kapitan raził trafnymi pytaniami jak wytrawny łucznik strzałami.
Oszołomiony karczmarza oparł się o ladę.
- Widzę, że chyba będę musiał cię zaprosić na przesłuchanie do twierdzy.
- Panie błagam, ja naprawdę nic nie wiem.
- To się okaże. A teraz zamilcz. Nie mam ochoty słuchać twojego płaczu.
Spod schodów wrócił jeden ze strażników. Prowadził kobietę trzymając ją za przedramię. Wyglądało jakby się nieco opierała. Na jej ramieniu lśniła srebrna bransoletka w kształcie dwóch ryb. Miała na sobie ciemnozieloną suknię z grubo tkanego materiału z szerokim białym kołnierzem głęboko wcinającym się w dekolt. Strażnik popchnął ją w stronę kapitana.
- Kto to?
- Jakaś…
- Jestem Clarissa. Madame Clarissa Goorsky. – Kobieta poprawiła włosy upiete w kok rzucając gniewne spojrzenie strażnikowi, który ją przyprowadził. Przedstawiła się z wyraźnym niezadowoleniem w głosie.
- Szefowa domu uciech, który znajduje się poniżej – objaśnił strażnik. – Znaleźliśmy też kilka dziewcząt.
- Następna do kolekcji – rzekł Ryhor. – Może ty mi powiesz kto tu jest szefem?
- Ja jestem władczynią Czerwonych Dywanów – odparła z dumą.
- To już wiem. Ale kto stoi wyżej? Kto jest nad całą karczmą?
Madame Goorsky założyła ręce i uniosła brodę stając bokiem do kapitana.
- To będzie trudne – rzekł sam do siebie Ryhor.
Niewiele czasu upłynęło gdy z góry inny strażnik sprowadził mężczyznę w średnim wieku ubranego w niebieskawy strój złożony z mocno wytartej kamizelki i sięgających za kolano krótkich spodni z wywiniętą białą podszewką.
- Ekonom karczmy Trapun – przedstawił go strażnik.
- Szef czy płotka?
Trapun założywszy ręce stając koło Clarissy i karczmarza.
- Dziś jest taki ciężki dzień, czy z natury jesteście nierozmowni? – zapytał Ryhor patrząc na tę zbieraninę. – Może podziemia twierdzy uczynią was bardziej wylewnymi.
Clarissa dostrzegła sączącego nieopodal piwo Lambertha. To ten przystojny półelf – przebiegło jej przez myśl. Zagryzła wargę. Rycerz uchwycił jej spojrzenie.
 
4. Do karczmy przybył sam Lord Straży. Dostrzegłszy dwóch mężczyzn i kobietę pilnowanych przez Ryhora zapytał:
- Co to za menażeria?
- Karczmarz, liczykrupa i burdelmama. Sami nie wiedzą dla kogo pracują.
Augusto zmierzył ich wzrokiem.
- Znaleźliście coś?
- Tak, poniżej domu uciech są cele więzienne.
- Chcę to zobaczyć.
- Zaprowadzę cię. Fostyr pilnuj ich – polecił starszemu strażnikowi.
 
Augusto z uwagą rozejrzał się po wszystkich celach, magazynach i komnatach.
- Nie znaleźliśmy w gospodzie ani jednego rzemieślnika – rzekł kapitan. – Tylko te puste cele. Pytanie czy byli tu i zostali ukryci, czy nigdy ich tu nie było?
- Uważnie przyjrzyj się tym pomieszczeniom Ryhor. Były użytkowane i to całkiem niedawno. Przeszukajcie też górne piętra aż po strych.
- Myślę, że sporo dałoby nam przesłuchanie w twierdzy tej trójki – zasugerował kapitan.
- Być może Ryhorze, ale jeśli nie znajdziemy choćby jednego rzemieślnika, nie mamy podstaw by ich aresztować – rzekł Lord Straży opierając się o żelazną kratę jednej z cel.
- Można by to obejść.
- Tak, ale lokal należy do Sędziego Rollina. Teraz wyobraź sobie, że aresztujemy jego zarządców, a potem okazuje się, że nigdy nie było tu żadnych niewolników.
- Założę się, że odkrylibyśmy tu wiele nieciekawych procederów – nie dawał za wygraną Ryhor mając prawdziwą ochotę na przewiezienie zarządców Sędziego do Twierdzy.
- Możliwe – przytaknął przełożony – ale by zarzucić cokolwiek prawodawcy Likarii, trzeba mieć pod ręką coś naprawdę mocnego.
 
Wrócili na górę. Augusto kazał zaprowadzić trójkę do pokoju na pierwszym piętrze na czas przesłuchania. Gdy rozmawiał z Ryhorem, a kolejni strażnicy składali raporty, jego uwagę zwrócił chyba jedyny teraz gość. Od razu wiedział, że tylko udaje brak zainteresowania tym co się wokół dzieje.
- Lamberth Rollin D’aragon – rzekł głośno.
- O, witaj Lordzie Straży. – Czarny Rycerz udał, że dopiero teraz go zauważył.
- Nie spodziewałem się cię tu ujrzeć. Często tu bywasz?
- Ja tu tylko piję piwo – odparł rycerz.
Augusto uśmiechnął się.
- Domyślam się, iż jesteś tu służbowo? – Lamberth dopił piwo i odstawił kufel.
- Nie da się ukryć. Mam wrażenie, że nasze spotkanie nie jest przypadkowe.
- Niestety nie. – Rycerz spoważniał wstając od stołu. – Powodzenia lordzie D’aragon. – Posłał mu ostatnie spojrzenie i udał się w kierunku wyjścia.
Augusto potrzebował kilku chwil by przeanalizować każde zdanie z tej rozmowy. Czyżby wielki rycerz pilnował interesu brata? Czy to on był szefem, o którym bali się mówić karczmarz i burdelmama? Przyznał, że ich spotkanie nie było przypadkowe, ale życzył mu powodzenia. Czy gdyby był panem niewolników życzyłby mu ich odnalezienia? Chyba, że była to ironia. Ale nie brzmiało to jak ironia. Nagle w jego głowie zrodził się inny scenariusz. To Palatyn przysłał do niego urzędnika by powiadomić o niewolnikach w gospodzie. Czy uczynił to by poróżnić go z Sędzią? Przez chwilę nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to akcja Holdena mająca na celu skłócenie go z Rollinem. Choć przecież jeszcze Xaranna przekazał mu wiadomość wskazującą na Dźwięk Gromu. Od jakiegoś profesora z Uniwersytetu. Chyb będzie musiał się z nią rozmówić.
 
5. Na ostatnich zajęciach Arkus usiadł niedaleko Sonii udając, że w ogóle nie zwraca na nią uwagi. Dziewczyna obawiała się atencji chłopaka więc jego zachowanie było dla niej nieco zaskakujące. Po zajęciach jak zwykle szybko wsiadła do karety i pojechała do domu.
 
Patrzyła przez okienko na skąpane w jesiennym słońcu ulice. Na ludzi śpieszących do im tylko wiadomych miejsc. Strażników patrolujących skwery. Żonglerów i muzyków usiłujących zarobić na życie. Tragarzy podążających gdzieś ze swymi ładunkami. Ulicznych handlarzy zachęcających przechodniów do oglądania ich towarów. Ona od tygodnia miała tylko jeden cel – rodzinną posiadłość, gdzie posłusznie wracała każdego dnia. Nie była już zamykana w pokoju, ale miała zakaz opuszczania rezydencji. Całe popołudnia spędzała w ogrodzie. Unikała ojca. Lordowi Skarbu przeszła złość, ale nadal czuła wobec niego uraz. Matka próbowała ją pocieszać, ale Sonia nie mogła jej powiedzieć o obrazach, o pseudosmoku, o przyjaciołach ze studiów. Czuła się bardzo samotna. Dzisiaj również szybko po posiłku udała się do kaplicy Arveny znajdującej się w ogrodach. Była to drewniana konstrukcja z ciosanych belek, otwarta z jednej strony. Zwieńczał ją spadzisty dach. Po zewnętrznych ścianach wspinał się bluszcz oplatając ją zielonym kokonem.
Dziewczyna zapaliła świece, posypała płatkami kwiatów przed rzeźbą bogini i uklękła by się pomodlić. Wizyty w kaplicy zawsze wpływały na nią wyciszająco. Myślała o płomieniu świecy. Jego blask wypełnił jej umysł. Znalazła się na spokojnym morzu ciepłej jasności. Żeglowała po nim. Ogarniało ją bezpieczeństwo jego fal.
- Modlisz się o wyzwolenie? – Czyjeś słowa wyrwały ją z medytacji. Odwrócił się powstając z kolan.
- Arkus? Co ty tu robisz? – Wybiegła przed kaplicę sprawdzić czy w pobliżu nie ma strażników lub kogoś ze służby.
- Jeśli cię złapią…
- Jesteś pod strażą?
- Nie.
- Więc czego się obawiasz? – zapytał beztrosko.
- Dobrze cię widzieć Arkusie. – Dziewczyna uchwycił spojrzenie jego zielonych oczu. – Co cię tu sprowadza?
- Chciałem cię zobaczyć, zobaczyć jak sobie radzisz.
- Jak widzisz. Moje więzienie nieco się tylko poszerzyło – wskazała na ogród – ale zostało więzieniem.
- Co masz na myśli?
- Zaraz po… po tym co wydarzyło się na moście nie mogłam opuszczać pokoju. Teraz nie mogę opuszczać rezydencji z wyjątkiem zajęć na uczelni. Jak widzisz więc, jest coraz lepiej. – Uśmiechnęła się kwaśno. – Arkusie wejdź do środka by przypadkiem cię kto nie zobaczył – zaprosiła go gestem.
Usiedli razem na kamiennej podłodze pod posągiem Arveny.
- Nawet nie wiem co się wtedy stało. – Chłopak nawiązał do tamtych wydarzeń. – O mało nie zginąłem w rzece.
- Nie chcę do tego wracać. – Potrzasnęła głową, ale zaraz podniosła wzroku na przyjaciela. – Ale cieszę się, że tobie nic się nie stało. Nawet nie wiesz jak się o was martwiłam.
- O was?
- O ciebie i mojego Ziomka. Tak postanowiłam nazwać pseudosmoka – wyjaśniła.
- A on ma się dobrze?
- Właśnie nie wiem. – Pokręciła głową. Jej twarz wyrażała zatroskanie. – Od tamtego dnia go nie widziałam.
- Nie martw się. Na pewno wróci. Ja wróciłem.
- Tak można na ciebie liczyć. – Sonia roześmiała się. – Widzisz Arkusie. U mnie każdy dzień wygląda tak samo. Pobudka, śniadanie, wykłady, obiad i oczekiwanie w ogrodach na powrót Ziomka. Ale tak musi być. Powiedz mi czym ty się zajmujesz?
- Tak wiele się wydarzyło w ciągu ostatniego tygodnia... Profesor Soteriusz odkrył, że za śmiercią rektora stoi hrabia Gunnar. Nawet groził mu śmiercią.
- To straszne. Ale Gunnar jest od Sędziego nieprawdaż?
- Zgadza się. By dowiedzieć się więcej poszliśmy wczoraj przeszpiegować Dźwięk Gromu.
- Dlaczego Dźwięk Gromu?
- Tam prowadziły ślady. Kiedyś ci wszystko opowiem ze szczegółami. Odkryliśmy, że w podziemiach są więzieni porywani rzemieślnicy, a Rollin jest właścicielem karczmy.
- Od dawna wiedziałam, że z tym człowiekiem jest coś nie w porządku. Zwłaszcza gdy zabił tego kupca na Promenadzie Słońca. – Sonia przypomniała sobie wydarzenie, które na trwałe wyryło się w jej pamięci.
- Wtedy widziałem Sędziego pierwszy raz w życiu. – Arkus doskonale pamiętał ten dzień. – Jutro znowu idziemy na przeszpiegi, tym razem tylko z Christianem i Thovrim.
- Znów do gospody?
- Nie, do rezydencji Sędziego.
- Naprawdę? To niebezpieczne.
- Tak, ale tylko w ten sposób możemy poznać jego plany i spróbować go powstrzymać. Na taką przygodę od dawna czekałem – mówił z entuzjazmem.
Patrząc w jego oczy skrzące się jak jadeit intensywną zielenią ze złoto-pomarańczową obwódką wokół źrenicy nie miała wątpliwości, że tak właśnie było. Ciężko westchnęła:
- Tak chciałabym pójść z wami. Ale jestem uwięziona.
- Chcesz bym cię uwolnił?
Dziewczyna się roześmiała.
- Z tego więzienia mogę się uwolnić tylko ja sama.
Rozmawiali jeszcze chwilę. Pożegnali się radośnie. Arkus umknął. Sonia usiadła na progu kaplicy. Arahsamnowe słońce przyjemnie grzało w twarz. Usiłowała sobie przypomnieć co robiła zanim pojawił się giermek. A tak! Płynęła po oceanie spokoju. Teraz już nie była spokojna. Ale nie z powodu smutku czy obaw jakie dręczyły ją jeszcze rano. Ucieszyła ją wizyta ciemnowłosego chłopca. Razem z przyjaciółmi robią takie ekscytujące rzeczy. Czy to prawda? Czy może sama się uwolnić? Kusząca wolność wydawała się być na wyciagnięcie ręki.
 
6. Po wizycie u księżniczki zielarka siedziała w pokoiku znajdującym się niedaleko jej komnat. Patrzyła w odbicie na powierzchni zwierciadła z polerowanej miedzi. Przyglądała się zębom. Była zadowolona z ich wyglądu. Wróciła do ucierania w moździerzu pasty składającej się z soli, szałwii, korzenia lukrecji i węgla drzewnego. Gdy skończyła przygotowywanie specyfiku ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę.
Do środka wszedł doktor Ignatius. Odziany był w białą, długą szatę z kapturem. Dokładnie za sobą zamknął. W ręce trzymał skrawek pergaminu.
- To wiadomość z Gniazda. – Podał ją zielarce przesuwając paznokciem po siwiejącej brwi.
Halishia przeczytała go. Dwa razy.
- Jesteś pewien? – zapytała wyraźnie strapiona.
- On tego chce i oczekuje, że będziemy postępować dokładnie według jego wskazówek. Znasz go chyba?
- Tak, znam – przyznała zielarka.
 
7. Gunnar od jakiegoś już czasu nie pojawiał się w rezydencji. Nad ranem Chloridios z kilkoma strażnikami gdzieś pojechał. Boriasz z Darethanem także ją opuścili. Teraz, po zapadnięciu zmroku, sam Sędzia wsiadł do karety i odjechał. Timorfi uznał to za najlepszy moment by ponownie zakraść się i przyjrzeć mapie w gabinecie. Intrygowała go od czasu pierwszej wizyty gdy został spłoszony przez pokojówki. Szpieg Palatyna odczekał, aż pojazd Sędziego zniknie z pola widzenia. Siedziba prawodawcy wyglądała senniej niż zwykle. Wybrał tę sama drogę co ostatnio. Po ścianie wszedł na balkon znajdujący się na piętrze. Z niego przedostał się do pokoju gościnnego i dalej na korytarz prowadzący do głównego holu. Tam przemykając pomiędzy kolumnami z czerwonego piaskowca dotarł do gabinetu. Komnata wyglądała tak samo jak ostatnio z tą różnicą, że nie paliły się w niej żadne lampy. Nie stanowiło to problemu dla szpiega, który całkiem sprawnie poruszał się w ciemności wykorzystując nawet najdrobniejsze źródła światła, jak na przykład blask księżyca. Ale bez czegoś silniejszego nie sposób było odczytać zapisków z wielkiej mapy miasta. Timorfi wyjął z zanadrza niewielki kamień światła oprawiony w srebro. Skryty w dłoni pozwalał czytać notatki zrobione czerwonym atramentem. Zaczął od zamku. Nagle zamarł. Usłyszał dźwięk krzesiwa. Za jego plecami zapłonęła pochodnia.
- Może poświecić? – usłyszał głos Sędziego.
Teraz dostrzegł i inne postacie stojące koło Rollina. Opierając dłonie o mapę przeskoczył na drugą stronę stołu.
- Opór jest daremny – rzekł Sędzia.
W komnacie zapłonęły kolejne pochodnie. Oprócz właściciela był tu Boriasz, Darethan oraz pięciu strażników. Timorfi przyjął postawę wyczekiwania gotów rzucić się w każdy kąt pokoju. Gospodarz zdawał sobie z tego sprawę.
- A chciałem po dobroci. – Machnął ręką posyłając przeciwko niemu swoich ludzi.
Strażnicy byli jak żółwie ścigające się z zającem. Szpieg uchylał się od każdego ciosu. Wykorzystując regały i szafki skakał po ścianach rażąc przeciwników sztyletami samemu nie doznając szkody. Sędzia patrzył na to z dezaprobatą. Boriasz podał mu kuszę. Rollin wyciągnął ją przed siebie, przycelował i wystrzelił. Szpieg zajęty walką ze strażnikami nie zauważył bełtu. Pocisk wbił mu się w udo. Najemnicy mieli teraz łatwiejsze zadanie. Walka stawała się coraz bardziej wyrównana.
- Co tak stoicie? – Sędzia zwrócił się do Boriasza i Darethana. – Już i tak wam to ułatwiłem. Jeśli mam robić wszystko sam, to za co wam płacę?
Dowódca i jego zastępca ruszyli do boju zwłaszcza, że trzech rannych strażników nie było już zdolnych do walki. Darethan z buzdyganem w ręce wymienił kilka ciosów ze szpiegiem po czym znajdując lukę w jego obronie uderzył go z całej siły w mostek. To był koniec. Nie mogąc złapać tchu Timorfi nie był w stanie dalej walczyć. Boriasz złapał go za kark i rzucił pod nogi Sędziego.
- I co, mam wam gratulować? Siedmiu na jednego? Rozbierzcie go do bielizny bo może mieć jeszcze poukrywane sztylety. I dobrze go zwiążcie.
Do komnaty weszło czterech strażników oczekujących dotąd pod drzwiami. Zajęli się wyprowadzaniem pokaleczonych towarzyszy. Darethan zawiązał mocne więzy na rękach i nogach szpiega, który powoli odzyskiwał oddech.
- Zabrać go do lochów – polecił Sędzia. – Nie dajcie mu snu ani wody. Będzie jutro bardziej skłonny do mówienia na torturach.
Podnieśli więźnia i zaprowadzili do podziemi. W gabinecie został tylko Boriasz.
- Dobrze wyszkolony szpieg – skomentował dowódca. – Przyszedł poznać nasze plany.
- To smutne, że pięciu ludzi wyszkolonych przez ciebie nie było w stanie dać sobie rady z jednym łotrzykiem.
Boriasz nie wiedział co odpowiedzieć.
- Dobrze Boriaszu, zasadzka się udała, jutro przebadamy go na torturach. A teraz idź – odprawił go Sędzia.
Dowódca straży pokłonił się i opuścił gabinet.
 
8. Poruszanie się rodziny Sędziego po letniej rezydencji zostało ograniczone do kilku pokoi. Soraya odsunęła Mariusa od zajmowania się dziećmi. Zaraz po zdradzie czuła gniew i wściekłość. Teraz już tylko rezygnację. Zrobiła co było w jej mocy. Teraz mogła tylko zdać się na los. Była też zawiedziona postępkiem nauczyciela. Okazała mu najwyższe zaufanie, a on rzucił je w błoto. Cóż za niewdzięczność! Bolało ją to bardziej niż widok wystraszonych dzieci poprzedniej nocy. Rozmyślając o tym czuła ucisk w mostku. Jak mogła być tak lekkomyślna? Ale czy mogła się po nim spodziewać zdrady? Czuła gęsią skórkę na policzkach. Siedziała w wielkim fotelu z kolanami pod brodą, z których opadała długa, granatowa suknia. Dzieci bawiły się wystruganymi z drewna zwierzątkami. Z wyjątkiem Sozypatera. On siedział w wielkim fotelu po drugiej stronie pokoju w podobnej pozie jak matka. Doszedł do wniosku, że są tu więzieni bez wiedzy ojca. Był przekonany, że nie pozwoliłby na takie rzeczy.
 
Marius szwędał się bez celu. Nie dotknęły go żadne represję. Ale czemu miałyby? Wystawił uciekinierkę jak na tacy. Od początku uważał to za szalony pomysł. Teraz zaczął żałować, że zdradził Sorayę. Gdzieś w głębi jego serca nadal tliło się uczucie. Dlaczego ich wydał? Zdawało się to rozsądne. Ochrona dzieci przed szaleństwem matki. A może podświadomie chciał ją ukarać za tamten flirt? Zdał sobie sprawę, że kocha Sozypatera, Gregoriusa, Arisę i Lenę. Jeśli nie może się zajmować ich wychowaniem, jego pobyt tu jest bezcelowy. Poczuł się niepotrzebny. Szedł głównym holem zbliżając się do pokoju gdzie rezydował dowódca straży. Z zamyślenia wyrwały go odgłosy rozmowy. Przystanął i cichutko podszedł bliżej.
- I pamiętaj, że wszystkie drzwi z wyjątkiem głównych mają być zamknięte. Gdy wyjadę do Beresteczka ty przejmiesz moje zadania i będziesz odpowiedzialny za ochronę rezydencji. I za to by jej główna atrakcja nie próbowała znowu uciekać.
- Powiadomiłeś o tym Sędziego?
- Wysłałem gońca, ale nie spodziewam się rychłej odpowiedzi. Nasz Pan potrzebuje teraz wszystkich w mieście.
- Z mniejszymi siłami będzie trudniej wszystkiego upilnować – zauważył rozmówca.
- Może dlatego Sędzia wybawi nas od tego problemu i poleci go zlikwidować.
- Mówisz o Pani? – rozmówca kapitana ściszył głos.
- Nie tylko. Jemu na nich nie zależy. Chcę tylko wiedzieć czy będziesz w stanie wykonać rozkaz jeśli taki nadejdzie?
- Zabić lady Sorayę i dzieci?
- Będziesz w stanie to zrobić, czy popełniam błąd wyznaczając cię na mojego zastępcę?
- Nie. Uczynię wszystko co Pan każe – obiecał. – A co z piastunkami i nauczycielami?
- Zobaczysz co napisze Rollin, choć podejrzewam, że nie będzie chciał zostawiać świadków.
Po tych słowach Marius powoli się wycofał. Nie chciał, by zdradziło go przyspieszone bicie serca.


[1] Ptak Gromu – rozpiętość jego skrzydeł dochodzącej do dwudziestu stóp. Samce posiadają umaszczenie brązowe zaś samice czarne. Bardzo szybki i silny. W chwilach zagrożenia potrafi wytwarzać wyładowania elektryczne rażące przeciwników. Jego schematyczny wizerunek znajduje się w herbie karczmy Dźwięk Gromu i kilku rodów szlacheckich.
Odpowiedz
#96
ROZDZIAŁ XXXIX – DREWNIANY KONIK

Przed południem Conorius odwiedził córkę. Słudzy dostawili dla niego wygodne krzesło. Strzałki akurat nie było, gdyż Brissa zabrała ją do kuchni na karmienie.
- Doniesiono mi, iż niedomagasz już od dłuższego czasu.
- Tak ojcze. Przeziębiłam się jeszcze przed wyjazdem Rolanda. Od tego czasu jest coraz gorzej – przyznała Lorelei.
- Cóż myślałem, że jeszcze w tym roku odbędą się twoje zaślubiny z księciem Christo, ale chyba będziemy musieli to odłożyć do wiosny. – Król poprawił purpurowy płaszcz zakrywając jego połą kolana.
- Czy wiadomo w tej sprawie coś nowego? – Księżniczka podniosła się i wygodnie oparła na atłasowych poduszkach.
- Dziś koło południa do miasta powinien dotrzeć Lord Poltar z ambasadorem Rhynn. Szybko ustalili treść traktatu. Teraz będzie czekał tylko na moją akceptację.
- To dobrze mój ojcze – odparła zmęczona Lorelei. Mówiła z wyraźnym wysiłkiem.
- Troskam się o twe zdrowie. Nie sądziłem, że to aż tak poważne – rzekł wpatrując się w naznaczone chorobą oblicze córki.
- Przez zapalenie straciłam słuch w prawym uchu. Ale zielarka mówi, że to minie.
- O na pewno, Lorelei, na pewno. A powiedz mi proszę: co sądzisz o tym małżeństwie?
- To miłe ojcze, że pytasz. – Uśmiechnęła się pomimo fatalnego samopoczucia.
Gdyby ojciec zapytał zanim postanowił o sojuszu byłoby to milsze. A teraz? Wiedziała, że jej opinia i tak by się nie liczyła, ale doceniła intencje ojca.
- Jestem z tego rada – odparła szczerze.
- Doprawdy? Dobrze to słyszeć – rzekł monarcha. – Pewnie już dawno się tego spodziewałaś. To prawda, że długo zwlekaliśmy z wyborem twego małżonka. Mam na myśli siebie i radę – objaśnił – ale chyba nie uważasz, że to był czas stracony?
- Ależ nie ojcze. Dzięki temu dłużej mieszkałam w tym domu, z tobą.
- A teraz będziesz miała nowy dom. Nigdy tam nie byłem, ale podobno Rhynn to piękne miasto. Dobrze, nie będę cię już męczył. – Powstał z krzesła – Bądź zdrowa Lorelei.
Księżniczka skinęła głową. Król opuścił komnatę. Na korytarzu zwrócił się do oczekującej pod drzwiami Galiny:
- Przyślij mi Ignatiusa.
Dziewczę pobiegło po zamkowego doktora. Po chwili pod komnatą pojawił się odziany na biało medyk.
- Wzywałeś mnie Panie? – ukłonił się nisko.
- Chciałbym byś mi towarzyszył.
Conorius z Ignatiusem i dwoma służącymi udali się w kierunku królewskich pokoi w zachodnim skrzydle zamku.
- Czemu dopiero teraz dowiaduję się o ciężkim stanie mojej córki? I to nie od ciebie.
- Ależ królu, informowałem cię o jej chorobie – bronił się medyk.
- Nie mówiłeś o jej ciężkim stanie. Wygląda jakby niedługo miała wyzionąć ducha.
- Przyznaję, że księżniczkę dopadły rożne dolegliwości, ale specjalnie sprowadziłem zdolną zielarkę do pomocy. Myślę, że nasze działania doprowadzą księżniczkę do pełnego zdrowia.
- To trwa zbyt długo. – Król pokręcił głową. Mimo wszystko nie był zadowolony z efektów działań nadwornego lekarza. – Dziś przyjedzie delegacja z Rhynn. Planowałem wkrótce wyprawić tam córkę, ale w tym stanie nie może podróżować.
- Będziemy się strać…
- Chyba czegoś nie rozumiesz doktorze. – Władca przystanął i utkwił wzrok w łysiejącym lekarzu. – Ważą się losy nie tylko mojej córki, ale sojuszu z Rhynn. Lorelei ma wyzdrowieć i to jest twoje zadanie. Zrozumiałeś?
- Tak Panie – przytaknął potulnie Ignatius.
- Więc wracaj tam i spraw by czuła się lepiej.
Doktor ukłonił się nisko. Król wrócił do swoich komnat. Musiał przygotować się na przybycie Lorda Poltara i rhynnyjczyków.
 
2. Halishia siedziała u siebie. Na stoliku obok leżały woreczki z medycznymi specyfikami. Rozmyślała nad poleceniami z Gniazda Kruka. Nie podobała jej się sytuacja, w którą została wmanewrowana. Ale czy zgadzając się przyjechać z Gunnarem nie mogła spodziewać się takiego obrotu sprawy? A jednak nie przewidziała tego. Gdyby wiedziała, odesłałaby hrabiego z niczym. Miała nie lada dylemat. Wybrać lojalność wobec Lorelei czy Ravena? Czy miała wobec niej jakieś zobowiązania? Była jej pacjentką, ale to Kruk ją do niej sprowadził. Przez ten czas polubiła księżniczkę. Miały podobne spojrzenie na poezję. Jej osobowość taka ciepła i dobra… Ale nawet gdyby jej nie polubiła, to czy miała prawo robić to czego żąda Raven? Przez wzgląd na dawne czasy? Myślała, że to już zamknięty rozdział jej życia. A jednak powrócił… Schowała twarz w dłonie ciężko wzdychając. Nawet nie usłyszała gdy do pokoju weszła Brissa.
- Halishio, czy wszystko w porządku?
Zielarka podniosła wzrok. Wyglądała na smutną i rozkojarzoną.
- Nie. Zostaw mnie teraz samą. – Rzuciła dziewczynie spojrzenie zaczerwienionymi oczyma.
- Jak sobie życzysz, ale doktor Ignatius chciał się z tobą zobaczyć.
- Powiedz, że później do niego przyjdę, a teraz proszę…
Brissa zgodnie z życzeniem zielarki opuściła pokój. Udała się do przedsionka gdzie Galina umilała sobie oczekiwanie na polecenia szydełkowaniem.
- Co się stało? Wyglądasz blado – spytała Galina.
- Byłam teraz u Halishii. Ona… ona chyba płakała.
- Dlaczego?
- Nie wiem. – Ściszyła głos. – Chyba chodzi o panią. Może obawia się o jej… życie.
Służkę przeraziły jej własne słowa. Bardzo kochała Lorelei i była jej w pełni oddana. Drżała na samą myśl, że coś złego mogłoby się jej przytrafić.
- Nie wygaduj głupot – zbeształa ją Galina. – Nasza księżniczka wyzdrowieje.
- A jeśli nie wyzdrowieje? – Brissa usiadła u stóp przyjaciółki czując jak do oczu napływają jej łzy. – Nigdy tyle nie chorowała. Nie ma sił, już nie uśmiecha się jak dawniej, jej włosy straciły blask. Halishia o tym wie. A jeśli przeczuwa najgorsze?
Galina dostrzegła jej szczere obawy.
- Och Brisso. – Nachyliła się i objęła ją ramieniem. – Nie martw się. Doktor i Halishia zrobią wszystko by księżniczka wyzdrowiała.
Choć Brissa bardzo chciała wierzyć w sukces ich starań, to po jej policzku spłynęła łza.
 
3. Ostatnie zajęcia w tym tygodniu dobiegły końca. Sonia jak zwykle wróciła do domu karetą ojca. Po obiedzie wybrała się do ogrodów. Rozmyślała nad wczorajszą wizytą Arkusa. Podczas rozmowy z nim zapomniała o uwięzieniu. Chłopcy robili tyle ekscytujących rzeczy, a ona tkwiła w szarej rutynie codzienności. Nagle zapragnęła wybrać się razem z nimi do rezydencji Sędziego. To byłoby takie podniecające! Dlaczego ją to spotkało? Dlaczego oddzielono ją od przyjaciół? Nagle wśród listowia pobliskiej lipy coś zaszeleściło. Wpatrzyła się uważnie. Podeszła bliżej. Spod liści wysunął się długi ogon zakończony strzałką. Na gałęzi siedział pseudosmok.
- Ziomek! – Wyciągnęła w jego stronę ręce, a on zleciał wprost w jej ramiona.
Mocno go przytuliła. Usiadła na trawie i zaczęła go głaskać. Zaskakujące, że nie bał się przylecieć do miasta. Zauważyła dwie drobne blizny na szyi i boku zwierzaka. Teraz wiedziała dlaczego go tyle nie było. Wylizywał się z ran. Zabrała go do rezydencji i zaczęła przygotowywać torbę. Ubrała wygodny, mieszczański strój. Gdy kończyła się pakować do pokoju weszła Hassa.
- Pani czy… gdzieś się wybierasz?
- Tak, wychodzę – odparła nonszalancko Sonia.
- Ale masz przecież zakaz… – Hassa nie mogła tego zrozumieć.
- Nie dbam o to – rzuciła dziewczyna.
- Ale co na to powie twój ojciec?
Służąca rozłożył bezradnie ręce podczas, gdy jej pani układała w torbie obok zwiniętego chowańca[1]  kolejne przedmioty.
- Nie wiem – odrzekła szlachcianka nawet nie odwracając się w jej stronę. – Możesz się postarać, by się o tym nie dowiedział.
- Jak to? – Przerażona Hassa otwarła szerzej oczy.
Sonia podeszła do służki. Wlepiła w nią wzrok.
- Przysięgnij mi, że mnie nie zdradzisz.
- Pani, ale twój ojciec…
- Przysięgnij! – powtórzyła zdecydowanie.
- Przysięgam.
- Dobrze – odparła zadowolona dziewczyna. – Wrócę pewnie późno lub jutro rano. Twoja w tym głowa, by mój ojciec się o tym nie dowiedział.
Zabrała torbę i korzystając z wiadomych sobie przejść opuściła rezydencję. Przerażona Hassa jeszcze długo stała w jej komnacie.
 
4. Gdy szkicował plan rezydencji, Arkus zaglądał mu przez ramię. Thovri rysował dla towarzyszy, bo sam znał ją doskonale. Na wypadek gdyby musieli się rozdzielić postanowił przygotować schemat, który nie pozwoli im się zgubić.
- Arkusie nie zapomnij krzesiwa – rzekł nie odrywając się od pracy.
- Już spakowałem – odparł giermek, nie chcąc popełnić tego samego błędu co przy eksploracji gospody – razem z lampami i zapasem oliwy. Podziemia są duże?
- Ogromne. Chyba większe niż sama rezydencja wystająca ponad poziom gruntu. Przyznaję, że nie byłem we wszystkich miejscach tych lochów.
- Dlaczego Sędzia zbudował coś takiego?
- Sędzia jej nie zbudował. Kupił ją i tylko lekko przebudował. Wcześniej należała do jakiegoś bogatego posiadacza ziemskiego.
- A, i biorę też mój długi miecz. Jak pokazał Dźwięk Gromu, broń się przydaje. Zresztą wtedy go nie zabrałem tylko na wyraźną prośbę Wilka.
- Słusznie Arkusie. Podaj mi proszę buteleczkę atramentu bo mi się kończy.
Pierworodny lorda Galilei podszedł do regału. Chwile szukał.
- A tu jest, ukryła się za olejem lnianym.
Podał ją Thovriemu, który dolał nieco atramentu do metalowego pojemniczka.
- Tu jest parter, a tu piętro – objaśniał szkic – a tu dorysuję podziemia na ile pamiętam.
Arkus patrzył jak schemat nabiera kształtów, gdy ktoś zapukał. Christian? Tak wcześnie? – pomyślał podchodząc do drzwi. Jakże był zaskoczony ujrzawszy przyjaciółkę ze studiów.
- Jesteście. Najbardziej obawiałam się, że już was nie zastanę. Mogę wejść?
- Oczywiście proszę. – Arkus otworzył szerzej drzwi.
- Witaj Soniu, słyszałem, że miałaś areszt domowy. – Thovri oderwał się od szkicu.
- Mam nadal. – Dziewczyna roześmiała się.
- Lubisz ryzykować, jak w Rextigatix – rzekł giermek, który raz miał przyjemność z nią grać.
- Arkus powiedział, że wybieracie się do rezydencji Rollina. Ta przygoda nie może mnie ominąć.
- Chcesz iść z nami? – zdziwił się giermek.
- Oczywiście. O ile nie macie nic przeciwko – zreflektowała się szlachcianka.
Córka Lorda Skarbu na wyprawie szpiegującej Sędziego? Czyste szaleństwo! – Arkus przypomniał sobie słowa rycerza o odpowiedzialności za damy. Ale dlaczego nie? Osobiście nie miał nic przeciwko. Wręcz byłby zadowolony gdyby wybrała się z nimi.
- Ja nie mam – rzekł.
- To niebezpieczna eskapada – zaznaczył giermek Sędziego. – Ale radzi będziemy twego towarzystwa.
Twarz Sonii od razu pojaśniała.
- Wzięłam różne potrzebne rzeczy. W tym… mojego pseudosmoka – rzekła wyjmując go z torby. Zaspany zwierzak bezwładnie leżał na jej ręce.
- Pseudosmok! Wrócił. – Arkus uśmiechnął się.
- Tak, wczoraj. Nadałam mu też imię. – Sonia z dumą prezentowała chowańca. – Ziomek.
- Jest piękny. – Arkus podziwiał czarne łuski lśniące szmaragdowym połyskiem.
Thovriemu, patrząc na pseudosmoka, nasunęło się pewne pytanie.
- Soniu czy chcesz wziąć Ziomka ze sobą?
- Tak, czemu pytasz?
- Nie wiem czy to dobry pomysł. Nie chciałbym by zdradził naszą obecność.
Nie pomyślała o tym wcześniej. Wpaść w ręce Sędziego przez zwierzaka? Zawsze był spokojny chyba, że wyczuł zagrożenie. A jeśli gdzieś będą się ukrywać i nagle zechce się wydostać z torby?
- On jest bardzo grzeczny – zapewniła, choć zaraz dodała – ale nie mogę zagwarantować, że nie zrobi niczego… nieprzewidywalnego.
- Rzeczy nieprzewidywalne mają to do siebie, że są nieprzewidywalne – roześmiał się syn lorda Galilei.
- Może lepiej go tu zostawić? – zapytał Thovri wracając do szkicowania planu. Miał podzielną uwagę, więc rysując nasłuchiwał odpowiedzi.
- Chyba tak… choć bardzo chciałabym go zabrać. Wrócił do mnie dopiero dzisiaj. Dowiódł swego przywiązania.
- Pseudosmoki są bardzo inteligentne. Tam… na moście rzucił się na bandytów dopiero gdy walka już trwała – przypomniał Arkus.
Thovri wiedział o niezwykłej inteligencji tych stworzeń. Często były pupilkami potężnych mędrców. Nie zamierzał stawiać sprawy na ostrzu noża
- Nie jestem przekonany – powiedział sceptycznie.
- Ciekawe co by na to rzekł Christian?
- A gdzie on jest?
- Niedługo przyjdzie. Chodź zobaczyć co rysuje Thovri. – Arkus zaprosił Sonię do stołu.
 
5. Mędrzec leżał na prowizorycznym posłaniu. Jego mały drewniany domek ukryty wśród uniwersyteckich ogrodów powoli pogrążał się w mroku. Z zakamarków wychodziły cienie pochłaniając po kawałku podłogę, ściany i strop. Christiana nie było. Nieco wcześniej udał się do kamienicy Galileich. Myśli Wilka krążyły wokół dzisiejszej wyprawy trzech młodzieńców. Cały czas odczuwał niepokój związany z wysłanie ich do jaskini lwa. Posłał dzieci, a sam się ukrywa. Zaraz zaczął się usprawiedliwiać. Thovri miał rację. Doskonale zna rezydencję w przeciwieństwie do niego. Trójka młodzieńców lepiej poradzi sobie niż starzec z laską. Misja mogłaby być zagrożona z bardziej prozaicznych powodów, gdyby profesor sam się na nią wybrał, co pokazała sytuacja w Dźwięku Gromu, gdy nie był w stanie powstrzymać kaszlu. Młodzi są silni i zdrowi. Poradzą sobie – powtarzał w myślach. Odkryją co planuje Sędzia. Ale czy nie udałoby się tego zrobić bez tej wyprawy? Przecież miał tyle poszlak w postaci proroctw i różnych informacji. Nagle ogarnęło go przeświadczenie, że mógłby odkryć cel Rollina gdyby udało mu się to wszystko poskładać w całość. Zdawało się, iż wniosek jest na wyciagnięcie ręki. Jest gdzieś niedaleko. Trzeba tylko zdobyć się na nieco większy wysiłek intelektualny. Podniósł się i usiadł na posłaniu z przeświadczeniem, że w takiej pozycji łatwiej zbliży się do poszukiwanej prawdy. Proroctwo Wody mówiło o porzuceniu sprawiedliwości przez Sędziego. Jego działania stały się niegodziwe. To oczywiste. Choć nadal zagadką pozostawała przyczyna tej zmiany. Nawet wyprawa Lambertha do lasów Rhynn nie rozjaśniła tej kwestii. A więc? Soteriusz na chwilę pogubił się we własnych myślach. O czym to ja…? A tak, działania Sędziego stały się niegodziwe jak to zapowiedziało Proroctwo Wody. Mówiło też o wyzwolicielu mającym przychodzić po wodzie. Co to oznaczało? Kto przychodził po wodzie? Nagle doznał olśnienia. Lamberth Rollin D’aragon. Powrócił do Likarii na pokładzie statku. Przybył po wodzie. Wilk domyślał się, że rycerz odegra znaczącą rolę w pokrzyżowaniu planów brata. Takie wyjaśnienie wydaje się sensowne. Proroctwo Zubina mówiło, że Sługa Cienia, którego nie sposób nie utożsamić z Sędzią, zaprowadzi chaos w stołecznym grodzie i całym narodzie. Jego działania wywołają zamieszanie w stolicy. Bez wątpienia posłuży się do tego rozbudowanymi siłami osobistej straży, co odkrył Lamberth przy okazji odwiedzin w letniej rezydencji, gdzie została uwięziona Soraya. Poza tym Proroctwo Wody mówiło, że Sługa Cienia sprowadzi szwadrony śmierci z północy. A więc Rollina wspomogą siły zewnętrzne. Kreońscy najemnicy? Wojska Inkwizycji? Do czego użyje tej armii? Budowie tych sił podporządkowane były inne jego działania. Zbieranie złota z królewskich manufaktur, śmierć rektora Rotoi, porywanie rzemieślników by konstruowali tajemniczą broń. Działania toczące się od wielu miesięcy. Przygotowywane na jeden moment. Od jak dawna Rollin to planował? Porywanie ludzi w wielu krainach wymagało ogromnych środków i posiadania sporej siatki przestępczej. Choć mając tyle pieniędzy mógł opłacać handlarzy niewolnikami. Powoli w głowie zaczął mu się układać całkiem spójny obraz wielu działań podporządkowanych nadrzędnemu celowi. Przypomniał sobie, że przed dwoma tygodniami rzucał kośćmi. Podszepty losu. Wniosek z nich płynął taki: „Ktoś lub coś opuści Beresteczko co pozwoli Rollinowi działać, sprowadzić śmierci szwadrony.” Później miasto opuściły dwie zbrojne wyprawy, jedna marszałka, a druga księcia. O ile sprawa urzędników Tarrinaka i Geddiniasza pokazała, że książę Roland może współpracować z Rollinem to marszałek… Na krańcach jego świadomości pojawiły się wyjątkowo mroczne myśli. Miasto opuściła część sił zbrojnych króla, zaś jest w nim armia Rollina. Nagle cel Sędziego stał się jasny. Wilk przerażony aż powstał z posłania. Zamach stanu.
 
6. Christian był zaskoczony obecnością Sonii. Przywitał się zachowując pewien dystans. Ich spojrzenia się spotkały, ale wolał unikać jej wzroku. Nie dlatego by miał coś przeciwko córce Lorda Skarbu, ale nie wiedział jak się wobec niej zachowywać w obecności chłopaków. Nie wiedział też o czym wcześniej rozmawiali. Jego zaskoczenie było tym większe gdy dowiedział się, że będzie im towarzyszyć podczas wyprawy. Nie wiedział co sądzić o tym pomyśle, ale powstrzymał się od jakiegokolwiek komentarza. Co do udziału pseudosmoka nie zgłaszał sprzeciwu. Thovri pokrótce wyjaśnił im, jak zamierza dostać się do domu Rollina. Wyruszyli w drogę gdy słońce właśnie schowało się za horyzontem. Posiadłość nie znajdowała się daleko. Trzeba było przebyć odległość około ośmiuset łokci wzdłuż jednej z głównych ulic – Alei Straży.
- Jak udało ci się uciec? – spytał w drodze Arkus.
- To nie było trudne. Po prostu spakowałam się i wyszłam. – Sonia uśmiechnęła się. – Ojciec nie przydzielił mi osobistego dozorcy niewolników.
- Jak wrócisz nie będzie zadowolony – wtrącił Christian.
- Zaprzysięgłam służącą, że ma mnie kryć.
- A jeśli jednak się dowie? – dopytywał Arkus.
- Niech mnie zamuruje w wieży.[2] Nie dbam o to. Wolę umrzeć niż dać się zniewolić.
Podeszli od północy. O ile przy bramie wjazdowej cały czas stali strażnicy to ogrody rzadko były patrolowane. Przeskoczyli niewysoki murek i znaleźli się na terytorium Rollina. Od portyku na tyłach rezydencji oddzielał ich wysoki na sześc łokci labirynt z żywopłotu, składający się z trzech zachodzących na siebie okręgów.
- Dlaczego idziemy tędy? – spytał Arkus.
- Brama labiryntu znajduje się niedaleko tylnego wejścia. Nie będziemy się rzucać w oczy – wyjaśnił Thovri poprawiając szalik.
- Czy dobrze znasz ten labirynt? – Sonia z niepewnością spoglądała na zielone ściany.
- Byłem w nim kilka razy. Nie znam na pamięć drogi jeśli o to pytałaś.
- To znaczy, że możemy się zgubić? – dopytywała dziewczyna.
- Nie. – Giermek Sędziego pokręcił głową. – Powiem wam coś o labiryntach. Wystarczy zastosować metodę prawej ręki.
- Metodę prawej ręki? – zapytał zaciekawiony Arkus.
- Wchodząc trzymamy się ściany po prawej stronie. Cały czas idziemy wzdłuż niej. Prędzej czy później zawsze dojdziemy do wyjścia.
- A jeśli trafi się i tak w to samo miejsce? – Do rozmowy włączył się Christian.
- To niemożliwe, chyba, że nie stosowało się tej zasady od początku – wyjaśnił Thovri.
Ściany żywopłotu układały się koncentrycznie aż do środków okręgów, w których stały marmurowe pomniki. Łuki łączyły się w niektórych miejscach tworząc długą trasę pośród zielonych ścian. Podążali za Thovrim, który z wyciągniętą dłonią przesuwającą się nad drobnymi listkami pilnował reguły mającej im umożliwić dotarcie do celu. Dość szybko Sonia z pozostałymi chłopcami straciła orientację w tym festiwalu łuków i zakrętów. Pozostało im zdać się na przewodnika i zaufać jego osądowi. Niebo robiło się coraz ciemniejsze. Ściany z żywopłotu rzucały głębokie cienie. Mrok jeszcze bardziej się pogłębił, gdy dotarli do końca labiryntu. Nie mogli oprzeć się wrażeniu, że spędzili w nim długie godziny. Znajdowali się teraz niedaleko tylnego wejścia. Tak jak mówił Thovri. Nigdzie nie było widać strażników. Szybko przemknęli do portyku. Tam raz jeszcze rozglądnęli się dookoła. Chwilę nasłuchiwali przy drzwiach. Krótkim przejściem dostali się na korytarz ciągnący się niemal przez cały budynek. Skręcili w prawo. Na marmurowej podłodze leżał wzorzysty, czerwony dywan. Ściany pokrywały freski i malowidła. Gdzieniegdzie wisiały gobeliny. We wnękach płonęły lampy oliwne. Nagle usłyszeli za plecami śmiechy. Thovri popatrzył za siebie.
- Pokojówki – rzekł szeptem. – Szybko tędy.
Schowali się w jednym z bocznych pomieszczeń. Wstrzymali oddech. Służące chichocząc przeszły obok i udały się w głąb rezydencji. Choć większość służby drżała ze strachu, to tych dwóch kobiet nigdy nie opuszczał dobry humor. Przełożoną przerażało to jeszcze bardziej niż sama osoba Sędziego.
Gdy po chwili odgłosy ucichły, ostrożnie udali się w tym samym kierunku co pokojówki. Potem skręcili w lewo i bocznym korytarzem dotarli do jasno oświetlonego głównego holu. Wysokie kolumny z czerwonego piaskowca wspinały się od podłogi aż po sam sufit drugiej kondygnacji. Pomiędzy nimi w donicach stały palmy. Na Arkusie, Christianie i Sonii niemałe wrażenie zrobiły zgromadzone tu przedmioty. Uwagę dziewczyny przykuła zielonkawa zbroja. Krawędzie jej płyt przechodziły w brąz.
- Nie wygląda jakby była zrobiona z metalu – zauważyła.
- Bo nie jest – wyjaśnił Thovrii. – To zbroja z łusek anghega.[3] Chityna. Odporna na rdzę i lżejsza w porównaniu do stalowych zbroi.
Arkus podziwiał cep bojowy. Łańcuchy łączyły ćwiekowane kule z okutym dzierżakiem.
- Nie możemy tu zostać. Szansa, że ktoś nas nakryje jest tu największa. – Thovri oderwał towarzyszy od przyglądania się artefaktom.
Z północnej ściany holu wychodził korytarz prowadzący do drugiego skrzydła. Niedaleko od jego wylotu znajdowała się komnata, do której zaprowadził przyjaciół. Kiedy zamknął za nimi drzwi Christian zapytał:
- Gdzie jesteśmy?
- W moim pokoju – odparł giermek.
Wyjął z torby lampę oliwną i krzesiwo. Po chwili w jej świetle ukazały się zarysy mebli. Stało tu łóżko, regał i skrzynia. Pod stopami mieli nieduży dywan o kształcie elipsy. Na małym stoliku pod oknem leżały książki, lampa oliwna, kałamarz pisarski i piramidka z kryształu górskiego służąca za przycisk do papieru. Wszystko wyglądało tak, jak zostawił wyjeżdżając z Sędzią do Chalcedonu Zatarkackiego. Najwyraźniej od tamtego czasu nikt tu nie zaglądał. Przez chwilę miał wrażenie jakby przeniósł się w czasie. Ciepły Duzu. W wyobraźni przywołał jasny obraz rezydencji. Uśmiechnięte pokojówki, krzątający się służący, życzliwi strażnicy, dobrotliwy kapitan Gubbaru i Sędzia Rollin. Tamten Sędzia. I jego własny pokój – bezpieczna przystań.
Reszta nie wiedziała co tu robią, ale spokojnie czekali na działania towarzysza. Thovri otwarł wieko skrzyni stojącej pod oknem. Chwilę patrzył na zawartość po czym wyjął drewnianego konika. Poczuł jakby część tożsamości do niego wróciła.
- Co to? – spytała Sonia zauważając zabawkę.
- Jedyna pamiątka po moich rodzicach – rzekł chowając go w zanadrze.
Zgasił lampę i poprowadził przyjaciół z powrotem na korytarz dalej skręcający w prawo. Po lewej mieli pokoje gościnne i jadalnie. Na końcu była kuchnia. Szli ostrożnie gdy gdzieś w jej głębi pojawiło się blade światło. Towarzyszyły mu przytłumione odgłosy kroków.
- Szybko wracamy – szepnął Thovri.
Zaprowadził ich do obszernego salonu. Do środka wpadało tylko nieco rozproszonego światła z korytarza. Ukryli się za sofą, obok marmurowego popiersia skrywającego się wśród liści cibory.[4] Szelest kroków zbliżył się. Dwie postacie przystanęły dokładnie naprzeciwko wejścia komnaty, w której ukryli się młodzi szpiedzy.
- Nie wiesz jak to jest – mówił Sędzia z wyczuwalną odrazą w głosie – wśród tych ludzi, którzy się boją… którzy węszą, podejrzewają. Sss… – ostatni dźwięk, w zasadzie świst wydobywający się z jego gardła, był przerażająco nienaturalny
- Jak na razie wszystko idzie dobrze.
- Poniekąd. Ale te węszące dzieciaki i inni szpiedzy… – ostatnie słowo przeszło znowu w ten złowieszczy świst.
Młodzi siedzieli w kucki stłoczeni za sofą. Sonia poczuła jak Ziomek zaczyna się wiercić. Tylko nie teraz. Włożyła rękę do torby i zaczęła go powoli głaskać. Uspokoił się.
- Wiesz, że się tym zajmę. Nie będą więcej rozpraszać twojej uwagi – obiecywał Gunnar.
Rollin nagle znieruchomiał, wciągnął głębiej powietrze.
- Co?
Wziął jedną z lamp oliwnych stojących w korytarzu i przyświecając sobie zajrzał do salonu. Patrzył, ale nie dostrzegł młodych ukrytych w odległym zakątku komnaty.
- Co? – Gunnar ponowił pytanie.
- Wezwij strażników – polecił odstawiając lampę. – Znowu ktoś kręci się po rezydencji.
- Może czujesz tamtego szpiega?
- O nie. – Sędzia pokręcił głową. – Jest tu ktoś jeszcze.
Obaj udali się  w stronę głównego holu.
- Nie możemy tu zostać, zaraz wrócą – szeptał Christian nad uchem Arkusa.
Powolutku wyczołgali się na korytarz. Tam dopiero powstali z kolan i ostrożnie ruszyli w stronę kuchni. Thovri kątem oka dostrzegł zmiany w jednej z mijanych jadalni. Nagle zawrócił i wszedł do tego pomieszczenia.
- Thovri co ty robisz? Zaraz tu będą strażnicy – rzekł Arkus podążając za nim.
- Coś tu się zmieniło – stwierdził giermek wchodząc do komnaty. – Kiedyś tu była jadalnia.
Z pomieszczenia wyniesiono wszystkie meble. Zamiast nich stały poukładane w równe stosy drewniane skrzynki. Arkus dotknął boku jednej z nich. Na jego dłoni zostały trociny.
- Takie skrzynie wynosili z Dźwięku Gromu – przypomniał sobie. – Pamiętasz Thovri? Wtedy gdy ukrywaliśmy się naprzeciwko lustra.
- Pamiętam – przytaknął chłopak. – Zobaczmy co jest w środku.
- Musimy się śpieszyć, zaraz tu będą – szeptał przynaglając ich Christian.
Giermkowie otwarli jedną ze skrzyń.
- Nie widać wyraźnie. – Arkus przechylił skrzynię by padało na nią światło z korytarza.
- Odpal lampę.
- Nie ma na to czasu. Weźmy ją ze sobą – radził Christian nerwowo spoglądają w głąb holu.
Sonia wyciągnęła dłoń nad skrzynię. Jej ręka świeciła. Arkus dopiero po chwili spostrzegł, że trzyma coś święcącego.
- Co to jest?
- Kamień światła.[5] Wykradłam starszemu bratu. Kiedyś dostał od ojca, ale nigdy go nie używał – wyjaśniła szlachcianka.
W bladoniebieskim świetle dostrzegli znajome zarysy.
- To wygląda jak… kusza – stwierdził Thovri.
- Ale jakaś dziwna – dodał Arkus. – Widzisz te elementy? – Wskazał na drobne koła zębate, przekładnie i spory cylinder pośrodku.
- Jeśli to te same skrzynie… rzemieślnicy. Po to Sędzia potrzebował wybitnych specjalistów. By budowali dla niego te kusze – skojarzył Thovri.
- Ktoś idzie – zaalarmował Christian czatujący przy drzwiach.
- Szybko, schowaj to.
Thovri zasunął wieko i odstawił skrzynię. Wszyscy podążając za Christianem udali się do pogrążonej w mroku kuchni. Tam na czoło wysunął się giermek Sędziego. Zaprowadził przyjaciół do spiżarni. Krętymi schodami na tyłach pomieszczenia zeszli do piwnicy z winem. Tam dopiero przystanęli. Christian wyjął z torby dwie świeczki i zapalił je krzesiwem. Teraz mogli przyjrzeć się piwnicy. Magazyn miał kształt litery L. Na końcu pomieszczenia znajdowało się przejście do rozległego układu piwnic. Pod ścianami, a także pośrodku stały regały zapełnione butelkami.
- Są tu najlepsze wina z winnic likaryjskich, rhynnyjskich, a nawet cestyjskich. O, a tu jest różowe wino z Lirii[6] – wskazał Thovri. – A te – dotknął butelek na pobliskim regale – to wino lodowe[7] z Kree.[8]
- Widzę, że Sędzia lubi też wino Galileich. – Arkus znalazł butelki z odciśniętym w szkle herbem swego rodu.[9]
- Jak mówiłem, jest tu najlepsze taugijskie wino. – Thovri mrugnął do niego okiem. – A tam na końcu jest przejście do innych piwnic.
- Tam idziemy?
- Tu jest cel naszej podróży. Przynajmniej przejściowy – rzekł podchodząc do regałów znajdujących się pod ścianą na lewo od wejścia.
- Christianie pomóż mi to przesunąć – poprosił i dodał widząc, że Arkus też się rwie do pomoc: – ty nie, pamiętaj o ręce.
Kiedy chłopcy odsunęli regał ich oczom ukazała się kamienna ściana pokryta geometrycznymi wzorami rzeźbionymi w kamieniu. Wyżłobienia układały się w finezyjne kształty, rozety, ornamenty spiralne i plecionki.
- Na tej ścianie znajdują się wrota do tajnych podziemi – wyjaśnił Thovri. – Sędzia powiedział mi o nich dopiero pod koniec zeszłego roku.
- No to chodźmy. – Arkus podszedł do ściany.
- Jest tylko pewien problem. Nie wiem jak tam wejść.
- Jak to? Przecież Sędzia ci powiedział…
- Powiedział mi o ich istnieniu, ale nigdy tam nie byłem. Nie mówił też jak się tam dostać za wyjątkiem tego, że trzeba nacisnąć glify strażnicze w odpowiedniej kolejności.
- Thovri… – Arkus kręcił głową z dezaprobatą. – Dlaczego nam wcześniej nie powiedziałeś?
- Właściwie, niewiele by to zmieniło. Zresztą nie jest tak, że nic nie wiem. – Giermek Sędziego bronił się. – Glifów jest dziesięć i kolejnością ich aktywacji rządzi ogólna zasada.
- Jaka?
- Tego właśnie Sędzia nie powiedział. Mówił tylko, że ma związek z mocami… albo bogami.
Arkus przewrócił oczyma. Pierwszy raz działanie przyjaciela wydało mu się nierozsądne. Przyprowadził ich tutaj narażając na niebezpieczeństwo tylko po to, by stanąć przed ukrytymi drzwiami z runicznym zamkiem, którego być może nie w ogóle nie otworzą.
- Spokojnie przyjaciele – rzekł Christian. – Pomyślmy co to może być za zasada.
Arkus podszedł do ściany. Widział tylko plątaninę wyżłobień.
- Ja tu nie widzę żadnych glifów. Nie wiedzę tu nawet zarysu drzwi.
- A ja widzę glify – odezwała się Sonia – popatrz – wskazała – tu jest słońce, o a tu księżyc.
Arkus przyłożył palec we wskazanym miejscu i nacisnął. Kamienny księżyc zagłębił się w ścianę. Coś zazgrzytało, a gdy cofnął rękę run powrócił do poprzedniego stanu.
- Dobrze, widzę dwa, a pozostałe?
- Tu jest jeszcze gwiazda – zauważył Christian.
- Tak, a tu jest waga, miecz, czaszka, dzban, serce, korona i sowa – wymienił Thovri wskazując pozostałe glify.
Przyjaciele popatrzyli na niego.
- No co? Przyznaję, że kiedyś z ciekawości się tu zakradłem i odnalazłem wszystkie glify. Ale wcale nie chciałem wchodzić do środka – zarzekał się.
Pozostali się uśmiechnęli. Takie zachowanie było całkiem do niego niepodobne.
- Skoro wiemy gdzie są wszystkie glify, to zastanówmy się teraz w jakiej kolejności należy je uruchomić. – Christian przemawiał jak Pierwszy Kronikarz prowadzący radę królewską.
Arkus wpadł na pomysł, by wciskać od symbolu oznaczającego największą moc do najsłabszego. Powstała przy tym różnica zdań co do tego, co jest mocniejsze: korona czy miecz i gdzie w tym ciągu umieścić serce i czaszkę. Spróbowali kilku kombinacji. Przy każdym naciśnięciu słychać było zgrzyt, ale przejście pozostało zamknięte.
- Czaszka jest najsłabsza – wnioskował Arkus – to tylko kawałek kości.
- Patrzysz bardzo dosłownie – pokręciła głową Sonia. – Jeśli czaszka symbolizuje śmierć, to jest to bardzo potężny glif.
Chłopcy zaczęli poszukiwać innej zasady. Najwięcej było symboli związanych z niebem, ale pogrupowanie glifów nie przyniosło żadnego rozwiązania. Sonia przyglądała się rzeźbionej ścianie podczas gdy chłopcy żywo dyskutowali. Christian tylko co jakiś czas ich uciszał przypominając, że gdzieś na górze grasują strażnicy. Torba zaczęła się ruszać przypominając o obecności pseudosmoka. Uwolniony Ziomek zatrzepotał skrzydłami i przysiadł na regale z winem rozglądając się po pomieszczeniu inteligentnym wzrokiem.
Wśród glifów nie ma smoka, a to potężny symbol – pomyślała szlachcianka – a jeśli nie chodzi o potęgę?
Zastanowił ją glif sowa. Jedyne zwierzę. Nie pasuje do pozostałych. Czym jest? To symbol Likarii i rodu Varenhorthów. Jest na każdym likaryjskim denarze. Ale jest też atrybutem bogini mądrości i mędrców – Łasophiji. Uśmiech Sonii się rozszerzył. A jeśli jednak chodzi o potęgę. Potęgę bogów? Thovri powiedział, że Sędzia mówił coś o mocy i bogach przecież. Glify są symbolami likaryjskich bóstw, a kolejność wyznacza ich moc?
- Mam pewien pomysł – rzekła, ale została zignorowana przez chłopców. – Słyszycie?!
- Co się stało? – Arkus się do niej odwrócił.
- Popatrzcie na glify. To symbole bogów. Sowa to Łasophija. Księżyc to Selena. Czaszka to Mor. O a tu jest dzban, to przecież wino, czyli atrybut Arveny.
Chłopcy podeszli bliżej. Wyglądało, że ma to sens.
- Dobra, tylko w jakiej kolejności?
- Od największych bogów – wtrąciła Sonia.
- Najwyższy jest Pan Światła czyli – Arkus wodził ręką po ścianie – słońce. Dalej Perun. Ale tu nie ma błyskawicy.
- Atrybutem Peruna jest też miecz, wojna – przypomniał Christian.
Chwilę zajęło przypisywanie symboli do bóstw. Po drodze posprzeczali się jeszcze o kolejność bogów w rankingu potęgi. W końcu się z tym uporali, ale po naciśnięciu glifów nic się nie wydarzyło.
- Hmm… A zapomnieliśmy o jednym. Korona – wskazał Thovri.
- Korona? Atrybutem jakiego jest boga? – zapytał młody Galilei.
- Nie przypominam sobie. – Chłopak zastanawiając się nad odpowiedzią potarł garbaty nos.
- Kilku bogów jest przedstawianych z koronami, ale nie jest to główny atrybut żadnego z nich – rzekł Christian.
- To ślepa uliczka. Te glify nie oznaczają bogów – stwierdził Arkus opierając się o regał z winem.
To fakt, że korony nie dało się przypasować, ale Sonia nie chciał porzucić swojego pomysłu. Nagle doznała olśnienia.
- Korona to symbol władzy, a kto ma najwyższą władzę?
- Pan Światła, ale jego jest słońce, źródło największego światła – zaznaczył Arkus.
- A może nie? – Sonia uśmiechnęła się tajemniczo. – Przecież od samego słońca jest inny bóg. Solar.
- To prawda – przyznał Thovri. – Korona może oznaczać Pana Światła, ale bez odpowiedniej kolejności nigdy nie sprawdzimy czy pomysł z bogami ma sens.
Szlachcianka przystanęła na chwilę kładąc palec na ustach i wpatrując się w ścianę.
- Mam pewien pomysł.
Z namysłem wciskała kolejne glify. Korona, miecz, dzban, waga, słońce, księżyc, gwiazda, sowa, i serce. Przy każdym słychać było zgrzyt. Przed uruchomieniem ostatniego wstrzymała oddech. Wcisnęła kamienną czaszkę i zrobiła krok do tyłu. Przez chwilę panowała cisza. Kiedy Arkus już miał się odezwać coś zaczęło szmerać. Odgłos skomplikowanego mechanizmu stał się głośniejszy. Na ścianie zarysował się ciemniejszy kształt. Kamienna płyta wielkości drzwi o nieregularnych krawędziach cofnęła się ukazując mroczną otchłań. Chłopcy popatrzyli na dziewczynę z zaskoczeniem.
- Jak to zrobiłaś?
- Mówiłam wam, że glify to bogowie. A jeśli chodzi o kolejność to wciskałam tak jak idą dni tygodnia nazwane od imion bogów, a przypadkowo są to ci sami bogowie co przedstawieni przez glify i też jest ich dziesięć – wyjaśniła z satysfakcją patrzyła na zaskoczone twarze towarzyszy. Ziomek sfrunął i usiadł na jej ramieniu.
- To co idziecie ze mną, czy mam iść sama? – dodała biorąc do ręki kamień światła.
 
7. Arisa z Leną bawiły się, która z nich ułoży wyższą wieżę z drewnianych klocków. Wieże wywracały się, ale dziewczynki podejmowały kolejne próby.
- Mamusiu patrz jaka wysoka!
Soraya uśmiechnęła się znad dzierganej robótki. Gregorius siedział przy planszy do rextigatix gdzie jeden ze starszych nauczycieli objaśniał mu zasady gry. Sozypater… Właśnie, gdzie on się podział? – pomyślała lady Rollin. Wyszedł z komnaty. Kiedy? Jakiś czas temu. Na chwilę. Może poszedł do sypialni odpocząć. Wyglądał dziś na zmęczonego.
- Mariko sprawdź proszę czy Sozypater jest w sypialni – poprosiła piastunkę.
Podczas szydełkowania miała dużo czasu na przemyślenia. Sytuacja nieco się uspokoiła. Strażnicy nie nękali ich, choć mogli poruszać się tylko po kilku pokojach. Zastanawiała się co teraz będzie. Czy wszystko wróci do normy? A jeśli to tylko pozorny spokój? Wiedziała, że najemnicy sami nie podejmą decyzji. Muszą sprawę przedstawić Sędziemu. Jak zareaguje na to nieposłuszeństwo? Czy Marcus byłby w stanie ich skrzywdzić? Przeszył ją dreszcz. Nie była wcale pewna czy odpowiedź na to pytanie brzmi „nie”.
Marika wróciła. Nachyliła się nad Soaryą i szepnęła jej na ucho:
- Sozypatera nie ma w sypialni, ani w innych dostępnych komnatach.
- Może jest w ustępie?
- Nie ma, sprawdziłam.
Chwilę trwało zanim do jej świadomości dotarła powaga tej informacji.
- Jesteś pewna? – szeptała.
- Tak moja Pani. Sprawdzałam dwa razy.
- Dziękuje. Może niedługo wróci.
Ale nie wrócił. Minęła kolejna godzina, a Sozypater się nie pojawił. W głowie Sorayi rozpętała się burza. Co mogło się stać? Trzeba go szukać. Zawiadomić strażników niech go… Strażników? Sozypater nie zgubił się w lesie, ani na korytarzach rezydencji. Jeśli zniknął to… uciekł. Co czynić? – rozmyślała gorączkowo. Musi go odnaleźć. Ale jak to zrobić będąc pilnowaną? Kolejna próba ucieczki skazana jest na niepowodzenie. Nie, ochrona rezydencji nie może się o niczym dowiedzieć. Nie wiedziała co planował syn, gdzie był, ani dokąd zmierzał, ale wiedziała, że aby go chronić musi sprawić, by strażnicy jak najpóźniej dowiedzieli się o jego zniknięciu.


[1] Chowaniec – oswojone zwierze towarzyszące potężnym mędrcom, odznaczające się ponadprzeciętną inteligencją i umiejące komunikować się ze swoim panem.
[2] Zamurowanie w wieży, czy szerzej w komnacie, to dawna kara dla niewiernych żon lub kobiet wysokiego stanu, które dopuściły się ciężkiego przestępstwa, na przykład dzieciobójstwa. Bywało, że pod fałszywym oskarżeniem potężni feudałowie więzili tak swe bezpłodne małżonki by przyśpieszyć ich zgon i ponownie się ożenić. Ostatni taki przypadek miał miejsce czterdzieści lat temu gdyż prawo wprowadzone przez Sędziego Rollina zakazywało uwięzienia bez wyroku lub skierowania oskarżenia do sądu królewskiego. Prawodawca Likarii zorganizował niezależne od szlacheckich rodów sądownictwo podporządkowane Najwyższemu Sędziemu i monarsze.
[3] Angheg – przypomina monstrualną modliszkę tyko o wiele potężniej zbudowaną. Pokryty jest twardymi, chitynowymi płytami. Odnóża przypominają nieco łapy pająka i są zakończone ostrymi pazurami. Przednia para jest szczególnie mocno rozbudowana, służy do kopania tuneli, chwytania i walki. Ponadto na głowie posiada dwie długie czułki, dzięki którym wykrywa ruch na powierzchni ze sporej odległości. Występuje w klimacie umiarkowanym na terenach o głębokiej warstwie gleby. Tam gdzie niedaleko pod powierzchnią znajdują się lite skały stwory te nie maja możliwości bytowania.
[4] Cibora – roślina o długich łodygach, ze szczytu których wyrastają długie, wąskie i ostro zakończone liście tworzące charakterystyczny zielony baldachim. Łodyga cibory pocięte na wąskie paski służy do wyrobu materiału piśmienniczego zwanego papirusem.
[5] Kamień światła – drogocenny kryształ jeszcze cenniejszy i rzadszy od kamienia łotrzyków. Emanuje wewnętrznym białym światłem.
[6] Liria – kraina na zachód od Rhynn, a na wschód od Wielkich Gór. Jej północną granicą jest uchodząca do Vermissy rzeka Xevart, zaś południową granicę stanowią szczyty Gór Cestyjskich, za którymi znajduje się kraina elfów.
[7] Wino lodowe – powstaje z winogron zostawionych na krzewach aż do zimy i pierwszych przymrozków. Z zamarzniętych owoców wyciska się słodki sok służący do produkcji wina lodowego. Ze względu na dużą zależność powodzenia produkcji od specyficznych warunków atmosferycznych i wielu innych czynników butelki wina lodowego są niezwykle drogie.
[8] Kree – kraina znajdująca się w sąsiedztwie Wielkich Gór i prowadzącej do wschodniej Taugii Przełęczy Numitora. Południową jej granicą jest Vermissa.
[9] W herbie Galileich znajdował się pęd winorośli w dziobie gryfa.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości