Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Szept Gromu - Rozdziały 16+
#1
Rainbow 
SZEPT GROMU – powieść high fantasy

Mapa Świata:

[Obrazek: 34xmhs4.jpg]

Główni Bohaterowie:

[Obrazek: f9goci.jpg]

[Obrazek: 2sb4j0w.jpg]

Streszczenie pierwszych 15 rozdziałów wraz z linkami do pełnego tekstu:

ROZDZIAŁ I – SĘDZIA I GIERMEK
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid131611
Sędzia Rollin, prawodawca Likarii, przebywa z misją dyplomatyczną w Chalcedonie Zatarkackim. W jej trakcie władca Chalcedonu, prokonsul Galio, wypada z okna zamkowej wieży. Komplikuje to sprawy, gdyż Galio był skłonny współpracować z Likarią przeciwko wspólnemu zagrożeniu – Kreonii. Sędzia Rollin, nie czekając na pogrzeb, wyrusza wraz z delegacją w drogę powrotną. Wspólnie z giermkiem Thovrim, dochodzą do wniosku, że Galio został zamordowany. Kilka dni później, po przeprawieniu się przez potężną rzekę Vermissę, rozbijają obóz w lasach Rhynn. Po zmroku na obozowisko napadają bandyci. Thovri zostaje ciężko ugodzony w szyje. Sędzia z kapitanem Gubbaru i kilkoma strażnikami stawia czoła napastnikom. Szyk obrońców załamuje się gdy kapitan otrzymuje śmiertelny cios toporem w głowę.

ROZDZIAŁ II – WIZYTA PROFESORA
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid139068
Rektor Uniwersytetu Beresteckiego, a jednocześnie minister handlu Likarii, profesor Rotoi, zatrzymuje się przejazdem u swojego przyjaciela Liakriusa Galilei w mieście Essen leżącym w delcie Vermissy. Rozmawiają o Inkwizycji, która przejęła władzę w amiriańskiej Kreoni. Nie wszczęła ona prześladowań religijnych, lecz jej gniew skupił się na osobach posądzonych o stosowanie magii, przez co zdobyła przychylność części nieamirianitów. Profesor Rotoi postrzega Inkwizycję jako zagrożenie dla pogańskiej Likarii.
Syn Lorda Galilei Arkus i jego przyjaciel Christian ćwiczą walkę na drewniane miecze. Zostanie rycerzem jest gorącym pragnieniem Arkus. Z kolei jego przyjaciel chce zostać dworskim urzędnikiem toteż niezbyt przykłada się do treningów. Podczas uczty wyprawionej przez Likarius na cześć profesora Rotoi chłopcy z fascynacją słuchają opowieści o historii Likarii i pewnym mieczu znanym jako Zabójca Książąt.
W trakcie osuszania pożegnalnego pucharu wina profesor Rotoi dzieli się z Likariusem troskami. Niepokoi go projekt wydzielenia departamentu manufaktur z jego ministerstwa, który zbiegł się w czasie z wykryciem przez niego nieprawidłowości w finansach królewskich manufaktur. Postanawia bliżej zbadać tę sprawę po powrocie z Nakszame-Re gdzie udaje się by negocjować traktat handlowy z Ligą Morską.

ROZDZIAŁ III – WINOBRANIE
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid139263
Wraz z nastaniem miesiąca Maskaram (wrzesień) w Essen rozpoczyna się dziewięciodniowe święto winobrania – Festiwal Arveny. Piątego dnia Arkus z Christianem wybierają się za miasto by potrenować walkę na drewniane miecze. W trakcie treningu ich oręż ulega zniszczeniu. Udają się do znajomego stolarza Hadragana po nowe miecze. Na miejscu okazuje się, że stolarz zniknął, a jego żona, zielarka Halishia, zgłosiła Straży Miejskiej zaginięcie męża. Chłopcy sprawdzają, ale stolarz przez kolejne dni nie wraca.
W dniu zakończenia winobrania chłopcy podziwiają w porcie rycerza w czarnej zbroi. Domyślają się, że przypłynął na Wielki Turniej Rycerski, który za kilka dni ma się odbyć w stolicy Likarii – Beresteczku. Cieszą się, że będą mogli podziwiać te zmagania, gdyż zaraz po święcie wyjeżdżają do stolicy na studia.
Minister Rotoi podczas negocjacji z Ligą Morska w Nakszame-re dowiaduje się o zaginięciu zdolnego miejscowego rzeźbiarza Mesterchenesa.

ROZDZIAŁ IV – CZARNY RYCERZ
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid139353
Podczas pożegnania Likarius daje chłopcom w prezencie krótkie miecze co niezwykle ich zaskakuje i cieszy. W podróż do stolicy wyruszają sami, gdyż Arkus odmawia wzięcia choćby jednego z służących swego ojca. Wyjeżdżając z miasta są świadkami aresztowania zielarki Halishii pod zarzutem zabicia męża.
W drodze chłopcy zostają napadnięcie przez bandytów. Dzielnie się bronią. Z pomocą przychodzi im Czarny Rycerz. Bandyci uciekają, a chłopcy z rycerze udają się do najbliższej gospody. Podczas rozmowy w karczmie okazuje się, że Czarny Rycerz ma na imię Lamberth i zmierza do Beresteczka na turniej. Wcześniej rok spędził w Kabirze poszukując wejścia do Podmroku. Do powrotu skłoniła go także groźba wojny wisząca nad ojczyzną. Lamberth tłumaczy Arkusowi, że nie posiada giermka gdyż nie ma czasu zajmować się dziećmi. Jego zdnaiem zbyt młodzi chłopcy podejmują się służby jako giermkowie. Opowiada też jak w Kabirze walczył z granitowymi gargulcami.
Nazajutrz chłopcy ruszają dalej. Po drodze spotykają amiraińskiego kupca z Rhynn o imieniu Kyrre. Rozmawiają z nim o historii Imperium Rhynn, choć elficki kupiec próbuje im głosić wiarę w jedynego Boga.  Jakiś czas po rozstaniu z Kyrre chłopcy zostają ponownie zaatakowani przez tych samych bandytów. Rozpoczyna się pościg. Christian zrzuca z wozu beczkę wina, która roztrzaskuje się przed jednym z napastników. Jego koń wywracając się przygniata go do ziemi. Drugi, władający łukiem, zostaje strącony z konia przez nisko zwisające gałęzie. Wóz chłopców wywraca się na niewielkiej polanie. Christian traci przytomność, zaś Arkusowi przychodzi zmierzyć się z ostatnim bandytą. Przegrywa pojedynek. Gdy już ma zostać przez niego zabity Christian przebija bandytę mieczem i upada nieprzytomny. Arkus także traci przytomność.

ROZDZIAŁ V – PROROCTWO WODY
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid139413
Lamberth powraca do Beresteczka. Od majordomusa dowiaduje się o dziwnym zachowaniu  swojego brata – Sędziego Rollina, który od powrotu z Chalcedonu zaczyna układać się z amiriańską mniejszością. Wpływ na to miała mieć napaść opryszków posługujących się magią w lasach Rhynn. Lamberth postanawia jak najszybciej skontaktować się z bratem. Nie znajduje go jednak ani w rezydencji ani w kancelarii. Choć spóźnia się także na zakończenie obrad Senatu, spotyka przyjaciela Sędziego – senatora Rafaela Lornissona. Senator zaprasza go do gospody Trzy Beczki gdzie rozmawiają o bieżącej sytuacji politycznej. Rafael wyjawia rycerzowi, że od powrotu Sędzia unika kontaktu z przyjaciółmi. Mówi mu także o niepokojach wśród mieszczan wywołanych znikaniem rzemieślników, oraz o groźbie konfliktu zbrojnego z Kreonią.
Nie mogąc skontaktować się z bratem sfrustrowany Lamberth odwiedza starego przyjaciela Samotnego Wilka, będącego profesorem Uniwersytetu Beresteckiego. Ten wprowadza go w świat starych proroctw, które zaczynają się spełniać. Proroctwo Wody z Mapy Żywiołów i Przepowiednia Zubina wskazują, na znaczącą, negatywną rolę Sędziego Rollina w nadchodzących wydarzeniach. Lamberth nie jest przekonany do tych wyjaśnień.
Likarius Galilei dogląda prac w winiarni. Wspomina dawne czasy, gdy z grupą śmiałków pokonywał przełęcz Numitora by dotrzeć na drugą stronę Wielkich Gór. Rozmyśla też o zielarce Halishii, która została wypuszczona z aresztu, gdyż zarzuty wobec niej się nie potwierdziły. Mimo tego jej mąż Hadragan nadal się nie odnalazł.

ROZDZIAŁ VI – BIAŁE MURY
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid139526
Arkus odzyskuje świadomość. Zapada zmierzch, a Christian jest nieprzytomny. Chłopak buduje szałas by przenocować na polanie. Nocą przybywają wilki przywabione zapachem padliny i rozszarpują ciało martwego bandyty.
Rankiem chłopcy odwracają wóz, pakują na niego ocalałe beczki, zabierają konia bandyty i ruszają w dalszą drogę. Z miejsca gdzie jednego z napastników przygniótł jego własny koń Christian zabiera zrobiony ze złota Boski Znak amirianitów. Po dwóch dniach bezpiecznie docierają do Beresteczka.

ROZDZIAŁ VII – ŁZY NEMERII

http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid139791
Chłopcy udają się na zabawę do gospody. Tam przy grze w kości poznają dziewczynę o złotych włosach, której sprzyja szczęście w rywalizacji. Nieznajoma w pewnym momencie pośpiesznie opuszcza karczmę, a chłopcy zostają by grać dalej. Nazajutrz udają się na spotkanie organizacyjne dla przyszłych studentów. Spotykają tam dziewczynę poznana poprzedniego wieczora. To Sonia Opperion – córka Lorda Skarbu. Umawiają się pod fontanną Peruna by pójść do innej karczmy na grę w kości. Po drodze wstępują na wielkie targowisko – Promenadę Słońca. Sonia kupuje tam koszenilę, nie wyjawiając swoim towarzyszom do czego jest jej potrzebna. Są tam świadkami zabicia oskarżonego o drobne przewinienie kupca przez prawodawcę Likarii – Sędziego Rollina. W gospodzie Dźwięk Gromu Sonia wprowadza chłopców w zawiłości stołecznej polityki.  W trakcie zabawy w karczmie słyszą też rozmowę dwóch kupców o znikających rzemieślnikach.
Lamberth od praczki z rezydencji brata dowiaduje się, że Sędzia odesłał żonę z dziećmi do letniej rezydencji.
Książę Roland odwiedza siostrę Lorelei w jej pracowni. Księżniczka pracuje nad gobelinem dla zwycięzcy turnieju rycerskiego. Roland żali się siostrze na trudne relacje z ojcem. Ta stara się go pocieszyć.

ROZDZIAŁ VIII – RÓŻOWA CHUSTKA I KRYSZTAŁOWA GROTA
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid139947
Hrabia Gunnar odwiedza Sędziego Rollina. Informuje go o rozpoczęciu prac przez ich niewolników i prosi o złoto na zakup rzadkich gatunków drewna i metali. Zakupów dokonuje przez podstawionych ludzi w kompanii handlowej Drzewny Popiół. Sędzia upewnia się czy człowiek wynajęty przez hrabiego poradzi sobie z zadaniem w trakcie turnieju.
Na inauguracji Wielkiego Turnieju Rycerskiego jest obecna rodzina królewska. Podczas prezentacji uczestników zrywa się wiatr, który porywa Lorelei jej ulubioną różowa chustkę. Zrozpaczona księżniczka obserwuje jak chustka szybuje na trybunę mieszczan gdzie ląduje na kolanie Christiana. Lorelei godzi się ze stratą, modląc w duchu by inauguracja jak najszybciej się skończyła. Po prezentacji rozpoczyna się festyn. Lorelei daje się przekonać damom dworu by zostać chwile na jarmarku. Tam onieśmielony Christian oddaje chustkę wdzięcznej księżniczce. Po jej odejściu chłopak dołącza do Arkusa i Sonii na przedstawieniu marionetek. Później ulewa przerywa festyn. Młodzi chronią się pod trybuną. Po Sonię przybywa służąca Hassa, a chłopcy wracają do domu w deszczu.
Nazajutrz Sonia zabiera chłopców do rodzinnego majątku by pokazać im kryształowa grotę, w której podobno mieszka smok. Chłopcy są pod wrażeniem jaskini, której ściany i strop pokrywają czerwone kryształy. Tysiące świetlików pozwala im podziwiać grotę w pełnej okazałości. Christian odłamuje jeden kryształ na pamiątkę.

ROZDZIAŁ IX – TALIA KART
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid140134
Żona Sędziego – Soraya – przebywa wraz z dziećmi w areszcie domowym, w letniej rezydencji. Towarzyszy im służba i prywatni nauczyciele. Wieczorem kobieta ogląda elfickie karty jakie otrzymała kiedyś w prezencie od męża. Jej ulubiona z żywiołakiem wody wywołuje lawinę wspomnień. Soraya rozmyśla o szczęśliwej przeszłości i o zmianie jakiej uległ mąż po powrocie z Chalcedonu. W tajemnicy odwiedza ją Lamberth pytając o Sędziego. Soraya opowiada mu, że został tu odesłana przez męża trzy dni po jego powrocie. Czuje się rozczarowana gdy okazuje się, że Lamberth nie przybył po to by ich uwolnić. Soraya zwraca mu uwagę, że to w lasach Rhynn musiało się coś wydarzyć co zmieniło Sędziego.
Sonia prosi w tajemnicy służącą Hasse o dostarczenie streżyny. Ta wzbrania się znając trujące działanie rośliny. Sonia rozwiewa jej wątpliwości mówiąc, że potrzebuje jej jako barwnika.
Lamberth po powrocie do miasta spotyka się z Samotnym Wilkiem. Opowiada mu o sytuacji żony Sędziego, oraz o tym, że w majątku Rollinów szkoleni są nowi rekruci. Rycerz postanawia udać się na miejsce bitwy w lasach Rhynn by odkryć co tam się tak naprawdę wydarzyło.
Przez cały dziewiętnasty Maskaram toczą się pojedynki na kopie. Lambert zapewnia sobie wejście do półfinałów po pokonaniu następcy tronu Rhynn Księcia Le-Portii. Lingus Miroteus z Salem pokonuje księcia Rolanda. Pozostałymi finalistami zostają: marszałek Semio Siemionowicz i jego bratanek Ario Ewaryst Siemionowicz. Podczas powrotu z oglądania pojedynków Arkus i Christian są świadkami burdy o podłożu religijnym między politeistami z Bandaru a monoteistycznymi kreończykami. Christian mówi Arkusowi o Wieży z Kości Słoniowej w Bandarze – sanktuarium magicznej religii bandarczyków. Chłopcy zastanawiają się jak odróżnić zwykłe sztuczki od prawdziwej magii.
Wieczorem tego dnia w pracowni siostry książę Roland ogłada piękny gobelin, którego już nie zdobędzie. Dochodzi do wniosku, że przegrana to efekt jego niewystarczające zdolności. Lorelei go pociesza.

ROZDZIAŁ X – STARCIE TYTANÓW
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid140587
Dnia dwudziestego Maskaram odbywają się półfinały w pojedynku na kopię. Lingus Miroteus z Salem pokonuje bratanka marszałka. W drugiej walce ścierają się marszałek i Lamberth. Semio okazuje się sprytniejszy i pokonuje Czarnego Rycerza. Wiedząc, że Lamberth nie ma służby ani giermka Christian z Arkusem wybiegają z trybuny i pomagają wstać pokonanemu. Wdzięczny rycerz pyta co może dla nich zrobić. Arkus prosi by mógł zostać jego giermkiem. Christian niczego nie oczekuje, ale rycerz proponuje mu zapoznanie z mędrcem, który być może będzie chciał przyjąć go na nauki.
Roland pogrążony w melancholii po odpadnięciu z turnieju spędza wieczór na piciu wina. Pomimo początkowej niechęci daje się namówić na tajne spotkanie z Sędzią. Rollin oferuje mu pomoc w zdobyciu większej władzy. Wskazuje także na Palatyna jako wspólnego wroga, sprytnie skłaniając Rolanda do współpracy.
Lamberth rankiem czyni ostatnie przygotowania do wyprawy. Zjawia się królewski posłaniec informując go o niedyspozycji marszałka i przekazując prośbę króla by to on reprezentował Likarię w finale pojedynków na kopię. Zaskoczony rycerz zgadza się i przesuwa o jeden dzień wyprawę do lasów Rhynn. Po południu w obecności rodziny królewskiej i licznych tłumów ściera się w finałowym pojedynku z Ligusem Miroteusem z Salem. W czwartym podejściu udaje mu się go pokonać. Tłumy wiwatują, a zdenerwowany Sędzia Rollin opuszcza trybunę. Na placu turniejowym król i księżniczka Lorelei wręczają triumfatorom Turnieju. Lamberth otrzymuje złoty medal i gobelin tkany przez Lorelei. Rodzina królewska, szlachta i triumfatorzy udają się na zamek na wielką ucztę, zaś reszta publiczności zostaje na festynie.
Podczas uczty na zamku król gratuluje profesorowi Rotoi podpisania traktatu z Ligą Morską. Na jego prośbę Lamberth pomimo pewnych oporów śpiewa gościom pieść Legenda o założeniu Bisharik i Bisharin. W dyskusji po pieśni pojawiają się wątki religijne, które wprowadza rhynnyjski następca tronu. Hrabia Dilthey przyznaje, że czytał Amirianaje – świętą księgę monoteistów. Następca tronu Rhynn Christo Le-Portii rozmyśla o planach stworzenia federacji amiriańskich krajów pod przywództwem swojego kraju. Potem jego uwagę zaprząta piękna księżniczka. Ukradkowe spojrzenia księcia nie uchodzą uwagi Lorelei, która także uważa go za atrakcyjnego.

ROZDZIAŁ XI – SEKRETY KURHANÓW
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid140659
Lamberth, senator Rafael Lornisson i urzędnik Grethin wyruszają z Beresteczka by odnaleźć miejsce, w którym delegacja Sędziego Rollina została napadnięta przez bandytów.  W drodze rycerz opowiada towarzyszom jak zdobył miecz Żagiew Mrozu będą w niewoli barbarzyńców z północy. Na drugi dzień docierają na polanę gdzie po raz ostatni obozował Sędzia. W pogorzelisku Lamberth odnajduje nefrytowy posążek, dar prokonsula Galio. Potem Grethin prowadzi ich do kurhanów gdzie pochowano większość zabitych. Lamberth odkrywa brak jednego ciała. Zastanawiają się czy ktoś jeszcze przeżył. W drodze powrotnej zostają zaatakowani przez harpię. Potwór usiłuje porwać senatora zaciskając szpony na jego ramionach. Lamberth strzela do harpii z kuszy. Ranny potwór puszcza senatora i odlatuje. Urzędnik, który kiedyś był uzdrowicielem, zajmuj się opatrywaniem rannego. Udają się do najbliższej gospody by zapewnić senatorowi odpoczynek. Grethin zostaje z Rafaelem, zaś rycerz jedzie do stolicy by przysłać zaufanych ludzi z wozem do przetransportowania senatora do Beresteczka. Po wyprawieniu pomocy Lamberth siedzi w gabinecie rozmyślając jaką odpowiedź dać Arkusowi. Zjawia się u niego młodzieniec twierdzący, ze jest ocalałym giermkiem Sędziego Rollina.

ROZDZIAŁ XII – RADA KRÓLEWSKA
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid140714
Podczas festynu z okazji Święta Plonów Arkus, Christian i Sonia oglądają przedstawienie Balian i drzewo życia. Opowiada ono o śmiałku  poszukującym nieśmiertelnych elfów i starszej rasy, która został zniszczona przez broń z żelaza. Po przedstawieniu Arkus z Sonią dyskutują o nieśmiertelności.
Profesor Rotoi spotyka się z Samotnym Wilkiem. Dzieli się z nim obawami co do wyprowadzania pieniędzy z królewskich manufaktur. Nadmienia również, że spodziewa się raportu w tej sprawie sporządzanego przez swego zaufanego człowieka.
Lord Straży Augusto D’aragon wszczyna śledztwo w sprawie licznych przypadków zaginięć rzemieślników. Pomaga mu w tym kapitan Ryhor, który zwołuje strażników zajmujących się konkretnymi przypadkami i wspólnie analizują informacje.
Na zamku odbywa się posiedzenie rady królewskiej. Sędzia Rollin w zręcznej przemowie przekonuje członków rady do poszerzenia kompetencji księcia Rolanda jako arbitra sporów handlowych wbrew woli Palatyna. Przeforsowuje także inne pomysły: wydzielenia nowego Ministerstwa Manufaktur oraz zezwolenia na budowę nowego amiriańskiego kościoła. Ostatni punkt obrad dotyczy rhynnyjskiego następcy tronu, który złożył propozycje sojuszu i małżeństwa dynastycznego. Wywołuje to burzliwa dyskusję. Najbardziej wrogi sojuszowi jest książę Roland oraz Wielki Architekt Elleshar. Debata choć burzliwa nie kończy się żadnym wiążącym postanowieniem.

ROZDZIAŁ XIII – SPOWIEDŹ GIERMKA
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid140809
Lamberth odbywa nocną rozmowę z Samotnym Wilkiem. Mówi mu o Arkusie i Christianie, który chciałby zostać uczniem mędrca. Profesor nie ma nic przeciwko przetestowaniu kandydata na ucznia. Rycerz opowiada o przebiegu wyprawy do lasów Rhynn i ataku harpii. Informacje o odnalezieniu Thovriego – giermka Sędziego – zostawia na koniec. Wilk przejęty nowiną proponuje spotkanie w starej kaplicy Arveny by wspólnie wysłuchać relacji ocalałego.
Przed wschodem słońca Arkus i Christian zjawiają się w opuszczonej kaplicy wezwani przez Lambertha. W środku już na nich czekają rycerz i mędrzec. Lamberth zgadza się by Arkus został jego giermkiem, zaś Christian zostaje przedstawiony mędrcowi. Chłopcy są szczęśliwi z takiego obrotu sprawy. Nim zdążyli ochłonąć z emocji rycerz przedstawia im Thovriego, którego obecności w kaplicy dotąd nie zauważyli. Thovri opowiada o ostatniej podróży Sędziego. Nie potrafi jednak dokładnie określić co się stało z Rollinem. Gdy odzyskał świadomość zdołał doczołgać się na trakt. Uratowała go karawana zmierzająca na północ. Kupcy zostawili go w klasztorze szpitalnym w Nuuk. Po odzyskaniu zdrowia wrócił do Likarii, ale z powodu dziwnych pogłosek o Rollinie udał się do Lambertha. Po zakończeniu opowieści rycerz prosi Arkusa o ugoszczenie Thovriego, by jego ocalenie utrzymać w tajemnicy, na co giermek z radością przystaje.
O wschodzie słońca lady Soraya stoi na galerii w letniej rezydencji. Targają nią skrajne emocje. Ma żal do Lambertha, że nie przybył by ją uwolnić. Nagle pojawia się nauczyciel Marius. Jego wygląd i zapach perfum rozbudzają w niej namiętność. Zaczynają się całować. W pewnej chwili Soraya nagle odpycha nauczyciela i wybiega z galerii.
Lorelei i Roland rozmawiają w ogrodach zamkowych. Książe informuje siostrę o propozycji Christo. Jest zdziwiony gdy Lorelei nie ma nic przeciwko poślubieniu amirianity i przyjęciu jego religii. Rozmawia też z siostrą o sojuszu z Rollinem. Księżniczka jest tym zaniepokojona i delikatnie daje mu to do zrozumienia.
Wilk sprawdza wiedzę historyczną, ustrojową oraz osądy moralne Christiana. W końcu zgadza się by został jego uczniem.
Arkus zabiera Thovriego do siebie. Obaj odsypiają wczesne wstawanie. Podczas przygotowywania posiłku rozmawiają o byciu giermkiem. Thovri udziela gospodarzowi kilku wskazówek. Po powrocie Christiana, cieszące się z rozpoczęcia nauk u Samotnego Wilka, trenują walkę na drewniane kije. Potem pożyczają u sąsiada siennik dla gościa.

ROZDZIAŁ XIV – SOBÓR W BERESTECZKU
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid140926
Marius cały czas rozmyśla o wczorajszym pocałunku. Trudno mu się skupić na dzieciach. Soraya bierze go na stronę, przeprasza i mówi by o wszystkim zapomniał bo to nigdy się nie wydarzyło. Młody nauczyciel jest jeszcze bardziej zdezorientowany niż poprzedniego dnia.
Trwa kolejna narada u Augusto D’aragona. Z raportów wynika, ze znikają rzemieślnicy biegli w obróbce drewna i metali. Spóźnieni strażnicy informują o nowym porwaniu w kuźni. Augusto i kapitan Ryhor jadą na oględziny miejsca zdarzenia.
U arcykapłana odbywa się zjazd najznamienitszych politeistycznych kapłanów. Rozprawiają o metodach zwalczania amirianizmu. Postanawiają stworzyć scentralizowaną likaryjską religię pod przywództwem arcykapłana Palladium, a na swoje główne sanktuarium wybierają Świątynię Żywiołów. O wsparcie w realizacji swoich zamiarów planują poprosić Palatyna.
Sonia wypoczywa w rodzinnej posiadłości na wsi rozmyślając o pustocie życia młodych szlachcianek w jej wieku. Ona sama pragnie czegoś więcej niż dobrego zamążpójścia czy zostania dama dworu księżniczki Lorelei. Rozmyślania przerywa pojawienie się pseudosmoka. Dziewczyna częstuje go jabłkiem, a zwierzak daje się jej pogłaskać. Odlatuje słysząc zbliżających się myśliwych.
Na wzgórzu za miastem Lamberth wykłada Arkusowi etykę rycerską. Omawia wierność. Arkus wypytuję go o damę serca. Lamberth kończąc wykład poleca giermkowi wziąć Thovriego z miasto i potrenować szermierkę.
Samotnego Wilka odpoczywającego w prywatnym parku rektora odwiedza Czarny Rycerz. Informuje mędrca o planie konfrontacji z Sędzią przed obradami Senatu, po czym zaprasza go na jutrzejszą wieczerze by podzielić się wrażeniami ze spotkania. Niedługo po odejściu rycerza do Wilka przybywa Lorelei. Księżniczka mówi o projekcie jej zamążpójścia za następcę tronu Rhynn. Niepokoi ją przyjaźń Rolanda z Sędzią. Wilk także wyraża obawę co do następstw wojny między Sędzią a Palatynem. W międzyczasie przybywa Christian by powiadomić mędrca o wypełnieniu zadania. Księżniczka rozpoznaję chłopaka, ale zniecierpliwiony Wilk szybko go odsyła.

ROZDZIAŁ XV – NA SCHODACH SENATU
http://www.via-appia.pl/forum/showthread...#pid141099
Arkus otrzymuje list od profesora Rotoi w którym rektor prosi o pomoc. Chłopcy maja się u niego stawić przed rozpoczęciem roku akademickiego.
Rycerz z Arkusem robią zakupy bełtów na Promenadzie Słońca. Na galerii spotykają panią Triolę. Zmieszany rycerz pośpiesznie odsyła giermka. Dawna kochanka zaprasza rycerza do siebie,  jednak udaje mu się wykręcić koniecznością odwiedzenia Senatu.
Na schodach Senatu dochodzi do spotkania. Sędzia entuzjastycznie wita brata i krótko kurtuazyjnie rozmawiają przed rozpoczęciem obrad. Lamberth postanawia poczekać w pobliskiej karczmie i po obradach kontynuować rozmowę. Tam zauważa Lingusa Miroteusa z Salem, którego pokonał w finałowym pojedynku na kopie. Zastanawia się dlaczego rycerz nadal bawi w mieście zamiast wracać do ojczyzny.
Wychodząc z Senatu Sędzia poleca Gunnarowi zlikwidować brata. Na schodach zostaje pchnięty sztyletem przez rudowłosą kobietę. Lamberth i Lord Straży rzucają się w pogoń, ale kobiecie udaje się uciec. Gunnar prowadzi obficie krwawiącego Sędziego do karety i z obawą o jego los wiezie go do domu.

Kolejne rozdziały będę zamieszczał w tym temacie.
Odpowiedz
#2
ROZDZIAŁ XVI – W DRODZE DO DOMU

Miasto pogrążyło się już w ciemnościach gdy Arkus wrócił do domu. Rozemocjonowany opowiedział przyjaciołom o zamachu na Sędziego Rollina. Wychowanek mnichów opadł na krzesło wstrząśnięty, nie mogąc do końca uwierzyć w jego słowa.
- Niech bóg strzeże mojego pana – westchnął Thovri.
- Biorąc pod uwagę to, co ostatnio czyni Sędzia ciężko ocenić to co się stało. – Christianowi trudno było zdobyć się na współczucie.
Thovri wyjął z kieszeni żelazny Boski Znak i oglądał go na otwartej dłoni. Zauważył to Arkus.
- Patrz, Thovri ma taki sam wisiorek jak ty, tylko twój jest złoty – zwrócił się do Christiana.
- Jesteś amirianitą? – Thovri spytał mieszczanina.
- Nie – zaprzeczył chłopak. – Pamiętasz jak opowiadaliśmy ci o bandytach, z którymi walczyliśmy w trakcie podróży do Beresteczka?
Thovri skinął głową.
- Na drugi dzień w miejscu gdzie powinno leżeć ciało jednego z nich znalazłem zrobiony ze złota symbol amirianitów – wyjaśnił pochodzenie wisiorka Christian.
- A ty skąd masz swój? – zaciekawił się Arkus.
- Dostałem od mnichów, którzy się mną opiekowali w Nuuk.
Thovri ciężko westchnął poprawiając szalik oplatający szyję.
- Wspomniałeś by bóg miał Sędziego w opiece, jakiego boga miałeś na myśli? – Christian zaczął łączyć fakty.
- Ahvina. Choć nie powinienem wypowiadać jego imienia – rzekł smutno Thovri spuszczając wzrok z powrotem na wisiorek.
- Thovri, jesteś wyznawca jedynego boga? – Arkus był zaskoczony.
- I tak, i nie – powiedział giermek Sędziego i zamilkł.
Chłopcy oczekiwali w ciszy na dalsze wyjaśnienia.
- Wspominałem wam, że moi rodzice zmarli w trakcie zarazy. Trafiłem do sierocińca prowadzonego przez amiriańskich mnichów. Wychowywali mnie w wierze w jedynego Boga. Potem wziął mnie na służbę Sędzia Rollin. Ja, ja cały czas wiedziałem, że moi rodzice byli… poganami. Nie żyłem przecież w izolacji więc znałem też likaryjskich bogów. I… nie odrzucam istnienia ani naszych bogów, ani amiriańskiego boga.
- Wierzysz w ich boga i równocześnie naszych bogów? – zapytał ze zdziwieniem Christian.
- To trochę bardziej skomplikowane – odparł Thovri kiwając głową.
- Myślałem, że wiara w boga amirianitów wyklucza wiarę w innych bogów. To jak próba połączenia ognia z wodą. – Arkus był zdziwiony takim poglądem.
- A co na to Sędzia? – spytał Christian.
Thovri uśmiechnął się.
- Sceptycyzm Sędziego nigdy nie pomagał mi w uporządkowaniu sobie spraw z bogami. Wybaczcie, ale to trochę zbyt dużo emocji dla mnie jak na jeden wieczór. – Thovri wstał z miejsca. – Udam się na spoczynek.
Chłopcy ze zrozumieniem pokiwali głowami.
- Gdybyś czegoś potrzebował… – rzucił Arkus za odchodzącym giermkiem.
- Dziękuje.
Thovri poszedł do sąsiedniego pokoju gdzie było jego posłanie. Jego wypowiedzi zainspirowały Arkusa i Christiana do długiej dyskusji na tematy związane z bóstwami.

2. Choć Thovri udał się na spoczynek wcześniej niż zwykle, to tej nocy odbiegł go sen. Leżąc na sienniku od Oliviera rozmyślał. Podobała mu się gościna u Arkusa. Potomek tak wielkiego rodu mógł sobie pozwolić na tabun służących, a jednak nie miał ani jednego. Sam sobie ścielił, sam sprzątał, sam przyrządzał posiłki. Ta prostota życia przypominała mu pobyt w klasztorze, w którym wychowywali go mnisi. Arkus był dumnym człowiekiem, ale jego duma objawiała się w niecodzienny sposób. Dążeniem do samodzielności we wszelkich aspektach, nawet w tych, którymi normalnie zajmuje się służba. Wspomnienie wychowania u amirianitów nasunęło mu myśl o innym klasztorze. Gdy gdzieś pod koniec miesiąca Duzu otworzył oczy zobaczył szary strop i twarz amiriańskiego mnicha. Przez wiele dni, które spędził w klasztorze szpitalnym w Nuuk pod troskliwą opieką mnichów, także rozmyślał o wielu rzeczach, zwłaszcza gdy ból rozerwanego gardła zelżał. Cieszył się wtedy, że długo był nieprzytomny nim trafił do Chalcedonu, co zaoszczędziło mu wiele cierpienia. W klasztorze mnisi byli troskliwi, choć było dla nich naturalne, że Thovri ubrany w likaryjski strój podróżny jest poganinem. Opiekujący się nim mnich – Gallu – ucieszył się gdy Thovri na migi pokazał mu, że jest amirianitą. Po pewnym czasie rany wygoiły się na tyle, że chłopak mógł wstać z łóżka i pomagać mnichom w opiece nad innymi chorymi. Mnisi polubili „milczącego pomocnika” jak go nazwali. Sztuka leczenia amiriańskich mnichów nie była mu obca, gdyż sam wychowywał się kiedyś w klasztorze. Dzięki tej sztuce szybko wracał do zdrowia i stopniowo odzyskiwał głos. Przeor klasztoru zaoferował mu dołączenie do zakonnej rodziny, jednak Thovri podziękował za opiekę i opuścił klasztor gdy nabrał sił. Obawiał się pytań o to co mu się przytrafiło. Zwłaszcza odkąd do Chalcedonu zaczęły docierać wieści o napaści na Sędziego i o przeżyciu masakry tylko przez niego samego. Thovri chciał wrócić do domu. Do Sędziego. Postanowił iść przez Kreonię by skrócić drogę i uniknąć trasy, na której zostali napadnięci. Gallu na odchodne podarował mu nową koszulę i dziesięć groszy. Chłopiec wytłumaczył mnichowi, że wraca do rodziny w Mareszy. Dobroduszny mnich wyposażył go w kilka drobiazgów jak krzesiwo i nóż kuchenny, a także trochę żywności na drogę. I tak początkiem miesiąca Szariwar, w środku lata, po ponad miesiącu spędzonym w Nuuk, Thovri ruszył w podróż. Planował, że potrwa dwa tygodnie, ale zanim przybył do Likarii minęło półtora miesiąca. Już pokonanie Tarkatów było niezwykle męczące. Trakt wspinał się coraz wyżej w stronę granicy z Międzyrzeczem. Och, gdyby miał konia! Pierwszą noc udało mu się przespać na ławce pod karczmą w małej chalcedońskiej miejscowości. Kolejną także. Następnego dnia przekroczył Tarkaty. Trakt biegł teraz w dół i nie był tak męczący. Choć z drugiej strony schodzenie angażuje inne partie mięśni, toteż po kilku godzinach marszu odczuwał przeciążenie, zwłaszcza kolan. Wolał jednak to, niż mozolną wspinaczkę. Pierwszą noc po przekroczeniu gór przyszło mu spędzić w lesie. Zrobił prowizoryczny szałas oraz posłanie z mchu i liści. Ułożył się najwygodniej jak się dało i zasnął. Wkrótce zbudziły go hałasy. W pierwszej chwili przestraszył się, spodziewając dzikiego zwierza. Nasłuchując odgłosów odkrył ich źródło – tuptające jeże. Takie małe stworzonka, a zachowywały się tak głośno! Niestety niemal do rana nie dały mu zasnąć. Zdrzemnął się tylko przed południem. Obudził się niewyspany, zły i głodny. Mogło być gorzej. A gdyby zamiast jeży w pobliżu jego szałasu grasowały giberlingi, albo co gorsza gobliny? W tych okolicach było to więcej niż prawdopodobne. Wraz ze skromnym śniadaniem skończyła się żywność, którą zabrał z klasztoru. Dotąd starał się nie rzucać w oczy. Teraz nie miał już tego problemu. O ile w Chalcedonie mijali go inni podróżni, to odkąd przekroczył Tarkaty nie spotkał nikogo. Sytuacja w samym Chalcedonie się zaostrzyła. Po śmierci Galio nowym prokonsulem został dotychczasowy przewodniczący rady miejskiej Archelaus. Rada zgodziła się na powołanie trybunału Inkwizycji w Nuuk. Niepokoje kolejny raz wpłynęły na handel. Część karawan kupieckich dla bezpieczeństwa zaczęła się kierować przez Rhynn do Księstwa Diagdi.

3. Thovri wysypał na rękę zawartość sakiewki. Policzył. Dwanaście groszy i dwa leptony. Mógłby za to kupić trzy bochenki chleba, albo ze dwa kufle piwa. Mógłby, gdyby w pobliżu była jakaś karczma. Ale w odległości dwóch dni drogi nie było żadnego ludzkiego osiedla. Miedzią się nie najem. Siedząc pod starym kasztanem, znużony wędrówką, marzył o smaku mięsa i warzyw. Wrzucił monety z powrotem do sakiewki. Słońce wzniosło się już dość wysoko napełniając blaskiem ostępy Międzyrzecza. Wszedł głębiej w las. Na skraju małej polany rosły orzechy. Ślinianki zaczęły mu szybciej pracować. Od razu przypomniał sobie smak ciasta z orzechami, które nie raz jadał w rezydencji Sędziego. Spotkał go srogi zawód. Orzechy były zielone. Dopiero po chwili przypomniał sobie, że orzechy zbiera się jesienią. Przeklinając samego siebie w duchu za taką naiwności ruszył dalej. Wkrótce został nagrodzony.
- Dzięki bogowie! – wykrzyknął.
Przed nim w cieniu ogromnych drzew na sporej przestrzeni rosły krzewy jeżyn. Gdyby nie był to środek lasu powiedziałby, że to plantacja uprawiana przez człowieka. Kilka godzin spędził na obrywaniu i zajadaniu się słodkimi, czarnymi owocami. Trudno było się nimi najeść do syta. Ruszył dalej, zebrawszy uprzednio kilka garści na drogę. Przez następne dwa dni życie ratowały mu jeżyny. Kolejnego dnia dotarł do osady na skrzyżowaniu głównych traktów biegnących przez Międzyrzecze. To tu, w gospodzie Pod Ślepą Małpą, zatrzymali się z Sędzią w drodze powrotnej. Przypomniał sobie barda, który śpiewał Pieśń Martwego Kochanka, i patrona Gimaldiego… Tak… noc wcześniej śnił mu się martwy, a dwa dni później naprawdę już nie żył… Thovri wzdrygnął się na wspomnienie tamtego koszmaru. Odwiedził inną karczmę w tej miejscowości. Najadł się do syta i zakupił chleb na dalszą drogę. Pieniędzy nie starczyło na nocleg, więc noc spędził w stajni przylegającej do karczmy. Zaszył się w sianie, w ciemnym kącie. Przyśnił mu się sen będący mieszanką wcześniejszych snów i wydarzeń z lasów Rhynn. Obrazy gnijących zwłok przeplatały się z niewyraźnymi postaciami bandytów. Rano czuł się bardziej zmęczony niż wtedy, gdy kładł się spać. Ruszył w drogę nim wstało słońce. Gdy minęło południe usiadł pod wielkim drzewem niedaleko szlaku. Było ciepło, wiał delikatny wietrzyk, w konarach drzew ćwierkały ptaki. Przyjemnie było odpocząć po długim marszu. Zamknął oczy. Wsłuchując się w odgłosy lasu powoli zasnął. Drzemkę pod drzewem przerwało drżenie ziemi. W oddali słychać było ciężkie kroki i odgłos łamanych gałęzi. Ziemia drżała. Czyżby olbrzym zszedł z Tarkatów? Thovri schował się za jesionem. Pomiędzy drzewami przesuwał się jakiś ogromny kształt. Przedzierał się w jego stronę. W miarę zbliżania się spomiędzy zielonych liści wyłonił się ogromny, pokryty gęstym futrem, naziemny leniwiec. Thovri odetchnął. Nie był to żaden drapieżnik. W jego stronę zmierzał megaterium szukający najsmaczniejszych liści. Jego uwagę zwróciło wielkie drzewo stojące o rzut kamieniem od Thovriego. Megaterium stanął na tylnych łapach by wspiąć się po jego pniu. Długi język zwierzęcia sięgał smakowitych liści i przyciągał je do potężnego pyska. W tej pozycji miał dwadzieścia pięć stóp wysokości. Thovri przez chwilę obserwował jak zwierze się pożywia podziwiając jego wielkość i ruchy.

Dwa dni później przeprawił się przez brody na Vermissie, przekraczając tym samym granicę Kreonii. Chleb, który kupił w Międzyrzeczu, skończył się. Znowu dopadł go głód. Gdy opadł z sił usiadł w cieniu starego tartaku, który napotkał niedaleko drogi, gdy zapuścił się dalej w poszukiwaniu jeżyn. Miał ochotę na mięso. Ale jak tu coś upolować? Kiedyś Sędzia uczył go konstruować pułapkę na wiewiórki. Thovri wytężył pamięć, ale nie zdołał sobie przypomnieć jej szczegółów. Doszedł do wniosku, że i tak czas poświęcony na jej zrobienie i czekanie na wiewiórkę mógłby go przyprawić o śmierć głodową. Zebrał resztę sił i ruszył w las w poszukiwaniu jagód. Trafił na wielką polanę przeciętą stromym uskokiem. Na jego zboczu rosły poziomki. Chodził tam i z powrotem, aż wyzbierał wszystkie owoce. Nie było to niestety mięso, ale musiał przyznać, że poziomki były bardzo smaczne. Dzień miał się już ku końcowi, więc postanowił zostać na noc w opuszczonym tartaku.

4. Szedł przez ciemny las. Śledził postać w czarnym płaszczu, która przemykała miedzy drzewami. W końcu dotarł na skraj polany skąpanej w księżycowym blasku. Była dziwnie znajoma. Po prawej stał kupiecki wóz, zaś w głębi dwa namioty. Osoba w czarnym płaszczu stała pośrodku. Polana zaroiła się od wilków, których ślepia raz po raz błyskały w świetle księżyca. Wilki węszyły, biegając niespokojnie i ocierając się o tajemniczego nieznajomego. Ten głaskał przesuwające się pod jego rękami bestie. Thovri dostrzegł przy pasie mężczyzny miecz. Charakterystyczny jelec stylizowany na dwa anielskie skrzydła świadczył bez wątpliwości, że to Zielony Smok, miecz jego pana. Czyżby pośrodku polany stał Sędzia Rollin? Thovri ostrożnie podszedł bliżej pragnąc dojrzeć twarz. Teraz rzuciła mu się w oczy srebrna zapinka płaszcza. Tak to musiał być Sędzia! Jego postać spowijał zielonkawy blask. Nagle mężczyzna zsunął kaptur. Jego twarz w pewnym stopniu przypominała Sędziego. Thovri wytężył wzrok. Twarz zaczęła się zmieniać. Skóra stała się zielona, a rysy przerażające. Miała w sobie coś z orka albo goblina. Wilki znieruchomiały i utkwiły wzrok w Thovrim. Potwór w stroju Sędziego uniósł dłonie. Na jego komendę bestie ruszyły do ataku. Chłopak rzucił się do ucieczki. Biegł co sił nie oglądając się za siebie. Wystarczyło oddalające się warczenie wilków…

5. Zazwyczaj Thovri nie pamiętał co mu się śniło, ale ten sen wyrył mu się w pamięci nie mniej, niż wizja rozkładających się zwłok Ettore Gimaldiego. Sen napełnił go trudnym do odegnania uczuciem niepokoju. Do tego wkroczył na terytorium Kreonii, a po pobycie na tych ziemiach nie spodziewał się niczego dobrego. Przestał unikać innych podróżnych. W obliczu niepokojów targających jego duszą stało się to mu dziwnie obojętne. Pierwszego dnia na kreońskiej ziemi minęły go tylko dwie karawany kupieckie i kilku miejscowych chłopów jadących na targ do sąsiedniej wsi. Kupcy wyglądali na zmęczonych, twarze chłopów były bez wyrazu. Pod wieczór idąc traktem do Kryer usłyszał krzyki. Ukrył się w krzakach o rzut kamieniem od wieśniackiego wozu otoczonego przez czterech jeźdźców wymachujących ćwiekowanymi maczugami. Jaki kraj tacy bandyci – pomyślał Thovri. Jeźdźcy wykrzykiwali groźby żądając wydania pieniędzy i co cenniejszych rzeczy z ładunku. Chłopak nie widział dokładnie, ale pasażerami wozu było chyba małżeństwo z dwójką dzieci. Jedno z nich przestraszone zaczęło płakać i tulić się do matki. Ojciec w pośpiechu oddawał wszystko czego zażądali rabusie. Serce Thovriego rwało się by pomóc ograbianym ludziom, ale ręka bezskutecznie szukała przy pasie miecza. Przecież rzucenie się z nożem kuchennym na czterech mężczyzn uzbrojonych w maczugi byłoby samobójstwem. Kolejny raz żałował ostrza, które postradał w lasach Rhynn. W jego umyśle mieszało się uczucie bezsilności ze wzrastającym gniewem, gniewem nie tyle przeciwko bandytom, co przeciw samemu sobie. Wiedział co było słusznym w tej sytuacji działaniem. Ale słuszne działanie nie oznaczało działania rozsądnego. Do głowy przychodziły mu kolejne usprawiedliwienia. Jest przecież głodny, osłabiony długą wędrówką. Czy byłby w stanie naprawdę im pomóc? Gdy tak wszystkie te myśli kłębiły się w głowie giermka, odgłosy ucichły. Bandyci zadowoleni łupem odjechali wznosząc okrzyki zwycięstwa. Thovri usiadł na ziemi, czuł się jakby został właśnie pokonany w pojedynku. Okradziony mężczyzna pocieszał roztrzęsioną żonę. Thovri poszedł głęboko w las. Skulił się pod dużym drzewem i zasnął.

6. Następnego ranka wydarzenia poprzedniego dnia zdawały się tylko złym snem. Stały mu się obojętne jak pogoda po drugiej stronie Wielkich Gór. Jedyne, co nie chciało go opuścić to uczucie głodu. Zaczął szukać w lesie pożywienia. Choć błąkał się kilka godzin znalazł tylko parę kępek młodego szczawiu. Kwaśnawe liście na krótko zagłuszyły uczucie głodu. Postanowił wrócić na trakt. Już przedzieranie się w jego stronę przez gęste zarośla ograbiło go z sił. Przez chwilę stracił orientację. Zrobiło mu się słabo. Usiadł na mchu pod starą brzozą. Czuł jakby żołądek przywarł mu do kręgosłupa. Rana na szyi zaczęła pulsować tępym bólem. Na myśl przychodziło mu jedzenie w klasztorze, posiłki w gospodach, piwo i ser, smak jeżyn… Myśli te sprawiały, że czuł się jeszcze bardziej głodny. Gdyby tylko udało mu się przestać myśleć o jedzeniu… Mimo iż poranek był bardzo ciepły zrobiło mu się chłodno. Wtulił się w kurtkę – jedyną rzecz jaka została mu sprzed wydarzeń w Rhynn. Szczęśliwie uniknęła znacznego poplamienia krwią, a tym samym losu pozostałych części garderoby, które spłonęły w zakonnej spalarni śmieci. Thovri poczuł coś twardego pod ręką. Jakby okrągły kawałek metalu. Pomacał przedmiot dokładniej. Znajdował się pod podszewką kurtki. Trochę namęczył się by przepchać przedmiot z powrotem do kieszeni. Gdy już go wyjął nie mógł uwierzyć w znalezisko. Czyżby z głodu miał przywidzenia? Na jego dłoni leżał likaryjski srebrny denar z wizerunkiem sowy. Po chwili dziękował bogom za łaskę. Wszystkim. Ten kawałek srebra dał mu niewiarygodną siłę. Wstał i jak pozbawiony zmysłów ruszył przed siebie zapominając o słabości. W myślach już wbijał zęby w soczysty dziczy udziec. Już czuł jak po gardle spływa mu ciemne piwo. Szybko odnalazł trakt i nie bacząc na nic pośpieszył przed siebie byleby odnaleźć jakąś gospodę. Po pewnym czasie dotarł do niedużej wioski. Kiedy już miał ruszyć na podbój miejscowej karczmy zdał sobie sprawę, że przecież jest w Kreonii, a w ręce ma likaryjskiego denara. Z drugiej strony jest on walutą międzynarodową i jest tu powszechnie akceptowany. Jednakże w Kreonii za cokolwiek można trafić na stos. Głód mieszał mu w głowie. Stał chwilę spoglądając to na srebrną sówkę, to na karczmę. Musiał dziwnie wyglądać w oczach przechodniów, ale nie dbał o to. Uczucie głodu było silniejsze od prawdziwego czy wyimaginowanego strachu przed trafieniem na stos za posługiwanie się pogańskimi denarami. W gospodzie wydawało mu się, że karczmarz patrzy podejrzliwie na monetę, ale dostał wielki kawał pieczonej baraniny, dwa bochenki chleba i kufel piwa. Schował się w kącie karczmy jak wygłodniałe zwierze, które porywa kęs i ukrywa się by nikt mu go nie odebrał. W miarę ustępowania uczucia głodu powracała mu zdolność trzeźwego myślenia. Rozglądnął się po karczmie, czy aby nikt go nie obserwuje. Stwierdziwszy, że nie zwrócił niczyjej uwagi spokojnie dokończył posiłek. Połowę baraniny i półtora bochenka zabrał na drogę. Zostało mu trochę miedziaków. Zastanawiał się czy nie wydać ich na nocleg. Doszedł jednak do wniosku, że jeszcze mu się przydadzą, a przespać się może gdziekolwiek.

7. Minęła połowa miesiąca Szariwar gdy zbliżał się do Kryer. Bliskość stolicy nie powodowała, że podróżowanie głównym traktem stało się bezpieczniejsze. Patrole straży Inkwizycji siały nie mniejszy postrach niż grupy zbrojnych bandytów. Choć Thovri unikał rzucania się w oczy, to nie uniknął spotkania z kreońskimi strachami.
Był wieczór. Spacerował po wyludniającym się targu w małym kreońskim miasteczku. Zaszedł w boczną uliczkę szukając kąta do spania. Czasami można było znaleźć ślepy zaułek gdzie nikt nie zaglądał i gdzie można było w miarę bezpiecznie położyć się spać bez wielkiej obawy o własne życie. Niestety uliczka po kilku załomach wychodziła na otwarty plac. Gdy rozczarowany zawrócił nagle wyrosła przed nim wielka postać. Mężczyzna w burej opończy, o twarzy mordercy z tygodniowym zarostem, stał naprzeciwko w niewielkiej odległości.
- Dawaj torbę! – zażądał.
- Nic w niej nie ma – powiedział spokojnie giermek.
- To ja ocenię. Dawaj ją!
Thovri powoli zsuwając torbę z ramieniu wyjął z niej nóż sprytnie ukrywając go w rękawie. Choć czy warto walczyć o coś, co rzeczywiście nie przedstawia większej wartości? Torbę rzucił pod nogi oprychowi. Ten podniósł ją, przetrząsną i upuścił na ziemię. Chyba rzeczywiście stwierdził, iż nie zawiera niczego cennego.
- Podróżnik co? A gdzie to się wybierasz?
- Do Kryer – odparł Thovri.
- Nie masz nic wartościowego? Niedobrze. Zapłacisz krwią – osiłek zrobił krok do przodu.
Thovri wyciągną przed siebie nóż.
- Śmiesz wyciągać taką igłę? Zgniotę cię gołymi rękoma. – Kwaśny oddech bandyty zmieszany z zapachem piwa i potu można było wyczuć z odległości kilkunastu stóp.
Gdy mężczyzna zrobił kolejny krok koło jego ucha świsnęła strzała i utkwiła w ścianie drewnianego budynku. Zaskoczony odwrócił się. Na końcu uliczki stała postać odziana w zielony strój kupiecki z napiętym łukiem, do którego była przyłożona kolejna strzała.
- Nie wtrącaj się w nie swoje sprawy bo przetrącę ci kark – pogroził bandyta łucznikowi.
Ten jednak nie wypowiadając słowa podszedł bliżej.
- Ty robaku! – przemówił wreszcie łucznik. Jego głos był spokojny, ale zdecydowany. – Jak śmiesz hańbić rozbójnictwem kreońską ziemię uświęconą męką naszego Pana? Jeśli nie okażesz skruchy, to bóg ukarze cię w ognistej czeluści.
Na takie słowa bandyta wręcz oniemiał.
- A teraz ukaże cię sąd Inkwizycji w ręce którego cię oddam.
- Ty? – mężczyzna już otworzył usta by wyśmiać słowa łucznika gdy kolejna strzała świsnęła mu tak blisko ucha, że uchylił się przekonany o celności strzału. Dobry humor go opuścił. Pomacał ucho by upewnić się, czy aby na pewno strzała chybiła. Z bliska Thovri dostrzegł, że łucznik jest czystej krwi elfem o szpiczastych uszach i pociągłej twarzy.
- Następna trafi w twoje zepsute serce. Precz robaku, albo oddam cię pod sąd Inkwizycji – zagroził łucznik.
Opryszek nie namyślał się długo. Przemknął koło Thovriego i zniknął za załomem uliczki. Nieznajomy opuścił łuk i podszedł do młodzieńca.
- Wszystko w porządku?
- Tak – potwierdził Thovri.
- Jestem Kyrre, kupiec. Widziałem cię na rynku i widziałem jak obserwuje cię to niegodne wymówienia… – Elf nie dokończył patrząc z obrzydzeniem w kierunku, w którym oddalił się rozbójnik. – A ty jak masz na imię?
- Thovri, jestem Thovri. Dziękuje za pomoc ale dałbym sobie radę. – Chłopak wskazał na trzymany w ręce nóż.
- Nie wątpię. – Kyrre popatrzył na kuchenny nóż z uśmiechem. – Masz się gdzie zatrzymać?
- Właśnie szukałem jakiegoś noclegu…
- Choć ze mną. Zatrzymałem się w karczmie niedaleko, jest całkiem przyzwoita.
Thovri nie odmówił swemu wybawcy. Kyrre zadbał o pożywną kolację. Podczas posiłku wypytał gościa kim jest i dokąd zmierza. Chłopak powtórzył mu przygotowaną historyjkę o powrocie do rodziny w Mareszy.
- Maresza, likaryjskie miasto. No to nie macie tam łatwo, żyć wśród pogan, którzy obserwują każdy wasz ruch. Gdy uczynisz coś złego, mają powód by mówić przeciwko naszemu bogu. Ale jest to z pożytkiem. Tym bardziej trzeba starać się czynić dobro. A widzisz co się dzieje u nas? Och wybacz, mówię „u nas” choć jestem z Rhynn, ale w każdym amiriańskim kraju czuję się jak w domu. – Kyrre uśmiechnął się. – Oburza mnie, gdy amirianici zajmują się rozbójnictwem. Pogan można zrozumieć, bo nie znają oświecenia naszego Pana. Ale my amirianici? To straszny grzech, gdy zna się ścieżkę Pana, a krzywdzi swoich braci.
- Słyszałem, że w Kreonii nie jest bezpiecznie od dawna…
- Tak, dlatego mam nadzieję, że Inkwizycja jak najszybciej zrobi porządek z tymi bandami, które ściągają hańbę na naszego Pana. A powiedz czym się zajmowałeś w Nuuk?
- Pracowałem z mnichami w klasztorze szpitalnym. Razem z braćmi opiekowaliśmy się niedomagającymi.
- To piękne – zachwycił się Kyrre. – Jak to dobrze spotkać amirianitę zaangażowanego w pomaganie innym. Tym bardziej cieszę się z naszego spotkania.
Do ich stolika podeszła dziewka służebna.
- Zamawiał pan wrzątek i dwa kubki – powiedziała stawiając dzbanek i kufle na stole.
- Tak, dziękuję.
Kyrre wyciągną z zanadrza lniany woreczek. Wyjął z niego suszone kawałki roślin o ciemno czerwonej barwie. Nasypał trochę do kubków i zalał wrzątkiem. Przysunął jeden Thovriemu.
- Poczekaj aż się zaparzy.
- Co to? – zaciekawił się Thovri.
- Herbata z róży – odparł kupiec.
- Handlujesz suszonymi ziołami?
- Między innymi.
- Pięknie pachnie. – Thovri zaciągnął się parującym napojem.
- Jeszcze lepiej smakuje – kupiec znów się uśmiechnął – ale poczekaj chwilę, żeby nie poparzyć sobie języka. Ludzie od zawsze kochali się w kwiatach róży, ale dopiero elfy pokazały im, że można z nich robić herbatę.
- W Likarii ciężko spotkać czystej krwi elfa – powiedział Thovri spoglądając w kubek parzącej się herbaty.
- W Rhynn jest duża społeczność elficka. Ale to przecież bez znaczenia. Czy jest się elfem, człowiekiem, krasnoludem czy niziołkiem wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi.
- A orkowie?
- Orkowie? – powtórzył Kyrre. – Nie wiem czy jakikolwiek przedstawiciel tej rasy przyjął Pana. Nie wiem czy są oni do tego umysłowo zdolni. Bliżej im do zwierząt.
Kyrre zamilkł rozważając czy bliżej orkom do zwierząt czy innych istot rozumnych.
- Powiedziałeś coś temu bandycie o ognistej otchłani… – zagadnął Thovri.
- Czeluści… – poprawił kupiec.
- Właśnie te sfery, kto trafia do otchłani, czy wszyscy poganie?
- Wiedza o strefach panowania boga to jedna z podstawowych nauk amiriańskich – zdziwił się Kyrre.
- Wiesz, ja jestem prostym chłopcem i nie… nie rozumiem wielu rzeczy – wyznał Thovri.
Kyrre czuł się wręcz wzruszony szczerością chłopca, toteż z pełną sympatii łagodnością zaczął objaśniać Thovriemu szczegóły amiriańskiej teologii.
- Tak jak istnieją cztery strony świata, cztery pory roku czy cztery żywioły, tak i boski włada w czterech sferach. Pierwsza z nich to ziemia. Ta ziemia po której stąpamy i na której żyjemy. Druga to otchłań oczekiwania, gdzie wszyscy oczekują na Dzień Sądu. Ci, którzy zostaną uznani za godnych podczas tego dnia trafią na niebiańskie łąki by zaznawać wiecznej szczęśliwości z naszym Panem. Niegodni, czyniciele bezprawia i niepoprawni grzesznicy zostaną strąceni w ognistą czeluść, gdzie będą odbywać karę za swe bezeceństwa. Pytałeś o los pogan. Otóż jeśli chodzi o pogan… – Kyrre zaczął uroczystym, podniosłym tonem, ale w miarę jak zagłębiał się w zawiłości myśli amiriańskiej jego głos powrócił do naturalnej barwy i tonu, jakby zapomniał o podkreślaniu wagi wywodów głosem.
Thovri znał już różne wyjaśnienia od mnichów i amiriańskich duchownych, ale musiał przyznać, że słowa kupca były o wiele bardziej poukładane, od jakiegokolwiek amirańskiego kazania jakie w życiu słyszał.
- Więc ci, którzy teraz umierają nie trafiają od razu do ognistej czeluści, albo na niebiańskie łąki, tylko do otchłani oczekiwania?
- Tak, choć często mówi się tak, jakby działo się to od razu. Ale to okaże się dopiero w Dniu Sądu. Choć od momentu śmierci nic nie można już zrobić, by zmienić wyrok, który zapadnie gdy Pan będzie sądził. Dlatego mówi się tak jakby było już to postanowione. Rozumiesz?
- Tak, chyba tak – przyznał uśmiechając się Thovri.

8. Młody giermek przed zaśnięciem dużo rozmyślał. Cieszył się ze spotkania rhynnyjskiego kupca. Choć przekonany był, że poradziłby sobie z bandytą mając do dyspozycji tylko nóź, to był mu wdzięczny. To przywiodło mu na pamięć inne wydarzenie. Zaledwie trzy dni wcześniej był świadkiem napadu na wóz kupiecki. Jemu okazano pomoc, a on? Ale ich było kilku… Rycerz nie wymawia się liczbą wrogów. Wyrzuty sumienia sprawiły, że cały pozytywny nastrój tego wieczora uleciał szybko jak dym z pośpiesznie wygaszonego ogniska. Zasypiał z poczuciem uchybienia rycerskim powinnościom.
Następnego ranka Kyrre zaoferował chłopcu wspólną podróż do Kryer. Kupiec zamierzał zatrzymać się tam kilka dni. Thovri skwapliwie przystał na jego propozycję. W towarzystwie to i droga bezpieczniejsza, i czas spędzony z kompanem przyjemniejszy niż samotna wędrówka. Na drugi dzień przybyli do stolicy Kreonii. Kupiecki wóz dojechał do jednego z mniejszych targowisk gdzie zakończyła się ich wspólna droga. Giermek zdecydowany był kontynuować podróż. Pożegnał się z Kyrre i ruszył w stronę centrum.
Thovri przybył do Kryer w dzień świętego Gathlana. Okiennice domów przystrojone były kwiatami i barwnymi wstążkami. Na drzwiach mieszkańcy kreślili kredą Boskie Znaki. W katedrze i kościołach odbywały się uroczyste zgromadzenia. Jak w każde amiriańskie święto obowiązywał zakaz handlu. Dlatego targ, na którym zatrzymał się Kyrre był pusty. Thovri domyślił się, że resztę dnia elf przeznaczy na odpoczynek. Choć jako pobożny amirianita zapewne weźmie udział w miejscowych uroczystościach. Tak czy inaczej podróż z Kyrre dobiegła końca. Idąc przez miasto Thovri zdał sobie sprawę z braku funduszy na dalszą drogę, a spanie w lesie i szukanie jeżyn nie bardzo mu odpowiadało. Kreończycy zdążali do świątyń. Ulice pustoszały. Thovri idąc zamyślony nie wiedział kiedy znalazł się w jednym z kreońskich kościołów. Świątynia była wypełniona po brzegi. Stanął pod tylną ścianą we wnęce pomiędzy dwiema kamiennymi rzeźbami świętych. Ponad rzędami figur znajdowały się naprzemiennie pasy fresków i polichromii wciśnięte pomiędzy grube, rzeźbione kolumny podtrzymujące strop i oddzielające główną nawę od dwóch naw bocznych. W absydzie ponad ołtarzem wisiały w półkolu ciężkie kotary z czerwonego aksamitu, na których srebrną nicią wyszyte były postacie aniołów. Centralne miejsce zajmowała figura Ahvari Amiriana, u którego stóp znajdował się zrobiony z brązu basen służący przy obrzędzie kropienia. Po obu stronach ołtarza stały dwa rzędy srebrnych, trójramiennych świeczników na wysokich, smukłych podstawach. Thovri pamiętał jak mnisi zapalali takie świeczniki za pomocą specjalnych żerdzi. Poniżej ołtarza było miejsce chłopięcego chóru. Za ołtarzem stał kapłan, który właśnie uniósł dłonie dając znak do rozpoczęcia nabożeństwa. Otwierała je pieśń pochwalna. Potem kapłan odmówił kilka modlitw i przystąpił do wygłaszania kazania. Mówił o świętym Gathlanie, o jego żywocie i cudach jakich miał dokonywać za życia, a także o męczeńskiej śmierci. Opowiadał o amiriańskiej drodze, czyli sposobie postępowania pobożnego amirianity. Potem odmówił kolejne modlitwy, kropiąc zebranych winem zmieszanym z wodą w obrzędzie błogosławieństwa. Całość wieńczyły chóralne śpiewy i recytacja hymnu do najwyższego bóstwa. Thovri słuchał całego nabożeństwa. Co robić dalej spłynęło na niego w trakcie kazania jak objawienie. Postanowił odszukać klasztor szpitalny w Kryer i zaoferować mnichom pomoc.

Tym sposobem znalazł nocleg w amiriańskim klasztorze. Z okna jego niewielkiej celi doskonale było widać plac, na którym codziennie palono na stosie ludzi oskarżonych o czary. Krzyki palonych żywcem niosły się ulicami miasta. Jedynie skazańcom szlacheckiego stanu Inkwizycja okazywała łaskę. Zanim ich ciała wydano na pastwę płomieni byli już martwi. Najczęściej duszono ich w lochach więziennych oszczędzając im śmierci w męczarniach. Thovri spędził tam dwa tygodnie spełniając różne posługi w zamian za jedzenie. Wbrew jego obawom mnisi nie byli podejrzliwi. Zwłaszcza teraz gdy za kilka dni spodziewali się wizytacji archidiakona Torque, każda para rąk do sprzątania była przydatna.

9. To był dwudziesty pierwszy dzień miesiąca Szariwar gdy po mieście rozniosła się wieść – Xandau padło! Jeden mnich wytłumaczył niezorientowanemu Thovriemu, że Xandau to twierdza, w której przez cztery miesiące oblężenia bronił się jeden z największych kreońskich czarodziejów – Myrkator. Właśnie wojska Inkwizycji pokonały ostatnich zorganizowanych wrogów wewnątrz kraju. Po zdobyciu twierdzy jej obrońców wycięto w pień, a maga wraz z jego ogromną biblioteką przewieziono na proces do Kryer. Czarodzieja skazano na śmierć przez spalenie żywcem. Jeszcze tego samego dnia wyrok wykonano na największym placu miasta. By go oglądać przybyły tłumy. Thovri też tam był wraz z grupą mnichów. Zgromadzeni wznosili okrzyki zwycięstwa i złorzeczenia. Na placu usypano stos ksiąg z biblioteki Myrkatora. Pośrodku stosu stał drewniany słup do którego przywiązano maga. Był to średniej postury, łysiejący starzec z długą, siwą brodą. Na twarzy miał kilka ran, a jego biała szata splamiona była krwią. Po odczytaniu wyroku, kat podłożył ogień pod księgi. Jasny płomień szybko zaczął trawić woluminy. Skazaniec otworzył usta i powiedział kilka zdań w niezrozumiałym języku. Tłumy ucichły. Wreszcie przemówił po cestyjsku:
- Niech będzie przeklęte plemię żmijowe, które podnosi na mnie swą plugawą dłoń! Niech was dotknie plaga zarazy, plaga wojny i głodu! Wasze kobiety będą traciły owoc łona, wasi mężowie będą ginąć na wojnach, wasze dzieci porwą nieprzyjaciele i sprzedadzą w niewolę!
W miarę jak mag przeklinał oprawców ogień coraz bardziej się rozprzestrzeniał. Wkrótce zaczął muskać krawędzie jego szat, a w górę wznosiły się strzępy spalonego pergaminu.
- Wasz lud dotknie plaga! Wasze ciała pokryją się krwawiącymi wrzodami, głowy waszych pięknych córek wyłysieją, a kości waszych synów zostaną połamane! – grzmiał Myrkator przekrzykując trzaskanie ognia. Jego głos był dostojny i donośny. – Z waszych wrogów powstanie mężczyzna, z was samych wyjdzie chłopiec, który przywiedzie was do upadku, który wybije was ostrzem miecza i spustoszy to miasto! Roztrzaska posągi waszego fałszywego boga, zburzy jego gnojowe świątynie!
Czarodziej znów przeszedł na niezrozumiały dialekt. Ogień buchał coraz wyżej.
- Szkoda, że nie kazałem mu wyrwać języka na torturach – odezwał się archidiakon Torque, który z trybuny obserwował egzekucję. – Wtedy nie mógłby ciskać swoich bluźnierstw.
Ogień ogarnął ciało maga. Choć płonął żywym ogniem jeszcze chwilę z jego gardła dobywały się głośne klątwy w obcym języku. W buchających płomieniach i pośród dymu widać było jak jego ogarnięta ogniem głowa opada na pierś. Głos umilkł. Po chwili tłum zaczął wiwatować.

10. Dwa dni później do klasztoru świętego Rohana zawitał archidiakon Torque, głowa kreońskiej Inkwizycji i rzeczywisty władca państwa. W towarzystwie przeora odwiedził wszystkie zabudowania, w tym izbę chorych. Długo rozmawiali spacerując po ogrodach klasztornych, aż weszli do sali jadalnej gdzie zebrali się wszyscy mnisi i pomocnicy. Thovriego zaskoczył wiek archidiakona. Spodziewał się kogoś starszego. Tymczasem Torque był około trzydziestoletnim wysokim mężczyzną o smukłej sylwetce. Miał długie, luźno opadające na ramiona kasztanowe włosy i czarną bródkę. Archidiakon przywitał się z zakonnikami, z kilkoma krótko porozmawiał, zwrócił też uwagę na czarnowłosego chłopca.
- To Thovri – przedstawił go przeor. – Jest z nami zaledwie od kilku dni, a dał się poznać jako bardzo pracowity i sumienny młodzieniec.
- To dobre cechy by zajść daleko – rzekł archidiakon.
- Czcigodny Torque sam służył kiedyś w naszym klasztorze – wyjaśnił chłopcu przeor – a teraz jest głową Świętej Inkwizycji.
- Dobry bracie, miałem tu po prostu wspaniałych nauczycieli. – Torque uścisną przeora. – Reszta to oddanie się woli Pana. On używa nas jako narzędzi do swego dzieła. Jeśli pozwolisz mu się pokierować, on poprowadzi cię drogą chwały.
- Postaram się Panie – odrzekł pokornie Thovri.
Giermek Sędziego inaczej wyobrażał sobie przywódcę Inkwizycji. W głowie miał obraz starca siejącego strach samym spojrzeniem. Atmosfera strachu, która dała się wyczuć na ulicach miasta jakoś nie pasowała do osoby archidiakona.
Oprócz pracy w klasztorze Thovri dorabiał sobie w pobliskiej karczmie drobnymi posługami, by odłożyć coś na podróż. Po dwóch tygodniach zdecydował, iż jest do niej gotowy. Jeden z życzliwych mnichów dowiedziawszy się, że przed nim piesza wedrówka do rodziny w Mareszy, dał mu nowe buty. No może nie do końca nowe, a nie zużyte. Zostały po jednym mnichu, który niedawno zszedł z tego świata.
Kreonia nie była bezpiecznym miejscem. Lokalne straże wszędzie węszyły spirytyzm. Z urzędu byli podejrzani wszyscy nieamirianici, choć Inkwizycja daleka była od wszczynania prześladowań religijnych, przynajmniej na razie. Thovri zachowywał się jak amirianita, ponadto na szyi nosił żelazny Boski Znak, który podarowali mu mnisi z Nuuk. Nieraz okazało się to ochroną, gdy straże zaczepiały samotnego wędrowca.
Thovri bezpiecznie poczuł się dopiero w Mareszy, na likaryjskiej ziemi. Tam też spędził kilka dni korzystając z gościnności miejscowych amirianitów. Po kilku kolejnych dniach był w Beresteczku. Zmierzał wprost do rezydencji Sędziego, gdy po drodze na rynku usłyszał o nim kilka dziwnych opowieści. Nie powstrzymałoby go to, gdyby na Promenadzie Słońca sam nie zobaczył jak Sędzia na oczach tłumów zabił kupca. To nie był jego pan. Nie tak go pamiętał. Zdezorientowany błąkał się przez tydzień po ulicach Beresteczka śpiąc w dzielnicy biedoty na podgrodziu. W międzyczasie zakończył się Wielki Turniej Rycerski. Dowiedział się, że jednym z triumfatorów jest brat Sędziego, Czarny Rycerz, który niedawno wrócił z Kabiru. Rozmyślał nad tym kilka dni i w końcu postanowił udać się do Lambertha. Został przez niego przyjęty, ubrany i nakarmiony. Okazało się, że rycerza również nurtuje los Sędziego. Znalazł mu też dom. I tak od pięciu dni mieszka w kamienicy Arkusa Galilei. A teraz ktoś usiłował zabić jego seniora. Jakby nie dość było nienaturalnego zachowania prawodawcy Likarii. A jeśli ktoś rzucił na niego urok? I steruje nim jak marionetką? Zło jest przebiegłe. Tak nauczyli go amiriańscy mnisi. Czy nie powinien działać dla dobra swego pana, aby wyzwolić go spod złego wpływu? Ale jak? Kto jest tym niegodziwym czarnoksiężnikiem, który opętał Sędziego? Gdyby mógł się dostać do rezydencji. Co tam się teraz dzieje? Była przecież dla niego domem. Tam został jego drewniany konik, skarb, jedyna zabawka, która został mu po rodzicach. Jednak zachowanie Sędziego świadczyło o tym, że na pewno wiele się tam zmieniło. Kto pozbawił go domu? Kto? Wyzwał by go na pojedynek, gdyby tylko wiedział kto jest tym łotrem.
Odpowiedz
#3
Poziomki i jeżyny zestawienie dosyć niefortunne. Jedne owocują późną wiosną drugie koniec lata - jesień. Wprawdzie znalezienie owocującej poziomki nawet we wrześniu jest możliwe, ale jest tego niewiele. Sugeruję raczej krzaki malin....

Scenę palenia żywcem też cokolwiek podkolorowałeś. Skazaniec traci przytomność i umiera zanim zacznie płonąć. "Winne" jest rozgrzane powietrze wokół niego Wystarczy kilka oddechów i nie ma płuc.

Inkwizycja w rzeczywistości nigdy nie zajmowała się czarami tylko herezją. No ale to świat fantasy, więc czemu nie?

Całkiem dobrze napisany fragment. Trzyma tępo, nie ma dłużyzn. Poznajemy wiele wątków z życia bohatera bez nachalnego wykładania kawy na ławę. To lubię. oby tak dalej.

To co Ci wypisałem nie należy uznawać za błędy, powiedzmy, raczej sugestie. Nie wpływają jakoś specjalnie na odbiór całości. Ot takie tam drobne nieścisłości.

Czyli tym razem całkiem dobrze.
Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#4
Dzięki Gorzki za czas jaki poświeciłeś na przeczytanie i za komentarz.
Na balkonie w skrzynce poziomki mi owocują całe lato Wink
Co do palenia żywcem się zgodzę, pod warunkiem, że nie wiał silny wiatr. Wtedy ofiara zamiast się dusić dymem bądź rozgrzanym powietrzem spłonie żywcem.
A skoro to był najpotężniejszy mag to może miał jakiegoś resista Wink

Fakt, że Inkwizycję mogłem jakoś inaczej nazwać. Z jednej strony słowo ma to dość konkretny ładunek skojarzeniowy, o który w pewnym sensie mi chodziło, to z drugiej opisuje ją tak by nie było prostej analogii do tej historycznej.
Podobnie ma się rzecz z monoteizmem. Opisując go nie sposób ustrzec się nawiązań do chrześcijaństwa, judaizmu czy islamu, ale starałem się by mój książkowy monoteizm był najbardziej jak się da "oryginalny", by nie był kalką rzeczywistości. Choć wiem, z perspektywy czasu, że można to było skonstruować inaczej. Zmiksować monoteizm z całkiem odmienną obrzędowością. Ale to już może w innym projekcie... Wink
Druga sprawa to oś konfliktu religijnego monoteizm-politeizm. Choć większość bohaterów to poganie staram się nie demonizować, ani nie wybielać jednej czy drugiej strony. Oddać te relacje z całą ich złożonością, co myślę, że w pewnym stopniu udało się w tym rozdziale - gdzie mamy palenie na stosie i troskliwych mnichów, amiriańskiego rozbójnika i amiriańskiego dobrodusznego kupca. Zresztą osoba samego Thovriego ogniskuje te religijne rozterki.
Także nie wiem czy się to do końca udało, ale taki był zamiar Smile

Raz jeszcze dzięki i pozdrawiam Smile
Odpowiedz
#5
Cytat:Druga sprawa to oś konfliktu religijnego monoteizm-politeizm. Choć większość bohaterów to poganie staram się nie demonizować, ani nie wybielać jednej czy drugiej strony. Oddać te relacje z całą ich złożonością, co myślę, że w pewnym stopniu udało się w tym rozdziale - gdzie mamy palenie na stosie i troskliwych mnichów, amiriańskiego rozbójnika i amiriańskiego dobrodusznego kupca. Zresztą osoba samego Thovriego ogniskuje te religijne rozterki.

To bardzo dobrze. Sprawy wiary, wynikających z nich motywacji i wyborów moralnych nigdy nie chcą być proste. To właśnie mi się między innymi podoba, że te aspekty są u ciebie złożone. Nie ma tej jedynie słusznej strony.

Cytat:Fakt, że Inkwizycję mogłem jakoś inaczej nazwać. Z jednej strony słowo ma to dość konkretny ładunek skojarzeniowy, o który w pewnym sensie mi chodziło, to z drugiej opisuje ją tak by nie było prostej analogii do tej historycznej.

Właściwie ten cały ładunek znaczeniowy zafundował inkwizycji Umberto Eko (o ile pamiętam), potem poszło już z górki Wink.

Natomiast moje sugestie co do inkwizycji, poziomek i palenia się... To są tylko sugestie. Tak specjalnie to przy nich nie obstaje.

Tak nawiasem... Przy silnym wietrze nie palono w obrębie miasta większych ogni.... Pożary przy braku w miarę skutecznych metod gaszenia pożary były istną plagą Wink.

Ale może w Twoim uniwersum była wysoce zaawansowana straż ogniowa Wink. Oczywiście tylko sobie żartuję w ramach polemiki.

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#6
ROZDZIAŁ XVII – RYSA NA SZKLE

Zapadł już zmierzch gdy Lamberth powrócił do domu. Minagris, który od dłuższego czasu niecierpliwie wypatrywał rycerza, wyszedł mu na spotkanie.
- Panie, od godziny oczekuje cię twój gość.
- Coś mnie zatrzymało. – Rycerz omiótł ręką czoło. – Otrzymał wino i owoce?
- Oczywiście, oczekuje w jadalni.
- Dobrze powiadom go, iż przybyłem. Tylko się przebiorę. Możecie już podawać.
Niedługo później Lamberth wszedł do jadalni. Wilk wstał by powitać gospodarza.
- Wybacz przyjacielu, ale nieprzewidziane zdarzenia opóźniły moje przybycie.
- Witaj. – Wilk go uściskał. – Widzę, że musiały być niezwykle emocjonujące.
- Usiądźmy, opowiem ci przy wieczerzy.
Pościg ulicami Beresteczka sprawił, że Lamberth bardzo zgłodniał.
- Czy ma to związek z obradami Senatu i twoim spotkaniem z Markusem?
- W rzeczy samej – przyznał rycerz przegryzając kolejny kęs pieczonej dziczyzny. Głód chleba i mięsa był silniejszy niż głód natychmiastowego podzielenia się nowinami.
Przełknął ostatni kęs i odsunął talerz na bok. Z poważna miną utkwił wzrok w gościu. Wilk wyczuwał ciężar informacji jakie miał zaraz usłyszeć. Sam spoważniał i odstawił kielich.
- Rozmawiałem z Markusem przed posiedzeniem. Przywitał mnie jak miłujący brat. Nie powiem, zaskoczył mnie tą reakcją. Nie spodziewałem się tego. Wszystkie wątpliwości co do jego osoby nagle stały się dla mnie odlegle jak jaskinie Kabiru, jak wrota Podmroku.
Rycerz zamilkł wpatrując się w gobelin wiszący na ścianie. Usiłował przywołać to uczucie.
- Powiedział coś o wypadkach w lasach Rhynn? – Wilk przerwał zadumę Lambertha.
- Wymieniliśmy tylko kilka zdań, gdyż zaraz rozpoczynało się posiedzenie. Chciałem z nim porozmawiać jeszcze po obradach, więc poczekałem w pobliskiej karczmie – wyjaśnił.
Wilk słuchał w rosnącym napięciu nie mogąc doczekać się informacji o tym, co Sędzia Rollin powiedział bratu.
- Jednak nie było mi to dane. – Lamberth wziął głęboki wdech. – Na schodach Senatu jakaś kobieta dźgnęła go sztyletem.
- Nie może być! – wyszeptał Wilk.
- Jego słudzy natychmiast zaprowadzili go do karety i odjechali. Razem z Lordem Straży rzuciliśmy się w pogoń za tą kobietą, ale zdołała nam umknąć.
- A Sędzia?
- Nie wiem. – Lamberth pokręcił głową. – Nie wiem co z Markusem.
- Kręcił się koło niego jakiś Gunnar – dodał po chwili milczenia.
- Gunnar? Gunnar… – Samotny Wilk się zamyślił. – Ach tak! Hrabia Gunnar. Ma ziemie gdzieś w okolicach Złotej Góry, rezyduje w Beresteczku od wiosny o ile dobrze pamiętam.
- Z rana wyślę posłańca do rezydencji Markusa z zapytaniem o stan jego zdrowia.
- Przyjacielu, współczuję ci. Jednak zważ by smutek nie przesłonił trzeźwego osądu. Wiesz ile dziwnych rzeczy dzieje się wokół twego brata, a teraz jeszcze ten… zamach.
Choć było już po wieczerzy w komnacie nadal unosił się zapach pieczonej dziczyzny.
- Musze przyznać Wilku… nie rozumiem, nie rozumiem tego co się dzieje. – Lamberth czuł, jakby wydarzenia wymykały się jego percepcji.
- Żyjemy w szczególnym czasie i o ile mam rację, to przyjdzie nam się zmierzyć z jeszcze większymi rzeczami. To czas spełniania się proroctw – powiedział uroczyście Wilk. – Muszę raz jeszcze je przeanalizować. Jeśli mam rację co do roli twego brata w tej grze żywiołów, to wyjdzie on z dzisiejszego zdarzenia bez trwałego uszczerbku.
- Czy była o tym mowa w proroctwach?
- Nie – odparł powoli mędrzec. – Być może to małe wydarzenie lekko tylko zakłócające linię czasu. Coś bez znaczenia dla przyszłych wydarzeń.
- Masz na myśli, że ten zamach nie mógł się udać z powodu odgrywania przez Marcusa większej roli w przyszłości? – Rycerz usiłował podążać za tokiem rozumowania mędrca.
- Tego nie powiedziałem. Nie jestem zwolennikiem koncepcji przeznaczenia – zaznaczył starzec. – Świat toczy się z dużą dozą… losowości. Dzisiejsze wydarzenie mogło przeciąć cały ciąg zdarzeń, o których mówią proroctwa. Znając je możemy świadomie wpływać na wydarzenia, a więc sprawić, że proroctwa się nie spełnią. A czy jakieś nieprzewidziane zdarzenie może zapobiec wypełnieniu się proroctwa? Możliwe, ale mniej prawdopodobne. Prorocy widzą wydarzenia w strumieniu czasu nie zakłóconym wypowiedzeniem przez nich proroczych słów. Sami zaś nie mogą przewidzieć jak samo wypowiedzenie proroctwa wpłynie na jego spełnienie. – Wilk malował rękoma w powietrzu linie i pokazywał na nich jakieś punkty. – Poza tym, jak już ci wspominałem wizjonerzy czasami widzą kilka wariantów przyszłych wydarzeń uwzględniających właśnie losowość świata.
- Arogancją byłoby przyznać starcze, że rozumiem wszystko co powiedziałeś. – Lamberth nie lubił gdy Wilk zasłaniał się tymi probabilistycznymi teoriami przed udzieleniem jednoznacznej odpowiedzi. – Mówisz tak pewnie o rzeczach tak niepewnych. Nie bierzesz pod uwagę, że możesz się mylić?
- Prawda, mogę się mylić, ale wierzę w to co mówię – W te słowa Wilka rycerz wierzył. Choć zdarzało się, że prawił zawile, to zawsze mówił z pełnym przekonaniem. – Lata obcowania z księgami pozwalają mi wypowiadać się z duża dozą pewności. Przyjacielu – Mędrzec wstał – dziękuję za gościnę. Na pewno masz wiele do przemyślenia, ja także.

2. Lamberth po odprowadzeniu gościa na dziedziniec wrócił do środka. Wszedł na piętro i stanął w drzwiach sypialni. Nagle jego zmysły zostały pobudzone niespodziewanym impulsem. Uczucie dejavu wyostrzającego zmysły było coraz silniejsze. Stanął na środku pokoju. Czuł, że kiedyś był w takiej samej sytuacji, w tym samym miejscu. Po wieczerzy na której mówili o Sędzim odprowadził Wilka i wrócił do sypialni. Ale taka sytuacja nigdy wcześniej się nie wydarzyła! Lamberth zamrugał szybciej. Światło dziwnie załamywało się na krawędzi przedmiotów. Poczuł zagrożenie. Przymknął powieki. W wyobraźni obejrzał całe pomieszczenie, łoże z baldachimem, szafy, skrzynie, obite aksamitem ściany, srebrny żyrandol. Uczucie dejavu mówiło mu, że napastnik uderzy z lewej. Lamberth błyskawicznie obrócił się przygotowany na atak. Uchwycił rękę zamaskowanej postaci, która się na niego zamchnęła i przewalił napastnika w przeciwną stronę komnaty. Nim zdążył wstać dopadł go i przycisnął kolanem do ziemi. Wykręcił mu ręke by puścił ostrze. Szarpał się jeszcze chwilę, ale nie był w stanie wyswobodzić się z żelaznego uścisku rycerza. Lamberth zdarł mu kaptur, chwycił za włosy i wygiął głowę do tyłu. Mężczyzna charknął.
- Kim jesteś?
Lamberth nie czekając na odpowiedź uderzył jego głową dwa razy o podłogę. Nieproszony gość zdołał wydostać się z uścisku i przewrócić na plecy. Rycerz nie pozwolił mu wstać. Zdzielił go po twarzy wierzchem dłoni, zaś drugą ręką szybko sięgnął po sztylet i przystawił mu go do gardła.
- Kim jesteś?
I teraz nie padła odpowiedź. W takiej pozycji mężczyzna miał większe pole manewru, ale Lamberth bacznie obserwował kątem oka jego ręce, zdecydowany w razie potrzeby pchnąć go sztyletem.
- Dla kogo pracujesz? Mów albo poderżnę ci gardło. – Rycerz zwiększył nacisk sztyletu. Na ostrzu pojawiła się krew.
- Nie możesz. – W oczach mężczyzny po raz pierwszy pojawił się cień strachu.
- Mogę, będziesz tylko złodziejem przyłapanym na gorącym uczynku. – Mówiąc to jeszcze mocniej przycisnął sztylet do gardła napastnika. Zauważył wtedy pod linią jego szczęki niewielki tatuaż przedstawiający pająka.
- Palatyn. Palatyn kazał mnie zabić?
- Nie kazał cię zabić. – Razem z tym słowami wykorzystując lekkie zwolnienie uścisku mężczyzna zrzucił z siebie rycerz rzucając się do ucieczki. Lamberth zdolał chwycić go za goleń wywracając na środku pokoju. Dopadł szpiega i chwytając za ubranie pod szyją i w okolicach krocza podniósł wysoko.
- W takim razie pozdrów ode mnie Palatyna – z tymi słowy cisnął nim przez okno.
Brzęk tłuczonego szkła obudził czujność Minagrisa. Agent Sieci Pająka razem z odłamkami szkła spadł z drugiej kondygnacji na kamienny bruk. Do pokoju wbiegł majordomus.
- Panie co się stało? – Minagris podbiegł do rozbitego okna i wyjrzał na ulicę.
Mężczyzna w czerni powoli pozbierał się i lekko utykając czym prędzej się oddalił.
- Kto to był?
- Szpieg Palatyna.
- Chciał… chciał cię zgładzić Panie? – spytał przerażony majordomus.
- Mam nadzieje, że Palatyn nie jest aż tak głupi.
Stali jeszcze kilka chwilę przyglądając się pustej ulicy.
- To ja może poślę po cieślę i szklarza.

3. Poranna mgła opadała, a słońce świeciło coraz mocniej. Zbliżało się południe ostatniego dnia miesiąca Maskaram. Pukanie zaskoczyło Arkusa. Nie spodziewał się teraz nikogo. Christian już o świcie poszedł na nauki do Samotnego Wilka.
- Sonia? – Chłopak był zaskoczony widokiem złotowłosej dziewczyny.
- Witaj Arkusie, nie przeszkadzam?
Thovri ukrył się w drugim pokoju słysząc obcy głos.
- Nie, nie, zapraszam, ale skąd wiedziałaś gdzie…
- No wiesz, w tej okolicy nie ma wielu sklepów z przyprawami. – Sonia uśmiechnęła się. – Właśnie wróciłam ze wsi. Muszę ci coś pokazać. – Dziewczyna wskazała na dużą skórzaną torbę jaką miała przy sobie.
- Wejdź. – Arkus zaprosił ją do środka szerokim gestem.
- Jest Christian? – spytałą słysząc szmer z sąsiedniego pokoju. – Zawołaj go.
- To nie Christian, to znaczy Christian poszedł do…
Arkus musiał szybko pomyśleć. Skłamać, czy powiedzieć o gościu?
- Coś się stało? – Sonia dostrzegła rozterkę Arkusa.
- Soniu – zaczął poważnie. – Ufam ci, więc chciałbym ci kogoś przedstawić – powiedział głośniej.
Z pokoju niepewnie wyłonił się Thovri jak zwykle z szalikiem przewiązanym wokół szyi.
- Oto Thovri, giermek Sędziego Rollina.
- Witaj Thovri, ja znam cię. – Sonia uprzejmie się skłoniła na powitanie odwzajemniając gest Thovriego. – Pewnie mnie nie pamiętasz, ale widziałam cię na kilku ucztach królewskich u boku Sędziego. Jestem Sonia Opperion.
- Miło mi poznać córkę Lorda Skarbu. – Thovri ponownie lekko się ukłonił.
- Twój głos. – Brzmienie głosu giermka Sędziego zrobiło na Sonii niemałe wrażenie.
- Byłem ranny w szyję – wyjaśnił chłopak.
- Pobyt Thovriego tutaj jest tajemnicą – powiedział Arkus z naciskiem.
- Potrafię dochować tajemnic – odparła z pełną powagą Sonia. – Obdarzyliście mnie zaufaniem więc i ja chciałabym wam coś pokazać.
Dziewczyna ostrożnie położyła torbę na blacie drewnianego stołu. Ściągnęła z wierzchu brązowy kocyk.
- Popatrzcie. – Dumnie zaprezentowała jej zawartość.
W środku na posłaniu leżał zwinięty w kłębek pseudosmok. Podniósł teraz mały łebek i spoglądał na nich uważnie.
- Nie zna was i może być z początku nieufny.
- Skąd go masz? – spytał Arkus.
- Sam do mnie przyleciał gdy odpoczywałam na wzgórzach. Potem codziennie wracał. Dawałam mu jabłka, a on pozwalał się głaskać. Chyba mnie polubił bo w przeddzień wyjazdu zamiast jak zwykle odlecieć został ze mną, więc go przygarnęłam – wyjaśniła.
- Ktoś o tym wie?
- Oczywiście, że nie. Ukrywam go w pewnym zakamarku rezydencji gdzie nikt nie zagląda.
- Nie słyszałem nigdy by dziki pseudosmok tak chętnie poddał się człowiekowi – Thovri był pod wrażeniem chowańca – a już na pewno by dał się oswoić kobiecie.
Sonia zmarszczyła brwi, a chłopak wpatrując się w zwierzę ciągnął dalej:
- Musi być w tobie coś wyjątkowego.
Sonia od razu się rozchmurzyła nieoczekiwanym komplementem, błogosławiąc w duchu Arvenę za powściągliwość, dzięki której nie weszła chłopakowi w słowo.
- Bardzo lubi jabłka. Masz może jakieś? – spytała Arkusa.
- Tak, zaraz przyniosę.
Z uwagą patrzyli jak inteligentne stworzonko pochłania owoc. Najedzone znów zwinęło się w kłębek i zasnęło. Thovri z Arkusem postanowili uchylić Sonii rąbka tajemnicy pobytu giermka Sędziego w stolicy. Ta słuchała w skupieniu obiecując dyskrecję.
Sonia i Arkus wyszli razem. Szlachcianka poszła ukryć pseudosmoka, zaś giermek udał się do Czarnego Rycerza.

4. Wilk nie zauważył przybycia Christiana. Był tak pogrążony w myślach, że nawet nie odpowiedział na jego pozdrowienie. Chłopak z kolei patrzył jak mistrz siedzi za wielkim stołem i skupiony w coś się wczytuje. Przed nim leżał rozwinięty spory pergamin pokryty barwnymi iluminacjami. Wokół kilka otwartych ksiąg. Pod dzierżącą pióro ręką spoczywała karta pergaminu zapisana kilkoma linijkami pisma runicznego i czymś na kształt komentarzy w alfabecie taugijskim, aczkolwiek dosyć niezgrabnym w stylu. Wilk zauważył młodego ucznia gdy ten wręcz bezczelnie gapił się ponad jego ramieniem na Mapę Żywiołów.
- Christianie czemu się tak skradasz?
- Nie skradam się Panie, jednak wyglądasz na bardzo pochłoniętego pracą.
- Tak, tak… – Wilk zrobił przerwę aby odkaszlnąć. – Dzisiaj miałem ci powiedzieć coś o materiałach piśmienniczych i podstawach pracy skryby, ale od wczoraj nurtują mnie stare teksty. Zapewne twój przyjaciel powiedział ci o zamachu na Sędziego. Nie mówiłem ci tego jeszcze, ale od wielu miesięcy śledzę stare proroctwa, które zdają się spełniać właśnie teraz.
- Spałeś tej nocy mistrzu?
- Tej nocy? – Starzec wyglądał jakby nie zrozumiał pytania. – Jaki dziś mamy dzień?
- Ostatni Maskaram.
- Ach tak – rzekł Wilk i z wzrokiem utkwionym w regał z księgami zamilkł.
Trwało to dłuższą chwilę zanim profesor znów przemówił:
- Próbuję przetłumaczyć tę inskrypcję. Spójrz tutaj. – Wilk wskazał palcem. – W tej rozecie jest napis, który umyka memu zrozumieniu. Te runy… to starobandarski… ale szyk znaków jest pozbawiony sensu… gdybym…
- Mistrzu może odpoczniesz trochę. Wypoczęty umysł jest bardziej zdatny do rozwiązywania problemów.
- Masz rację Christianie – rzekł po dłuższej chwili profesor. – Tak zrobię.
Za namową ucznia udał się na spoczynek nie wydawszy mu uprzednio żadnych poleceń.

Mędrzec nie wiedział jak długo spał. W pokoju było bardzo jasno. Wywnioskował, że musi być koło południa. Wstał i przeszedł do pracowni. Tam zastał Christiana nad stołem. Wpatrywał się w Mapę Żywiołów i coś kreślił na pergaminie. Starzec podszedł i spojrzał mu prze ramię. Spoglądał to na inskrypcje to na notatki Christiana nie mogąc uwierzyć.
- Niemożliwe! Jak to zrobiłeś?
- Zauważyłem elementy klucza rozsiane po całej mapie. W liściach dębu tu, tu i tu – wskazał młodzieniec – są znaki o jaśniejszym odcieniu pozwalające deszyfrować zapis.
Wilk kręcił głową w zdumieniu patrząc na chłopaka, który kończył tłumaczyć inskrypcję z rozety. Jak mogłem tego nie zauważyć? Musiałem być chyba zmęczony. Trzeba przyznać, że chłopak ma jakiś dar.
- Świetnie chłopcze. Nie mówiłeś mi wcześniej o swojej znajomości starobandarskiego.
- Moi przodkowie pochodzili z Bandaru. Mój dziadek przybywając do Likarii przywiózł ze sobą kilka ksiąg w tym języku. Mój ojciec mówi po bandarsku choć słabo, wystarczająco jednak bym, także przy pomocy tych ksiąg, nauczył się bandarskiego.
To wiele wyjaśniało. Ale znajomość języka nie tłumaczyła jeszcze rozgryzienia szyfru. Wilk pomyślał, że chyba nie przypadkowo trafił mu się taki uczeń. Choć zaraz odegnał myśli o predestynacji. A może to dar bogów? Chłopak może okazać się bardzo przydatny w zgłębianiu dawnych tekstów. Tak, był już pewien. Wtajemniczy go w proroctwa. Może ten młody, świeży umysł dostrzeże to, czego on od dłuższego czasu poszukuje.
W trakcie dyskusji nad Mapą Żywiołów Christiana zainteresowało Proroctwo Wiatru:

Zimna fala lodowego wichru z mocą kamienia
Zatrzymany czas, uciekające życie i morze cierpienia
Gdy nadchodzi zagłada wraz z panem zniszczenia
Tylko w tym który umiera trzy razy szukajcie ocalenia


- Czy ten w którym mamy szukać ocalenia będzie nieśmiertelny? Jak nieśmiertelne elfy albo starożytna rasa?
- Skąd o tym wiesz?
- Na festynie widziałem sztukę o nieśmiertelnej starszej rasie, która została wyniszczona przez ludzi z ich żelazem i o drzewach życia. Spożywanie ich owocu zapewniało nieśmiertelność – wyjaśnił Christian. – Znasz mistrzu takie opowieści?
- A tak – przyznał Wilk – historie o nieśmiertelnych rasach elfów, starszej rasie i zniszczeniu ich potężnej magii przez żelazo, a także o ludziach, którzy dzięki odkryciu tejże magii stali się nieśmiertelni. To mity i bujdy opowiadane przez stare kobiety – stwierdził autorytarnie Samotny Wilk. – Zresztą, co znaczy nieśmiertelny? Taka osoba nie mogłaby przestać istnieć. Nikt z ludzi, elfów czy orków nie może być nieśmiertelny. Odetnij takiemu głowę, rozerwij ciało na strzępy i zobaczysz co zostanie z jego nieśmiertelności. Nic co ma ciało nie może być nieśmiertelne. Bogowie mogą być nieśmiertelni… o ile istnieją.
- Wątpisz w to Panie? – spytał lekko zdziwiony Christian
- Nie, ależ skąd. Oczywiście, że bogowie istnieją.
Christian nie był do końca pewien, ale wydawało mu się, że słyszał w głosie mistrza lekką ironię.

5. Choć otyłość zaczęła jej sprawiać trudności przy chodzeniu nigdy nie odmówiłaby sobie przyjemności osobistego dbania o ogród. Przyglądanie się kwitnącym krzewom, które nazywała dziećmi, nieodmiennie sprawiało jej radość. Zawsze zresztą bardziej kochała róże i hortensje niż ludzi. Teraz trudno byłoby wskazać choć jednego człowieka, którego darzyłaby tym uczuciem. Do lady Marozji żywo dyskutującej z ogrodnikiem podszedł służący.
- Pani, przybył twój brat, lord Tazzar Ziller.
- Wprowadź go do komnaty audiencyjnej i powiedz, że zaraz przybędę.
Marozja Ziller musiała mocnym makijażem maskować coraz liczniejsze zmarszczki. Starość ukrywała pod grubą warstwą pudru przez co jej twarz wyglądała jak teatralna maska. Włosy starannie farbowała na czarno. Także rzęsy i brwi podkreślała czarnym tuszem. Usta malowała obowiązkowo krwisto-czerwoną pomadką. Lubowała się też we wszelkiej biżuterii. Od długoletniego noszenia ciężkich kolczyków wyciągnęły jej się uszy. Na każdym palcu nosiła po trzy, cztery złote i srebrne pierścienie z drogimi kamieniami. Jej kark uginał się pod ciężarem diamentowego naszyjnika. Na obu nadgarstkach brzęczały liczne bransolety. Farbowane włosy stale nosiła misternie upięte w kok poprzetykany spinkami i szpikulcami z kości słoniowej. Gości przyjmowała tylko w takim pełnym rynsztunku. Nie inaczej było dzisiaj. Gdy wchodziła do komnaty audiencyjnej jej brat nisko się pokłonił. Matrona ułożyła się na miękkim łożu i jakby od niechcenia dała mu znak, że może mówić.
- Szlachetna siostro, cieszę się, iż moja wizyta w Beresteczku zbiegła się z zamachem na Rollina. Czy ta rzecz wydarzyła się w interesie naszego rodu?
- Tazzarze, oczywiście ucieszyła mnie ta wiadomość, ale nie myśl, że ręka jakiegokolwiek Zillera przyczyniła się do tego wypadku. Ale chyba nie przyszedłeś mówić o Rollinie?
- Jak nadmieniłem ci w listach, warunki w Port Saar są coraz trudniejsze. Coraz więcej tych nieokrzesanych sewarczyków przyjmuje amirianizm. Jakby tego było mało chodzą plotki, że Dilthey im sprzyja. – Tazzar prywatnie był przekonany o sabotowaniu jego namiestnictwa przez tego potomka starego rodu władającego południową częścią półwyspu.
- Król Conorius zrobił błąd pozostawiając tę dynastię w Sevarinn. – Marozja pomacała kok poprawiając kilka kościanych szpilek.
- Port Saar coraz bardziej się burzy, wysuwają coraz nowe żądania…
- Tzzarze! Czyż nie jesteś królewskim namiestnikiem? – Głos matrony niemal poruszył płomienie kariońskich świeczek zatkniętych w kandelabrze z brązu stojącym obok jej łoża.
- Jestem – odparł potulnie jak baranek Tzzar.
- Więc czym się przejmujesz? Trzymaj tych brudnych wieśniaków krótko, tak jak ci pisałam w listach. Pamiętaj, jeśli ustąpisz im choć o krok zażądają więcej. Jeśli proszą o chleb zafunduj im chłostę, jeśli chcą nowej świątyni zburz starą. Tylko jeśli będą się ciebie bać zdołasz utrzymać namiestnictwo.
- Nasze rządy nie są tam popularne siostro… – Tazzar usiłował łagodnie oponować.
- Nie dziwię się gdy tak folgujesz synowi.
- Ale…
- Już w Beresteczku głośno o jego pijaństwach i burdach – przerwała mu Marozja. – Skoro nie potrafisz okiełznać syna jak chcesz okiełznać tych twardogłowych sewarczyków?
- Co mam uczynić? – Tazzar rozłożył ręce w geście bezradności.
- Wyślij go gdzieś. Czy musi się łajdaczyć w Port Saar?
- Nie wiem czy to coś da w sprawie amirianitów.
- Amirinici nie są problemem tylko u ciebie. Znasz najnowsze informacje z północy?
- Nie – przyznał królewski namiestnik.
- Nie dziwie się, to wydarzyło się zaledwie dwa dni temu, ale kruki przyniosły ciekawe wieści – powiedziała z satysfakcją Marozja, zadowolona z szybkością z jaką docierały do niej wszelkie nowości ze świata polityki. Zawdzięczała to utrzymywaniu gęstej siatki rezydentów i informatorów. Informacja była jej towarem. Wykorzystując informację w połączeniu z pieniędzmi, pochlebstwami, zastraszeniem i szantażem zbudowała potęgę rodu.
- Kreonia utworzyła Marchię Zachodnią na terytorium Zimnych Bagien przylegających do Vermissy.
- Kolonię?
- Trudno to nazwać kolonią. Wysłali połowę wojska z armią osadników i robotników. Wyrżnęli kilka barbarzyńskich wiosek i budują po drugiej stronie rzeki zamek warowny by ujarzmić okoliczne plemiona.
- Jednym zamkiem?
- Nie durniu! – Niedomyślność brata nieodmiennie ją irytowała. – To baza wypadowa do walki przeciw następnym plemionom. Gdy podbiją dalsze ziemie zbudują kolejne zamki.
- To kosztowne – zauważył lord Ziller.
- Ale może okazać się skuteczne – kontynuowała spokojnie Marozja. – Jako pierwsi w historii mają szansę naprawdę ujarzmić Zimne Bagna.
- A co na to Nakszame-Re i Liga Morska?
- Nie było jeszcze żadnej reakcji. Stoi przed nimi nie lada wyzwanie. Ale obstawiam, że Liga pomruczy tylko, ale nie podejmie się obrony barbarzyńców. To po prostu nieopłacalne.
- Czy to zagraża Zillerom?
- Tzzarze, czy ja muszę wykonywać za ciebie wszystkie wyższe procesy myślowe? Jestem zmęczona. – Lady Marozja ziewnęła w teatralnym geście. – Idź już do komnat gościnnych, powiedz sługom by przynieśli ci grzańca. Zobaczymy się na obiedzie i powiem ci co dalej.
W takich chwilach Marozja czuła, że przezwisko jakim polityczni wrogowie obdarzyli jej brata nazywając go ogrem jest adekwatne.

6. - Możesz wziąć te nuty – powiedział Czarny Rycerz do giermka. – Przepiszesz je i przyniesiesz mi jutro rano. Ćwicz grę na lutni. To ważny element rycerskiej edukacji.
- Dobrze Panie. – Arkus odebrał pergaminy z nutami od seniora.
- Powiedz mi jeszcze, jak się miewa Thovri?
- Dobrze. Wiele rozmawiamy. Cenię jego doświadczenie, które zdobył służąc u Sędziego. Nie narzeka, ale podejrzewam, że nudzi się gdy mnie nie ma, a Christian jest u Wilka.
- Czy ty się nudzisz? – spytał rycerz.
- Nie Panie, zawsze jest coś do zrobienia.
- Więc nie martw się o Thovriego. Uczeń mojego brata na pewno wie jak dobrze wykorzystać czas. Dobrze idź już.
Lamberth odprawił giermka. Po jego wyjściu usiadł na krześle w pracowni wpatrując się w czarną, lśniącą zbroję zawieszoną na drewnianym rusztowaniu. Jedna płyta wróciła właśnie z kuźni gdzie kilka dni wcześniej zanieśli ją do naprawy. Wyjął z pochwy Żagiew Mrozu. W zapadającym mroku ostrze lśniło niebieską poświatą. Co zrobić z Palatynem? Na pewno nie mógł tej sprawy tak zostawić. A jeśli to on stoi także za zamachem na jego brata? Czyżby chciał się pozbyć całego rodu Rollinów? Długo nad tym myślał. Postanowił nie działać pochopnie. Wziął ze sobą miecz i zamknął pracownię. W sypialni czekała go niespodzianka. Diametralnie odmienna od tej poprzedniego dnia. Na łożu leżała półnaga pani Triola ubrana jedynie w prześwitującą, perłową koszulę z delikatnego jedwabiu. Lamberth odłożył miecz choć przez chwilę mignęła mu brutalna myśl.
- Co ty tu robisz? – zapytał szorstko.
- Minagris to dobry człowiek. – Triola prowokacyjnie wyciągnęła w górę smukłą nogę. Jej skóra była bez skazy, jędrna jak nastoletniego dziewczęcia. – Nie mogłam się powstrzymać. Odkąd usłyszałam, że wróciłeś, odkąd cię ujrzałam na Promenadzie…
- Tu nie jest bezpiecznie. Wczoraj o mało nie zginąłem w tym pokoju z ręki najętego skrytobójcy. – Rycerz zdecydowanym tonem postanowił odwieść ją od rozpustnych zamiarów.
Triola roześmiała się, wstała z łoża i podeszła do niego.
- To jeszcze bardziej mnie podnieca. Chodź, połóż się ze mną. – Objęła go ramieniem, zaczęła całować po szyi tuż pod uchem.
Lamberth nie miał na to ochoty, ale czuł jak namiętność Trioli powoli przelewa się do jego ciała. Był rycerzem biegłym w sztuce samodyscypliny. Potrafił żyć długi czas we wstrzemięźliwości mając na oku wznioślejsze cele, ale Triola zawsze potrafiła kusić. Wątpił by ta frywolna wdowa po bogatym kupcu była mu wierna gdy on wojował w pieczarach Kabiru. Jako kobieta ludzkiej rasy znała warunki i możliwości elfów. Toteż zadowalała się mężczyznami własnej rasy o tyle, o ile w pobliżu nie było jakiegoś elfickiego lub półelfickiego kochanka. Jednak gdy Lamberth bawił w Beresteczku preferowała wyłącznie jego towarzystwo jako, że był jej ulubionym kochankiem. Zaś ona była nadzwyczajnie biegła w sztuce miłości, którą zgłębiała w dalekich krajach południowych, w czasie gdy jej mąż załatwiał tam interesy. Triola czuła jak umięśnione ciało półelfickiego rycerza powoli topnieje. Znała go nie od dziś i wiedziała, że ten płomień roznieca się powoli, ale później jego żar jest wielki. Toteż nie nachalnie lecz wytrwale pieściła pocałunkami jego szyję zaś rękę wsunęła pod koszulę delikatnie smagając pierś rycerza. Pod jej aksamitnym dotykiem spięte mięsnie Lambertha zaczęły się rozluźniać. Czując brak oporu i rosnące przyzwolenie odpinała kolejne guziki koszuli. Wreszcie jej subtelność została nagrodzona. Ręka Lambertha powędrował na jej kark i przysunęła jej usta do jego ust. Już był jej.
Odpowiedz
#7
Powiem tak. Czytam Twoją opowieść od dłuższego czasu i pewnie doczytam do końca. Atutem jej jest niewątpliwie duży rozmach, wiele postaci, pewna wielowymiarowość. Niestety z jakiegoś powodu jest tak, że podchodzę do czytania z pewnym przymusem. Innymi słowy, gdybym Cię nie znał (jako użytkownika i dyskutanta w wielu wątkach), czytanie opowieści już bym zapewne dość dawno przerwał.

Np. fragment piąty jest totalnie nudny i napisany chyba tylko po to by przekazać czytelnikowi jedną niezbyt istotną informację..

Muszę Cię pochwalić za to za fragment drugi. Fajny kawałek akcji. Szczególnie to poczucie dejawu. Fajnie by było, żeby całość opowieści biegła w przybliżeniu tak wartko.

No i nie podoba mi się fragment ostatni. Zabawianie się z wdówkami po bogatych kupcach jakoś nie przystaje mi do rycerza jasnej strony mocy.

Wybacz mi proszę marudzenie, bo ma gorączkę i mózg pływa mi w czymś wyjątkowo paskudnym co czasem wydostaje się nosem. Ale może nie będę już epatował niewinnego czytelnika.

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#8
(20-12-2016, 21:40)gorzkiblotnica napisał(a): Powiem tak. Czytam Twoją opowieść od dłuższego czasu i pewnie doczytam do końca. Atutem jej jest niewątpliwie duży rozmach, wiele postaci, pewna wielowymiarowość.
Doceniam Smile

(20-12-2016, 21:40)gorzkiblotnica napisał(a): Np. fragment piąty jest totalnie nudny i napisany chyba tylko po to by przekazać czytelnikowi jedną niezbyt istotną informację..
To skutek uboczny rozmachu - wprowadzanie coraz to nowych postaci. Staram się to ograniczać. We wcześniejszych rozdziałach miał się znaleźć fragment opisujący najazd Kreonii na Zimne Bagna, wprowadzający czwartoplanowa postać kreońskeigo dowódcy. Skasowałem go pozostawiają informacje o najeździe tylko w konwersacji Marozja-Tazzar - postaci które będą miały większe znaczenie dla fabuły.
Marozja to archetyp matrony, zestarzałej kobiety fatalnej. Tazzar zaś o odważny wojownik, męczący się w narzuconej mu funkcji namiestnika. Woli wykonywać rozkazy, dlatego poddaje się woli siostry, co nie znaczy, że ich realizacja go nie uwiera.
Wiem, że mnożenie postaci może doprowadzić do chaosu w głowie czytelnika.To już chyba ostatnie drugoplanowe postacie jakie wprowadzam.

(20-12-2016, 21:40)gorzkiblotnica napisał(a): Muszę Cię pochwalić za to za fragment drugi. Fajny kawałek akcji. Szczególnie to poczucie dejawu. Fajnie by było, żeby całość opowieści biegła w przybliżeniu tak wartko.

Dziękuje Smile Mogę obiecać, że im wyższy numer rozdziału tym będzie ich więcej.


(20-12-2016, 21:40)gorzkiblotnica napisał(a): No i nie podoba mi się fragment ostatni. Zabawianie się z wdówkami po bogatych kupcach jakoś nie przystaje mi do rycerza jasnej strony mocy.
I właśnie o taki dysonans poznawczy mi chodziło. To w ramach "odbrązowienia" postaci. Każdy ma jakieś słabości.
Zważ, ze rycerz zdaje sobie sprawę z tego, że źle czyni. Próbuje wyprosić kobietę. Trzyma miecz i przez chwilę miga mu nawet brutalna myśl Wink Ale ostatecznie zabrakło mu silnej woli by ją wyrzucić z sypialni. Ulega pokusie. Ten dylemat moralny - cielesne pokusy vs rycerski kodeks, będą się przewijać w kolejnych rozdziałach.


(20-12-2016, 21:40)gorzkiblotnica napisał(a): Wybacz mi proszę marudzenie, bo ma gorączkę i mózg pływa mi w czymś wyjątkowo paskudnym co czasem wydostaje się nosem. Ale może nie będę już epatował niewinnego czytelnika.

Więc, szybkiego powrotu do zdrowia życzę Smile
O ile Ci wątroba pozwala to polecam rano i wieczorem do kanapki dokroić sobie ząbek czosnku (ukryć pod serem lub szynką).
Jak tylko coś mnie łapię to zaczynam czosnkową kurację i od 2 lat dzięki temu omijam białą śmierć (lekarzy pierwszego kontaktu) i antybiotyki.

Raz jeszcze zdrówka! Smile
Odpowiedz
#9
A dzięki. Mam nadzieję na dość szybki powrót w szeregi żywych. Czosnek żrę i mogę żreć w każdej postaci.

No jeśli o odbrązowanie chodzi to a i owszem.

Stara Kokota wojownik zamieniony w polityka... No okey powiedzmy, że fragment da się ścierpieć choć nudny.

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#10
ROZDZIAŁ XVIII – PIERWSZY ARAHSAMNA

Nowy miesiąc zaczął się nadzwyczaj pięknie. W nocy południowy wiatr przywiał od strony Salem masy gorącego powietrza. Poranek pierwszego Arahsamna był bardzo ciepły i słoneczny. Rozpoczęcie roku akademickiego miało mieć miejsce w południe, toteż Arkus by zdążyć załatwić wszystkie pilne sprawy wstał wcześniej. Z Thovrim przygotowali śniadanie.
- Christian wstawaj! – zawołał Arkus.
- Która godzina? – Z pokoju obok po chwili dobiegł zaspany głos przyjaciela.
- Dwie godziny temu wstało słońce.
- Nie jestem słońcem żeby tak wcześnie wstawać – odparł zaspany esseńczyk.
- Jak idziesz do swojego mistrza to wstajesz. Pamiętasz, że dziś idziemy wcześniej na Uniwersytet?
- Tak pamiętam.
- Dobrze znacie ministra Rotoi? – zapytał Thovri.
- To przyjaciel mojego ojca. Dzięki temu Christian może studiować – dodał ciszej.
Thovri pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Thovri wyjmij jajka z wrzątku, a ja pokroję ser.
- Dobrze. Jest jeszcze kawałek pasztetu w spiżarni – odparł giermek Sędziego. – Tego od Oliviera.
- A tak – przypomniał sobie Arkus. – To też możesz przynieść.
Thovri ściągnął garnek z paleniska po czym udał się do spiżarni. Po chwili wrócił z talerzem, na którym spoczywał jeszcze pokaźny kawałek zajęczego pasztetu.
- Może wybralibyśmy się dziś na Promenadę po południu? – Arkus po powrocie Thovriego podją nowy temat.
- No nie wiem – powiedział sceptycznie Thovri. – Czarnemu Rycerzowi zależało by moja obecność w mieście się nie wydała.
- Nie możesz przecież cały czas się ukrywać. Dobrze cię przebierzemy, może inaczej ułożymy włosy… Zrobimy tak by nikt cię nie poznał – przekonywał Arkus.
Thovri kiwał głową choć nie był do końca przekonany do tej propozycji.
- Przyjdziemy tu z Sonią po zakończeniu i razem coś wymyślimy. Christian wstawaj! Śniadanie gotowe.

2. Umówili się, że Christian pójdzie bezpośrednio na Uniwersytet, podczas gdy Arkus uda się do Czarnego Rycerza by zwrócić mu pergaminy z nutami. Młody Galilei wziął konia planując jeszcze wrócić do kamienicy przed udaniem się na spotkanie z rektorem. Jadąc przez park widział nauczających amiriańskich kaznodziejów. Mówili coś o Dniu Sądu i potrzebie nawrócenia na wiarę w jednego boga. Zaskoczył go widok sporej grupy ludzi słuchających ich z nabożną uwagą. Wkrótce zatrzymał się na dziedzińcu kamienicy Lambertha. Uwiązał konia i wszedł do środka wpuszczony przez odźwiernego. W holu natknął się na Minagrisa.
- Mój Pan jest u siebie?
- Jest, ale… – majordomus zawiesił głos.
- Ale?
- Jest, możesz do niego iść – odparł z rezygnacją w głosie i ruszył w swoją stronę.
Dziwne – pomyślał Arkus – jeszcze nie widziałem Minagrisa w takim nastroju. Ruszył schodami na górę. Miał zamiar tylko zostawić nuty i szybko wrócić. Czarnego Rycerza nie było w gabinecie. Arkus wyszedł na korytarz. Dostrzegł uchylone drzwi do sypialni. Czyżby jego pan jeszcze spał? Podszedł do drzwi i powoli bardziej je uchylił. Nagle jego ręka zamarła na drewnianym skrzydle. Pośrodku pokoju stał jego pan, całkiem nagi, odwrócony do niego tyłem. W głębi zobaczył przeciągającą się na łożu kobietę. Zszokowany tym widokiem natychmiast wycofał się na korytarz. Serce biło mu jakby zobaczył niedźwiedzia. Wprost nie mógł w to uwierzyć! Zastygł w bezruchu by pozbierać myśli. Z sypialni zaczęły dobiegać stłumione słowa rozmowy. Stąpając najciszej jak się da, Arkus poszedł w kierunku schodów. Zszedł na półpiętro i usiadł w rogu na podeście. Ta kobieta była na Promenadzie, ma na imię Triola – skojarzył szybko. Teraz jej zachowanie z Promenady stało się jasne. Ale to przecież niegodne rycerza! Czuł, że nie może dłużej tu zostać. Zbiegł na dół. Wszedł do kuchni. Stał tam majordomus tłumaczący coś kucharce. Arkus zrozumiał teraz nastrój Minagrisa, ten z kolei domyślał się co właśnie zobaczył giermek.
- Znalazłeś swego pana? – rzekł Minagris tonem wyrażającym brak akceptacji dla zachowania rycerza.
- Niestety tak – potwierdził zawiedzionym głosem Arkus.
Minagris tylko poklepał go po ramieniu. Arkus położył nuty na stole i wyszedł. Pogalopował do parku. Uwiązał konia i usiadł na sporym głazie. Niedaleko kaznodzieje nakłaniali pogan do nawrócenia. Chłopak nie słyszał ich słów, w głowie huczało mu zbyt wiele myśli.

Lamberth patrzył z okna na odjeżdżający powóz pani Trioli. Przez chwilę obserwował jeszcze błękitne, bezchmurne niebo. Do komnaty wszedł majordomus. Podszedł i bez słowa położył na stole pergaminy z nutami.
- Arkus był tu dzisiaj?
- Tak – potwierdził majordomus.
- Czemu nie oddał mi ich osobiście? Spieszył się na rozpoczęcie roku akademickiego?
- Miał taki szczery zamiar, ale chyba zobaczył na górze więcej niż się spodziewał – to mówiąc Minagris opuścił komnatę.
Rycerz został sam. Dopiero po chwili dotarło do niego, co miał na myśli jego zarządca.

3. Augusto D’aragon siedział w gabinecie czytając kopię oświadczenia wydanego przez kancelarię Sędziego. Komunikat głosił iż Sędzia ma się dobrze, został tylko lekko ranny w haniebnym ataku. Lord Straży odniósł wrażenie jakby kancelaria ukrywała jego śmierć. Ale w jakim celu? Już wczoraj po mieście rozeszła się wieść, że Rollin zginął w zamachu. A kobieta umknęła… Augusto przyznał tej sprawie najwyższy priorytet. Większość strażników przeczesywała właśnie Beresteczko w jej poszukiwaniu. Pierwsze zatrzymania już nastąpiły. W areszcie znajdowało się kilka kobiet podobnych do tej, która targnęła się na Sędziego.
- Wzywałeś mnie Panie? – do komnaty wszedł sekretarz.
- Tak, napisz list do hrabiego Gunnara. Mamy już kilka podejrzanych. Zaproś go na jutro. Był najbliżej tego zdarzenia. Powinien rozpoznać kobietę której szukamy.
Sekretarz skinął głową i wyszedł. Nim drzwi się za nim zamknęły, do gabinetu Lorda Straży wszedł jeden ze strażników.
- Panie, zgłoszono powieszenie, być może morderstwo.
- To po co mi zawracasz głowę? – Augusto machnął ręką jakby odganiał natrętną muchę. – Powiadom Thalle.
- Kapitan Thalle mnie przysłał. Chodzi o królewskiego ministra.
- Ministra? – Augusto nie dowierzał własnym uszom.

4. Zegar na uniwersyteckiej wieży wybił dziesiątą. Arkus się spóźniał. Christian zastanawiał się co go zatrzymało u Czarnego Rycerza. Przecież oddanie pergaminów nie jest czasochłonne. Robiło się coraz cieplej. Chłopak nie spodziewał się tak dobrej pogody. Zdjął płaszcz i przewiesił go przez ramię. Na obszerny dziedziniec Uniwersytetu wjechał Arkus. Zatrzymał się przed zadaszeniami dla koni by uwiązać wierzchowca.
- Długo zabawiłeś u Lambertha. – Christian starał się by w jego głosie nie słychać było zniecierpliwienia.
- Nie, oddałem nuty i wyszedłem – powiedział z poważną miną Arkus.
- To gdzie byłeś przez cały ten czas? – Christian oczekiwał wyjaśnień.
- Byłem w parku.
- Co tam robiłeś?
- Christian… później ci opowiem. – Arkus nie czuł się na siłach tłumaczyć. – Jesteśmy już spóźnieni do profesora, chodźmy.
Zachowanie przyjaciela wydało się Christianowi dziwne, ale wzruszył tylko ramionami. Szli brukowanym dziedzińcem w stronę budynku, w którym mieścił się gabinet rektora.
- Czego może od nas chcieć profesor? – zagadnął Christian.
- Nie wiem, nie pisał o tym w liście. Wiem tylko, że potrzebuje naszej pomocy. Zresztą, zaraz się przekonamy.
Arkus uchwycił potężną mosiężną kołatkę i zastukał trzy razy. W drzwiach odsunęło się małe okienko.
- Czego chcecie? – spytał odźwierny. – Rozpoczęcie roku akademickiego w południe.
- Arkus Galilei do profesora Rotoi.
- W jakiej sprawie? – z okienka dobiegał gburowaty głos odźwiernego.
- Profesor wezwał nas na godzinę dziesiątą.
- Nic o tym nie wiem.
Okienko zamknęło się. Chłopcy popatrzyli po sobie.
- Co teraz zrobimy? – spytał Christian. – Chyba profesor nie uprzedził odźwiernego o naszym przybyciu.
Arkus wyjął z kieszeni list i jeszcze raz uważnie go przeczytał.
- Może zastukajmy i pokażmy mu list?
Arkus milczał więc Christian złapał za kołatkę.
- Nie. – Młody Galilei powstrzymał go. – Popatrz na list. Wydaje mi się, że powinniśmy zachować dyskrecje i tego oczekuje od nas profesor.
- Nie pisze o tym wprost – odparł Christian, widząc jednak przekonanie na twarzy przyjaciela dodał: – Ale jeśli tak, to jak się dostaniemy do jego prywatnych pokoi?
- Ty tu bywasz częściej.
- Prawda. – Christian podrapał się po jasnych włosach na potylicy. – Z głównego gmachu gdzie są sale przepisywaczy można przejść do tego budynku. Jest galeria na trzecim piętrzę.
- Więc… – Arkus zawiesił głos, wydawało mu się, że coś czarnego śmignęło po gzymsie najwyższego pietra i zniknęło na dachu. Przesłonił ręką oczy, ale nie zobaczył nic szczególnego
-Tak?
- Chodźmy. – Arkus po chwili obejrzał się przez ramie, ale zobaczył tylko szary gzyms skąpany w porannym słońcu.
Chłopcy przeszli przez pokryte płaskorzeźbami główne drzwi. Minąwszy sale przepisywaczy weszli schodami na trzecie piętro. Odnaleźli wspomnianą galerię i przedostali się do budynku gdzie znajdowały się komnaty rektora.
- Jak znajdziemy pokoje profesora?
- Zapytamy kogoś.
Zeszli piętro niżej unikając snujących się gdzieniegdzie profesorów. Arkus dostrzegł dziewkę służebną, która miotełką ściągała kurze z wiszącego na ścianie gobelinu. Podszedł do niej i spojrzał znacząco.
- Czym mogę służyć? – dziewka ukłoniła się widząc szlachcica.
- Powiedz mi, gdzie mogę znaleźć profesora Rotoi.
- Może jest w swoich pokojach. Aby tam dotrzeć trzeba zejść na parter tamtymi schodami – wskazała dziewczyna. – Potem pójść korytarzem w prawo aż do głównego holu. Potem schodami za fontanną na… a może ja szlachetnych panów zaprowadzę?
- Dobrze, prowadź – rzekł z pełną powagą młody Galilei.
Dziewczyna zaprowadził ich niemal pod drzwi komnat rektora, po czym ukłoniła się i wróciła do wcześniejszego zajęcia. Gdy się oddaliła Arkus zapukał. Odczekali chwilę, ale nie było żadnego odzewu. Zapukał po raz drugi. Jednak i teraz nie było odpowiedzi.
- Może po prostu wejdźmy – to mówiąc Christian złapał za klamkę, drzwi ustąpiły.
Znaleźli się w obszernym przedpokoju skąd w głąb wiodło dwoje kolejnych drzwi.
- Profesorze Rotoi?
Odpowiedziała im tylko cisza. Weszli dalej. Kolejna komnata w kształcie litery L wyglądała na gabinet. Ściany obstawione były regałami z książkami. Na posadzce rozpościerał się puszysty dywan. W kątach stały donice z drzewkami ozdobnymi.
- Profesorze? – powtórzył Arkus.
- Chyba go nie ma.
Christian stąpając miękko po dywanie zaglądnął za róg by sprawdzić co znajduje się we wnęce. Jego krzyk sprawił, że Arkusa przeszedł dreszcz. Christian jakby uderzony niewidzialną ręka upadł, aż oparł się o ścianę. Jego przerażony wzrok był utkwiony w czymś co zobaczył we wnęce. Arkus przełykając ślinę podszedł bliżej. Wnęka była z dwóch stron obstawiona regałami, zaś na głównej ścianie wisiała wielka mapa Taugii. Na środku stało biurko rektora, a na nim stos ułożony z kilku grubych woluminów. Powyżej na linie zawiązanej na belce pod stropem wisiało ciało profesora Rotoi.

5. Augusto D’aragon stał nad ciałem, które strażnicy zdjęli i ułożyli na dywanie pośrodku gabinetu. Bruzda na szyi nie pozostawiała wątpliwości co do przyczyny zgonu. Twarz profesora nie była sina z czego Lord Straży wnioskował, iż zgon miał miejsce niedawno. Podszedł i uklęknął przy głowie nieboszczyka by przyjrzeć się łysiejącej czaszce. Wielką łysinę otaczała korona siwych włosów. Augusto przejechał dłonią po potylicy profesora. Z prawej strony wyczuł niewielkie wybrzuszenie. Nierówność czaszki czy siniak? – zastanawiał się. Sprawdził jeszcze raz. Wygląda raczej na guz. Augusto wstał i z perspektywy rozejrzał się po całym pomieszczeniu.
- Co o tym sądzisz Thalle? – zwrócił się do stojącego obok kapitana.
- Stos książek, brak śladów walki. Wygląda na samobójstwo. – Ton kapitana był dosyć beznamiętny. – Tylko dlaczego miałby sobie odbierać życie? Jeszcze niedawno świętował podpisanie traktatu z Ligą Morską, a dziś jest rozpoczęcie roku akademickiego. Kiepski dzień na samobójstwo rektora. Chyba, że miała to być jakaś manifestacja.
- Gdyby nie chodziło o królewskiego ministra nawet bym się nie zastanawiał nad inną wersją – przyznał Augusto. – Tak… profesor odnosił ostatnio same sukcesy. Czy jest coś co mogło go popchnąć do takiego kroku? – myślał głośno Lord Straży.
- Znasz… znaczy znałeś go lepiej Panie, niż ja – odparł kapitan Thalle.
Kościste palce Thalle bębniły po biurku profesora. Kapitan, bardzo wysoki i chudy, o zapadniętych kościach policzkowych i dużych oczach wyglądał jakby sam powstał właśnie z jakiegoś grobu.
- Coś zginęło?
- Sekretarz profesora twierdzi, że nie.
Augusto obszedł ciało. Jego uwagę zwróciła niewielka rana cięta na szyi profesora.
- A to? – wskazał kapitanowi. – Skąd się wzięło?
- Węzeł był mocny, jeden z nieuważnych strażników zamiast ciąć z tyłu skaleczył profesora.
- Gdzie pętla?
- Tutaj – wskazał Thalle.
Augusto podniósł z podłogi rzuconą niedbale w kąt linę.
- To żeglarski węzeł – stwierdził.
- Naprawdę? – Słowo Thalle zabrzmiało bardziej jak stwierdzenie niż pytanie.
Wobec beznamiętnego stylu wypowiedzi i zaburzonej intonacji osobom nie znającym kapitana mogło nastręczać trudności poprawne odebranie jego wypowiedzi.
- W młodości przez pewien okres służyłem we flocie królewskiej – wyjaśnił Augusto choć jego myśli były już o wiele dalej.
- Profesor nie mógł go znać?
- Nie wiem. W końcu to profesor, może jego wiedza obejmowała także marynarskie węzły. Kto znalazł ciało? – Augusto zmienił temat.
- Dwaj studenci.
- Gdzie są?
- W pomieszczeniu obok, pilnują ich strażnicy – wskazał ręką kapitan.
- Dobrze, zaraz sobie z nimi porozmawiam. A kto widział ministra Rotoi ostatni?
- Sekretarz mówił, że po wydaniu poleceń rektor odprawił go około wpół do dziesiątej.
- A ci studenci, kiedy go znaleźli?
- Niedługo po dziesiątej.
W tym momencie uniwersytecki dzwon wybił jedenastą. Augusto podszedł do okna skąd widać było skąpany w słońcu dziedziniec. Z tego miejsca widoczny był też zegar słoneczny znajdujący się nad wielkimi drzwiami z brązu przedstawiającymi sceny z życia króla Snofru.
- A więc zgon nastąpił przed około godziną – wywnioskował Augusto.
Do komnaty wszedł jeden ze strażników pilnujących wejścia.
- Panie, przybył zastępca rektora, profesor Birion Tallescu – poinformował Fostyr. – Jest też drugi profesor, który chce się widzieć z tymi studentami co znaleźli ciało.
- Wpuść profesora Tallescu, a ten drugi niech zaczeka – wydał polecenie Lord Straży.
Do gabinetu wszedł powłócząc długimi szatami zastępca rektora. W przedsionku drogę zstąpił mu swym wielkim ciałem Lord Straży.
- Mogę zobaczyć… rektora? – spytał profesor.
- Na pewno pan tego chce?
- Tak. – Profesor Tallescu z pełną powagą skłonił głowę.
Lord Straży stanął bokiem by go przepuścić. Gdy profesor zobaczył ciało przełożonego znieruchomiał. Zaciśniętą dłoń przycisnął do ust. Ciszę gabinetu zmąciło głębokie westchnienie. Minęła dłuższa chwila zanim profesor Tallescu oderwał wzrok od ciała.
- W zaistniałych okolicznościach… – Profesor ciężko oddychał, jego twarz wyrażała smutek i ból. Lordowi Straży wydawało się, że po policzkach starca zaraz popłyną łzy.
- Muszę… odwołać rozpoczęcie roku – dokończył profesor Tallescu i mijając strażników szybko opuścił gabinet.
Jeszcze chwilę Augusto, Thalle i strażnicy stali w ciszy.
- Dobrze, Thalle co to za studenci? – odezwał się w końcu Lord Straży.
- Arkus syn lorda Galilei i Christian z Essen.
- Co tu robili?
- O to nie pytałem – przyznał Thalle.
- Więc dowiedzmy się tego. Prowadź do nich.
Na korytarzu drogę zastąpił im inny siwowłosy starzec.
- To profesor, który chce się zobaczyć ze studentami – objaśnił Lordowi Straży Fostyr.
- Soteriusz zwany Samotnym Wilkiem – przestawił się profesor.
- Czy ja pana… – Ta twarz wydawał się Augustowi znajoma. – Kiedyś służył pan na zamku?
- Byłem jednym z nauczycieli księcia Rolanda i księżniczki Lorelei, ale to było dawno temu.
- Ach tak – przypomniał sobie Augusto. – Dlaczego chce pan się widzieć z tymi studentami?
- Dowiedziałem się… o tym co się stało, a jeden z tych studentów to mój osobisty uczeń.
- Dobrze profesorze, ale musze im zadać kilka pytań, a potem może ich pan zabrać.
- Oczywiście lordzie D’aragon – skłonił się mędrzec.

6. W komnacie sekretarza siedzieli wystraszeni studenci. Pilnowało ich dwóch strażników. Lord D’aragon przystawił sobie krzesło. Słuchał jak wciąż rozemocjonowani opowiadają mu o tym jak się dostali do komnat profesora i jak znaleźli ciało.
- No dobrze, ale dlaczego dziś przyszliście do rektora? Odźwierny was nie wpuścił. Po co zadaliście sobie tyle trudu? – Nie trudno było wychwycić, że omijają najważniejszy szczegół.
Arkus szybko myślał czy skłamać czy powiedzieć prawdę. Ale żadne dobre kłamstwo nie przychodziło mu teraz na myśl.
- To spraw poufna – rzekł wreszcie.
- Poufna powiadasz młodzieńcze? Nie uważasz jednak, że w zaistniałych okolicznościach… jest stosowne by mi ją wyjawić? – Augusto mówił spokojnie, ale już sama jego postura skłaniała do współpracy.
- Jak mówię, to sprawa poufna – rzekł zdecydowanie Arkus spoglądając na odwróconych tyłem strażników.
Spojrzenie to nie umknęło Lordowi Straży.
- Dobrze. – Augusto pokiwał głową. – Wy dwaj! Poczekajcie na korytarzu.
Strażnicy posłusznie opuścili pomieszczenie.
- Synu lorda Galilei, czy teraz powiesz mi o co chodzi?
Arkus wyjawił powód wizyty u profesora. Dla uwiarygodnienia swoich słów, pokazał list od rektora. Augusto przez dłuższą chwilę studiował pismo.
- Co to za przysługa o której pisze profesor?
- Nie zdążyliśmy się dowiedzieć.
- Hmm. Profesor był przyjacielem twego ojca. Cóż mógł chcieć od was? – Augusto głośno myślał. – Cokolwiek to mogło być to chyba nie trudziłby się pisaniem listu gdyby planował… – zawiesił głos. – Dobrze chłopcy, jesteście wolni. W razie czego wiem gdzie was szukać. Gdyby jednak coś wam się przypomniało lub wpadlibyście na to czego chciał od was profesor przyjdźcie do siedziby straży.
- Dobrze Panie – przytaknął Christian.
- Na zewnątrz czeka na was… profesor Soteriusz.
Chłopcy skłonili się i wyszli. Do środka wszedł młody strażnik Roykin.
- Wypuściłeś ich Panie?
- Tak, tak. Zawołajcie mi tu tego sekretarza.

7. Wilk zaprowadził chłopców do siebie. Tam wypytał ich nie mniej szczegółowo niż Lord Straży. Sam był wstrząśnięty tym co się wydarzyło.
- A więc stało się – rzekł ciężko opadając na krzesło.
- Co masz na myśli mistrzu? – spytał Christian.
- Profesor Rotoi wysłał mi list dwa dni temu. Pisał, że nie ma kontaktu z urzędnikiem, który miał sporządzić pewien raport na temat manufaktur królewskich. Zamierzał do niego wysłać zaufanych ludzi. Być może miał na myśli was.
- Czego dotyczył ten raport? – zainteresował się Arkus.
- Znikania dużych ilości złota z manufaktur królewskich.
- Wiedział pan o tym wszystkim wcześniej?
- Rektor wprowadził mnie w tę sprawę tydzień temu, zaraz po Święcie Plonów. Mówił też o podziale ministerstw… mam teraz wiele do przemyślenia. – Wilk mówił tak zawsze gdy czuł potrzebę wycofania się, odizolowania od ludzi by poświęcić czas głębokim refleksjom.
- Myślisz mistrzu, że ten raport był powodem… śmierci profesora?
- Wszystko na to wskazuje – przytaknął Wilk. – Rektor na pewno nie popełnił samobójstwa. Dwie sprawy, które najbardziej go niepokoiły, to ten raport i pomysł kancelarii Sędziego wydzielenia nowego ministerstwa spod jego jurysdykcji, który po ostatnim posiedzeniu Senatu stał się faktem.
- Po tym posiedzeniu ktoś targnął się na życie Sędziego – przypomniał Arkus.
- Tak… i tego faktu też nie mogę zrozumieć. Być może te wydarzenia są ze sobą powiązane.
Na chwilę zapadła cisza. Wilk ze strapionym obliczem utkwił wzrok w biurku, na którym leżały bezładnie różne pergaminy.
- Jeśli rektor nie popełnił samobójstwa to został zamordowany, myślisz że… Sędziemu zależało na jego śmierci? – Myśli Christiana prowadziły w mroczne miejsca.
- Gdyby miał w tym interes i rzeczywiście stał za wyprowadzaniem złota z manufaktur. Z drugiej strony sam dwa dni temu padł ofiarą zamachu. Więc to albo zbieg okoliczności, albo za tym wszystkim stoi ktoś, kto nie przychodzi nam teraz na myśl – wywnioskował mędrzec.
Na chwilę znowu zapadła cisza, a każdy pogrążył się we własnych myślach. Starzec głośno zakasłał. Wstał, nalał sobie wody do drewnianego kubka i opróżnił go z przystawienia.
- Arkusie możesz wrócić do domu – rzekł mędrzec – a ty Christianie skoro już tu jesteś to pomożesz mi sporządzić miksturę leczniczniczą, którą obiecałem Thovriemu.
Choć Wilk czuł ogromną potrzebę wycofania, chciał przedtem wypełnić zobowiązanie wobec giermka, jakby nie był jeszcze gotowy pogrążyć się w odmętach mrocznych myśli.
- Profesorze – rzekł Arkus – chciałbym cię jeszcze o coś zapytać. Czy rycerz może mieć kochankę?
Mędrzec popatrzył zaskoczony.
- Wybacz, to chyba nie jest stosowny moment… – dodał po chwili chłopak.
- Nie, w porządku, ale czemu o to pytasz?
- Kodeks rycerski nakłada obowiązek czystości i wstrzemięźliwości, nie oddawania ciała dla żądzy zmysłowej. – Arkus wyłożył rycerskie powinności.
- Masz na myśli konkretnego rycerza?
- Tak – przyznał młodzieniec onieśmielony przenikliwością Wilka.
- To nie jest niecodzienna sytuacja… – odparł spokojnie mędrzec.
- Więcej rycerzy posiada kochanki? – Arkus wyglądał jak małe dziecko zaskoczone złożonością dopiero poznawanego świata.
- Arkusie chyba każdy. No może nie każdy, ale wstrzemięźliwość na pewno nie jest cechą stanu rycerskiego. – Wilkowi wręcz zbierało się na śmiech z naiwności giermka.
- Ale przecież kodeks jasno mówi…
- Kodeks to ideały, a życie jest życiem – stwierdził twardo mędrzec.
- Ale wierność zasadom kodeksu jest podstawą…
- Arkusie! – Wilk przerwał mu nieco podnosząc głos. – Żyjesz w urojonym świecie kodeksów rycerskich i honorowych pojedynków. Wiedz, że ludzie to nadęci pychą, nieprzejednani zdrajcy, tylko czyhający by przy najbliższej okazji wbić ci nóż w plecy. Myślisz, że to takie straszne, że twój pan ma kochankę? Wszyscy je mają. Rycerze utrzymują w miastach kochanki, hrabiowie mają nałożnice, a baronowie chędożą dziewki ze swoich majątków. – Wilk brutalnie rozprawiał się z wyidealizowaną wizją rycerskiego świata. – Szlachetnie urodzeni zdradzają swoje ideały na prawo i lewo. Nie spodziewaj się, że będzie inaczej. Gdy zostaniesz rycerzem będziesz czynił tak samo.
- Nigdy! – uniósł się młody Galilei.
- Na pewno! – Uśmiech profesora był wręcz szyderczy.
- Przestań! Nie mogę tego słuchać!
Młody Galilei wybiegł z komnaty zdenerwowany. W pokoju zapadła cisza. Przyspieszony wymianą zdań oddech Samotnego Wilka powoli wracał do normy.
- Hmm… może trochę za szorstko go potraktowałem. – Mędrzec podrapał się po głowie. – Może nie powinienem mu tego wszystkiego mówić. Niepotrzebnie się uniosłem. Może to emocje po śmierci rektora… Lamberth to mój przyjaciel i szlachetny rycerz. Nie chciałbym by Arkus myślał, że mam go za zdrajcę i człowieka nieprzejednanego.
- Wytłumaczę mu to później – rzekł Christian.
- Dobrze, będę wdzięczny. A teraz chodź, czas zająć się ziołolecznictwem.
Gdy Wilk zwrócił się do wyjścia na krawędzi kamiennego okna wylądował duży kruk. Jego czarne pióra połyskiwały granatem. Do łapki miał przywiązany mały przedmiot. Ptak bez sprzeciwu dał się złapac starcowi. Mędrzec ostrożnie odczepił od jego łapki niewielki pojemnik zrobiony z cienko wyprawionej skóry. Następnie odstawił kruka na okno i z jednej ze skrzyń nasypał mu garśc ziarna. Z pojemnika wyjął rulonik pergaminu. Rozwinął go i zagłębił się w lekturze. Christian przyglądał się ptakowi dziobiącemu ziarna pszenicy.
- Christianie, czyżbyś nie wiedział, że ptaki przenoszą wiadomości? – zapytał profesor.
- Wiedziałem o tym, choć nigdy nie widziałem jak to się robi.
- Trzeba mieć do tego wyszkolone ptaki. Nie każdy więc może się posługiwać tym sposobem komunikacji – zaznaczył w pewnym poczuciu wyższości Wilk.
- Likaria ma pocztę królewską – przypomniał chłopak.
- Ale ptaki polecą tam, gdzie nie ma żadnych dróg i do najdalszych krain gdzie posłaniec podróżowałby miesiącami.
Christian musiał przyznać, że ptaki mają przewagę w tym względzie nad człowiekiem. Z drugiej strony ptak nie przeniesie dokumentu czy listu dużego formatu, tylko krótkie widomości napisane drobnym pismem na skrawku pergaminu.
- Zawsze używa się kruków? – spytał uczeń.
- Nie tylko. Do przenoszenia informacji nadają się także gołębie i wróble. Zanim w Likarii powstała dobra sieć dróg i poczta królewska, ptaki przenosiły wszystkie wieści. Dziś służą do kontaktów prywatnych i są bezpieczniejsze niż gońcy na koniach.
- Na posłańca można zorganizować zasadzkę, a ptaka trudno złapać.
- Otóż to, mój młody uczniu. – Mędrzec uśmiechnął się. – Nazwa kruka w języku starobandarskim jest tożsama ze słowem posłaniec. To posłańcy, silni i inteligentni. Choć niektórzy preferują gołębie… Dobrze, chodźmy na dół. – Wilk schował zwitek do kieszeni.
Zeszli do podziemi gdzie znajdowało się laboratorium mędrca. Na kilku stołach stała aparatura alchemiczna składająca się z menzurek, kolb, lejków i szklanych rurek. Było też kilka lamp oliwnych służących do podgrzewania mieszanin. Na półkach, którymi były zastawione ściany, stało setki szklanych i drewnianych naczyń z przeróżnymi płynami, proszkami, suszonymi ziołami, małymi owocami roślin i wieloma innymi substancjami. Na polecenie Wilka Christian przynosił różne składniki, które starzec po trosze wrzucał do gotującego się wywaru. Gdy uznał, że jest gotowy polecił przynieść uczniowi z innej półki cztery czyste szklane flasze i cztery korki. Następnie przelał wywar do flasz. Gotowe eliksiry schował do specjalnego skórzanego futerału i wręczył Christianowi.
- Idź, zanieś to Thovriemu. Niech wypija jedną co trzy dni. Powinno mu to pomóc w odzyskaniu czystego głosu.

8. Arkus wrócił do domu w bojowym nastroju. Położył się na skórze niedźwiedzia i patrzył w sufit izby. Kiedy nieruchome patrzenie w biały strop go znudziło, a emocje opadły wstał, by poszukać Thovriego. Nie było go w mieszkaniu, więc jedynym miejscem gdzie mógłby jeszcze przebywać była mała stajnia na tyłach kamienicy. I rzeczywiście zastał go na szczotkowaniu czarnej klaczy.
- Tak myślałem, że cię tu znajdę – zagaił.
- Witaj Arkusie. Tak… brakowało mi tego. Gdy wracałem z Chalcedonu marzyłem o koniu. Mój zniknął w zawierusze bitwy. – Thovri zrobił dłuższą pauzę jakby wracanie do wydarzeń sprzed czterech miesięcy nadal było dla niego trudne. – Pielęgnacja konia to ważne zadanie giermka – zaczął znowu pogodnym głosem. – Uczy szacunku do konia. To zwierzę w bitwie stanowi jedność z jeźdźcem. Czy masz już swojego konia?
- Tak, ten. – Arkus wskazał na jednego z tych, które ciągnęły ich wóz z Essen.
- Miałem na myśli prawdziwego konia.
- A ten wygląda na psa?
- Miałem na myśli konia bojowego, ten jest pociągowy – wyjaśnił rozbawiony giermek.
- Był też szkolony pod siodło. – Arkus poklepał po karku „swojego” konia.
- Ale nie jest to koń dla rycerza. A chcesz być rycerzem?
- Tak chcę – odparł Arkus po chwili, lecz bez większego przekonania.
- Czy coś się stało? – Thovri obawiał się, że poprzednim pytaniem mógł go urazić.
- Czy Sędzia miał kochankę? – zapytał niespodziewanie Arkus.
- Nie – odparł zaskoczony Thovri. – Dlaczego o to pytasz?
- Słyszałem… Pewien mędrzec powiedział mi, że rycerze i inni dobrze urodzeniu… często…
Arkus nie wiedział jak to powiedzieć, ale Thovri zrozumiał o co mu chodziło.
- Mój Pan zawsze postępował w sposób prawy. Ma też pewną zasadę. Nigdy nie wybacza zdrady. Sam jest wierny słowu które daje i tego samego oczekuje od innych. Nie mógłby się więc dopuścić zdrady lady Sorayi, a sam zdrady nie wybaczyłby. Nauczył mnie tego samego. Bo gdybym sam nie dotrzymywał danego słowa, jakże mógłbym tego wymagać od innych? To byłaby hipokryzja. Ale mój pan ma małżonkę, a twój nie. Więc nie zdradza słowa danego w przysiędze małżeńskiej.
- Ale zdradza kodeks rycerski, na który przysięgał gdy był pasowany na rycerza.
- Masz rację, ale to prywatna sprawa twego pana. Arkusie. – Thovri zrobił dłuższą pauzę. – Po prostu ucz się od niego tego co najlepsze w sztuce rycerskiej, a tego co kuleje nie naśladuj. I tak pan twój w całości swego postępowania będzie dla ciebie przykładem, zarówno jak czynić, jak i czego nie robić.
- Rozsądnie prawisz Thovri. Ten dzień jest doprawdy szalony. – Arkus potrząsnął głową.
- Co w nim szalonego?
Syn lorda Galilei popatrzył uważnie na rozmówcę.
- Prawda, nic ci nie powiedziałem. – Arkus pokiwał głową. – Tak poruszyły mnie słowa mistrza Christiana, że nie powiedziałem o śmierci rektora.
- Profesor Rotoi nie żyje?
Arkus opowiedział wszystkie wydarzenia tego ranka, które rozegrały się na Uniwersytecie. Thovri miał wrażenie jakby w domu Arkusa ukrywał się jak w przytulnej, bezpiecznej jaskini wysoko w górach, podczas gdy na zewnątrz trwa śnieżna zamieć. Świat zdawał się wirować i burzyć, ale już bez niego. Zastanawiał się ile zostanie w tej jaskini. Czy wyjdzie dopiero jak burza ucichnie, czy będzie musiał wcześniej opuścić kryjówkę i zmierzyć się z tym co szaleje na zewnątrz? Arkus wyraźnie zmęczony po zrelacjonowaniu mu wydarzeń pierwszego Arahsamna wrócił do kamienicy. Thovri został by dokończyć oporządzanie koni.

9. Jakiś czas później wrócił Christian. Zastał Arkusa stojącego przy oknie i wpatrującego się w przechodniów.
- Gdzie Thovri?
- Jest jeszcze przy koniach – rzucił Arkus nie odwracając się.
- Przyniosłem dla niego mikstury od Wilka. – Christian ostrożnie postawił futerał z eliksirami na stole.
- Arkusie, Samotny Wilk nie miał na myśli… Nie chciałby byś myślał, że ma Lambertha za jakiegoś łajdaka. Czarny Rycerz jest jego przyjacielem. Wilk nie chciał cię potraktować ostro. Po prostu… czasem jego sądy są zbyt zdecydowane. Mój mistrz waży słowa tylko kiedy mówi o proroctwach. – Christian delikatnie się uśmiechnął.
- Nie. Twój mistrz miał rację. – Arkus odwrócił się od okna. – Byłem chyba ślepy, że tego nie widziałem. Wiem, nie wszyscy tacy są. Ale na co jest kodeks skoro nikt go nie przestrzega?
- Bo to wzorzec, wzorzec postępowania. Każdy rycerz może przyłożyć do niego swe życie i kodeks uświadomi mu jak wiele mu brakuje i gdzie są jego słabości z którymi musi walczyć.
- Walczyć ze słabościami… tak, to chyba jedna z trudniejszych walk… – Arkus wyłożył się na obitej skórą ławie wyraźnie przybity.
- Jestem głodny, a ty? – Christian zmienił temat.
W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Christian otworzył. W drzwiach wejściowych stała Sonia w mieszczańskiej sukience.
- Co się stało? Nie było was na rozpoczęciu – rzuciła od progu.
- Nie byliśmy bo… – Christian nie dokończył zdania gdyż Sonia mu przerwała.
- Nie uwierzycie co się stało – opowiadała rozemocjonowana dziewczyna. – Rektor Rotoi popełnił samobójstwo. Profesor Tallescu odwołał uroczystości i odroczył rozpoczęcie zajęć o siedem dni.
- Wiemy o tym Soniu. – Arkus usiadł na ławie i przemówił spokojnym głosem. – To my znaleźliśmy ciało profesora.
- Wy? Ale jak? – Jeśli dotąd Sonia była podekscytowana to teraz jej emocje osiągnęły jeszcze wyższy poziom.
- Usiądź. – Christian wskazał na krzesła stojące przy okrągłym dębowym stole. – Przyniosę coś do jedzeni i wszystko ci opowiemy.
- Ja przyniosę – odezwał się Arkus wstając z ławy, a jego głos brzmiał ciężko i posępnie. – Ty idź zawołać Thovriego. Zjemy razem.
Christian posłusznie poszedł po giermka Sędziego, zaś Arkus udał się do spiżarni. Przez chwilę Sonia została sama nie mogąc ogarnąć wszystkich unoszących się w powietrzu emocji.
Odpowiedz
#11
Cytat:na obitej skórą ławie wyraźnie przybity
śmieszna gra słów - czyżby zamierzona

Cytat:przepisywaczy
dziwne takie jakieś. Nazywano ich kopistami albo skrybami.

Cytat:opróżnił go z przystawienia
też jakieś takie kulawe. Może "wypił jednym haustem" byłoby lepsze?

Tym razem było wcale fajnie. Akcji sporo, ale nie pędziła, tylko toczyła się odpowiednim tempem. Dialogi i opisy ładnie wyważone co do ilości i jakości. Nie znalazłem nic, co wystawiało by moją cierpliwość na próbę.

Tym razem naprawdę stanąłeś na wysokości zadania.

Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#12
(01-01-2017, 22:18)gorzkiblotnica napisał(a):
Cytat:na obitej skórą ławie wyraźnie przybity
śmieszna gra słów - czyżby zamierzona
Przypadkowa. Sam uwagi nie zwróciłem na to Smile

(01-01-2017, 22:18)gorzkiblotnica napisał(a):
Cytat:przepisywaczy
dziwne takie jakieś. Nazywano ich kopistami albo skrybami.
To synonim, choć fakt, że z rzadka używany.

(01-01-2017, 22:18)gorzkiblotnica napisał(a):
Cytat:opróżnił go z przystawienia
też jakieś takie kulawe. Może "wypił jednym haustem" byłoby lepsze?
W moich stronach zestawienie znane. Oznaczające przystawienie naczynia do ust i opróżnienie "na raz". Można by i pić duszkiem, ale podobnie jak i "haust" jakoś mi nie podchodzą. Zaś "opróżnienie z przystawienia" funkcjonuje u mnie w mowie potocznej. Naprawdę tak źle brzmi?



(01-01-2017, 22:18)gorzkiblotnica napisał(a): Tym razem było wcale fajnie. Akcji sporo, ale nie pędziła, tylko toczyła się odpowiednim tempem. Dialogi i opisy ładnie wyważone co do ilości i jakości. Nie znalazłem nic, co wystawiało by moją cierpliwość na próbę.

Tym razem naprawdę stanąłeś na wysokości zadania.

Miło słyszeć Smile

Serdecznie Pozdrawiam
Odpowiedz
#13
Cytat:W moich stronach zestawienie znane. Oznaczające przystawienie naczynia do ust i opróżnienie "na raz". Można by i pić duszkiem, ale podobnie jak i "haust" jakoś mi nie podchodzą. Zaś "opróżnienie z przystawienia" funkcjonuje u mnie w mowie potocznej. Naprawdę tak źle brzmi?

W sumie kwestia gustu. Ja zrozumiałem o co chodzi, choć wyrażenie pierwszy raz widzę. Musi być więc naprawdę bardzo lokalne. Ja uznałem zwrot za taki mało literacki. No, trochę taki dziwny moim zdaniem , ale to znów - kwestia gustu.

Pozdrowienia.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#14
ROZDZIAŁ XIX – GROŹBY I POGRÓŻKI

Komnata była chłodna i wilgotna. Aż dziw, że na ścianach nie zalągł się jeszcze jakiś grzyb – pomyślał hrabia Gunnar. Strażnicy wprowadzili cztery kobiety. To co na sobie miały przypominało łachmany. Pierwsza, najniższa i z wyglądu najstarsza stała spokojnie wpatrując się obojętnie w kamienną podłogę. Pozostałe wyglądały na wystraszone. Zwłaszcza ta, która stała obok staruszki. Jej rozchylone usta drżały, wzrok biegał niespokojnie spod bezładnie rozwichrzonych, płowych włosów, a ręce trzymała blisko ciała. Trzecia była niezwykle szczupła. Rudo szare włosy miał krótko ścięte, toteż tylko dzięki szczegółom anatomicznym można było rozpoznać w niej kobietę. Czwarta była średniej budowy, włosy miała długie, rudobrązowe. Stała spokojnie choć jej wzrok nerwowo biegał po mężczyznach, którzy się im przyglądali.
- Skąd je wzięliście? Z dzielnicy biedoty? – spytał hrabia Gunnar.
- W wyniku przeszukiwania przez strażników…
- To żadna z nich. – Gunnar przerwał kapitanowi Ryhorowi.
Na twarzach kobiet widać było ulgę. Tylko oblicze najstarszej wyrażało taką samą jak dotąd obojętność.
- Te są brudne i stare – ciągną dalej hrabia. – Tamta pod szarym przebraniem nosiła nie tanią suknię kapitanie. Jej włosy… były bardziej rude niż którejkolwiek z tych. Macie mi jeszcze kogoś do pokazania?
- Nie hrabio, to wszystkie. Dziękuję za przybycie i wszystkie uwagi. Pomogą nam w poszukiwaniach.
- W podgrodziu jej raczej nie znajdziecie. Dobrze, skoro to wszystko…
- Tak Panie, proszę za mną.
Kilka minut zajęło zanim Ryhor wyprowadził hrabiego z krętych podziemi twierdzy. Gunnar wsiadł do czekającej na niego karety. Sędzia powierzył mu najtrudniejsze jak dotąd zadanie. Miał wziąć udział w naradzie stronnictwa D’aragonów w ich rodowej rezydencji. Król zwołał nadzwyczajne posiedzenie rady, na którym miały być dyskutowane sprawy związane z zamachem na Sędziego, śmiercią ministra Rotoi, amirianitami i założeniem marchii przez Kreonię oraz namiestnictwa Tazzara Zillera. Hrabia miał razem z D’aragonami i księciem ustalić strategię na czas nieobecności Sędziego. Augusto i Roland mieli przepchnąć ich postulaty przez radę, a Gunnar, jako referendarz Sędziego, przez Senat.

2. Gabinet Palatyna wyglądał dość mrocznie za sprawą ogromnych kotar z czarnego aksamitu zasłaniających wszystkie ściany. Słoneczne światło mogło tu wpadać tylko przez dwa nieduże okna w ścianie naprzeciwko drzwi. Pod tymi oknami stało biurko Palatyna. Po obu stronach drzwi znajdowały się stanowiska pracy sekretarzy, którym przyświecały lampy oliwne. Palatyn nie spodziewał się tej wizyty. Musiał zmienić plany by przyjąć arcykapłana. Zaskoczony był jego wyglądem. Odziany w najdelikatniejsze, odświętne szaty zdobione złotymi haftami zjawił się wspierając o kostur żywiołów, artefakt używany tylko przy szczególnych okazjach.
- Czemu zawdzięczam tak… uroczyste przybycie arcykapłanie?
- Od dwudziestego siódmego aż po dwudziesty dziewiąty Maskaram wydarzyło się coś, o czym pewnie wie niewielu, ale co zmieni Likarię – powiedział z namaszczeniem Palladius.
- Cóż takiego?
- W dniach tych gościłem najznamienitszych kapłanów z całego kraju. Postanowiliśmy podjąć wspólne działania dla obrony Likarii przed amiriańską zarazą.
- Proszę kontynuuj – zachęcił gościa Palatyn.
- Nie możemy się zgodzić na inwazję tej plagi w naszym kraju. Nasze dotychczasowe działania były niewystarczające. Dlatego zjednoczyliśmy siły. Szacowne grono kapłanów nadało mi tytuł Arcykapłana Likarii. Teraz jestem głową całej naszej likaryjskiej religii i to nie tylko honorowo Palatynie – rzekł dobitnie Palladius.
- Zapewniam cię, iż monarchia nie będzie przeszkadzać w waszych działaniach.
- Palatynie, nie przyszedłem tu prosić o przyzwolenie – stwierdzał stanowczo Palladius. – Przybyłem prosić o pomoc.
- Jakiej pomocy oczekujesz ode mnie?
- Stworzyliśmy zorganizowaną, ogólnolikaryjską religię pod silnym przywództwem – Moim i Najwyższego Zgromadzenia, które możesz uznać za religijny senat. Dzięki temu posiedliśmy błogosławieństwo bogów i siłę do walki z naszymi wrogami. Jednak by zrealizować część… większość naszych postulatów potrzebujemy pomocy monarchii. Chodzi o rozwiązania prawne, o prawną ochronę religii naszych przodków.
- Doceniam zaufanie, ale dlaczego ja? – Palatyn nadal nie mógł zrozumieć jego motywów.
- Jesteś prawą ręką króla, drugą osobą w państwie. Jesteś jak kozioł u podstaw wiatraka. Ufam, iż leży ci na sercu dobro tego kraju i naszych bogów.
- Oczywiście arcykapłanie. Wpierw muszę się jednak zapoznać z waszymi postulatami.
Palaldius spojrzał wymownie na towarzyszącego mu sekretarza, a ten wręczył Palatynowi dokument.
- To odpis końcowych ustaleń pierwszych obrad Najwyższego Zgromadzenia.
- Dobrze arcykapłanie, zapoznam się z nimi – obiecał Palatyn.
- Rozesłaliśmy też listy do zagranicznych świątyń. Zamierzamy stworzyć strukturę, która nie będzie ustępować amirianizmowi. Kapłani całej Likarii liczą na ciebie Palatynie.
Arcykapłan wraz z sekretarzem opuścili komnaty Holdena. Ten odłożył pergamin na biurko. Nie miał teraz dla niego czasu. Już miał wyjść gdy odwrócił się i spojrzał na zalakowany dokument raz jeszcze. Kapłani zwrócili się do niego nie bez powodu. Zapewne postrzegają go jako opozycję do niepewnego religijnie Rollina. To może się przydać – pomyślał. Wrócił do biurka i złamał pieczęć. Nim rozłożył dokument do gabinetu wszedł trzeci sekretarz odpowiedzialny za przyjmowanie gości.
- Przybył Czarny Rycerz.
Palatyn pokręcił głową z dezaprobatą. Kolejny nieproszony gość zakłóca jego plan dnia.
- Dobrze, wprowadź.
Lamberth staną w pełnej zbroi pośrodku komnaty. Gdy gospodarz ujrzał lśniącą, czarną zbroję wiedział już, że coś wisi w powietrzu.
- Cóż za niespodziewana wizyta. Chyba minąłeś się z arcykapłanem.
- Tak, widziałem go na zewnątrz. – Głos Lambertha brzmiał szorstko.
Palatyn wyczuł, że ten gość w odróżnieniu od poprzedniego nie jest do niego pozytywnie nastawiony. Wezwał jednego z sekretarzy.
- Przeczytaj i przygotuj streszczenie – polecił podając mu dokument od arcykapłana.
Gdy urzędnik wracał na miejsce Palatyn zwrócił się do Lambertha:
- Mogę ci chwilę poświęcić – powiedział spojenie – ale jak widzisz jestem bardzo zajęty.
- Tak, wysyłaniem szpiegów i zabójców – odparł chłodno rycerz.
Czas jakby się zatrzymał. Sekretarze pracujący przy biurkach zamarli w bezruchu. Palatyn rzucił im jedno spojrzenie. Tyle wystarczyło by szybko opuścili komnatę.
- Jestem oczami i uszami króla – rzekł Palatyn gdy za sekretarzami zamknęły się drzwi. – Muszę wiedzieć co się dzieje w każdym zakątku Likarii. Likwiduję przeszkody monarchii.
- Czy mój brat i profesor Rotoi też stali się przeszkodami?
- Nie rozśmieszaj mnie. – Palatyn nawiązał pewny siebie kontakt wzrokowy z Lamberthem. – Nie mam nic wspólnego z zamachem na twojego brata, ani śmiercią profesora.
- Twoje słowa Palatynie tracą na wartości – rzucił prowokacyjnie Czarny Rycerz.
- Nie zapominaj z kim rozmawiasz – słowa rycerza wydały mu się zbyt zuchwałe. – Wiem dobrze, że przyjaźnisz się z tym szarlatanem zwanym Samotnym Wilkiem. Uważaj, by jego nienawiść do mnie nie zatruła także twojego umysłu. Wtedy zatraciłbyś trzeźwy osąd.
- A może to ciebie Palatynie zaślepia nienawiść? Może to ty zatraciłeś trzeźwą ocenę rzeczywistości? Może pomyliłeś prywatny interes z interesami państwa? – Lamberth nie podnosił głosu, ale jego słowa miały ciężar granitu.
- Nie obawiaj się, moje interesy są zbieżne z interesami Likarii. Lordzie D’aragon, przy całej swej rycerskiej wielkości jesteś tylko okruchem, który wpadł pomiędzy ogromne koła mechanizmu świata. Nawet nie zdajesz sobie sprawy o co toczy się gra – mówił Palatyn w poczuciu wyższości. – Uchylę ci rąbka tajemnicy. Prawdziwym graczem jestem ja, król, książę, twój brat i kilka innych postaci, z których istnienia nawet nie zdajesz sobie sprawy. Ty jak i ten twój przyjaciel z Uniwersytetu, to tylko postacie poboczne. Nie próbuj wchodzić między koła młyńskie bo zostaniesz starty na proch.
- Czy to groźba Palatynie? – Rycerz postąpił krok naprzód zaciskając dłoń na rękojeści miecza.
- Nie groźba, a ostrzeżenie – stonował Palatyn. – Sprawy przerastają twoje wyobrażenie. Dla własnego bezpieczeństwa powinieneś wrócić do Kabiru.
- Dziękuje za radę, ale zostanę w Beresteczku. A teraz mała rada dla ciebie Palatynie. – Rycerz podszedł i oparł się rękoma o biurko nachylając się do rozmówcy. Mówił powoli kładąc nacisk na każde słowo. – Jeśli jeszcze raz natknę się na twojego szpiega, to skręcę mu kark i policzę się także z tobą, bez względu na to jak potężną postacią jesteś w Likarii.
Lambeth przypieczętował te słowa długim spojrzeniem prosto w oczy Palatyna. Ten nie pozostał mu dłużny bez trudu wytrzymując jego spojrzenie. Rycerz wyprostował się i wyszedł. Palatyn siedział wpatrując się w drzwi gabinetu. Z cienia w pobliżu aksamitnej kotary wyłoniła się zamaskowana postać.
- Jakie rozkazy Panie? – Holden słyszał pytanie szpiega, ale nie odpowiedział od razu.
- Nie przerywajcie obserwacji, ale zachowajcie większą ostrożność.
Palatyn zastanawiał się czy oto nie wyrasta kolejny wielki gracz, z którym przyjdzie się liczyć o wiele bardziej niż dotąd przypuszczał.

3. Wóz toczył się powoli brukowanym traktem. Podróż dłużyła się Rafaelowi niemiłosiernie. Leżąc na wozie przykryty kocami niezmiernie ucieszył się z widoku białych murów Beresteczka. Po obu stronach wozu jechała obstawa – strażnik i majordomus. Dołączyli do niego wczoraj przynosząc najświeższe wieści. Zamach na Sędziego i śmierć ministra Rotoi wstrząsnęły senatorem. Jak teraz czuje się jego przyjaciel? Rany zadane przez harpie goiły się nad wyraz dobrze, choć nadal czuł pewien ból przy poruszaniu ramionami. Czy Sędzia też cierpi? Ominęło go tyle ważnych wydarzeń! Rafael obiecał sobie, że więcej nie będzie leżał w łóżku. Napewno wkrótce rozpocznie się walka o schedę po rektorze. Czy Lornissonowie także rzucą się do walki? Zmarły minister handlu był postacią neutralną. Niewielki ród szlachecki Rotoi był co prawda kojarzony z rodziną Galileich, raczej jednak przez osobistą przyjaźń profesora z Likariusem niż przez to by stanowił ich klientelę. Zdobycie dodatkowego ministerstwa będzie oznaką wzrostu potęgi danego rodu. Jest jeszcze jeden łakomy kąsek. Jak doniesiono Rafaelowi na ostatnim posiedzeniu Senatu przyklepano utworzenie nowego ministerstwa. Zastanawiał go też wzrost znaczenia księcia Rolanda. Dlaczego Rollin w niego inwestuje? Co chce przez to uzyskać? Jeśli dąży do konfrontacji z Palatynem to jasne, że szuka sprzymierzeńców. Ale co mu da konflikt z Holdenem? Co przez to osiągnie? I gdzie w tym konflikcie znajdzie się jego ród? Przez chwilę przemknęła mu myśl, że on mógłby zostać ministrem. Sędzia na pewno nie tworzył ministerstwa z myślą o nim. Niestety. Chyba nie znalazłaby się większość skłonna oddać je w ręce Lornissonów. Jego ród i tak posiadał najlepszą pozycję. Najwięcej miejsc w senacie, jego dziadek jest królewskim doradcą, a ojciec przewodniczącym Senatu. Opperionowie, D’aragonowie i Siemionowiczowie też mają przedstawicieli w radzie i na najwyższych stanowiskach państwowych. Kto zostaje? We władaniu królewskiego rodu Varenhorthów były ministerstwa Architektury, Wsi królewskich i Miast królewskich. Ministerstwo Floty pozostawało w rękach rodu Raven. Ministerstwo Rzemiosła należało do Galileich. Zillerowie zaś posiadali jedynie namiestnictwo w Port Saar i ogromne, niezaspokojone ambicje. Zawsze na ich przeszkodzie stał Sędzia Rollin, do którego Marozja żywiła zoologiczną wręcz niechęć. Czy będą chcieli walczyć o któreś z ministerstw? On oczywiście będzie robił wszystko w interesie własnego rodu. Czy kiedykolwiek postąpił inaczej? Nawet zrezygnował z zawarcia małżeństwa, bo ojciec chciał mieć najmłodszego syna do dyspozycji w razie konieczności zawarcia politycznego mariażu. Całe życie podporządkował rodzinie. A może tylko ojcu? Po cichu liczył, że za to poświęcenie odpłaci mu los, że po śmierci lub rezygnacji ojca, jak to kiedyś uczynił jego dziadek, to on zostanie przewodniczącym Senatu. Tylko czy doczeka tego? W końcu miał już trzydzieści pięć lat. Czuł jakby młodość mu niemalże umknęła. Czy umrze bezpotomnie? Przetrwanie rodu zapewnili obaj starsi bracia, Diogenes i Rutus. Czy i on nie mógłby się już ożenić? Tyle pięknych szlachcianek zabiegało o jego względy. Żadna nie była odpowiednia dla Kratiusa. Może nie tyle one co pozycje ich ojców. Kratius czekał chyba na sytuację wyjątkową, ale w rzeczywistości gdzie Sędzia z Palatynem udzielali państwowych zaszczytów wedle swego uznania, trudno było o polityczny sojusz wymagający przypieczętowania go małżeństwem. Rody też wystrzegały się spowinowacania ze sobą, traktując innych jako konkurencję do tego co skapnie ze stołu przy którym obradują król z Palatynem i Sędzią. Żenili się tylko w gronie zależnych od siebie pomniejszych rodzin. Kratius czekał na trzęsienie ziemi? Więc chyba się zbliża.

4. Skrybowie i archiwiści zachowywali się jak zwykle, jednak w powietrzu wyczuwało się napięcie. Lamberth przechodząc główną salą skryptorium, pomiędzy ogromnymi marmurowymi kolumnami, zwrócił uwagę na jednego z przepisywaczy. Ubrany był w trawiasto zieloną szatę z kapturem naciągniętym na głowę, spod którego wystawały loki jasnych włosów. Rycerz poczuł silne uczucie deja vu. Przystanął na schodach prowadzących na wyższy poziom. Szukał w przeszłości. Nagle przypomniał sobie. Gdy był tu pierwszy raz po powrocie z Kabiru widział tego samego skrybę. Ta myśl go uspokoiła. Ruszył na górę, by odnaleźć przyjaciela. Wilk zazwyczaj ślęczał nad księgami. Tym razem Lamberth zastał go na wypoczynku. Co prawda na stole piętrzyły się niezliczone woluminy, ale ich właściciel popijając wywar z ziół oddawał się układaniu drewnianej łamigłówki. Czarny Rycerz dostawił sobie krzesło i usiadł naprzeciwko gospodarza.
- Czym się zajmujesz?
- To… drewniane klocki. Należy je złożyć by powstało coś takiego. – Wilk podał rycerzowi skrawek pergaminu, na którym naszkicowana była przestrzenna figura. – To elficka układanka, dostałem ostatnio w prezencie. – Mędrzec wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Kto ci sprawił taki prezent?
- Stary znajomy, z daleka. Z bardzo daleka. – Profesor uśmiechnął się tajemniczo po czym odłożył układankę na bok.
Sięgnął po księgę, którą miał za plecami i wyjął z niej kartę pergaminu.
- Spójrz na to. – Podał kartę rycerzowi.
- Co to jest? – zapytał po przeczytaniu zapisanych na niej słów.
- To inskrypcja z Mapy Żywiołów, którą udało mi się ostatnio odczytać z wydatną pomocą mego ucznia.
Rycerz spojrzał na tekst ponownie i przeczytał na głos.

Jeździec barwy terrytu złapany w sieci Hibetti
Zatraci przędzę Oorty w krwawym uniesieniu


Zamilkł spoglądając wymownie na mędrca.
-Terryt jak wiesz lśni czernią jak twoja zbroja. Hibetti to w elfickiej mitologii Wielka Matka Wszystkich Pająków. Chyba nie muszę tłumaczyć co oznacza „zatracenie przędzy Oorty”.
- Śmierć – wyszeptał Lambeth po czym dodał – Wilku, gdyby jeszcze twoje proroctwa coś rozjaśniały, wskazywały drogę…
- Wskazują, ostrzegają przed…
- Palatynem? – przerwał Lamberth. – To już się wydarzyło.
- W jakim sensie się wydarzyło? – zaciekawił się Wilk.
- Trzy dni temu. Po twoim wyjściu. Szpieg Palatyna próbował mnie zabić w mojej własnej sypialni. Byłem dziś u niego. W zasadzie przyjechałem tu prosto z jego kancelarii. Ostrzegłem, że jeśli jeszcze raz będzie próbował swoich sztuczek, policzę się z nim bez względu na jego pozycję. – Lamberth zawiesił głos gdy Wilk gwałtownym ruchem ręki przytrzymał przechylający się stos ksiąg. Poprawił go nieco i skinął na gościa by sobie nie przeszkadzał. – Mówił też… o tobie. Twierdził, że zaślepia cię nienawiść. Ostrzegł bym nie ufał ci bezgranicznie. Wiem Wilku, że jesteś mądrym człowiekiem i z pewnością nie zaślepionym nienawiścią. Powiedz mi co takiego sprawiło, że staliście się wrogami?
Wyraz twarzy profesora zmienił się. Pokręcił głową.
- To stara historia, nie lubię do tego wracać.
Wilk poprawił krzywy stos ksiąg. Rycerz cały czas wpatrywał się w jego oblicze. Mędrzec czuł na sobie ten wzrok. Po chwili nie odrywając spojrzenia od woluminów podjął temat.
- Widzisz, zyskałem duży wpływ na Rolanda i Lorelei jako ich nauczyciel. Stałem się więc zagrożeniem dla państwa. Palatyn postarał się bym został usunięty z dworu.
Lamberth czuł, że Wilk nie mówi mu wszystkiego.
- Nigdy nie mówiłeś mi o tym, dlatego…
- Nie było o czym – przerwał mu starzec głosem, w którym słychać było irytację.
- Jak myślisz? Palatyn mógł mieć coś wspólnego z zamachem na mojego brata? – Lamberth postanowił nie drążyć tematu.
- Nie wiem. Może stara się pozbyć Rollinów. Nie wiem, cokolwiek powiem na jego temat… – mędrzec zawiesił głos kręcąc głową.
Rozdrażnienie Wilka nie malało toteż Lamberth postanowił skierować rozmowę na inne tory.
- I jeszcze śmierć profesora Rotoi…
Wilk odebrał to także jako rzucenie podejrzenia wobec Palatyna:
- Palatyn ma do tego środki, ale w jakim celu miałby nastawać na życie profesora?
- Czyli to było jednak samobójstwo?
- Zdecydowanie nie – zaprzeczył Samotny Wilk. – Rozmawiałem z profesorem tydzień temu. Mówił mi o nieprawidłowościach jakie odkrył w królewskich manufakturach i związanych z tym podejrzeniach wobec Sędziego.
Lamberth nie spodziewał się, że miejsce oskarżanego o zamach Palatyna zajmie jego brat.
- Wierzysz w te podejrzenia?
- Nie wiem przyjacielu, powtarzam ci tylko co mówił mi… – tu mędrzec zrobił przerwę by zakasłać – profesor. Pomysł powołania nowego ministerstwa wyciągającego manufaktury spod jego władzy wyszedł z kancelarii Sędziego. Biorąc teraz pod uwagę nieprawidłowości w manufakturach… Zrozum w jaki obraz układało się to w umyśle Rotoi.
Rycerz pokiwał głową ze zrozumieniem.
- Niestety teraz już nie dowiemy się od rektora więcej. Wilku, czy ktoś może manipulować Markusem? – Kwestia ta od pewnego czasu nurtowała Czarnego Rycerza.
- Masz na myśli urok, hipnozę?
- Tak. – Rycerz pokiwał głową.
- Z jednej strony to możliwe, ale… – Wilk się zamyślił. – Twój brat ma silną osobowość, takimi osobami ciężko sterować.
- Może to ten Gunnar? Nie odstępuje go na krok. – Lamberth podsunął trop.
- Hrabia Gunnar? Może nie miałem z nim bezpośredniej styczności, ale czy wygląda na takiego, który byłby do tego zdolny?
- Szczerze mówiąc nie. Ale manipulatorzy mogą się dobrze maskować.
- Mogą – przyznał mędrzec. – Musiałbym poznać tego Gunnara. Może wtedy mógłbym powiedzieć o nim coś więcej.
- Pomyślę o tym przyjacielu. A ta inskrypcja, którą odczytałeś. Naprawdę myślisz, że dotyczy mnie i Palatyna? – Jakkolwiek rycerz traktował wszelkie proroctwa z dystansem to intrygowały go przepowiednie, które miałyby się odnosić do niego osobiście.
- No cóż, to też gra skojarzeń. Fakt, nie mogę ci zaręczyć, że nie są one przypadkowe. Chyba nie rozmawialibyśmy o tym gdyby nie Christian. To naprawdę uzdolniony chłopak. Cieszę się, że go do mnie przyprowadziłeś.
- Cieszę się, że jest dla ciebie użyteczny. Arkus też jest dobrym giermkiem, choć nie było go u mnie dzisiaj. Słyszałem, że w związku ze śmiercią rektora odwołano zajęcia.
- I nie wiesz dlaczego się u ciebie nie pojawił?
- Nie. – Pytanie Wilka zdziwiło rycerza.
- No wiesz, serca i umysły młodych giermków są pełne wzniosłych ideałów.
Rycerz w mig pojął aluzję profesora, która przypomniała mu słowa majordomusa.
- Giermkowie są zapatrzeni w rycerzy, to moralne autorytety… – ciągnął dalej mędrzec
- Wilku – przerwał mu rycerz. – Nie musisz mi przypominać moich grzechów.
- Wybacz, nie to było moim celem. Jednak chyba rozumiesz…
- Rozumiem – odparł ciężko rycerz.
- Nie mówiłem ci jeszcze. – Wilk ożywił się, jakby nagle coś sobie przypomniał. – Z Cestii otrzymałem coś ciekawszego od układanki. Kruki doniosły o dziwnych ludziach kręcących się w okolicach rzeki Estimar, prawdopodobnie likaryjczykach.
- Czego tam szukają? – zapytał Lamberth zadowolony ze zmiany tematu.
- Anielskiej Ikony.
- Nie słyszałem o tym – przyznał rycerz.
- To starożytny artefakt. Podobno wykonany jest z materiałów bijących wewnętrznym blaskiem, ze złota przeźroczystego jak szkło i szlachetnych kamieni nie spotykanych w naszym świecie. Stare księgi mówią, że posiadaczowi może dać niewyobrażalną moc, ale jeśli trafił w ręce jednostki o słabej psychice może ją doprowadzić do szaleństwa.
- Szukają jej likaryjczycy?
- Tak i na pewno nie są to handlarze staroci. Głos z Cestii powiedział mi o dobrze wyposażonej, dyskretnej wyprawie.
- Chyba nie tak dyskretnej skoro o niej wiesz.
- Przed pewnymi osobami nic, co się dzieje w Cestii, nie jest tajemnicą.
- Tak jak u nas bez wiedzy Palatyna. – Rycerz roześmiał się.
Wilk również się uśmiechnął.
- Poniekąd. Ktoś zadał sobie trud i wydał sporo złota by zorganizować zamorską wyprawę.
- To zawęża krąg podejrzanych.
- Niestety nie w takim stopniu by typować konkretne osoby bądź rody. Na pewno ten ktoś pożąda mocy, którą może dać mu Ikona. Skoro pragnie mocy chce ją do czegoś wykorzystać.
- Hmm… Jak mój brat, który w swoim majątku buduje prywatną armię?
- Dokładnie, przyjacielu. Nie buduje się potęgi, której nie zamierza się użyć. Chwały pożąda się dla samej chwały. Potęgi pragnie się by działać.
Odpowiedz
#15
Komentarz zbiorczy do całości.
Zauważyłem parę błędów interpunkcyjnych, np w zapisie wypowiedzi, w których bohater zwraca się do kogoś.
"- Dokładnie przyjacielu." - przed "przyjecielu powiniem być, na mój gust, przecinek.
Całość napisana ciekawie. Fabuła interesująca, klimat raczej mroczny, ale pasujący do stylu i treści.
Podoba mi się.
Pozdrawiam,
Graf
"Ja "beznadziejność nadchodzących dni" -
Witam odważnym i rycerskim : "phi" !!" Tongue
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości