Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Szept Gromu - Rozdziały 16+
#91
W rozdziale 35 Straż Miejska wpada na trop mordercy dzieci. Samotny Wilk analizując raport i poemat Zubina planuje działania mające powstrzymać spisek pod przywództwem Sędziego.

ROZDZIAŁ XXXV – W DOMU GARBARZA

Po wizycie u cyrulika Lord Straży wypoczywał w ramionach żony. Korzystając z pięknej pogody siedzieli na tarasie popijając cydr.
- Zapomniałem ci powiedzieć – rzekł Augusto pomiędzy kolejnymi łykami napoju. – Dostaliśmy zaproszenie do teatru.
- Co to za okoliczność?
- Będzie występować elficka diva. Imienia zapomniałem.
- Aerin. Słyszałam o tym koncercie – przyznała małżonka. – Ona ma cudowny głos. Kilka lat temu była już w Beresteczku. Pamiętasz?
- Ach tak – przytaknął, choć tak naprawdę nie kojarzył tego wydarzenia.
- Ta elficka śpiewaczka potrafi wydać z gardła takie dźwięki, że aż serce drży. – Vescala wspominała tamten występ. – A niektóre dźwięki brzmiały niemal jak grane na flecie. Coś niesamowitego – zachwycała się szlachetna białogłowa. – A jak wyglądała! Miała wtedy taką wspaniałą suknię z lunarnego materiału.[1] Te elfy z Cestii naprawdę mają niezwykły gust. Ich wyczucie smaku, kolorów, kształtu… ach co tu dużo mówić, w końcu to elfy.
- Mój cukiereczku, jeśli tego pragniesz sprowadzę krawca z Cestii by uszył dla ciebie naprawdę elficką suknię.
- O niczym innym nie marzę – roześmiała się lady D’aragon – ale to kosztowałoby fortunę.
- Stać nas – zadeklarował Augusto. – Powiedz tylko słowo…
Vescala uśmiechnęła się odsłaniając rząd równych, białych zębów. W przeciwieństwie do męża, ani raz w życiu nie odwiedziła cyrulika. W tym momencie na taras wszedł służący.
- Wybacz mój Panie, że przeszkadzam, moja Pani – ukłonił się także w kierunku lady D’aragon. – Strażnik imieniem Roykin mówi, że ma dla ciebie niezwykle pilne wieści.
- Piękne łydki? Oby to rzeczywiście było coś ważnego. No dobrze – powiedział głośniej. – Zobaczmy cóż to za niezwykle pilne wieści.
Służący poszedł po niespodziewanego gościa.
- Myślałam, że dziś odpoczywasz od pracy? – zapytała lady D’aragon.
- Ja też. Ale widzisz – praca nie odpoczywa ode mnie.
Sługa wprowadził na taras Roykina.
- Wybacz Panie, że przeszkadzam, ale chyba chciałbyś to wiedzieć.
- Mów – przyzwolił Augusto.
- Pół godziny temu w podgrodziu nad Isanną został porwany kolejny chłopiec wprost z pod domu. Matka widziała porywacza.
Augusto szybko wstał, podszedł do żony i ucałował ją w czoło.
- Wybacz kochanie, ale to nasza szansa na złapanie mordercy dzieci, który od pewnego czasu grasuje w Beresteczku.
Vescala popatrzyła ze zrozumieniem za oddalającym się mężem. Augusto nawet się nie przebrał. Zapiął tylko pas, dosiadł konia i pogalopował z Roykinem nad Isannę.
 
2. Dom, obok którego rosły trzy jesiony, stał kilkaset stóp od rzeki. Wzgórze porośnięte krzakami opadało w jej stronę. Widać stąd było kamienistą plażę. Matka chłopca ze łzami w oczach opowiadała o porwaniu. Wokół zebrała się rodzina i sąsiedzi. Kobieta wysłała syna po wodę nad rzekę, zaraz sama też miała się tam udać. Gdy wychodziła z domu z przerażeniem zobaczyła, jak jakiś mężczyzna uderza jej syna drewnianą pałką, a następnie wkłada do czarnego worka. Krzyczała, ale na nic się to zdało. Mężczyzna przerzucił chłopca przez ramię i ruszył wzdłuż rzeki na północ w stronę zakładów garbarskich. Kobieta pobiegła nad rzekę, ale porywacz już nie było. Zawiadomiła przypadkowo spotkany patrol Straży.
- Sprawdziliśmy te garbarnie. Obserwowaliśmy je już wcześniej z twego rozkazu – relacjonował Fostyrr – i nie zauważyliśmy niczego podejrzanego. To duże pracownie zrzeszające po kilku rzemieślników. Chłopca tam nie ma.
- Nie dziwię się. Garbarz którego szukamy nie jest aż tak głupi by porywać dzieci trzy kroki od własnego domu.
- Skąd wiecie, że to garbarz? – wtrącił się ojciec porwanego chłopca.
- Bo to nie pierwszy raz – odparł Augusto. – Ten człowiek porwał i zabił już co najmniej dwóch chłopców.
Słowa Lorda Straży wywołały jęk przerażenia u zebranych krewnych dziecka.
- Nie drżyjcie ze strachu. Nigdy nie zabija swoich ofiar natychmiast. Jeśli szybko znajdziemy porywacza jest duża szansa, że chłopak przeżyje.
- Poprzednie porwania też miały miejsce w tej okolicy – przypomniał Roykin – a ciała znajdowaliśmy u zbiegu rzek.
- Co nam pozostaje? – spytał Augusto choć już znał odpowiedź.
- Brzeg Libarinny – powiedział Fostyr.
- I tam jedziemy. Roykin wezwij wszystkich, którzy obserwowali garbarzy w tamtej części miasta.
 
Wybrzeże Libarinny w przeciwieństwie do podgrodzia nad Isanną było zabudowane podobnie jak kwartały wewnątrz białych murów. Brukowane ulice, równe rzędy kamienic. Z powodu charakteru dzielnicy, władze od jakiegoś czasu rugowały stąd śmierdzące interesy typu pralnie czy garbarnie. Ulice biegły równolegle do murów schodząc tarasami w stronę rzeki. W dzielnicy zapanowało poruszenie. Tuzin strażników rozbiegł się po okolicy wypytując mieszkańców i przechodniów.
- Tamtego garbarza przesłuchujemy, tamtego już sprawdziliśmy, a tam… niżej są jeszcze dwa zakłady – raportował jeden z nich.
Augusto wraz z Roykinem stali na środku ulicy. Lord Straży rozglądał się wokoło. Szereg drewnianych domów na podmurówce ciągnął się wzdłuż murów. Na ulicy strażnicy rozmawiali z przechodniami. W oknach kilku domów pojawili się ciekawscy mieszkańcy. W jednym okiennice się zamknęły Były pomalowane brązową, łuszczącą się farbą. Na piętrze kolejnego, w oknie oparta o parapet siedziała kobieta. Mocno umalowana. Firanka za jej plecami drżała. W oknie następnego przemknął jakiś cień. Z naprzeciwka powoli zbliżał się wóz. Koło niego szedł starszy mężczyzna z workiem warzyw na plecach. Ogórków, to były ogórki. Na dachu domu poniżej siedziało stado gołębi.
- Co widzisz Panie? – zagadnął Roykin.
- Wszystko… i równocześnie nic godnego uwagi.
Podeszła do nich lekko przygarbiona kobieta w średnim wieku. Miała na sobie koronkową narzutkę w kolorze wypłowiałego błękitu.
- Miejscowa plotkara – ostrzegł szeptem znający ją Roykin.
- Czego szukacie?
- Nie przeszkadzaj kobieto – strofował ją młody strażnik.
- Szukamy garbarza. – Augusto uciszył go gestem.
- Jakiego? Znam tu wszystkich trudniących się tym śmierdzącym rzemiosłem.
- Innego niż wszyscy. – Lord Straży utkwił w kobiecie wzrok. – Czy zauważyłaś by któryś z nich zachowywał się inaczej niż zwykle? Dziwnie?
- Wszyscy mają swoje dziwactwa, zwłaszcza w tym fachu – roześmiała się kobieta. – Choć z nich wszystkich najdziwniejszy jest Glossen.
- Co w nim dziwnego?
- Zawsze był trochę… – Kobieta zrobiła palcem kółko na czole. – Od miesiąca nie przyjmuje żadnych zleceń. Chwalił się, że ma jakieś duże zamówienie, dzięki któremu będzie bogaty. Tu niżej ma zakład, ale go tam nie znajdziecie. Dawno go nie używa. Mieszka tam – wskazała kobieta – przy murze.
- Roykin zbierz ludzi, szybko! – polecił Augusto.
 
3. Piętrowy dom z szarego kamienia wkomponowanego w drewniany szkielet, stał przytulony do muru miasta. Dach miał zrobiony z czerwonej dachówki opadającej w stronę drogi. Świadczyło to o zamożności mieszkającego w nim rzemieślnika. W pośpiechu Roykin nie zdążył poinformować wszystkich toteż wchodząc do domu garbarza towarzyszył Lordowi Straży tylko z trzema innymi rekrutami. Drzwi były otwarte. Pokoje wyglądały dosyć zwyczajnie; łóżko, skrzynie, stół, krzesła, palenisko.
- Przeszukajcie piętro – polecił lord D’aragon.
Roykin ze strażnikami udali się schodami na górę. W tym czasie Augusto przechadzał się po kuchni. Przebijał tu specyficzny zapach i nie był to zapach pieczonego chleba czy gotowanego mięsa. Dostrzegł klapę w podłodze. Uniósł ją za pomocą żelaznej obręczy. Uderzyła go nieprzyjemna woń garbarni. Zszedł po drabince na niższy poziom. Na ścianach wisiało pełno narzędzi, było też kilka rozciągniętych skór. Nieprzyjemny zapach przez nozdrza wbijał się w mózg. Augusto starał się zachowywać bardzo cicho gdyż z sąsiedniego pomieszczenia doszły go jakieś szmery. Podszedł bliżej. Ściany kolejnej komnaty ukryte były za czerwonymi kotarami. Pośrodku pomieszczenia przez obity skórą kozioł przerzucony był nagi chłopiec. Usta miał zakneblowane, ręce i nogi związane. Koło niego stał garbarz. Mężczyzna średniego wzrostu ubrany w kaftan z baraniej skóry. Przesuwał opuszkami po łopatce chłopca jakby podziwiał delikatny gobelin.
- Twojej skóry nie potrzebuję już do pracy, ale jest tak miła w dotyku. – Garbarz wodził wzrokiem za swoimi palcami. –  Jeszcze kilka dni się nią nacieszę.
Palce garbarza sunęły wzdłuż kręgosłupa ofiary. Augusto zacisnął dłoń na rękojeści miecza. W pomieszczeniu rozległ się dźwięk dzwoneczka.
- Ach klienci – westchnął garbarz. – Szybko się z nimi rozliczę i już do ciebie wracam.
Mężczyzna otworzył skrzynię stojącą pod ścianą i wyjął z niej jakiś wolumin. Augusto dostrzegł, że księga była oprawna w skórę barwioną na czarno, którą na okładce uformowano w kształt przypominający czaszkę. Garbarz wziął też nasiekaniec.[2] Następnie przesunął dywan znajdujący się w kącie pomieszczenia. Pod nim ukryte było przejście. Gdy Glossen zniknął we włazie Augusto podszedł do chłopca. Położył mu wielką dłoń na ramieniu. Chłopak drgnął i odwrócił głowę w jego stronę.
- Jestem Lordem Straży, niedługo cię uwolnię.
W oczach przerażonego dziecka pojawiła się nadzieja, usiłował coś powiedzieć, ale knebel mu to uniemożliwiał. Augusto położył palec na ustach. Odczekał chwilę i ruszył za garbarzem. Uderzył go odór zgnilizny. Przecisnął się przez właz. Przejście schodziło kilkanaście stóp w głąb miejskiego wzgórza prowadząc do wąskiego korytarza wyrytego w ziemi i glinie. Augusto wciągnął brzuch by nie rysować nim po ścianach wykopu. Po dwóch zakrętach doszedł do wyłomu w kamiennej ścianie. Po zapachu poznał, że to przekop prowadzący do miejskich kanałów. Zza rogu ostrożnie obejrzał pomieszczenie, do którego doprowadził go korytarz. Środkiem komnaty rozświetlanej przez kilka pochodni płynęła rzeka ścieków. Lord Straży obserwował transakcję. Garbarz rozmawiał z drugim, ubranym w czerń mężczyzną. Przekazał księgę w zamian otrzymując pełną sakiewkę. Mężczyzna w czerni zawinął wolumin w płótno i ostrożnie położył w płaskodennej łodzi przycumowanej do brzegu. Augusto dobył miecza i ruszył w ich kierunku.
- Stać w imieniu prawa!
Garbarz popatrzył przestraszony na nieproszonego gościa. Jego kontrahent natychmiast wskoczył do łodzi i odepchnął ją żerdzią umykając w kanał ściekowy.
- Czemu oni nigdy nie słuchają? – powiedział do siebie lord D’aragon.
Garbarz wyciągnął wekierę i cofnął się kilka kroków.
- Słyszałeś głupcze? Rzuć broń na ziemię albo znajdzie się na niej twoja głowa! – grzmiał Augusto.
- Kim jesteś?
- Lordem Straży. Aresztuję cię za porwania i morderstwa.
- Żywcem mnie nie weźmiesz! Nie teraz gdy jestem bogaty! – Garbarz uderzył pierwszy.
Augusto odparował jego cios i ruszył do ataku. W dwóch cięciach pozbawił go broni, która z hukiem poleciała odbijając się po kamieniach. Garbarz upadł na plecy, ale szybko odwrócił się i na czworakach rzucił za uciekającą bronią. Augusto szedł do niego bez pośpiechu.
- Masz jeszcze szansę się poddać.
- Nie jestem głupi! – Glossen z nasiekańcem w ręku wstał. – Nie oddam głowy za darmo.
- Jak chcesz – powiedział ze złością Augusto rezygnując z pojmania go żywcem.
Znowu zwarli się w walce. Kolejne dwa cięcia trafiły garbarza w ramię i łokieć. Klnąc głośno wypuścił broń z ręki. Przecięte żyły krwawiły obficie. Augusto już się zamachnął by skrócić go o głowę, ale powstrzymał uderzenie.
- Plebejusze z uciechą będą patrzyć na twój czerep toczący się spod katowskiego topora. Wcześniej jednak powiesz dla kogo pracujesz.
- Nigdy!
- Mamy w straży sposoby by zmusić takich jak ty do mówienia.
Z tyłu dobiegły odgłosy kroków. Augusto obejrzał się przez ramię. Zza winkla wychynęli strażnicy. Garbarz w tym czasie sprawną ręką dobył z zanadrza niewielką buteleczkę. Odkorkował ją zębami i wypił zawartość. Gdy Augusto to dostrzegł kolejnym ciosem uderzył we flakonik raniąc przy okazji garbarza w dłoń. Ten zamiast jęczeć z bólu zaczął się pogardliwie śmiać.
- Jeszcze trochę, a dzięki mojemu dziełu będziecie umierać w męczarniach!
Glossen trząsł się, z ust wydobywała mu się piana. Po chwili upadł i skonał.
- Co się stało? – Do ciała przypadł Roykin.
- Wypił truciznę. Szkoda. – Augusto przyglądał się martwemu mężczyźnie. – Miałem ochotę przebadać go na torturach. Zobaczcie co miał przy sobie. Powinien tam być worek ze złotem. Sprzedał jakąś księgę przemytnikowi, ale nie zdołałem go dopaść – powiedział spoglądając w otchłań kanału.
Roykin przeszukał ciało. Z jego zanadrza wyciągną sakiewkę. Otwarł ją i wysypał zawartość na martwą pierś rzemieślnika.
- To rhynnyjskie złote dukaty. Z wizerunkiem Aristo Bystrookiego – zauważył.
- Widocznie jego klient był rhynnyjczykiem – skomentował Fostyr.
- Co z chłopakiem? – spytał Augusto.
- Uwolniliśmy go i okryliśmy kocem. Powiedział nam gdzie poszedłeś.
- Ciężko będzie złapać jego klienta – powiedział Roykin. – Mógł popłynąć kanałami gdziekolwiek.
- Mniejsza z tym – odparł Lord Straży – ważne, że ten padalec nie żyje – wskazał na garbarza. – Jednej szumowiny w mieście mniej. Ale sprawdźcie wyloty kanałów. A nuż natkniecie się na niego.
- Co z nim zrobić? – Fostyr wskazał na zwłoki mordercy.
- Niech  zgnije. Weźcie złoto i złóżcie je w depozycie. Zbierajmy się. Nic tu po nas – polecił.
Chciał jak najszybciej opuścić cuchnące kanały. Przed domem natknął się na Ryhora.
- Słyszałem w Straży, że szykuje się jakaś akcja i po śladach dotarłem tutaj.
- O Ryhor, spóźniłeś się na najlepsze. Złapaliśmy mordercę dzieci. Niestety nie przeżył.
- Czy zanim zginął powiedział do czego potrzebował ludzkiej skóry?
- Nie, ale zastałem go na transakcji z pewnym typem, który niestety nam umknął. – Augusto dosiadł konia. – Jadę do domu, jeśli chcesz wiedzieć co się stało zapytaj Piękne Łydki, albo jedź ze mną.
- Pojadę z tobą Panie.
Ruszyli w stronę elfickiej rezydencji D’aragonów.
- Z podziemi jego domu było przejście do kanałów – podjął opowieść Augusto. – Opryszkowi w kanałach sprzedał księgę oprawioną w skórę barwioną na czarno. Mam nieodparte wrażenie, że nasz garbarz oprawił ją w skórę z tego zamordowanego chłopca.
- To okropne – pokręcił głową Ryhor. – Mówiłeś, że jego klient uciekł?
- Tak, ale wcześniej mu zapłacił. Oj zapłacił. W złotych rhynnyjskich denarach.
- Może jeszcze o tym usłyszymy.
- Tak też zapewniał mnie garbarz w ostatnich słowach po tym jak łyknął truciznę.
- Księga mogła nie należeć do niego. Dostał tylko zlecenie by ją oprawić – snuł przypuszczenia kapitan.  – Ale czy rhynnyjczycy nie mieli u siebie żadnego garbarza?
- Może dopiero u nas znaleźli tak niegodziwego osobnika albo znali go dużo wcześniej. Nie wiem Ryhorze. – Augusto kręcił głową.
Przez chwilę jechali w ciszy.
- Ważne, że nie będzie następnych porwań i morderstw – odezwał się w końcu Ryhor. – A jeśli przy porwaniach jesteśmy, to dowiedziałem się kto jest właścicielem Dźwięku Gromu.
- Nie kompania handlowa?
Ryhor pokręcił głową.
- Mój kontakt w kompanii powiedział, że już kilka miesięcy temu sprzedali gospodę.
- Komu?
- Nie był zbyt wylewny, tego mi nie zdradził. Ale dowiedzenie się tego nie było trudne. Zajrzałem do archiwów miejskich nieruchomości w ratuszu. Nie zgadniesz kto ją nabył.
- Nie zgadnę. – Augusto nie miał nastroju do bawienia się w zagadki. – Mów.
- Marcus August Rollin D’aragon – powiedział wręcz z namaszczeniem kapitan.
- Właścicielem gospody jest Sędzia Rollin? – Augusto był więcej niż zaskoczony.
Ryhor tylko pokiwał głową.
- Ta sprawa przestaje mi się podobać.
- Co teraz zrobisz Panie?
- Teraz? Jadę do domu i mam zamiar dokończyć przerwany wypoczynek na łonie rodziny.
- A ze sprawą rzemieślników?
- Obserwujcie karczmę, ale bez gwałtownych ruchów. Muszę to dokładnie przemyśleć.
Augusto skręcił do siebie na rozstaju dróg przy zamku. Powrót w objęcia ukochanej żony był jedynym, czego teraz pragnął. Ryhor pojechał dalej do siedziby Straży.
 
4. Wilk wrócił do swoich komnat i dokładnie zamknął za sobą drzwi. Obszedł wszystkie pokoje jakby chciał się upewnić, że w żadnym kącie nie czai się asasyn. Usiadł za biurkiem i położył na nim raport profesora Rotoi i poemat Zubina. Przez chwilę nie wiedział, na którym z nich ma skupić uwagę. Pragną wejrzeć w oba. Przypomniał sobie bajkę dla dzieci, w której osioł nie mógł się zdecydować nad wyborem karmy, aż w końcu pośród jadła padł z głodu. Czy jestem jak ten osioł? – spytał sam siebie. Odsunął inskrypcję ze Świątyni Żywiołów. To przypadek – pomyślał – Raport jest teraz ważniejszy. Wziął do ręki plik zszytych ze sobą pergaminowych kart sygnowanych symbolem Ministerstwa Handlu. Zgłębił się w lekturze. Z tekstu wyłaniał się obraz przestępczej szajki mającej swoich ludzi we wszystkich najbardziej dochodowych manufakturach oraz w samym ministerstwie. Padały konkretne imiona, miejsca, zdarzenia i liczby. Rachmistrzowie, zarządcy, urzędnicy. Dokument nie wskazywał nikogo wysokiego rangą. Ale wszyscy ci ludzi musieli mieć kogoś, kto koordynował ich działania. Wśród wymienionych osób było kilka, które mogły pełnić kierownicze funkcje w spisku. Wilk postanowił jak najszybciej naradzić się z Lamberthem. Schował raport w zanadrze, wziął laskę i otwarł drzwi. Zlustrował korytarz – był pusty. Jeśli wyjdzie przez halę przepisywaczy, ktoś może go śledzić. Na przykład fałszywy skryba. Poszedł w drugą stronę. Przez galerię przeszedł do budynku rektoratu i wyszedł jego bramę upewniając się raz jeszcze, że nikt go nie szpieguje. Szybko przemknął ulicami miasta wprost do kamienicy przyjaciela. Wchodząc na dziedziniec ujrzał gospodarza oraz giermków sposobiących się do podróży.
- Profesor Soteriusz. – Arkus pierwszy go dostrzegł.
- Wilku, co za niespodzianka! – Lamberth siedział na grzbiecie kabirskiego ogiera. – Co cię tu sprowadza?
- Pilne sprawy mój przyjacielu. Czas upadku Likarii jest bliski. Wszedłem w posiadanie raportu, przez który zginął rektor. Musimy dziś koniecznie się spotkać.
- Powiedz kiedy, starcze. Jestem do twojej dyspozycji – zadeklarował rycerz.
- Wieczorem w moich komnatach. Ale uważajcie, jestem obserwowany, ktoś infiltruje Uniwersytet. Bądźcie o zmierzchu przy wrotach rektoratu. Przyjdźcie pieszo. Wprowadzę was do środka. A teraz wybaczcie, mam jeszcze dużo rzeczy do zrobienia.
 
5. Profesor sprawdzając kilka przypuszczeń spędził sporo czasu chodząc po Beresteczku. Zamierzał wrócić do swoich komnat taką samą drogą jaką je opuścił. Na dziedzińcu ujrzał jednak Christian, który tyle co wrócił ze Wzgórz Griega.
- Witaj mój uczniu. – Starzec wziął chłopaka w objęcia. – Jak wyprawa?
- Ogólnie dobrze. Mam ci tyle do opowiedzenia mistrzu.
- Ja tobie również. Chodźmy.
Przeszli przez sam środek sali przepisywaczy. Wilk kątem oka dostrzegał, że fałszywy skryba siedzi na tym samym miejscu. Gdy zbliżali się do schodów odezwał się do Christiana:
- Ja też podróżowałem gdy cię nie było. Odnalazłem Geddiniasza. Miał raport.
- Zdobyłeś go mistrzu?
- Nie bez trudu. Musiałem go zabić, bo nie chciał się z nim rozstać.
Obaj weszli na schody.
- Zabić? – dopytywał uczeń.
- Był agresywny, rzucił się na mnie z siekierą. Zresztą wszystko ci opowiem na górze.
Po wejściu do komnat starzec dokładnie zamknął drzwi i przeszukał wszystkie pokoje. Christian był zaskoczony zarówno słowami jak i zachowaniem mistrza.
- Czy wszystko w porządku?
- Jestem obserwowany – odparł. – Ludzie, którzy zabili rektora już wiedzą, że mam raport.
- Skąd?
- Przed chwilą im powiedziałem.
Twarz Christiana wyrażała wielki znak zapytania.
- Przy schodach gdy pytałeś mnie o wyprawę – wyjaśnił mędrzec. – W sali przepisywaczy siedzi fałszywy skryba, który jest agentem tych morderców jak mniemam.
Wilk odstawił laskę i podszedł do biurka.
- Czemu więc to powiedziałeś? – zapytał chłopak, któremu słowa mistrza przyśpieszyły puls.
- Aby odwrócić uwagę od Geddiniasza.
- Od tego, że musiałeś go zabić?
- Christianie, nie zabiłem go. Ale jeśli oni będą tak myśleć to przestaną go szukać. Obiecałem mu, że będzie bezpieczny.
Teraz dopiero słowa mistrza nabrały dla chłopaka sensu.
- Niedługo przybędą tu Lamberth z Arkusem i Thovrim. Wszystko wtedy wyjaśnię gdyż nie chce mi się opowiadać dwa razy tego samego. A teraz Christianie bądź tak dobry, zrób mi coś do picia i opowiedz jak przebiegła twoja wyprawa na Wzgórza Griega.
Gdy Christian przygotowywał herbatę Wilk lepiej mu się przyjrzał.
- Chłopcze, wyglądasz jakbyś się dostał pod kopyta wściekłego konia.
Christian uśmiechnął się.
- Prawie tak było. Dostałem się w ręce bandytów. – Uczeń powoli zalewał zioła gorącą woda. – Zaraz ci mistrzu wszystko opowiem.
 
6. Mrok pokoju przełamywała już tylko jedna lampa oliwna. Arisa i Lena pogrążały się we śnie. Lady Soraya szeptem kończyła recytować wierszyk dla dzieci:
 
(…) Cicho chrapie mały miś
Poda łapkę biały ryś
Słonko już położyło się spać
By jutro wcześnie wstać
Do snu utuli cię światło księżyca
Już kolorowe sny śni twoja źrenica
Więc śnij słodkie sny kochanie
Nim słonko jutro rano wstanie
 
Popatrzyła jeszcze chwilę na śpiące dziewczynki, wzięła lampę i opuściła komnatę. Poszła do pokoju zabaw gdzie przebywali chłopcy. Zauważyła, że od czasu rozmowy w sadzie jej pierworodny stał się spokojniejszy i pogodniejszy. Wspierał ją w opiece nad rodzeństwem i znów potrafił oddawać się różnym zabawom w chwilach beztroski. Sozypater podobnie jak piastunki był już wtajemniczony w plan ucieczki. Soraya musiała o wszystkim powiedzieć jeszcze jednej osobie. Weszła do pokoju zabaw. Chłopcy z wyrzeźbionymi w drewnie, figurkami żołnierzy odgrywali sceny batalistyczne. Czuwał nad nimi Marius.
- No chłopcy, pora kłaść się spać. Schowajcie rycerzy do skrzyni i marsz do sypialni.
Chłopcy posłusznie schowali zabawki i udali się na spoczynek. Za nimi wychodził Marius, ale Soraya go zatrzymała.
- Poczekaj Mariusie, chciałabym z tobą porozmawiać. Proszę usiądź. – Wskazała na jeden z foteli stojących w pokoju. Sama usiadła na drugim.
Nauczyciel czekał w skupieniu. Nie miał pojęcia o co może jej chodzić.
- Mariusie, nie zważaj na to co się dotąd wydarzyło. Nie zamierzam udawać. Jesteśmy tu uwięzieni z polecenia mojego męża. Obawiam się, iż może grozić nam niebezpieczeństwo.
- Niebezpieczeństwo? Co masz na myśli Pani?
- Mam złe przeczucia. Powzięłam już decyzję Mariusie.
- Jaką decyzję?
- O ucieczce z tego miejsca.
Serce nauczyciela przyśpieszyło. Nie wnikał dotąd głębiej w motywy decyzji Sędziego, by umieścić tu Sorayę z dziećmi. Z początku wydawała mu się dziwna tylko liczba straży, później także obostrzenia, ograniczenia co do czasu spędzanego poza rezydencją. Zdążył się już do tego przyzwyczaić. Ostatnio inne też sprawy zaprzątały jego głowę. Ale to prawda. Rodzina Sędziego była tu więziona. A on razem z nimi w pewnym sensie.
- Dlaczego mi to mówisz?
- Chcę uciec razem z dziećmi i piastunkami, i… tobą Mariusie. Potrzebuję twojej pomocy.
Nauczyciel nie był pewien jak rozumieć tę wypowiedź. Czy była to zawoalowana deklaracja jakiegoś uczucia, czy wtajemnicza go tylko dlatego, że potrzebuje pomocy w ucieczce?
- Na czym ta pomoc miałaby polegać?
Do pokoju wszedł doberlot i leniwie zaczął się łasić przy nogach lady D’aragon.
- Od kilku tygodni obserwuję strażników. Wiem kiedy zmieniają warty, wiem jakie mają nawyki. Chcemy uciec jutro w nocy. Najlepszy moment będzie między drugą a trzecią strażą. Piastunki zajmą się dziećmi. Musimy dotrzeć do przystani nad rzeką, która płynie za wrzosowym wzgórzem. Tam na pewno stoi łódź. Trzeba ją przygotować. I to zadanie dla ciebie. – Soraya zamilkła na chwilę by wziąć na kolana doberlota. – Dziś o północy służbę przy zachodnich drzwiach pełnić będzie taki strażnik z rudą brodą, nie znam jego imienia. Ostatnio cierpi na zapalenie pęcherza i kilkanaście razy w ciągu służby wychodzi za potrzebą. Łatwo będzie się więc wymknąć z rezydencji i wrócić. Zaniesiesz trochę rzeczy i żywności na przystań i przygotujesz łódź do drogi.
- Wszystko przemyślałaś moja Pani.
- Od tygodni nie myślę o niczym innym. Czy mogę liczyć na twoją pomoc?
Nastał chwila ciszy. Marius podniósł wzrok na Sorayę i z wolna pokiwał głową.
- Dobrze, chodź. Pokażę ci co musisz zabrać.
Soraya miała już przygotowany pakunek. Wręczyła go nauczycielowi i oboje poszli zaczaić się niedaleko zachodnich wrót. Gdy strażnik poszedł za potrzebą Soraya wysłała Mariusa na przystań jednocześnie instruując, którędy ma przemknąć w drodze powrotnej by niepostrzeżenie wrócić. Gdy nauczyciel zniknął w ciemnościach zadowolona wrócił do swojej komnaty. Jeszcze tylko jeden dzień.
 
7. Zapadł zmierzch. Dziedziniec Uniwersytetu był pusty. Lamberth z Thovrim i Arkusem przybyli pieszo, tak jak prosił Wilk. Podeszli do wrót rektoratu. Zanim zdążyli chwycić za kołatkę, drzwi otworzyły się i ukazał się w nich Christian.
- Chodźcie za mną – powiedział zamykając za sobą drzwi.
- Mieliśmy się spotkać w komnatach Wilka – przypomniał Arkus.
- Zmiana planów. Mistrz uznał, że nie byłoby to bezpieczne.
Poprowadził ich do parku, do najdalszych zakątków prywatnych ogrodów rektora. Nad horyzont wzniósł się krwawy księżyc oświetlając ścieżkę niepokojącym blaskiem. Wśród drzew i krzewów zaczęła zbierać się mgła. Christian przystanął przy starej lipie oplecionej przez bluszcz. Nieopodal skryta wśród mchów i zielonych pnączy stała stara kaplica. Jej wnętrze rozświetlało kilka lamp oliwnych. Przy ołtarzu czekał już Samotny Wilk. Mędrzec przywitał ich i poczęstował kubkiem wina.
- Jak już wiecie wszedłem w posiadanie dokumentu, który był powodem śmierci rektora Rotoi. Zanim jednak przejdziemy do raportu chciałbym wam powiedzieć o czymś innym. Nim przyszliście miałem czas na analizę zaginionego poematu Zubina, który mówi o naszych czasach. Nie będę wyjaśniał jak wszedłem w jego posiadanie bo to nie istotne. Istotna jest jego treść, zwłaszcza dla zidentyfikowania tego, z którym przyjdzie nam się zmierzyć. Jednoznacznie wskazuje na Sędziego Rollina.
Wilk uniósł kartkę pergaminu i przyświecając sobie lampą zacytował:
 
W roku upadku zielony smok spustoszy białe mury
Podpali gmachy dostojnych, porwie narodów klejnoty
Gęsty dym wzniesie się ze stoków złotej góry
Nim nadejdą niedogodności jesiennej słoty
 
- Początek brzmi jak nawiązanie do czasów Khufu, ale całość nie pozostawia złudzeń. Zielony Smok to Sędzia Rollin – stwierdził z przekonaniem mędrzec. – Liczne porwania znamienitych rzemieślników, które miały miejsce tego lata zarówno w naszym kraju jak i za granicą to „porywanie klejnotów narodów”. Nakłada się to na przesłanie proroctwa wody:
 
Nemeria w miesiącach ognia porzucona przez sprawiedliwego
W miesiącach wiatru ronić będzie łzy w kamiennym ogrodzie
W miesiącach ziemi porwą ją szaty fałszywego świętego
Nadzieja dla niej tylko w tym który przychodzi po wodzie
 
- Rok upadku to dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty rok c. e. u. – podsumował mędrzec.
- Jesteś pewien? – zapytał Czarny Rycerz.
- Przyjacielu, czyż nie dostrzegasz tego? Siatka ludzi łupiących królewskie manufaktury, asasyni mordujący najznaczniejszych obywateli, zaginięcia rzemieślników od Nakszame-Re po Cestię, polityka prowadząca do chaosu? Kto jest tak potężny by mógł tym kierować? Już nie chodzi tylko o proroctwa, ale wiele śladów wskazuje na twego brata.
- Wiem starcze – przyznał Lamberth – ale nie wiesz jak trudno się z tą myślą pogodzić.
- Mój przyjacielu, im szybciej się na to zdobędziesz tym szybciej będziesz mógł zacząć działać, a niewiele nam czasu zostało. – Wilk nie pozostawiał rycerzowi złudzeń. – Nie możemy bezradnie przyglądać się, jak Sędzia prowadzi nasz kraj do upadku. Wkrótce dopełni się znak: dym ze Złotej Góry. To musi nastąpić, a my musimy działać.
Rycerz odszedł na bok. Umysłem wiedział, że to prawda, ale słowa Wilka raniły jego serce.
- Ale co czynić profesorze? – zapytał Thovri.
- Wskazówki co do tego znalazłem w raporcie. Ale po kolei. Raport odkrywa istnienie zorganizowanej grupy ludzi rezydujących w różnych instytucjach, którzy zajmują się wyprowadzaniem z nich złota. Podaje konkretne imiona, miejsca, zdarzenia i sumy. Przy jednym z uczestników spisku zaintrygowała mnie uwaga, pozornie bez znaczenia. Oprócz bycia ekonomem w jednej z królewskich kuźni pracuje jednocześnie w gospodzie Dźwięk Gromu. Do niego bezpośrednio trafiało złoto od niektórych spiskowców. Domyślam się, że przez gospodę przechodził transfer pieniędzy.
- Do kogo? – spytał Christian.
- To właściwe pytanie. Domyślam się jednak, że jest to powiązanie z Rollinem.
- To miejsce o złej reputacji – rzekł Lamberth pozostając cały czas odwrócony od lamp rozświetlających wnętrze. – Oprócz czterech pięter podobno posiada kilka podziemnych poziomów i połączenie z kanałami miejskimi.
- Dobre miejsce do prowadzenia ciemnych interesów – dodał Wilk. – Musimy się tam rozejrzeć. Zobaczyć co kryją czeluście tej gospody.
- Kiedy wyruszamy? – Kolejne pytanie zadał Arkus zafascynowany zbliżającą się możliwością uczestniczenia w tajnej misji dla dobra Likarii.
- Jutro wieczorem. Będzie tam zabawa. Możemy to wykorzystać by niepostrzeżenie dostać się do środka. Jeśli to placówka przestępczych działań Rollina, na pewno będzie obstawiona przez jego ludzi. Ubierzcie się jak zwykli mieszczanie, tak by nie wyróżniać się zbytnio – poradził Wilk. – To wytworna gospoda więc lepiej nie bierzcie broni bo mogłoby to wyglądać podejrzanie.
- Nigdy!
Wszyscy z zaskoczeniem popatrzyli na Arkusa.
- Po napadzie na moście przysiągłem sobie, że więcej nie rozstanę się z mieczem – wyjaśnił swoje nieprzejednane stanowisko. – Gdybym wtedy go przy sobie miał wszystko potoczyłoby się inaczej.
- Rozumiem młodzieńcze, ale przybycie do gospody z bronią będzie rzucać się w oczy.
- Jakkolwiek profesorze złożyłem przysięgę – powiedział poważnie Arkus.
- Może jest kompromisowe rozwiązanie. A gdybyś wziął miecz krótki, który łatwiej ukryć pod ubraniem? – zaproponował Czarny Rycerz.
Arkus po chwili namysłu się zgodził.
- Dobrze. Spotkamy się więc pod gospodą jutro o zachodzie słońca. Dobrze się wyśpijcie – rzucił za odchodzącymi starzec gasząc lampy.
- Ty też przyjacielu – odparł rycerz.
Wilk zamiast udać się na spoczynek poszedł do laboratorium, czekało go jeszcze wiele przygotowań.


[1] Materiał lunarny – elficka tkanina w kolorze srebrzysto-szarym o oryginalnej fakturze księżyca usianego kraterami.
[2] Nasiekaniec – inaczej wekiera, rodzaj broni o drewnianym lub metalowym stylisku zakończonym głowicą nabijaną kolcami. W plebejskiej wersji to drewniana maczuga o głowni nabitej ćwiekami lub krzemieniami. Niekiedy wytwarzano je nacinając młode brzozy i wkładając w zagłębienia ostre krzemienie. Z biegiem czasu wrastały one w drzewo. Następnie ścięta i ociosana służyła za broń.
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości