Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Szept Gromu - Rozdziały 1-15
#1
Rainbow 
Mimo szczerych chęci nie znalazłem działu PRZEDSTAW SIĘ. Może jestem ślepy Tongue
Więc przywitam się tutaj. WITAJCIE Smile
Forum polecił mi znajomy grafik.


ROZDZIAŁ I – SĘDZIA I GIERMEK
 
Jeszcze raz powoli przesunął wzrokiem po całym pomieszczeniu. Uczucie deja vu było silniejsze niż zwykle. Stał lekko pochylony, obiema rękoma oparty o masywne, dębowe biurko. Regały szczelnie skrywające ściany dźwigały na swych półkach całe oceany wiedzy. Po prawej, w glinianej donicy, rosła egzotyczna w tych stronach palma. Po lewej, na podłodze pośrodku pokoju, kładła się słoneczna plama z okratowanego okna za jego plecami. Już kiedyś był w tym miejscu. Kratowany wzór tworzony przez sączące się wczesno-popołudniowe słońce wydawał się znajomy. I ten odgłos szybko nadciągających kroków… Deja vu rzadko wróżyło coś dobrego.
Do gabinetu wpadł zdyszany giermek klękając na kolano pośrodku słonecznej plamy. Przez chwilę utkwił wzrok w marmurowej podłodze łapiąc oddech. W końcu podniósł oczy.
- Prokonsul Galio nie żyje! – Rozpalony z przejęcia młodzieniec jednym tchem wyrzucił z siebie wiadomość.
Sędzia Rollin spodziewał się czegoś zaskakującego, ale to przerosło jego oczekiwania. Jeszcze kilka godzin temu, rankiem, rozmawiał z Prokonsulem w zamkowych ogrodach. W niemym zaskoczeniu wpatrywał się w giermka.
- Prokonsul wypadł z okna, leży na dziedzińcu. – Chłopak uprzedził pytanie. – Chodź Panie zobaczyć.
Wyprostował się i wyszedł zza biurka. Giermek wstał i pospieszył przodem. Na korytarzu Rollin ruszył za nim szybkim, ale dostojnym krokiem adekwatnym do roli dyplomaty. Z zamkowych pokojów wychynęły różne osoby wywabione wstrząsającą wiadomością. Wszyscy, z wyrazami zaskoczenia i niedowierzania na twarzach, zmierzali na dziedziniec.
Prokonsul leżał w bezruchu kilka łokci od wieży mieszkalnej, gdzie znajdowały się jego prywatne komnaty. Głowa przekrzywiona na bok wpatrywała się zastygłym wzrokiem w kostkę brukową. Ręce leżały bezwładnie wzdłuż ciała. Urzędowa wełniana szata barwy purpury okrywała je niczym pogrzebowy całun. Wokół zebrało się sporo osób – mieszkańców zamku, służących, jak i bawiących na nim cudzoziemców, ale tylko nadworny lekarz i dwóch strażników podeszło bliżej. Pod ścianą wieży łkała młoda służąca, obejmowana ramieniem przez starszą kobietę. Wnioskując po stroju, przełożoną zamkowej służby. Po chwili doktor głośno zawyrokował sprawę w tych okolicznościach oczywistą:
- Nie żyje.
Sędzia spojrzał w górę na otwarte, duże okno w wieży mieszkalnej. Z wysokości komnat i ułożenia zwłok wnioskował, że Galio musiał stać tyłem w momencie wypadnięcia z niego. Jeszcze raz spojrzał na ciało. Na bruku nie było najmniejszego śladu krwi. Siła uderzenia nie była duża. Komnaty Prokonsula znajdowały się na trzeciej kondygnacji. Przy dużym szczęściu można by było wyjść z takiego upadku nawet bez szwanku. Niestety, Galio nie miał go nawet odrobinę.
 
2. Tymczasowo obowiązki Prokonsula przejął przewodniczący rady miejskiej Archelaus. Jego pierwszym zadaniem było wyjaśnienie okoliczności śmierci władcy Chalcedonu Zatarkackiego. Stosowne kroki podjęto jeszcze tego samego popołudnia. Protokół dyplomatyczny nie przewidywał przesłuchiwania ambasadorów, ani osób z ich poselstw, ale okoliczności były niecodzienne. Sędzia Rollin, jako jedna z najwyższych rangą zagranicznych osobistości przebywających na dworze, dał dobry przykład pozwalając na przesłuchanie swojego giermka. Wobec tego innym gościom nie wypadało zasłaniać się protokołem. Na dziedzińcu w chwili zdarzenia było kilkanaście osób z zamkowej służby oraz paru członków zagranicznych misji. Żadnych oficjeli. Nikt nie widział samego upadku. Giermek Sędziego był pochłonięty rozmową z miejscowym stajennym i pomocnikiem chalcedońskiego kupca, gdy wszyscy usłyszeli głuche uderzenie. Podobnie zeznali wszyscy znajdujący się na dziedzińcu. Nikt także nie zauważył w oknach trzeciej kondygnacji, by po upadku wyglądała z nich jakaś postać mogąca przyczynić do śmierci Galio. Tylko zeznania pokojówki były trochę odmienne. Szła przez dziedziniec niosąc kosz bielizny, ze wzrokiem utkwionym w szarym bruku, gdy nagle przed nią upadło ciało Prokonsula. Doświadczenie to było dla niej tak szokujące, że kilka godzin zajęło ochmistrzyni, wspomagającej się naparem z ziół, uspokojenie roztrzęsionej i płaczącej spazmatycznie dziewczyny.

3. Tej nocy Sędzia spał krótko. Rozmyślał o porannej rozmowie z Prokonsulem w zamkowym parku. Misja, z którą przybył do Chalcedonu Zatarkackiego była niezwykle istotna zarówno dla małego, wciśniętego między dwa łańcuchy górskie państewka Galio, jak i ojczyzny Sędziego – Likarii. U wspólnego sąsiada obu krajów – Kreonii – trwała właśnie wojna domowa, co w wydatny sposób zagrażało wspólnym szlakom handlowym. Poza tym przeniesienie się płomienia konfliktu do Likarii i chciwe oko nowych władz Kreonii wobec malutkiego, ale zasobnego w bogactwa naturalne Chalcedonu, stawiało oba państwa w roli naturalnych partnerów nie tylko jak dotąd handlowych, ale politycznych, a może i militarnych. Prokonsul był równie zaniepokojony rozwojem wypadków co Rollin.
- Zawsze uważałem połączenie amiriańskiej gorliwości z polityką za niebezpieczne – przyznał Galio.
- Niestety połączenie to zaowocowało u naszych wspólnych sąsiadów niepohamowaną przemocą – zauważył Sędzia.
- Dobrze wiem, Marcusie, że gdy Inkwizycja rozprawi się z wewnętrznymi wrogami, zwróci się w stronę terytorialnej ekspansji. I tutaj – Galio wziął głęboki oddech – tutaj moja mała ojczyzna może stać się pierwszą ofiarą.
- Umiejętna współpraca w regionie może przyczynić się do utrzymani pokoju.
- Wiem, do czego zmierzasz. – Prokonsul uśmiechnął się. – Jak dobrze wiesz, ja, tak jak i większość moich poddanych jesteśmy amirianitami. Otwarty sojusz z pogańską, wybacz określenie, Likarią i to wymierzony w amiriańskich sąsiadów byłby dla mnie samobójstwem. Zwłaszcza teraz, gdy na twarzach wielu radnych widzę niezdrową fascynację ideami i metodami Inkwizycji. – Mina dostojnika zdradzała zatroskanie.
- Wasza Ekscelencjo, sojusz nie musi być tak otwarty. – Likaryjczyk uśmiechnął się przebiegle, odgarniając nisko zwisającą gałąź ozdobnej jabłoni. – Myślę, że subtelne sposoby działania w tym względzie mogą być nawet skuteczniejsze.
Gospodarz tylko się uśmiechnął. Był niezwykle roztropnym politykiem, a ponadto serdecznym i pogodnym człowiekiem, co sprawiało, że ciężko było nie darzyć go sympatią.
- Zdecydowanie nasza współpraca musi pozostać w wąskim kręgu zaufania. Problemem jest – zawahał się, zastanawiając czy powinien to mówić – to, że nie do końca wiem… komu mogę zaufać na własnym dworze. – Galio stopniowo ściszał głos tak, że jego ostatnie słowa były dla Sędziego ledwo słyszalnym szeptem. Gdzieś w głębi ogrodu zaśpiewał słowik.
- Sytuacja w Likarii też nie jest łatwa Wasza Ekscelencjo – powiedział z namysłem Rollin.
- Masz na myśli coś więcej niż problemy z Kreonią? – Zaciekawił się Galio.
- Nasze zewnętrzne problemy łączą się z wewnętrznymi. W Likarii jest amiriańska mniejszość, która rośnie w siłę. Ma coraz bardziej wpływową reprezentację w naszym Senacie. Dąży do tego, by sprowadzić Inkwizycję także do nas.
- O tym nie wiedziałem – przyznał rozmówca. – Muszę jeszcze raz wszystko przemyśleć.
- Naturalnie Ekscelencjo – przerwał mu Rollin, gdy Galio nabrał powietrza i sam natychmiast skarcił się w myślach za to wtrącenie. Prokonsul jednak nie zwracając na to uwagi pociągną swoją myśl:
- Przyjdź do mych komnat po uroczystej kolacji. Omówimy szczegóły.
 
Pierwsze promienie wiosennego słońca dotknęły dziedzińca zamku. Baszty kładły na nim długie cienie sięgające murów po zachodniej stronie. Do pomieszczenia, w którym spali strażnicy z likaryjskiego poselstwa, nieoczekiwanie wszedł Sędzia.
- Zbierz wszystkich – polecił czyszczącemu miecz giermkowi. – W południe wyjeżdżamy.
- Tak Panie – potwierdził chłopak, choć nie ukrywał zdziwienia. Wyjazd nie czekając na uroczystości pogrzebowe zakrawał na dyplomatyczny skandal. Jednak o nic nie pytał wiedząc, że dowie się wszystkiego we właściwym czasie.
 
4. Rollin wymógł natychmiastową audiencję u przewodniczącego Archelausa. Przeprosił za pośpieszny wyjazd usprawiedliwiając się wieściami, jakie nad ranem otrzymał z ojczyzny. Złożył też na jego ręce kondolencje w imieniu króla Likarii i swoim własnym.
Przed wyjazdem pomaszerował do amiriańskiej katedry, która obok pałacu Prokonsula była najokazalszą budowlą w Nuuk, stolicy Chalcedonu. Jej potężne mury nie raz dawały schronienie ludności miasta w czasie wielkich niepokojów i wojen.
Ciało władcy leżało na katafalku z kości słoniowej ustawionym przed ołtarzem w głównej nawie świątyni, odziane zgodnie z amiriańskimi zwyczajami pogrzebowymi, w prostą, białą togę. Jedynie ciężki naszyjnik ze złotym orłem, będącym herbem Chalcedonu, spoczywający na piersi Galio, świadczył o godności piastowanej przez niego za życia. Ciało jak i ołtarz tonęło w kwiatach.
Przejście Sędziego przez główną nawę wzbudziło niemałe poruszenie wśród czuwających i modlących się mieszczan. Oto poganin szedł godnym krokiem przez sam środek ich katedry. Obecność pogan nie była zakazana, ale zazwyczaj było to związane z chęcią nawrócenia się na jedyną wiarę, czemu towarzyszyła pokora i skrucha widoczna w postawie przyszłego neofity. Przetykana złota nicią, ciemnozielona szata dyplomaty szeleściła przy każdym kroku wśród powietrza przesiąkniętego zapachem kadzidła. Zdawało się, że małe, złote smoki wyhaftowane na jej śnieżnobiałym oblamowaniu poruszają skrzydłami.
Przystanął przed katafalkiem. Dłuższą chwilę po raz ostatni patrzył na unieruchomioną śmiertelnym spokojem twarz Prokonsula. Szepty ucichły. Przykląkł na kolano, skinieniem głowy oddał hołd zmarłemu, po czym wstał i podobnie dostojnym krokiem opuścił świątynię.
 
5. Drzewa po zachodniej stronie zaczęły strzępić tarczę słońca. Senior z giermkiem nieco wyprzedzili delegację. Reszta jeźdźców pozostała przy wozie, który powoli toczył się podgórskim traktem. Thovri był szczupłym, piętnastoletnim chłopcem z okrągłą twarzą i czarną czupryną. Dumny z przypasanego do biodra krótkiego miecza i służby u Sędziego.[1]
- Patron Gimaldi chyba nie był zadowolony z tak szybkiego wyjazdu? – zagadnął wskazując na wóz, który zostawili za sobą.
- Nie był. – Odpowiedzi towarzyszył subtelny uśmiech. – W końcu nasza misja miała charakter handlowy, a on i ci dwaj kupcy, których ze sobą wleczemy nie zdążyli załatwić zbyt wielu interesów w Chalcedonie.
- Ale czy nie wzięliśmy ich, tak no – Thovri zastanowił się nad brakującym słowem – dla niepoznaki?
Sędzia roześmiał się.
- Masz rację. – Zawsze poprawiało mu humor, gdy chłopak błysnął jakąś bystrą myślą lub wnioskowaniem. – Tak, wzięliśmy patrona kompani handlowej by nasza misja wyglądała na handlową, choć w rzeczywistości była o wiele ważniejsza. Niestety… – Zawiesił głos. Nastała chwila milczenia, po czym odezwał się znowu:
- Thovri, jak myślisz? Czy śmierć Prokonsula była wypadkiem?
- Nie wiem, Panie – zaczął z wolna giermek wiedząc, że Sędzia często wystawia na próbę jego inteligencję zręcznymi pytaniami – ale nie słyszeliśmy żadnego okrzyku. Ta dziewczyna też mówiła, że po prostu upadł przed nią bez życia. Zupełnie jakby… – przerwał wahając się, ale widząc łagodny wzrok rozmówcy kontynuował – jakby był już martwy w chwili upadku.
Senior spochmurniał. Thovri zaniepokoił się. Czy powiedziałem coś nie tak? Nie znosił rozczarowywać go swoimi odpowiedziami. Ale dziś twarz Sędziego sposępniała z innego powodu.
- Tak chłopcze – powiedział ciężko wzdychając – tak właśnie mogło być.
Thovri z jednej strony odetchnął ucieszony, że nie zawiódł, choć z drugiej poczuł ukłucie w sercu. Sędzia podzielał to, co dla niego było dotąd tylko domniemaniem, że ten serdeczny człowiek – Prokonsul – został zamordowany.
- Będziemy dziś przekraczać Tarkaty? – zagadnął nieśmiało po dłuższej chwili niezręcznego milczenia.
- O nie mój młody przyjacielu. Górskie przełęcze są tym bardziej zdradliwe nocą. Zatrzymamy się w gospodzie u podnóża Tartaków, w której nocowaliśmy ostatnio.
- Mogę o coś zapytać?
- Pytaj – przyzwolił Rollin.
- Dlaczego wyjechaliśmy przed pogrzebem Prokonsula?
- Rano otrzymałem wieści z Likarii, które zmusiły nas do natychmiastowego wyjazdu.
- Co to za wieści? – dopytywał Thovri.
- A to już tajemnica państwowa. – Dyplomata znacząco się uśmiechnął.
Jechali jeszcze kawałek, przysłuchując się śpiewowi ptaków w tarkackich lasach. Później przystanęli, by dogonił ich wóz i reszta jeźdźców.
 
6. Panujący w karczmie półmrok rozświetlały tylko zażące się w kominku drwa i kilka lamp oliwnych. Wnętrze wypełniał zapach piwa, pieczonego mięsa i spokojna muzyka grana przez wędrownego barda. Przy stołach zamówione posiłki jadło kilkunastu podróżnych. Przy największym zasiadł Sędzia Rollin, patron Gimaldi, Thovri, kapitan straży Gubbaru i dwóch likaryjskich handlarzy – Savidis i Gnadis. Strażnicy posilali się na zewnątrz pilnując koni i wozu. Patron dłubał widelcem w pieczonym udźcu, co jakiś czas podnosząc do ust strzępy mięsa. Wyglądał jakby posiłek był dla niego męką.
- Szkoda, że tak brutalnie przerwano naszą wizytę w Nuuk – odezwał się w końcu, po czym
Po tych słowach włożył do ust widelec z małym kawałkiem mięsa. Był człowiekiem o słusznej tuszy, acz dość wysokim. Jego kupieckie szaty błyszczały pomarańczem i fioletem. Niska czapka z piórkiem przekrzywiła się i wyglądała, jakby zaraz miała się zsunąć z łysiejącej głowy kupca.
Rollin pomyślał, że mógłby się nawet z nim zgodzić, gdyby chodziło mu o nagłą śmierć Prokonsula. Ale doskonale zdawał sobie sprawę, iż Gimaldi żałuje tylko niezrealizowanych interesów, więc pominą jego uwagę milczeniem.
- Czy sądzisz lordzie D’aragon – Patron zwrócił się do ambasadora używając jego drugiego nazwiska rodowego – że uda się przywrócić bezpieczeństwo na szlakach handlowych przebiegających przez Kreonię?
- To już nie zależy od nas. – Zagadniety wziął kufel i pociągnął z niego długi łyk ciemnego chalcedońskiego piwa. – My możemy dbać o bezpieczeństwo traktów w tej części lasu Rhynn, który należy do Likarii.
- O tak – ożywił się Gimaldi – z pewnością skazanie przez ciebie na śmierć tych pięciu rabusiów schwytanych w zeszłym miesiącu przyczyni się do bezpieczeństwa, ale droga przez Rhynn jest dłuższa i tym samym kosztowniejsza. A to niestety przekłada się na cenę towarów, które kompania Drzewny Popiół oferuje odbiorcom w Likarii.
Thovri na wspomnienie o karach śmierci wzdrygnął się. Jakkolwiek Sędzia był prywatnie człowiekiem dobrym i sympatycznym to na sali sądowej stawał się nieubłaganą, karzącą ręką sprawiedliwości. Jeśli ktoś popełnił czyn zagrożony karą główną, wydawał wyroki śmierci bez mrugnięcia okiem. Był całkowicie przekonany o słuszności prawa. Zresztą nic dziwnego, sam to prawo napisał. Wszystkie funkcjonujące w Likarii od trzydziestu lat kodeksy wyszły spod jego ręki. Jako prawodawca, Rollin cieszył się wielkim autorytetem i charyzmą, co czyniło go jedną z najbardziej wpływowych osób w państwie.
Mimo to ten jeden aspekt trochę Thovriego przerażał. Niekiedy wydawało mu się, że jest nazbyt surowy. Nigdy nie robiło na nim wrażenia błaganie o litość. Jeśli oskarżony logicznie nie udowodnił, że przemawiające na jego niekorzyść dowody są mylne, płaczem nie dał rady wyprosić złagodzenia wyroku. Chłopak zaraz się zreflektował – to przecież Sędzia wprowadził darmowych obrońców dla biedoty, a także zrównał, jeśli chodzi o ciężar dowodowy, słowo chłopa czy mieszczanina ze słowem szlachcica, wprowadzając tym samym nieznaną chyba nigdzie indziej równość stanów wobec prawa. Zinstytucjonalizował też królewskie prawo łaski, określając warunki, kiedy można się o nie ubiegać.
- Drogi Patronie – Sędzia wygodnie ułożył ręce na stole i przechylił się do przodu – to już żelazne prawo handlu i ekonomii, że w czasach niepokojów i wojen ceny rosną.
Gimaldi zamyślił się na chwilę nad pieczonym udźcem.
- Jak zwykle masz rację lordzie D’aragon – odrzekł, po czym chwycił kufel z piwem, przystawił do ust i opróżnił do dna.

7. Thovri stał pośrodku obozu. Obok, z dogasającego ogniska unosiła się cienka strużka dymu. Zajrzał do namiotu Sędziego – stał pusty. Pobiegł do drugiego namiotu – także nie było w nim żywej duszy. Gdzie oni się wszyscy podziali? Zdał sobie sprawę, że jest strasznie cicho. Nie śpiewał żaden ptak. Drzewa tkwiły nieruchomo w promieniach zachodzącego słońca. Nagle usłyszał dobiegający zza pleców kobiecy szept:
- Thovri, Thovri, chodź tutaj, potrzebuję cię.
Gdy się odwrócił dostrzegł powóz nieopodal obozu. Podchodząc zauważył na drewnianej budzie głębokie zadrapania, jakby zostawione przez ostre pazury niedźwiedzia. Poczuł zapach rozkładającego się mięsa. Ciszę przerwało bzyczenie. Tuż koło jego głowy przeleciała samotna mucha. Chłopak śledził jej lot. Usiadła na krawędzi okienka karety, kawałek przespacerowała się, po czym wleciała do wnętrza. Bzyczenie wzmogło się jakby w środku był cały rój. Podszedł i otworzył drzwiczki. Od tego widoku zakręciło mu się w głowie. W środku leżało ciało, a zapach zgnilizny wzmógł się niemiłosiernie. Skóra trupa sczerniała, a w pustych oczodołach kłębiły się muchy. Pomarańczowo-wrzosowe szaty, jak i niska czapka, która sturlała się wprost pod jego nogi wskazywała, że martwy mężczyzna to patron Gimaldi. Thovriemu zrobiło się słabo, poczuł jak treść żołądka podchodzi mu do przełyku. Chciał uciekać, ale siła strachu paraliżowała jego nogi. Chciał krzyczeć, ale czuł jak gardło wypełnia mu kwas żołądkowy. Nagle obraz zawirował i ogarnęła go ciemność. Uczucie w żołądku trochę osłabło. Próbował dojrzeć cokolwiek przez nieprzenikniony mrok. Jakiś szary kształt pojawił się nad jego głową. Po chwili przybrał coraz wyraźniejszy obraz tarczy księżyca. Gdy oczy przyzwyczaiły się do słabego światła Seleny dostrzegł, że leży na sienniku w jednym z noclegowych pokoi. Wokoło spało pochrapując kilku strażników. Położył rękę na piersi. Czuł jak kołatające serce powoli się uspokaja. Na Pana Światła to był tylko sen, tylko sen – pomyślał przewracając się na drugi bok.
 
8. Szlak wiodący tarkacką przełęczą do Międzyrzecza był szeroki i łagodny. Wznosił się powoli wśród porośniętych rzadkim lasem wzgórz. Po obu stronach jak kolumny bramy wznosiły się pokryte kosodrzewiną niezbyt wysokie szczyty Tarkatów Południowych. Samotny jeździec pokonałby przełęcz w kilka godzin. Jednak wóz pod górę toczył się wyjątkowo wolno, zaś z góry też nie można było forsować zmęczonych koni. Po drugiej stronie witały podróżnych liściaste ostępy Międzyrzecza. To z tej niewielkiej krainy sprowadzano najbardziej pożądane w budownictwie i wykańczaniu szlacheckich oraz monarszych rezydencji gatunki drzew – jesiony, graby, brzozy, klony i czarne dęby, a także miękkie drewno lipowe – idealne dla rzeźbiarzy. Różnorodność gatunków była niespotykana, a dla amiriańskich duchownych, którzy uważali tę połać ziemi za siedlisko czarownic i wszelkich niegodziwych, i plugawych stworów – nienaturalna.[2]
 
9. Pod wieczór delegacja dotarła do małej osady, pierwszej po przeprawie przez góry, leżącej na skrzyżowaniu trasy chalcedońskiej z podtarkackim szlakiem wschód-zachód. Zatrzymali się w karczmie Pod Ślepą Małpą. Na metalowej kracie zawieszonej nad paleniskiem skwierczały ociekające tłuszczem kawały niedźwiedziego mięsa. Gwar rozmów raz po raz przerywał głośny śmiech podpitych drwali. Likaryjczycy siedzieli przy stole po skończonej wieczerzy, racząc się piwem. Thovri wpatrywał się ukradkiem w patrona Gimaldiego, jakby ciągle się upewniał, że jego śmierć była tylko snem. Nie uszło to uwagi kupca. Czuł jak rośnie w nim irytacja z powodu zachowania giermka. Odstawiając kufel po raz kolejny posłał mu znienacka długie, złowieszcze spojrzenie. Zakłopotany chłopak szybko odwrócił wzrok. Obiecał sobie, że więcej tego wieczoru nie popatrzy na kupca. Jego uwagę zwróciły dwie postacie szepczące nieopodal. Jedną był karczmarz, a drugą, sądząc po stroju i sześciostrunowej lutni trzymanej w ręce – wędrowny bard.
- Czy mogę zaśpiewać dla gości?
- Tak, tylko coś stosownego – odrzekł karczmarz. Thovri pomyślał, że wieść o śmierci Prokonsula i żałobie w Chalcedonie już tu dotarła.
Bard uderzył kilka razy w struny. Większość głośnych rozmów ucichła. Jego zręczna ręka wydobywała z instrumentu spokojną, melancholijną melodię – Pieśń Martwego Kochanka. Zaraz też do muzyki dołączył czysty, mocny głos:
 
Leżę u twych stóp
Już całkiem bez lęku
Słyszę twój głos, lecz
Nie mogę wydać dźwięku
 
Mówisz, że mnie potrzebujesz
A potem rzucasz w przepaść
 
Lecz zaczekaj!
Mówisz, że przepraszasz
Nie tego się spodziewałem
Mówisz, że przepraszasz
Choć stoisz nad moim kurchanem
 
To już za późno na przeprosiny
Za późno…
 
Myślałem, że mamy szansę
Jak powietrza Cię potrzebowałem
Jak serce potrzebuje krwi
Tak ja bardzo Cię kochałem
 
Lecz obawiam się…
Że to już za późno na przeprosiny
Za późno…
 
Zaiste była to smutna pieśń. Thovri zastanawiał się, czy odtrącony kochanek popełnił samobójstwo, czy ukochana w inny sposób przyczyniła się do jego śmierci. Spojrzał na swego pana słuchającego w skupieniu. Wyglądał jakby kontemplował każdy dźwięk. Chłopakowi zdawało się, że przez chwilę widział w jego oku łzę. Rollin otworzył szerzej powieki ukazując dwoje przenikliwych, szafirowych oczu mieniących się jak dno południowego morza, oprawionych czarnymi łukami brwi. Wysokie czoło odbijające światło pochodni, wraz z wyraźnie zarysowanymi kośćmi policzkowymi sprawiało, że gładka, pozbawiona zarostu broda, tonęła w mroku. Siedział schowany za wysokim kołnierzem czarnej koszuli. Z ramion opadał mu równie ciemny płaszcz z kapturem, spięty na piersi złotą zapinką. Gdy pieśń dobiegła końca rzucił pod nogi barda srebrnego denara. Ten niskim ukłonem wyraził docenianie dla takiej hojności. Marcus wstał, udając się na spoczynek.[3] Był nie tylko dyplomatą i urzędnikiem, ale też zręcznie władającym mieczem rycerzem, choć jego zgrabne dłonie i długie, szczupłe palce, wskazywałyby bardziej na artystyczną lub pisarską profesję ich właściciela. Nic też nie świadczyło o tym, że ma ponad sześćdziesiąt lat. Dzięki elfickiej krwi, nie wyglądał nawet na trzydzieści.[4] Thovri wiedział jednak, że przygodami jakie były jego udziałem w młodości, jeszcze zanim zaczął pisać prawo, można by obdzielić kilku podróżników.

10. Słońce powoli wspinało się po bladym nieboskłonie. Okoliczne drzewa rzucały długie cienie. Poranek był rześki i dosyć chłodny jak na miesiąc Duzu.[5] Sędzia siedział na ławce przed karczmą, wystawiając ku słońcu złaknioną ciepła twarz. Ubrany był w długą, brązową kurtkę z kapturem obszytym futrem. Miał też na sobie parę podróżnych spodni w kolorze kory dębu. Na placu krzątali się żołnierze i pomocnicy karczmarza przygotowując wóz do podróży. Musieli jeszcze poczekać na Gimaldiego, który wczorajszego wieczoru nadużył wina w towarzystwie kupca z Diagdi zmierzającego na zachodnie wybrzeże. Gdy wszystko było już gotowe, kapitan Gubbaru poszedł delikatnie go popędzić, a Thovri przysiadł na ławce obok Sędziego, który z zamkniętymi oczami chłonął promienie poranka.
- Powiedz, co jest nie tak z patronem? – powiedział półgłosem nie otwierając oczu.
Słowa te zaskoczyły chłopaka. Spojrzał na seniora, ale ten się nie poruszył dalej siedząc zwrócony twarzą do słońca. Zaczął się intensywnie zastanawiać o co mu chodzi. Czy o to, że Gimaldi się wczoraj upił? Chwile biegły nieubłaganie odsuwając w czasie pytanie, a on nadal czuł w głowie pustkę. Jeszcze gorsza była świadomość, że milczy nie udzielając odpowiedzi.
- Nie do końca rozumiem Panie, co masz na myśli – odrzekł wreszcie czując dziwną ulgę.
- Może źle zadałem pytanie – zaczął z wolna Rollin nadal nie otwierając oczu. – Cóż takiego intrygowało cię w Gimaldim wczorajszego wieczoru?
Thovri poczuł jak jego serce przyśpiesza, a ciało zalewa fala ciepła. A więc został zdemaskowany, nie tylko przez obiekt jego niegrzecznego wpatrywania się.
- Wczoraj… znaczy się… bo wczoraj… – Giermek czuł jak pocą mu się dłonie.
Sędzia nagle odwrócił się i popatrzył mu prosto w oczy. Thovri zamarł jak mały chłopiec przyłapany na myszkowaniu w spiżarni.
- Co cię trapi? – powiedział z niemal ojcowskim uczuciem.
Jego ton sprawił, że Thovri poczuł ulgę. W jednej chwili spłynęło na niego uczucie spokoju. Utkwił wzrok w wydeptanej ziemi i powoli wyszeptał:
- Czy czasem… miewasz koszmary Panie? – dokończył podnosząc wzrok na seniora.
- Koszmary? – Sędzia pomyślał chwilę. Powoli wyprostował się znów wystawiając twarz do słońca. – Raczej nie. Nauczyłem się przejmować kontrolę nad snami. Czy śnił ci się koszmar? Koszmar z patronem Gimaldim?
Thovri milcząco przytaknął głową.
- Opowiedz mi go.
- Byłem w naszym obozie ale… ale nie mogłem nikogo znaleźć. Potem usłyszałem głos jakby z karety. Wołał mnie, więc poszedłem. Otworzyłem drzwiczki, a w środku… – głos ugrzązł mu w gardle.
- Był patron Gimaldi? – dokończył Rollin.
- Tak, i on był… – Thovri obejrzał się przez ramię w stronę wejścia karczmy jakby zaraz miał się w nim pojawić patron – był martwy.
- Hmm, ciekawe – odparł Sędzia i zamilkł.
- Co to może znaczyć?
- Znaczyć? – Dyplomata ożywił się. – Pewnie jakaś wróżka z podgrodzia za kilka miedziaków powiedziałaby ci co to znaczy.
- Chcesz Panie powiedzieć, że sny nic nie znaczą? – zdziwił się giermek.
- Znaczą, ale nie to, co się wielu powszechnie wydaje. Czasami mogą się w nich odbijać nasze głęboko skrywane strachy, ale nie ma w tym nic mistycznego. To tylko projekcje naszego umysłu – przesunął ręką po czole – który z naszych wspomnień, naszych marzeń, naszych obaw i uczuć tworzy obrazy, i złudne doznania.
- A prorocze sny naszych kapłanów, wróżbitów? A sny Wyroczni? – Thovriemu trudno było się pogodzić ze jego słowami.
- Jak by to powiedział amirianita, pogańskie gusła. A Wyrocznia… – Rollin prawie śmiał się przeczesując dłonią ciemne włosy – a Wyrocznia wypowiada wróżby wdychając opary zioła widzenia i zaręczam ci, że gdybyś sam się tego nawdychał, to też byś miał wizje.
Thovriego z jednej strony uspokoiły wyjaśnienia odnośnie snów, z drugiej jednak nieco zasmuciło takie lekceważenie mocy bogów. Choć wychowywali go amiriańscy mnisi, nie był przekonany do jedynej wiary. Według nich jego rodzice byli poganami skazanymi na potępienie i ta myśl najbardziej mu się nie podobała. Stał na rozdrożu wierząc zarówno w jedynego amiriańskiego Boga jak i w starych bogów. Czasem złościło go, że nie pojmuje zagmatwanego świata religii.

11. Brodami przeprawili się przez Vermissę, po czym omijając Kreonię ruszyli jej południowym brzegiem na wschód w stronę lasów Rhynn. Cztery dni po opuszczenia Nuuk podróżowali już traktem rhynnyjskim na południe. Pod wieczór rozbili obóz na niewielkiej polanie. Zapadał zmierzch, gdy kapitan ze strażnikami i kupcami raczyli się winem przy ognisku. Jeden z młodych żołdaków śpiewał sprośną, wiejską piosenkę ku uciesze podchmielonych kompanów. W pewnym momencie Gimaldi wstał i dosyć trzeźwo oznajmił, że dziękuje za towarzystwo, ale nie chce mieć drugiego pod rząd naznaczonego pragnieniem wody poranka i udaje się na spoczynek. W ślad za nim poszli cechowi kupcy. Wkrótce kapitan Gubbaru zarządził ciszę nocną. Jedynymi całkiem trzeźwymi osobami był Sędzia, który w swoim namiocie zajmował się przygotowywaniem korespondencji dyplomatycznej i młody Fulgar mający tej nocy pełnić straż. Wszelkie odgłosy na dobre ucichły. Tylko szelest liści poruszanych ciepłym wiosennym wiatrem i cykanie świerszczy dobiegały z lasu Rhynn. Marcus pogrążył się w zamyśleniu. Znów ogarnęło go to samo uczucie deja vu jakie stało się jego udziałem na chwilę przed śmiercią Prokonsula. Siedział przed biurkiem zrobionym z dwóch drewnianych klocków i naprędce wyciosanej deski. W jednej ręce trzymał niewielki nefrytowy posążek – dar Galio, w drugiej – pióro. Przed nim leżała nie zapisana karta pergaminu. Deja vu zawsze wiązało się z jakimś dziwnym, przytłumionym uczuciem podniecenia. Także z pewną trudną do zrozumienia przez niego samego satysfakcją bliską mistycznego doznania wyostrzającego zmysły. Zazwyczaj też poprawiało mu humor chyba, że wkrótce następowały jakieś niewesołe wydarzenia.
Z zamyślenia wyrwał go cichy świst. W pierwszej chwili pomyślał, że to wiatr grający w konarach jakiegoś starego drzewa. Po dłuższej chwili nie był pewien czy rzeczywiście coś słyszał, czy ten dźwięk był tylko wytworem jego umysłu. Raz jeszcze spojrzał na pergamin i gdy już miał przyłożyć do niego pióro świst powtórzył się. Wkrótce nie miał wątpliwości. Rżenie koni i okrzyki dobiegające z obozowiska upewniły go, że zostali zaatakowani. Do namiotu wpadł Thovri.
- Zdrada Panie! Zostaliśmy… – głos nagle się urwał, gdy strzała ugodziła go w szyję.
Chłopak upadł u wejścia. W słabym świetle lampy oliwnej widać było jak jego ciałem wstrząsają przedśmiertne drgawki, powietrze rzęzi w uszkodzonej krtani, a na ziemi rozlewa się ciemna plama krwi. Z zewnątrz dobiegał przeraźliwy krzyk mordowanych kupców. Sędzia dobył miecza.[6] W obozowisku zastał chaotyczną kotłowaninę. Nagle wybudzeni strażnicy usiłowali odpierać ataki zamaskowanych bandytów. Nieopodal leżał Fulgar ze strzałą w piersi. Pod wielkim dębem ciało kolejnego strażnika z długą ciętą raną od lewego ramienia aż po prawy bok. Po drugiej stronie obozu, pod namiotem Gimaldiego, Savidis i Gnadis próbowali bronić się długimi sztyletami. Z lasu dobiegał cichnący odgłos spłoszonych przez napastników koni. Jedynie Selena rzucała słaby blask na te nierówne zmagania.
Sędzia dzięki zdolności infrawizji odziedziczonej po elfickich przodkach widział w ciemności ciepło każdego przeciwnika. Pierwszym ciosem wyprowadzonym z góry uderzył w głowę bandytę odwróconego do niego tyłem. Cięcie tuż pod uchem niemalże odseparowało jego czerep od reszty ciała. Uratowało to kapitana Gubbaru, który leżał na ziemi i miał właśnie zostać przez niego dobity. Z tego uderzenia płynnie wyprowadził kolejne cięcie uderzając w gardło topornika nacierającego z prawej. Z szyi trysnęła krew srebrząc się w świetle księżyca, po czym uniesiony topór przeważył go powodując upadek. Nim jego ciało dotknęło wilgotnej darni Sędzia zatopił miecz w brzuchu bandyty nadciągającego z lewej. Na krótką chwilę w tej części pola bitwy zapanował spokój. Rollin pomógł kapitanowi wstać. Dołączyło do nich dwóch strażników, którzy nieopodal uporali się ze swoimi przeciwnikami. Stanęli do siebie plecami przygotowując się do odparcia kolejnej fali atakujących. Ubrani na czarno, zamaskowani bandyci nadciągnęli ze wszystkich stron dzierżąc w rękach miecze i topory.
Przez chwilę wydawało się, że szala zwycięstwa przechyli się na ich stronę, jednak napastników było zbyt wielu. Szyk załamał się gdy kapitan otrzymał cios toporem w głowę. Odgłos trzaskających kości czaszki zmieszał się ze szczękiem żelaza.


[1] Rollin zabrał go trzy lata temu z jedynego amiriańskiego klasztoru w Likarii prowadzącego ochronkę dla sierot, gdzie trafił jako niemowlę, gdy cała jego rodzina wywodząca się z drobnej, prowincjonalnej szlachty, zmarła podczas zarazy.
[2] Międzyrzecze wyglądem przypominało kwadrat, ograniczony trzema rzekami – Vermissą od południa, Estrą od wchodu, Eserkaną od zachodu – a od północy łańcuchem Tarkatów Południowych. Niewielu tu było stałych mieszkańców. Tylko gdzieniegdzie porozrzucane kolonie drwali wcinały się w zielone ciało Międzyrzecza. Terytorium to było formalnym współwładztwem Chalcedonu Zatarkackiego i Księstwa Diagdi, lecz naprawdę nie kontrolowała go żadna władza państwowa, choć wiele krain i kompanii handlowych miało tu przedstawicieli. Drewno stąd tańsze było na zachodzie, gdzie transportowano je potężną Vermissą aż do nadmorskiego portu Essen.
[3] Sędzia był nieco wyższy i szczuplejszy niż przeciętny mężczyzna. Powszechnie znaną ‘tajemnicą’ likaryjskich salonów była domieszka elfickiej krwi płynącej w jego żyłach. Był synem elfickiego rycerz Eryka Rollina i szlachcianki ludzkiej rasy Leticii D’aragon.
[4] Elfy, jak powszechnie wiadomo, mogą żyć nawet o połowę dłużej od ludzi, długo zachowując młody wygląd.
[5] Duzu – szósty miesiąc kalendarza taugijskiego odpowiadający mniej więcej miesiącowi czerwiec w kalendarzu słowiańskim.
[6] Zielonym Smokiem – długi elficki miecz sędziego wykonany z zielonkawego metalu wytopionego ze skały meteorytowej. W głowicy tkwi wielki szmaragd. Smukły trzon rękojeści zdobią elfickimi runy, motywy roślinne i sentencja zapisane alfabetem taugijskim. Jelec stanowią dwa anielskie skrzydła skierowane lotkami w stronę głowni i czymś na kształt ozdobnych pazurów w stronę ostrza.

-----------------------------

Wizualizacja Zielonego Smoka - miecza Sędziego Rollina Smile
[Obrazek: Zielony-S_sqsexhr.jpg]

Edit 24.09.2016 - drobne poprawki, skrócone niektóre opisy
Edit 05.06.2017 - gruntowne poprawki opisów, dialogów i liryki
Odpowiedz
#2
Powiem Ci że bardzo fajny utworek na debiut na naszej stronie. Sposób pisania masz jasny, niezbyt wyszukany, ale dobry. Taki właśnie lubię. Znaczy jestem z tych, którym nadmiar ozdobników raczej przeszkadza.

Oczywiście zdarzają Ci się drobne potknięcia. Natrafiłem na kilka powtórzeń. Gdzieś tam użyłeś słowa "odseparowana" może i prawidłowo, ale jakoś tak "zgrzytliwie".

Sama historia rozwija się nie nazbyt śpiesznie, ale interesująco. Ciekaw jestem co będzie dalej.
Dziwi mnie tylko w jakim celu ponumerowałeś akapity, bo na rozdziały to jednak za krótkie.
Czyli jest dobrze, ale jak zwykle może być jeszcze lepiej.
Pozdrawiam serdecznie

Ps. Za poezję to Ty się może nie bierz. Jakby mi ktoś taką balladę zaśpiewał, to bym go utłukł zgniłą marchewką Smile
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#3
Bardzo fajnie napisane i jakoś nie zauważyłem powtórzeń - może zbyt bardzo skupiłem się na samej historii Smile
Odpowiedz
#4
Dziękuję za komentarze. Postaram się dodać kolejną część, ale nie nastąpi to szybko Smile
Akapity ponumerowałem ze względów praktycznych - niektórych długi tekst przeraża i od razu odpuszczają sobie czytanie. A tak można przeczytać kilka akapitów i następnym razem łatwo wrócić do miejsca w którym się skończyło. Przy nanoszeniu poprawek jest to też użyteczne.

Co do poezji - to tekst piosenki i to tłumaczony z taugijskiego Tongue Musisz więc wybaczyć tłumaczowi, który oddał tylko sens Smile

Serdecznie Pozdrawiam
Gunnar
Odpowiedz
#5
Mi też się podobało, moim zdaniem masz materiał na coś więcej, niż opowiadanie. Ś wiat zdaje się być szczegółowo skonstruowany, masz postacie, politykę, religie nawet. Było trochę potknięć, ale czytało się płynnie. Myślę, że sięgnąłbym po Twoją książkę, gdybyś takową wydałWink. A tymczasem czekam na ciąg dalszy, bo dość podle uciąłeś opowieść w środku akcjiTongue.
Lis
Władza
Powrót dziadów
Nie martwcie się, Tymon żyje, ma się dobrzeSmile
Odpowiedz
#6
Wybaczcie, że odzywam się dopiero po roku, ale życie nie jest łaskawe dla pisarskiego hobby.
Opowiadanie rzeczywiście się rozbudowało, jednak czytanie tekstu 50 razy za każdym razem poprawiając co innego (słownictwo, gramatyka, interpunkcja, dialogi etc. ) może doprowadzić do szaleństwa Smile A nie chciałbym wrzucać tekstu który formą kłuje w oczy Smile


ROZDZIAŁ II – WIZYTA PROFESORA

Po deszczowych dniach miesiąca Nenegar nastał upalny Szariwar. Skąpane w słońcu zielone łąki i wzgórza Likarii sprawiały wrażenie krainy harmonii i wiecznej szczęśliwości. Wśród szerokich rozlewisk delty Vermissy, w mieście Essen, życie toczyło się dość leniwie. Hodowcy winorośli byli zajęci doglądaniem swoich upraw na wzgórzach otaczających deltę. Jedynymi interesującymi wydarzeniami były wizyty zagranicznych statków kupieckich w miejscowym porcie. Na trawiastym wzgórzu za miastem, przed rodową rezydencją Galileich siedziało dwóch starszych mężczyzn. Jeden z nich miał długą, siwą brodę, drugi starannie ogolony, był trochę niższy od gospodarza.
- No to powiedz stary przyjacielu, co tam słychać w stolicy? – Likarius Galilei podał rozmówcy pełny kielich słodkiego wina.
- Nastały ciężkie czasy – westchnął profesor Rotoi. – O ile tu, wybacz, na prowincji możecie jeszcze sycić się pozorami spokoju, to w stolicy narasta napięcie.
Likarius rozsiadł się wygodniej w wiklinowym fotelu gładząc bujną brodę. Drewniana altana porośnięta bujnymi pędami winorośli chroniła ich głowy przed ostrym słońcem.
- Cóż to zaprząta uwagę Beresteczka? Czyżby sytuacja w Kreonii?
- Nie tylko, choć to nasze największe zmartwienie. – Rotoi delikatnie upił trochę wina. – Już od jesieni płoną tam stosy, a na nich wszyscy parający się magią, bądź tylko w imię doraźnych politycznych interesów o to oskarżeni.
- Słyszałem, że ta zionąca żądzą mordu organizacja ma poparcie Wielkiego Patriarchy z Rhynn.
- W rzeczy samej. A wydawał mi się rozsądnym człowiekiem. – Rotoi zamyślił się patrząc jak wino skrzy się w kielichu.
- Myślisz, że zbliża się wojna?
- Gorzej przyjacielu. – Profesor podrapał się po łysiejącej głowie otoczonej diademem siwych włosów.
Likarius uniósł brwi w geście zdziwienia.
- Inkwizycja chce rozszerzyć działalność na nasz kraj. Amiriańska mniejszość rośnie w siłę i ma w naszym Senacie kilku wpływowych przedstawicieli.
- Ale niby jak chcieliby wtargnąć do nas bez wojny? – Możliwość taka wydała się Likariusowi nieprawdopodobna.
- Może w to nie uwierzysz, ale amirianici uwiedli swoją retoryką wielu prawomyślnych senatorów, a nawet część mieszczaństwa i pospólstwa.
- Niemożliwe! – Likarius uderzył pięścią w stół. Zreflektował się zrazu widząc poważną twarz profesora. – Przepraszam, ale jak mogło do tego dojść?
- Widzisz mój drogi, Likaria widziana z perspektywy Essen jest prostsza. Niestety rzeczywistość jest o wiele bardziej złożona. Przywódcy Inkwizycji nie są głupimi fanatykami – Rotoi wziął głębszy oddech – na nasze nieszczęście. Nie wszczęli prześladowań religijnych. Wyznawcy innych religii padają ofiarą, o ile parają się magią albo z innych względów są niewygodni. Wiesz, że zanim zaczęło się to szaleństwo, Kreonia i tak nie była spokojna, a napaści opryszków władających pewnymi aspektami Sztuki były na porządku dziennym. Inkwizycja powstała i przejęła władzę pod hasłami zaprowadzenia porządku. Może to wydawać się dziwne, ale nawet niektórzy, dla nich pogańscy kapłani poparli Inkwizycję. A w ich najwyższej radzie zasiada jeden kapłan boskiego ognia.
- A więc nie walczą z innymi bogami tylko z magią? – Niebieskie oczy Likariusa lśniły w jasnej twarzy otoczonej siwymi włosami jak dwa szafiry leżące w śniegu.
- Tak i dlatego część naszych senatorów i naszego społeczeństwa nie widzi w nich zagrożenia. – W głosie profesora słychać było strapienie.
- A co na to Arcykapłan Beresteczka? – Likarius był pewien, że najwyższy duchowny rodzimych kultów nie dał się porwać temu szaleństwu.
- Milczy – powiedział krótko Rotoi. Po chwili dodał: – Dasz wiarę, że niektórzy z naszych duchownych, aż palą się do stawiania stosów? Choć trzeba dla przeciwwagi przyznać, że są i tacy, którzy publicznie potępiają Inkwizycję, nawet wśród samych amirianitów. – Rotoi oddał sprawiedliwość stanowi kapłańskiemu, który tylko nosił pozory jednolitości.
Obaj pogrążyli się w zamyśleniu.
- A gdzie twój pierworodny? – Profesor Rotoi przerwał milczenie, zmieniając temat.
- Arkus? A pewnie razem z Christianem grasują gdzieś na wzgórzach za miastem albo nad morzem.
- Cieszy się z wyjazdu na studia do Beresteczka? – spytał profesor Rotoi, który był jednocześnie ministrem handlu i rektorem Uniwersytetu Beresteckiego.
- Tak, cieszy się – odpowiedział Likarius zdając sobie sprawę, że tak naprawdę nie wie, co o wyjeździe myśli jego syn. Od śmierci matki ich kontakt znacznie osłabł.

2. Christian padł w trawę ciężko dysząc. Koszula przylepiła mu się do mokrych od potu pleców. Wypuścił z ręki drewniany miecz.
- Jeszcze raz – wysapał stojący nad nim Arkus.
- Nie, już nie dam rady – zaprotestował Christian łapiąc oddech po każdym słowie.
Arkus stał nad nim jeszcze chwilę po czym legł obok w soczyście zieloną trawę. Wpatrywali się w błękitne niebo, po którym przesuwały się samotne baranki.
- Musimy dużo ćwiczyć, żeby zostać rycerzami. – Arkus uniósł się na łokciach patrząc na przyjaciela.
- Ja i tak nie zostanę rycerzem.
- Dlaczego? – zapytał Arkus.
- Ty chodzisz na lekcje fechtunku, a mój ojciec uważa, że to strata czasu.
- Dlatego ćwiczymy, pokazuję ci wszystko czego się uczę. – Arkus zdjął przez głowę koszulę. Słońce szybko wysuszyło jego mokre od potu ciało.
- Ale i tak nie będę rycerzem – powtórzył Christian.
Arkus znowu spojrzał na niego pytająco.
- Ojciec nigdy by mi na to nie pozwolił, mam zostać hodowcą winorośli, handlarzem winem jak on. Zresztą i tak mieszczanin nie może być rycerzem – przypomniał niemal z nutką rozczarowania ocierając usta wierzchem dłoni. Na wargach został mu słonawy posmak.
Christian dotknął czułej różnicy pomiędzy nimi. On był synem dorabiającego się na winie mieszczanina, którego rodzice byli biednymi chłopami z podesseńskiej wsi; Arkus szlachcicem od pokoleń, którego rodzina wytwarza znane w całym regionie wino. Mimo, że ich przyjaźń była bardzo silna, gdzieś wisiała nad nimi ta różnica pochodzenia – jak jakieś fatum. Arkus zresztą nie lubił wracać do tej kwestii, dlatego tę uwagę pominął milczeniem. W końcu po chwili zastanowienia rzekł:
- Kto się na polu bitwy wykaże odwagą, tego król może pasować od razu. – Arkus wstał podnosząc drewniany miecz.
- Tak, ale po studiach wolałbym być urzędnikiem na dworze, więc i tak chyba nie będę rycerzem.
- Będziesz czy nie, umiejętność posługiwania się mieczem na pewno ci się przyda. No dalej, jeszcze raz. – Arkus pociągnął przyjaciela za rękę.
- No dobrze. – Christian niechętnie poddał się jego woli.

3. Rezydencja Galileich zwykle była bardzo spokojnym miejscem, a wręcz, jak uważał Arkus, nudnym. Tym razem z okazji wizyty profesora Rotoi ożywiła się za sprawą uwijającej się służby, która gruntownie wysprzątała i przyozdobiła wszystkie komnaty i korytarze. Arkus wolał spędzać czas poza rezydencją. Często wykradał się z Christianem do esseńskich karczm i na wiejskie zabawy. Likariusowi nie podobało się to zbytnio, ale nie wypominał tego synowi. Zdawał sobie sprawę, że jego pierworodny chadza własnymi ścieżkami. Zresztą wystarczająco było zajęcia z młodszym rodzeństwem Arkusa – dwoma braćmi i trzema siostrami. Chociaż całą piątką zajmowały się niańki i prywatni nauczyciele, jak to było w zwyczaju na bogatych szlacheckich dworach, Likarius wolał osobiście doglądać wychowywania swoich latorośli.

Uroczysta uczta rozpoczęła się. Na szczycie stołu zasiadł gospodarz – Likarius Galilei. Naprzeciwko honorowy gość – profesor Rotoi. Po prawicy gospodarza najznamienitsze osobistości Essen – Starosta miasta z małżonką, Wyższy Kapłan Arveny, kilku szlachciców i mieszczan spod znaku winorośli. Wśród tych ostatnich znalazł się ojciec Christiana wraz z synem. Po lewej wszystkie dzieci Likariusa, a także kapitan Straży Miejskiej Essen z żoną. Dwóch paziów uzupełniało kielichy gości, a służba wnosiła kolejne potrawy. Na stole zagościła zupa warzywna podbita kaszą, wędzone ryby, pieczone mięso przepiórcze, kosze jabłek i gruszek, winogrona i figi na srebrnych i cynowych półmiskach. Każdy z gości mógł wybrać pomiędzy trzema rodzajami sosów do mięsa stojących na stole w małych dzbankach z barwionego szkła. Do picia – wino, miód, maślanka i mleko. Na deser kilka rodzajów ciast. Nie mogło też zabraknąć małych marynowanych cebulek – przysmaku dworu Galileich. Rozmowy zdominowały bieżące problemy miasta i przygotowania do Festiwalu Arveny. Gdy główne dania zostały skonsumowane, do jadalni wprowadzono muzyków, którzy umilali proces trawienia zebranym. Na zakończenie występów wykonali jedną z bardziej znanych beresteckich pieśni – Pieśń Uzurpatora:

[i]Dzielny rycerz, rosły Borazus królom służył
[/i]
Imię jego odwagą i honorem brzmiało
Gdy się tą służbą wielce utrudził i znużył
Pragnienie władać tronem w nim zamieszkało
 
Ziele wrzuciła w płomienie wiedźma stara
Wzięła miecz z czaszką smoka w rękojeści
Gdy za usługę dał jej srebrnego denara
Szeptają oznajmiła mu takowe wieści:
 
„Nadejdzie twój wielki dzień w pełni księżyca
I sam na swe skronie włożysz złotą koronę
Gdy strzaskana zostanie książąt potylica
I wszystkich co mogliby wziąć ich w obronę”
 
Niedługo wzeszła twarz księżyca pozłacana
Tego dnia wielka bitwa wielu uciszyła
Ostrym toporem czaszka króla rozpłatana
Złoty tron królestwa nagle opustoszyła
 
Na tę chwilę czekał smoczy miecz Boragusa
Sześciu monarchy synów na jednym kamieniu
Zginęło z  ręki zdradzieckiego sługusa
Co potem poddawał lud wielkiemu cierpieniu
 
Aż powstał Ethelred i mu rzucił wyzwanie
A zdrajca Boragus z furią nań uderzył
W dniu gdy wypadło ich bitewne spotkanie
Niewiele brakło by go Ethelred nie przeżył
 
Lecz dzięki swemu sprytowi życie ocalił
Na koniec w pojedynku ubił potwora
Którego zwłoki lud śpiesznie na rynku spalił
Tak kończąc los Boragusa Uzurpatora


- Piękna pieśń – westchnął profesor Rotoi, gdy umilkły jej ostatnie dźwięki. – Opowiada historię Likarii.
- To wydarzyło się naprawdę? – zaciekawił się Christian.
- Tak młodzieńcze – powiedział bardzo poważnie Rotoi. – To historia sprzed ponad stu lat. Gdy król Likarii Snofru Długoręki zginął w bitwie, jego marszałek zamordował sześciu małoletnich książąt i sam obwołał się królem. Rozpętał terror prześladując zwolenników dynastii.
- Ale Ethelred go pokonał?
- Tak, ale zanim to zrobił musiał wydostać się z wielu zasadzek. Boragus chciał go zabić, bo był bratankiem króla Snofru i naturalnym następcą tronu. W końcu Ethelred w uczciwym pojedynku zabił uzurpatora.
- I co było dalej? – dopytywał się z rosnącym zaciekawieniem Christian. Pytał w zasadzie za dwóch. Wyraz twarzy Arkusa również zdradzał wielkie zainteresowanie, jak zresztą wszystkim, co związane było z królami, rycerzami i bitwami.
- Lud obwołał go królem. Ethelred to dziadek miłościwie nam panującego króla Conoriusa.
- Tak, nasz wspaniały król Conorius – rzekł kapitan Straży włączając się do rozmowy. – On sam jak i jego ojciec, i dziadek byli wielkimi wojownikami.
Twarze Arkusa i Christiana wyrażały zachwyt opowieścią profesora. Wyglądali jak małe dzieci słuchające barwnych historii na dobranoc opowiadanych przez piastunki.
- A co się stało z mieczem? – zapytała korzystając z okazji pochodząca z Beresteczka żona starosty. Dobrze znała tę pieśń i zawsze ją to intrygowało. A tak uczona osoba jak profesor Rotoi mogła zaspokoić jej ciekawość.
- Miecz zyskał miano Zabójcy Książąt. Była to piękna klinga z czarnego żelaza, którego głowicę rękojeści stanowiła stylizowana czaszka smoka. Nie wiadomo co się z nią stało po śmierci Boragusa. Podobno Ethelred kazał miecz połamać i przetopić.
- Istnieje też możliwość – do rozmowy włączył się kapłan – że król Ethelred urzeczony pięknem tego narzędzia zbrodni zaniechał jego zniszczenia i przekazał w depozyt Świątyni Pana Światła. Niestety zaginął on w czasie wielkich niepokojów w początkach panowania króla Conoriusa.
Arkus uśmiechał się patrząc na siedzącego naprzeciwko kapłana. Jego biała szata nie była praktyczna przy ucztowaniu. Rękawy nosiły ślady jasnobrązowego sosu do mięsa, a na wysokości piersi w biały materiał wpiło się kilka kropel wina. Arkus tylko czekał kiedy zamaszyście gestykulujący podczas rozmowy duchowny przewróci na siebie kielich z winem, koło którego niebezpiecznie blisko łopotał, jak żagiel handlowego statku, biały rękaw jego szaty.
- To prawda – przyznał Rotoi – tak też mogło być. Jakkolwiek dziś nikt nie wie gdzie znajduje się miecz i czy w ogóle jeszcze istnieje.
- Wtedy robiono wspaniałe ostrza, nie to co ostatnio sprowadzono z Kurgan. – Kapitan po tych słowach wrzucił do ust lśniące winogrono.
- Mówisz o tych mieczach dla Straży kapitanie? – podchwycił temat Likarius Galilei.
- Tak, nie minęło pół roku, a rękojeści zaczęły rdzewieć i się rozpadać – mówił z dezaprobatą kapitan.
- To czemu nie zakupiono dla straży likaryjskich wyrobów? – Profesor Rotoi zainteresował się miejscowym problemem.
Kapitan spojrzał wymownie na starostę. Ten zmieszał się, nagle sobie uświadamiając, że większość biesiadników utkwiła w nim wzrok.
- Były tańsze – powiedział ściszonym głosem starosta – ale to nie oznacza, że miały prawo się rozpaść – dodał zaraz, odzyskując powoli pewność siebie. – Po prostu zostaliśmy oszukani. Kupiec, który je dostarczył został obciążony kosztem wymiany uzbrojenia.
- I tak po prostu zaakceptował karę? – zapytał z subtelnym uśmiechem profesor, który jako minister handlu dostrzegł pewną nieścisłość w wypowiedzi starosty.
- Rzeczywiście profesorze. Wyraziłem się, jakby problem został już załatwiony – sprostował Starosta. – Kupiec ten odwołał się do arbitrażu książęcego powołując się na przepisy handlowe. Czekamy na orzeczenie, ale nie wątpimy, że będzie korzystne dla miasta. – Starosta mówił z rosnącą pewnością siebie.
- Oczywiście kochany. – Żona starosty pogładził go po ramieniu. – Ale w dzisiejszy wieczór powinny naszą uwagę przykuwać przyjemniejsze rzeczy. Lordzie Galilei – zwróciła się do gospodarza – czy moglibyśmy jeszcze usłyszeć jakąś balladę?
- Oczywiście Pani. – Gospodarz uśmiechnął się szeroko, po czym skinął na majordomusa. Ten poszedł po muzyków do bocznej sali, gdzie posilali się po występie. Szybko przegryźli ostatnie kęsy i wzięli do ręki instrumenty. Granie na tak zacnym dworze było nie tylko zaszczytem, ale i niecodziennym zarobkiem, i wiązało się ze spełnianiem każdego muzycznego życzenia gospodarza. Zaraz więc jadalnię rezydencji znów wypełniła muzyka i dźwięczny śpiew.

4. Zbliżał się czas wyjazdu profesora Rotoi, który zatrzymał się w Essen w drodze na zachód. Kareta była już gotowa do drogi. Arkus pożegnawszy go poszedł do miasta spotkać się z Christianem. Likarius podczas osuszania pożegnalnego kielicha wina postanowił wrócić do jednej kwestii, która go zaintrygowała poprzedniego poranka.
- Wspominałeś, że Inkwizycja nie jest twoim jedynym zmartwieniem. – Likarius potrafił wyłowić z wypowiedzi innych pojedyncze słowa, które tak naprawdę mogły skrywać wiele tajemnic.
- Likariusie, mam wiele zmartwień i nie sposób o wszystkich opowiedzieć, a o części mówić nie mogę. – Profesor był bardzo poważny.
- Chyba możesz uchylić rąbka tajemnicy staremu przyjacielowi? – Lord Galilei z dużego dzbana dolał wina profesorowi.
- Dobrze Likariusie, ale to musi zostać między nami. – Profesor nachylił się do przodu ściszając głos.
- Naturalnie.
- W kancelarii Sędziego pojawił się projekt… sam Sędzia Rollin jest… zresztą nieważne. – Rotoi pominął wątek poboczny, który przyszedł mu na myśl, co oczywiście nie umknęło uwadze Likariusa. – Pojawił się projekt, by departament manufaktur wydzielić z Ministerstwa Handlu, spod mojej jurysdykcji, i to właśnie teraz…
- Gdy…
- Gdy dzieją się te rzeczy. – Rotoi z konspiracyjnym naciskiem na ostatnie słowo spojrzał prosto w oczy Likariusa. – Odkryłem, że ktoś wyprowadza pieniądze z królewskich manufaktur; browary, przędzalnie, kuźnie etc.
- Kto? – Likarius nie ukrywał zaciekawienia.
- Tego właśnie usiłuję się dowiedzieć. – Żylasta dłoń profesora mocniej zacisnęła się na kielichu. – Różnice w księgach rachunkowych były subtelne, ale takie rzeczy nie ukryją się przed moim wzrokiem. Zleciłem mojemu zaufanemu człowiekowi z ministerstwa przeprowadzenie śledztwa w tej sprawie. Gdy wrócę z Nakszame-Re oczekuję jego raportu.
- Widzę, że cała stolica jest niespokojna. – Likarius postanowił nie drążyć tematu czując, że nie powinien wiedzieć o szczegółach. Jak sam lubił powtarzać: „Nieświadomość często jest błogosławieństwem”.
- Likariusie, chyba tylko miejska biedota nie ma żadnych zmartwień oddając się swoim ulubionym zajęciom. – Twarz profesora nieco pojaśniała.
- Drobnym kradzieżom, żebractwu i prostytucji. – Likarius roześmiał się kończąc myśl profesora.
- Ale na koniec porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym – rzekł Rotoi. – Jak tam przygotowania do winobrania?
- Maskaram  zbliża się wielkimi krokami. A pogoda w tym roku była idealna dla winorośli. – Likarius pogładził się po siwej brodzie. – Jeśli Arvena nam poszczęści zbiory będą obfite.
- Arvena zawsze ci szczęści Likariusie – odparł profesor Rotoi.

5. Noc po wyjeździe profesora miała przywrócić w rezydencji Galileich zwykły stan ciszy i spokoju. Jednak ta noc nie była ani cicha ani spokojna, zarówno dla rezydencji, jak i całego miasta. Już dobrze po północy mieszkańców Essen zbudził głos alarmowego dzwonu na ratuszowej wieży. Wszyscy dorośli mężczyźni wylegli na ulice z mieczami. A tam szalały giberlingi. Tłukły wystawy sklepów na podcieniach, płoszyły konie i demolowały puste stragany. Było to o tyle dziwne, że te małe, nagie, głupie i wyjątkowo tchórzliwe humanoidy nigdy nie atakują osiedli ludzkich. Zazwyczaj mieli z nimi do czynienia pasterze pilnujący stad na wzgórzach lub nieostrożni podróżni którzy zboczyli z drogi. Na szczęście szybko unieszkodliwiono hordę. Po tym jak kilka giberlingów padło pod ciosami wciąż oszołomionych mieszkańców, reszta rozpierzchła się w panice. Co poniektórzy ścigali je jeszcze do granic winnic ciągnących się za miastem. Inni czuwali przez resztę nocy, ale nie wydarzyło się już nic niepokojącego. Z rana wszelkie rozmowy zdominował nocny atak giberlingów. W świadomości esseńczyków była to anomalia porównywalna do śniegu w lecie lub narodzin cielaka z dwiema głowami. Arkus przysłuchiwał się rozmowom prowadzonym na rynku:
- Nie dość, że te przeklęte stwory narozrabiały w mieście, to poniszczyły winorośle na wschodnich wzgórzach – opowiadał z przejęciem jeden z mieszczan zajmujących się produkcją wina.
- Naprawdę? – dopytywał się jeden z tkaczy nie mający żadnych upraw.
- Na własne oczy widziałem powyrywane krzewy winne na polach mojego sąsiada. Na szczęście mnie ominęła ta zaraza.
- Coś musiało je wypłoszyć z siedlisk – rzekła miejscowa zielarka Halishia wpatrując się w niebo, jakby chciała tam dostrzec znaki, które odpowiedzą na pytanie, co to mogło by być. – To nie jest ich normalne zachowanie.
- Jakby ci, którzy co roku wyprawiają się na wiosnę by przetrzebić ich populację lepiej się starali, to potem giberlingi nie skakałyby po rynku – zżymała się żona karczmarza. – A czy ktoś w ogóle ich rozlicza z tego? Czy ktoś sprawdza, czy czasem nie obijają się przez tydzień gdzieś w lesie?
- Przecież to starosta opłaca, więc chyba pilnuje.
- Racja, wszystko jest skrupulatnie rozliczane – zapewnił przebywający na placu urzędnik z ratusza zadowolony, że ktoś wziął władzę w obronę.
- A ja wam mówię, to na pewno sprawka jakiegoś przeklętego maga. – Przygarbiona staruszka zaczęła wymachiwać laską. – Jak nic nie będziemy robić, ten pomiot sprowadzi na nas większe nieszczęścia.
- Co ty pleciesz kobieto, jakiego maga? Przecież u nas…
Arkus dalej nie słuchał. Wypatrzył w tłumie Christiana. Razem wybrali się obejrzeć wyścigi kurczaków organizowane w pobliskiej wsi. Właściciele zwycięskich kurczaków mogli liczyć na kilka denarów wygranej z zakładów. Jednak dla zmagającego się drobiu nie było to zbyt szczęśliwe. Zgodnie ze zwyczajem trzy najszybsze kurczaki z każdego wyścigu były pieczone, zjadane i popijane piwem podczas pikniku po zawodach. Tańce i radosne śpiewy kończyły się dobrze po zachodzie słońca zawsze przyciągając złaknionych zabawy wieśniaków, mieszczan, a nawet młodocianych szlachciców. W stolicy byłoby to nie do pomyślenia, ale tu na prowincji wspólna zabawa łączyła wszystkie stany.

W ciągu kilku kolejnych nocy sen mieszkańców Essen był wyjątkowo czujny. Jednak gdy minęło kilka dni, a atak się nie powtórzył, temat giberlingów znikał z ust mieszkańców wypierany przez zbliżające się Winobranie.

Po raz kolejny liryka to tłumaczenie, więc wybaczcie jej "kanciastość" Smile
Obiecuję iż kolejny rozdział zamieszczę o wiele szybciej niż za rok Smile


Edit 14.11.2016 - drobne poprawki, skrócone niektóre opisy
Edit 30.04.2017 - poprawiona Pieśń Uzurpatora
Odpowiedz
#7
Gunnar! Miło Cię znowu widzieć. Smile

Zostawiam na razie komentarz, żebyś wiedział, że czytam, ale komentarz skończę pisać pewnie koło 20, bo wsiąkłam w analizę. Tongue

Co do dokładnej analizy swojego tekstu, to jak to mawiają ogrodnicy - nie przesadzajmy. Smile Dobrze sprawdzać parę razy, dać tekstowi odpocząć, ale wiesz, czasem żeby się rozwinąć lepiej pisać jak najwięcej, zamiast raz i poprawiać do osiągnięcia ideału. Wink


Pierwszy fragment:
Cytat:- Prokonsul wypadł z okna, leży na dziedzińcu. – Chłopak uprzedził pytanie. – Chodź Panie zobaczyć.
"Chodź Panie zobaczyć"? Co za impertynencja. Już lepiej niech skończy się na "leży na dziedzińcu", nie musisz nawet dodawać, że uprzedza pytanie. Lepiej żeby przyleciał "Prokonsul nie żyje!" /narracja/ "Wypadł z okna!" i poleciał, a za nim poszedł Sędzia.
Cytat:Sędzia Rollin wyprostował się i wyszedł zza biurka. Giermek wstał i pospieszył przodem.
Nie podoba mi się "wychodzenie zza biurka".
Cytat:elektryzującą wiadomością
Nie nazwałabym jej elektryzującą. Raczej wstrząsającą.
Cytat: kilka łokci od wieży mieszkalnej w której znajdowały się
przecinek przed "w której";
Cytat:Głowa Prokonsula przekrzywiona na bok wpatrywała się zastygłym wzrokiem w kostkę brukową
Odpuść sobie "głowa Prokonsula", po poprzednim zdaniu wiemy, o czyją głowę chodzi.
Głowa, przekrzywiona na bok, wpatrywała się (...).
Cytat:Wnioskując po stroju przełożona zamkowej
przecinek przed przełożona
Cytat:Miarkując z wysokości komnat i ułożenia ciała wnioskował,
Bez miarkując
z wysokości komnat i ułożenia ciała wnioskował,
wnioskował z wysokości komnat i ułożenia ciała,
wnioskując z (...)
albo bez wnioskował
z wysokości komnat i ułożenia ciała miarkował,
miarkując z (...)
miarkował z wysokości (...)

Cytat:ambasadorów, ani osób z ich poselstw
bez przecinka przed "ani", pojawiłby się dopiero przed drugim "ani"
nie podobały mu się ani chustki, ani chusteczki
nie lubił Kasi ani Jadwigi
nie zjadłby ani ciastek, ani owoców, ani nawet landrynek

Cytat:przebywał na dziedzińcu. Wobec tego innym zagranicznym gościom nie wypadało zasłaniać się protokołem, zwłaszcza w tak wyjątkowej okoliczności jak śmierć ich możnego gospodarza. Na dziedzińcu w chwili tego

Cytat:pomocnikiem chalcedońskiego kupca gdy wszyscy usłyszeli głuche uderzenie
przecinek przed gdy

Cytat:państewka Galio jak i ojczyzny Sędziego
przecinek przed jak i
to taka konstrukcja
zarówno on, jak i ona
tak samo on, jak i ona
Cytat:Wiem do czego zmierzasz
przecinek przed do czego


Cytat:Jak dobrze wiesz ja, tak jak i większość moich poddanych jesteśmy amirianitami
Jakoś mi nie podchodzi to zdanie
jak dobrze wiesz, ja, tak jak i większość
jak dobrze wiesz, tak jak większość moich poddanych, również i ja
jak dobrze wiesz, tak jak i większość moich poddanych, jestem
druga opcja mi wybrzmiewa najlepiej
Cytat:Likaryjczyk uśmiechnął się przebiegle odgarniając ręką nisko
przecinek przed odgarniając

Cytat:Niestety nie dane im było omówić szczegółów współpracy.
przecinek po niestety
Cytat:Do pomieszczenia w którym spali strażnicy z likaryjskiego poselstwa nieoczekiwanie wszedł Sędzia.
do pomieszczenia przecinek w którym spali strażnicy... poselstwa przecinek nieoczekiwanie wszedł Sędzia


Cytat:W końcu nasza misja była handlowa
raczej "miała charakter handlowy"

Cytat: Nie wiem Panie
(...)
Co to za wieści Panie?
Przecinek przed panem, który winien być pisany małą literą.
Cytat:- Nie był. – Odpowiedzi Sędziego towarzyszył delikatny uśmiech. (...)
- A to już tajemnica państwowa. – Sędzia delikatnie się uśmiechnął.
Za dużo tych tajemniczych uśmieszków.
Cytat:Jechali jeszcze kawałek przysłuchując się śpiewowi ptaków w tarkackich lasach. Później przystanęli chwilę by dogonił ich wóz i reszta jeźdźców.
Przecinek przed przysłuchując i przed by.

Cytat: W końcu odezwał się.
- Szkoda, że tak brutalnie przerwano naszą wizytę w Nuuk. – Po tych słowach włożył od niechcenia do ust widelec z małym kawałkiem mięsa.
Kompletnie bym przeredagowała.
- Szkoda, że tak brutalnie przerwano naszą wizytę w Nuuk - odezwał się w końcu.
Po tych słowach włożył (...).

Cytat:Patron Gimaldi był człowiekiem o słusznej tuszy, acz dość wysokim. Jego kupieckie szaty błyszczały pomarańczem i fioletem. Niska czapka z piórkiem przekrzywiła się i wyglądała jakby zaraz miała się zsunąć z łysiejącej głowy kupca.
Przecinek przed jakby.

Cytat:niezrealizowanych interesów więc pominą jego uwagę milczeniem.
przecinek przed więc

Cytat:obrońców dla tych którzy sami nie
przecinek przed którzy
Cytat:a także zrównał przecinek jeśli chodzi o ciężar dowodowy przecinek słowo chłopa czy mieszczanina ze słowem szlachcica,

Cytat:określając warunki przecinek kiedy można się o nie ubiegać.

Cytat:tam w karczmie Pod Ślepą Małpą.
Nazwa karczmy powinna być w cudzysłowie.

Cytat:stole po skończonej wieczerzy przecinek racząc się piwem.

Cytat:Gimaldieg przecineko jakby ciągle się upewnia

Cytat: Kupcowi nie uszło to uwagi
Co to w ogóle za chińska konstrukcja? Big Grin
Cytat:Gimaldi przecinek odstawiając po raz kolejny kufel z piwem
tu bym też się pokusiła o przestawienie szyku na "po raz kolejny odstawiając"
Cytat:a drugą przecinek sądząc po stroju i sześciostrunowej lutni trzymanej w ręce – wędrowny bard.

Cytat:z pół przymkniętymi powiekami
Półprzymkniętymi razem

Cytat:jego wysokie czoło przecinek odbijające światło pochodni,

Cytat:zarysowanymi kościami policzkowymi
http://community.languagetool.org/rule/s...MI?lang=pl

Cytat:z kapturem przecinek spięty na piersi złotą zapinką

Cytat:Sędzia rzucił srebrnego denara, który upadł wprost pod nogi barda. Ten niskim ukłonem wyraził docenianie dla takiej hojności
No w sumie inaczej nie mógł, bo jakby podniósł pieniążek? Tongue

Cytat:Rollin wstał od stołu przecinek udając się na spoczynek.

Cytat:Jego ojcem był elficki rycerz Eryk Rollin, a matką lady Leticia D’aragon
Więc jego matką (matkami) były lady. Lady firmy Leticia D'aragon? Big Grin Nie no, nabijam się. Po prostu pasowałaby mi tutaj informacja, że matką była kobieta, bo jak mamy się domyślić?
Cytat:dłużej od ludzi, długo zachowując młody wygląd

Cytat:Dzięki elfickiej krwi przecinek Sędzia nie wyglądał nawet na trzydzieści
Cytat:siedział na ławce przed karczmą przecinek wystawiając ku słońcu

Cytat: długą przecinek brązową kurtkę

Ogółem, bo nie chce mi się już wypisywać:
nie pisz "panie" dużą literą; to nie korespondencja, tylko opko
przecinki między przymiotnikami, kiedy się nagromadzą
przecinki przed "by"
poczytaj też o przecinkach w okolicach imiesłowów, praktycznie zawsze gdzie masz słowo w stylu "wychodząc" trzeba postawić przecinek.
Rozejrzał się, wychodząc z pokoju.
Wychodząc, rozejrzał się jeszcze.
Na ten przykład:
Cytat:(...)Sędzia nie otwierając oczu.
przecinek już przed "nie", jako że "nie otwierając" jest jakby nierozerwalnym członem.
O właśnie - przecinek przed jakby i jak gdyby, kiedy coś przyrównujesz.
Rozglądał się, jakby miał tu już nigdy nie wrócić.
W takiej konstrukcji także musisz być czujny:
nie poruszył dalej siedząc
nie poruszył, dalej siedząc


Po pierwszym fragmencie:
Strasznie mozolnie mi szło czytanie; bohaterowie byli zbyt mili dla siebie, tacy szarzy, nikt nie wykazywał się jakimś wyraźnym charakterem, czy w ogóle charakterem. Gdybyś mi wymienił teraz wszystkie imiona, jakie tam padły, wątpię, bym mogła ich rozróżnić. Postacie są dla mnie jednolitą masą, którą rozróżniam jedynie poprzez dialogi, bo ogółem wydają mi się być identyczni - ot pionki potrzebne do przedstawienia sytuacji politycznej w świecie przedstawionym. Być może skupiłabym się bardziej, gdyby ktoś komuś coś przygadał, napyskował, ktoś się wściekł, ktoś czymś rzucił, ktoś inny skomentował nie przebierając w słowach. Brakuje mi kontrastów, które trzymałyby mnie przy tekście.
Odpowiedz
#8
Dziękuję bardzo za poświęcenie czasu na analizę mojego tekstu. Zaimplementowałem większość poprawek.
Co do pierwszej sceny, zachowanie giermka zrzucę na karb emocji, a i Sędzia się nie obraził bo jak widać traktuje go po ojcowsku Smile

(18-06-2016, 18:52)BEL6 napisał(a): Ogółem, bo nie chce mi się już wypisywać:
nie pisz "panie" dużą literą; to nie korespondencja, tylko opko
Na ten temat toczyłem niegdyś polemikę z pewną dziewczyną. Przekonywała, że "Panie" z dużej można pisać i nawet podesłała mi opinię jakiegoś językoznawcy. W końcu dałem się przekonać Smile
Ale zbadam temat raz jeszcze.


(18-06-2016, 18:52)BEL6 napisał(a): przecinki między przymiotnikami, kiedy się nagromadzą
przecinki przed "by"
poczytaj też o przecinkach w okolicach imiesłowów, praktycznie zawsze gdzie masz słowo w stylu "wychodząc" trzeba postawić przecinek.
Interpunkcja to moja kula u nogi. Surowy tekst jest jej niemal pozbawiony z wyjątkiem kropek na końcu zdań. Totalnie nie czuję intuicyjnie gdzie powinny być przecinki. I za każdym razem gdy poprawiam tekst uzupełniam kilkanaście miejsc, ale jak widać zawsze za mało Smile



(18-06-2016, 18:52)BEL6 napisał(a): Po pierwszym fragmencie:
Strasznie mozolnie mi szło czytanie; bohaterowie byli zbyt mili dla siebie, tacy szarzy, nikt nie wykazywał się jakimś wyraźnym charakterem, czy w ogóle charakterem. Gdybyś mi wymienił teraz wszystkie imiona, jakie tam padły, wątpię, bym mogła ich rozróżnić. Postacie są dla mnie jednolitą masą, którą rozróżniam jedynie poprzez dialogi, bo ogółem wydają mi się być identyczni - ot pionki potrzebne do przedstawienia sytuacji politycznej w świecie przedstawionym.
Ich kontakty wynikały z pewnej hierarchii więc nie było okazji do bycia nie miłym Smile
Traktując pierwszy tekst jak pierwszy rozdział rozbudowanej powieści to właśnie taki wstęp przedstawiający założenia świata.
Z 1 rozdziału istotny jest właściwie tylko Sędzia Rollin, reszta to postacie epizodyczne do których fabuła już nie będzie wracać.


(18-06-2016, 18:52)BEL6 napisał(a): Być może skupiłabym się bardziej, gdyby ktoś komuś coś przygadał, napyskował, ktoś się wściekł, ktoś czymś rzucił, ktoś inny skomentował nie przebierając w słowach. Brakuje mi kontrastów, które trzymałyby mnie przy tekście.
Cierpliwości Smile Konflikt się pojawi na pewno Smile

Pozdrawiam
Odpowiedz
#9
No dobra, już się nie czepiam. Smile
Drugą część czytało mi się znacznie przyjemniej. Powiedziałabym nawet, że mnie wciągnęła. Chyba najtrudniej po prostu przebrnąć przez obraz świata. Ciągle łapię brak przecinków, ale jakby mniej niż wcześniej. Ogółem druga część była przyjemna w lekturze, czekam na ciąg dalszy. Angel
Odpowiedz
#10
ROZDZIAŁ III – WINOBRANIE

OArveno! Pokłon ci składamy w blasku słońca. Oto tu, oto teraz niech się stanie, dzień Wielkiej Pani, Winobranie! – Odziany na biało starosta wzniósł ręce. Odpowiedziały mu żywiołowe okrzyki esseńczyków tłumnie zgromadzonych na rynku. Do starosty podszedł odświętnie ubrany mały chłopiec. Starosta wziął z jego ręki wieniec z liści winogrona i już miał ukoronować Arvenę, gdy nagle na trybunę ustawioną pod ratuszową wieżą wtargnęła czarna wiedźma.
- O nie! Korona mnie się należy. Oddaj ją mnie starosto, pókim dobra! – wykrzykiwała ochrypłym głosem.
- Arvena naszą prawdziwą królową – ripostował starosta wkładając winogronowy diadem na głowę Synthi, która w tym roku odgrywała rolę Arveny.
- O niewierni! Niech deszcz nagły wasze winnice zmłóci, niech grad spadnie na nie, przeklinam Winobranie! – wykrzyczała wiedźma po czym się wycofała. Nadszedł czas na błogosławieństwo Arveny. Synthia zwróciła się ku świętującym, wyciągając ręce w geście triumfu.

Radujcie się moje dzieci!
Niech wam zawsze łagodne słońce świeci!

Niech słodkie winogrona dojrzewają
Niech się radują chłopcy i dziewice
Niech raduje ich smak młodego wina
Niech tańczą w blasku słońca i księżyca

Radujcie się moje dzieci!
Niech wam zawsze łagodne słońce świeci!


Starosta ujął Arvenę za rękę i razem zeszli do paradnego rydwanu zaprzężonego w dwa białe rumaki. Arvena w długich szatach koloru południowego nieba i zachodzącego słońca wsiadła do pojazdu. Zaraz za nią uczynił to starosta. Bogini raz jeszcze rzuciła do tłumów:
- Radujcie się moje dzieci!
Rydwan powoli ruszył, a za nim zaczęła się formować procesja do świątyni Arveny. Zaraz za rydwanem kroczyli najprzedniejsi obywatele miasta, dalej muzycy z harfami, trąbkami, fletami i bębnami, następnie tancerze i tancerki, a dalej mieszkańcy miasta odziani w świąteczne stroje. W blasku słońca, które spoglądało z bezchmurnego nieba, procesja mieniła się barwami całej tęczy jak witraże w amiriańskiej katedrze. Wielu miało też wykonane specjalnie na tę okazję finezyjne maski przedstawiające różne zwierzęta i baśniowe postacie. Gdy pochód z radosną muzyką posuwał się brukowanymi uliczkami Essen, kobiety rzucały z okien kamienic płatki kwiatów, które wirując w letnim powietrzu łagodnie opadały na rozradowany i roztańczony tłum. Przed świątynią przywitał ich Wyższy Kapłan Arveny. Pomógł wysiąść z rydwanu staroście i bogini, wygłosił zwyczajowe błogosławieństwo i wprowadził młodych artystów. Aktorzy na marmurowych schodach świątyni przedstawili świąteczną sztukę opowiadającą w jaki sposób boska Arvena związała się z winoroślą i jej hodowcami. Po zakończeniu sztuki kapłan zaprosił wszystkich do środka, gdzie można było do woli oddawać się piciu wina, jedzeniu winogron i wznoszeniu toastów na cześć Arveny.

2. Kolejny dzień również był pełen atrakcji. Około południa na placu przed świątynią Arveny esseńczycy mogli oglądać sztukę opowiadającą o narodzinach Taugii. Grali w niej aktorzy z Królewskiego Teatru w Beresteczku, sprowadzeni specjalnie na tę okazję staraniami starosty i Likariusa Galilei. Przed świątynią ustawiono dekorację mającą imitować wody oceanu. Bogata scenografia i gra aktorska spotkały się z ogromnym uznaniem esseńskiej publiczności.
Zwieńczeniem dnia było odsłonięcie marmurowego posągu Arveny na dziedzińcu świątyni. Zgromadzeni wznosili toasty za boginię, za króla, za Essen i za całą Likarię. Zwyczajowo też starosta rozsypał pośród tłumu kilka garści miedzianych monet,  których zbieraniem zajęły się małe dzieci. Wyglądały jak mrówki uwijające się pomiędzy wysokimi trawami dorosłych.

Motywem przewodnim trzeciego dnia było miłosierdzie wobec biednych, słabych i potrzebujących. Dziewczynki przebrane za Arvenę i chłopcy w zielonych strojach Ducha Lasu kwestowali wśród bawiących się mieszczan na rzecz sierocińca. Starosta zaś w przedsionku świątyni podjął uroczystym obiadem miejskich żebraków i kilka rodzin ubogich chłopów.

3. Na zabawie upływał mieszkańcom Essen cały dziewięciodniowy okres święta. Rano zajmowali się zbieraniem winogron, ale już od południa do późnego wieczora trwonili czas na zabawy, tańce, maskarady, pochody, śpiew i picie wina. Piątego dnia Christian i Arkus, by odetchnąć od zgiełku miasta, udali się na okoliczne wzgórza i wznowili ‘rycerskie’ treningi. Christian zazwyczaj podchodzący dosyć pasywnie do fechtunku tym razem zaangażował się w walkę. Arkus odpierając szybkie ataki był zdziwiony, ale i zadowolony. Pomyślał, że wreszcie jego przyjaciel angażuje się w rycerskie rzemiosło tak jak on sam. Ich starcie było tak gwałtowne, że w pewnym momencie drewniany miecz Arkusa złamał się z trzaskiem. Chłopcy usiedli w cieniu wielkiego dębu by odetchnąć.
- To była dobra walka, ale chyba potrzebuję nowego miecza. – Arkus z wyraźnym zadowolenia oglądał złamany oręż.
- Ja też, popatrz mój jest pęknięty. – Christian wyciągnął go przed siebie, by Arkus mógł obejrzeć długą rysę ciągnącą się od rękojeści aż do połowy ‘ostrza’.
- Pójdziemy i poprosimy Hadragana, żeby zrobił nam nowe.
- O ile nie jest na jakimś pochodzie, albo przedstawieniu. – Christian położył się na trawie, przymknął oczy ciesząc się zapachem kwitnącej łąki.
Arkus roześmiał się:
- Starego Hadragana niezbyt interesują przebieranki i teatr. O ile go gdzieś nie wyciągnęła żona, to powinien być u siebie.
- Wiem że jest najlepszym stolarzem w Essen i ma wiele zamówień, ale chyba w czasie święta pozwala sobie na odpoczynek? – Christian znów usiadł spoglądając na przyjaciela.
- Chodźmy się przekonać. – Arkus szybko wstał. – Kto ostatni przy bramie ten troll! – krzyknął i rzucił się pędem w dół wzgórza. Christian nie lubił wyścigów, wydawały mu się dziecinne, a i nie często je wygrywał. Szybko jednak poderwał się i ruszył za Arkusem postanawiając nie oddać łatwo zwycięstwa. Przeskakując płynnym susem nad powalonym konarem przypomniał sobie co daje mu najwięcej frajdy w wyścigach. Czas zdawał się zwalniać w trakcie lotu nad przeszkodą, gdy odrywał od ziemi obie nogi, pozwalając napawać się doświadczeniem zarezerwowanym dla ptaków. Przypomniał też sobie jak z ojcem wybrał się do Sanktuarium na Górze do którego wiodła wąska, stroma ścieżka pośród wielkich drzew. Było na niej wiele stopni uformowanych z korzeni. O ile wspinaczka była męcząca to powrót był niesamowity. Christian szybko zbiegał w dół zeskakując po schodach z korzeni. Niezwykle angażowało to wzrok, trzeba było w ułamku sekundy decydować gdzie postawić stopę by przyjemność nie zakończyła się bolesnym upadkiem. Było to jedno z najprzyjemniejszych doznań w jego życiu. Jakkolwiek niechętnie wybierał się z ojcem do Sanktuarium, tak w drodze powrotnej zapewniał go, że chętnie pójdzie tam z nim po raz drugi. Przyjemność zbiegania z góry była warta męczącej wspinaczki. Także i ten wyścig stał się przyjemnością tym większą, że tym razem to Christian był pierwszy przy bramie. Odetchnęli chwilę i weszli do miasta. Na ulicy rzemieślniczej musieli przeciskać się pod ścianami kamienic, gdyż w przeciwną stronę podążał kolorowy, świąteczny pochód. W końcu dotarli na podwórko cieśli. Zobaczyli stojącą przed wejściem żonę stolarza rozmawiającą miejskimi strażnikami. Jej twarz naznaczona zmarszczkami na czole i wokół oczu, otoczona średniej długości, falowanymi, brązowymi włosami, zdradzała zatroskanie.
- … co mogło się stać. Dziś miał występować w przedstawieniu księżycowym. Specjalnie uszyłam dla niego tę szatę. – Kobieta trzymała na ręku krótką, fałdowaną tunikę z oliwkowego aksamitu.
- Ale mówiła pani, że… – Strażnik zawiesił głos gdy dostrzegł chłopców. – Czego szukacie?
- Przyszliśmy do stolarza Hadragana. – Arkus wysunął się naprzód.
- A co od niego chcecie? – ton strażnika brzmiał dosyć szorstko.
- On robi dla nas miecze – powiedział Arkus z taką godnością jakby przemawiał na posiedzeniu Senatu.
- Miecze? – Strażnik uniósł brwi.
- Tak, drewniane.
- Znam tych chłopców – wtrąciła się Halishia, żona cieśli. – To Arkus syn lorda Galilei i Christian syn winiarza. Mąż robił dla nich drewniane miecze do zabawy.
Jakiej zabawy? Do lekcji fechtunku kobieto! – Arkus obruszył się w myślach.
- Nie wiecie gdzie on jest? – spytał łagodniej strażnik.
- Właśnie chcieliśmy go prosić o wykonanie nowych, bo poprzednie nam się połamały – wyjaśnił młody Galilei hardo utrzymując kontakt wzrokowy ze strażnikiem.
- Oni nic nie wiedzą. – Drugi strażnik machnął ręką z dezaprobatą.
- No cóż chłopcy, właśnie szukamy Hadragana, jak mówi pani Halishia, nie ma go od dwóch dni. Gdybyście go spotkali albo mieli jakieś informacje o nim, to dajcie znać pani Halishii, albo nam – powiedział pierwszy strażnik dając im do zrozumienia, że powinni się oddalić.
Arkus skinął głową. Chłopcy odeszli, a strażnicy podjęli przerwaną rozmowę z zielarką.
- Czemu nic nie mówisz? – zagadnął Christian gdy wracali przez opustoszałą ulice na której jedynym znakiem niedawnego pochodu były rozrzucone płatki kwiatów. – Szkoda, ale będziemy musieli odłożyć nasze treningi.
- Nie tym się martwię. – Arkus pokręcił przecząco głową nie odrywając wzroku od skąpanego w słońcu bruku.
- Więc o co chodzi?
- Zastanawiam co się stało z Hadraganem. Zostawiłby pracownię i żona nic o tym nie wie?
- Może nie znasz go aż tak dobrze jak ci się wydaje. A może chciał trochę spokoju. – Christian przestał na chwilę mrużyć oczy gdy znaleźli się w chłodnym cieniu kamiennej bramy. – Słyszałem, że jego żona jest kłótliwa. Pewnie wymusiła na nim udział w tym przedstawieniu, sam słyszałeś.
- Tak, uszyła dla niego strój. Pewnie nie był z tego zadowolony.
- I może postanowił zniknąć na kilka dni – kontynuował przypuszczenia Christian.
- Chyba masz rację – przyznał Arkus. – Jutro sprawdzimy czy wrócił.  
Christian przejął inicjatywę w szukaniu zastępczego oręża. Pierwsze próbowali zastąpić połamane miecze ociosanymi gałęziami, potem kijami używanymi przy hodowli winorośli, ale były za długie i za ciężkie. Pomyśleli o innym stolarzu, ale przed końcem święta nie było szans na to, by ktoś oderwał się od zabawy i zrobił dla nich miecze.

Hadragan nie wrócił przez kolejne dwa dni. Arkus uznał, że głupio byłoby pytać Halishię po raz trzeci. Smutek w głosie zielarki przenikał do jego serca. Ta na oko pięćdziesięcioletnia kobieta miała w mieście opinię swarliwej, ale Arkus nigdy nie widział, ani nie słyszał niczego, co by to potwierdzało. Halishia zawsze była otwarta na pomoc innym, jej głos był łagodny. Tyle lat pomaga esseńczykom w kłopotach zdrowotnych, a teraz nikt jej nie pomoże? Czy Straż Miejska coś robi w tej sprawie? Arkus rozmyślał czy nie włączyć się w poszukiwania. Jednak nazajutrz było zakończenie Winobrania, a potem wyjazd na studia do Beresteczka. Przed nim było jeszcze wiele przygotowań do podróży.

4. Dziewiątego dnia miesiąca Maskaram Christian i Arkus z braku mieczy wylegiwali się na wzgórzu, z którego roztaczał się widok na morze. Raczyli się dzikimi jagodami z rosnących nieopodal krzewów. Słońce powoli zbliżało się do błękitnej gładzi oceanu. Na złotych falach unosił się niewielki kupiecki żaglowiec płynący do Salem.
- Wiesz, że na zakończeniu Festiwalu byłoby tak samo jak każdego roku. – Arkus usiłował przekonać przyjaciela, że dobrze zrobili bycząc się nad morzem zamiast uczestniczyć w paradzie kończącej Winobranie.
- No – przytaknął bez przekonania Christian, nie odrywając wzroku od żaglowca – ale czy Arvena się na nas nie pogniewa?
- Arvena to radosna bogini. Bardziej obawiałbym się gniewu naszych ojców. – Na twarzy Arkusa zagościł łobuzerski uśmiech.
- Z jakiego powodu? – Christian oderwał wreszcie wzrok od znikającego na horyzoncie żaglowca i spojrzał na przyjaciela.
- Że tracimy tutaj czas zamiast przygotowywać się do wyjazdu i szlochać z piastunkami. – Arkus odchylił się do tyłu i oparł łokciami o miękką trawę
- Na to będzie czas jutro. Słyszałem, że zabierasz ze sobą zapas wina.
- Nie ciesz się tak, to wino nie dla mnie – roześmiał się Arkus. – To prezent od mojego ojca, który mamy zawieźć profesorowi Rotoi.
Christian przypomniał sobie, że jest beneficjentem tej znajomości. Mógł dostać się na Uniwersytet tylko dzięki bliskim relacjom swojego ojca z Likariusem Galilei jak i przyjaźni tego ostatniego z rektorem Rotoi. Normalnie bramy uczelni były zamknięte dla prowincjonalnych mieszczan. Christian cieszył się z tej możliwości. Zawsze chciał być urzędnikiem na królewskim dworze. A droga do takich godności wiodła właśnie przez Uniwersytet Berestecki. Odmiennie postrzegał to Arkus. Jechał na studia z woli ojca, który przewidział dla niego karierę, o której marzył Christian. On jednak chciał zostać wojownikiem. Irytowało go, że stracił już tyle czasu. By osiągnąć swój cel powinien od kilku lat szkolić się u boku jakiegoś rycerza. Gdyby ojciec mu na to pozwolił, kto wie, może pasowanie miałby już za sobą i już teraz byłby pełnoprawnym członkiem stanu rycerskiego. Jedynym jego sukcesem w tej materii było pozwolenie na lekcje fechtunku.
- Patrz na ten okręt! – Christian zauważył zbliżający się do portu żaglowiec.
- To chyba nie kupcy z Salem? – Arkus wytężył wzrok by dostrzec więcej szczegółów.
- Nie, z pewnością nie, okręty z Salem są mniejsze. I bandera nie jest z Salem.
Okręt stawał się coraz większy i wyraźniejszy.
- Nie widzę dobrze, ale jest pod banderą kabirską albo szaradzką. – Christian usiłował przyporządkować flagę powiewającą na maszcie do któregoś z krajów znajdujących się na południe od Salem.
- Rzadko przypływają do nas statki z tak daleka.
- Zobaczmy co przywieźli. – Christian wstał szybko. – Kto ostatni w porcie ten troll!

Niemal jednocześnie dopadli portowego nabrzeża. Przez kilka chwil spierali się o to kto był pierwszy. W końcu nauczeni bezcelowością takich sporów, wiedząc że żaden z nich nie ustąpi, ogłosili remis.
W tym czasie okręt przybił do nabrzeża. Rzeczywiście był większy od okrętów z Salem. Posiadał też o jeden maszt więcej. Wkrótce po przybyciu załoga zabrała się do rozładunku. Pielgrzymka pomocników kupców podążyła do magazynów portowych z workami i beczkami pełnymi orientalnych towarów. Chłopcy obserwowali jak jeden z mocno opalonych marynarzy wyprowadza z pokładu konia. Zaraz za nim zszedł ze statku jego właściciel. Wysoki rycerz w czarnej, lśniącej zbroi inkrustowanej złotem z wyraźnym znużeniem na twarzy podążał leniwym krokiem za wierzchowcem. Trzymał pod pachą hełm z przyłbicą, z tego samego lśniącego czernią metalu z którego zrobiona była jego zbroja. Chłopcy podeszli bliżej by się przyjrzeć. Nigdy nie widzieli czegoś tak wykonanego. Napierśnik jak i dwie płyty nachodzące na niego z ramion były bogato zdobione płaskorzeźbami postaci walczących z mitologicznymi stworami i wkomponowanymi w to motywami roślinnymi. Były też sceny sielankowe – grupy postaci niosących instrumenty muzyczne i dzbany z winem. Gdy koło nich przechodził zauważyli, że wszystkie elementy zbroi są podobnie wykonane. Rycerz przejął od marynarza uzdę konia i powędrował w stronę miasta zapewne szukając karczmy w której mógłby przenocować. Chłopcy wiedli za nim wzrokiem, aż zniknął im z oczu za załomem budynku kapitanatu.
- Ciekawe ile dukatów wydał na taką zbroję? – zastanawiał się Christian.
- Takie rzeczy robi się tylko na zamówienie i nie wiem czy w całej Likarii są rzemieślnicy, którzy mogliby coś takiego wykonać. – Arkus nadal nie mógł wyjść z podziwu nad misternie zdobioną zbroją.
- Może są, ale na pewno nie w Essen. – Christian uśmiechnął się.
Port po odejściu rycerza stracił dla nich na atrakcyjności więc ruszyli z powrotem na wzgórza. Żegnały ich wrzaski mew i rybitw oraz odgłosy pracujących marynarzy, handlarzy i przewoźników.
- Na pewno zmierza do Beresteczka na turniej.
- Dobrze, to znaczy, że jeszcze go zobaczymy. – Arkusowi od razu zrobiło się wesoło na myśl o oglądaniu Wielkiego Turnieju Rycerskiego odbywającego się raz na cztery lata w Beresteczku. – I króla i wielu innych rycerzy z całej Taugii.
- Z całej to może nie. Wątpię by przybył ktoś zza Wielkich Gór. – Christian miał lekko irytującą Arkusa zdolność wyłapywania małych nieścisłości w jego wypowiedziach.
- No to prawie całej – poprawił się niechętnie Arkus, zaraz jednak znów się rozchmurzył wracając myślą do turnieju. – Wyobrażasz sobie: konkursy łucznicze, pojedynki na kopie, miecze, topory, wyścigi rydwanów…
- Nie wyobrażam sobie – Christian zrobił prowokacyjną pauzę – dlatego chętnie to wszystko zobaczę. Ale zauważyłeś, że ten rycerz w porcie był sam?
- Co masz na myśli?
- No, nie było z nim nawet giermka. A taki bogaty rycerz, bo chyba musi być bogaty jak ma taką zbroję, płynąc z tak daleka to powinien ze sobą mieć przynajmniej kilku służących. – Christianowi wydawało się, że jego przyjaciel jako bogaty szlachcic sam powinien zwrócić na to uwagę.
- A może to jeden z tych prawdziwych rycerzy przemierzających Taugię, biorący udział w wielkich bitwach i walczący z potworami. – Młody Galilei zdawał się rozanielony wizjami, które teraz wywoływał w głowie.
- Rycerz który ma służbę nie jest prawdziwy?
- Wielu naszych lordów w pięknych zbrojach nigdy nie widziało żadnej bitwy, ani żadnego smoka  czy choćby wiwerny.  – Arkus z dezaprobatą machnął ręką koło czoła. – Tak mówił mój ojciec. A jak wiesz sam w młodości przemierzył całą Taugię po tej stronie Wielkich Gór. – Chłopak wrócił pamięcią do opowiadań Likariusa, których uwielbiał słuchać w dzieciństwie. –  I to bez armii służących.
- Chciałbyś być taki jak on?
- Tak, tylko on tego nie chce. – Arkus zmarszczył brwi. – Chce żebym był jakimś dworskim urzędnikiem.
Chłopak ze złością kopnął niewielki kamień, który poturlał się ścieżką i wpadł w przydrożne zarośla.
- Arkusie, gdy skończysz studia sam będziesz robił to, na co masz ochotę – rzekł Christian ze spokojem i pogodną powagą godną Pana Światła.
- Tak, masz rację mój przyjacielu. – Arkus podniósł głowę wyżej patrząc w chylące się ku morzu słońce. – Wtedy mu pokażę, że mogę być rycerzem takim jak on kiedyś był. – Słowa przyjaciela tchnęły w jego serce nową nadzieję.
Szli chwilę w ciszy. Christian z zadowoleniem kontemplował poprawę humoru przyjaciela. Rubinowe promienie zachodzącego słońca zastały ich w alei dębowej rozmawiających o wyjeździe i atrakcjach stolicy. Jutro ich życie miało się na zawsze odmienić.

5. Profesor Rotoi stał na szerokim tarasie pałacu książęcego górującego nad całym Nakszame-Re. Pod nim rozciągały się miejskie zabudowania schodzące stromym zboczem aż do największego portu północy. Przystanie, pomosty, magazyny i inne zabudowania portowe ciągnęły się wzdłuż całego wybrzeża obejmując swoimi ramionami półkolistą zatokę. Z tej odległości port wyglądał jak mrowisko. Brązowe poszycia statków handlowych, kutrów rybackich i wielu mniejszych łodzi nieustannie zawijały i wypływały z portu. Blask słońca odbijający się od morskich fal niemal oślepiał. Minął tydzień odkąd profesor przybył do Nakszame-Re będącego głównym miastem Ligi Morskiej. A miał tu spędzić jeszcze co najmniej drugie tyle. Rozmowy były ciężkie. Liga co prawda była zainteresowana współpracą z likaryjskimi portami, stawiała jednak twarde warunki.  Największą przeszkodę w zawarciu umowy stanowiły liczne zawiłości prawne, które jak dzikie pnącza oplatały relacje pomiędzy monarchią, a niezależnymi miastami. Przez ostatnie dni Rotoi prowadził wyczerpujące dyskusje z przedstawicielami Ligi nad każdym punktem aktu, który umożliwiłby przystąpienie likaryjskich portów do związku. Jeden z towarzyszących mu negocjatorów właśnie dołączył do niego na tarasie.
- Profesorze, negocjatorzy Ligi są gotowi do dalszych rozmów.
Rotoi powoli skinął głową. Raz jeszcze spojrzał na miasto i port w dole. Z rękoma zaplecionymi z tyłu powrócił do sali negocjacyjnej. Wszyscy zasiedli przy potężnym kamiennym stole, który potęgował panujące tu uczucie chłodu. Choć komnata była całkiem jasna dzięki światłu dostającemu się do wnętrza przez obszerny, otwarty taras, to grube ściany z szarego piaskowca wysysały ciepło. Nie zapobiegały temu nawet gobeliny rozpięte od podłogi po wysoki strop. Każdy z uczestników rozmów miał do dyspozycji kielich z sokiem winogronowym, nad którego odpowiednim poziomem czuwali dwaj paziowie.
Kolejną kwestią było rozwiązywanie sporów między członkami organizacji.
- Spory handlowe miedzy miastami Ligi rozstrzyga wewnętrzne prawo Ligi – spokojnym głosem główny negocjator Nakszame-Re, burmistrz Al-Salidi, wyraził stanowisko związku.
Profesor, zanim odpowiedział, pociągnął głęboki łyk soku. Nie przywykł do tak długich debat i czuł już drapanie w gardle.
- Koliduje to z prawem Likarii. To książę Roland jest arbitrem sporów handlowych.
- Ale wewnątrz waszego państwa, a nie w sporach międzypaństwowych – zauważył Al-Salidi, którego ciemna karnacja kontrastowała z jasną cerą pozostałych negocjatorów.
- Zgadza się – przytaknął profesor gładząc się po policzku. – Z tym, że Liga nie jest państwem, a tylko związkiem handlowym niezależnych miast. I nie tylko niezależnych, co dodatkowo komplikuje relacje prawne.
- Nie możemy pozwolić by w wewnętrzne spory Ligi angażowała się obca monarchia. Te sprawy muszą być wyłączone spod jurysdykcji księcia Rolanda. – Ton burmistrza Al-Salidiego stawał się coraz bardziej zdecydowany.
- Nawet gdybym przystał na takie rozwiązanie, to do ograniczenia kompetencji księcia potrzebna byłaby specjalna uchwała naszego Senatu i oczywiście zgoda króla oraz rady królewskiej. – Profesor mnożył przeszkody prawne.
- Chwileczkę, czy my rozmawiamy o układzie między portami a Ligą, czy miedzy Likarią a Ligą? – gwałtownie spytał jeden z negocjatorów związku.
- Valdie proszę – uciszył go burmistrz. – Rozumiemy te komplikacje profesorze Rotoi, jednak Ligą rządzą zjazdy przedstawicieli wszystkich miast, działamy jednomyślnie i naprawdę konflikty wewnętrzne to bardzo sporadyczne przypadki.
- Możemy przeformułować zapisy tak, by nie naruszały wewnętrznego prawa Likarii ani niezależności Ligi. – Rotoi przeczesując siwe włosy na skroni skłonny był do kompromisu.
- Myślę, że da się to zrobić profesorze – zgodził się Al-Salidi.
Razem ze skrybami negocjatorzy zajęli się układaniem jak najbardziej elastycznych sformułowań tak, by interesy obu stron były zabezpieczone, a nie wymagało to zmian w ich wewnętrznym prawie. Późnym popołudniem, gdy ostateczne brzmienie tego punktu zostało uzgodnione, burmistrz zabrał profesora do małego ogrodu przylegającego do pałacu książęcego. Al-Salidi opowiadał o tym, dlaczego akurat tutaj zbudowano Nakszame-Re.  Burmistrz chełpił się, że miasto zbudowane w skałach jest nie do zdobycia. Rotoi tego dnia niezwykle krytycznie spoglądał na gospodarza. Al-Salidi tak dumnie maszerował po rezydencji, jakby osobiście ją wybudował lub był potomkiem potężnego rodu, który tego dokonał. W rzeczywistości ród książęcy, który kiedyś panował w Nakszame-Re, został obalony przed laty przez plebejską rewoltę. Władzę przejął miejski samorząd, który od czasów rewolucji wybierał spośród siebie kolejnych burmistrzów. A ten nie był nawet miejscowym. Al-Salidi był smagłym handlarzem z Salem, który osiedlił się na północy i dzięki pewności siebie, i niekiedy zuchwałej śmiałości zrobił w mieście karierę polityczną. Rozmowę przerwał im posłaniec:
- Wybacz Panie – zwrócił się do burmistrza – ale kazałeś się na bieżąco informować.
- Mów – przyzwolił Al-Salidi.
- Nie znaleźliśmy Mesterchenesa w jego samotni na bagnach. Ślady na miejscu wskazywały, że nikogo tam od dawna nie było. Nie ma go też u jego rodziny w Tusco.
Al-Salidi zamyślił się chwilę, po czym odesłał go gestem ręki.
- Poszukujesz kogoś burmistrzu? – Nagle miejscowe problemy wydały się profesorowi Rotoi bardziej atrakcyjne od przechwałek napompowanego pychą salemczyka.
- Zaginął Mesterchenes, rzeźbiarz wielkiej sławy w Nakszame-Re. Dosłownie jakby zapadł się w morskie głębiny. – W głosie burmistrza słychać było nutkę zatroskania.
Profesor nie podejrzewałby go o zdolność do takich uczuć. Jako minister handlu znał dobrze portowe miasta i ich władców. Al-Salidi zawsze drażnił go sposobem zachowania, choć profesor jako wytrawny dyplomata słynący z niezwykłego opanowania nigdy tego nie okazywał. Dziś po raz pierwszy władca Nakszame-Re wzbudził w nim bardziej pozytywne emocje.
- Był ci osobą bliską? – drążył temat Rotoi.
- Gdybym był monarchą powiedziałbym, że był moim nadwornym rzeźbiarzem. – Usta burmistrza pod bujnymi, kręconymi wąsami wydęły się w tak dobrze znany jego rozmówcy uśmiech dumy. – Chodź profesorze, pokarzę ci jego dzieła z mojej prywatnej kolekcji.
Al-Salidi podniecony możliwością pochwalenia się czymś jeszcze przed zagranicznym gościem ruszył przodem. Po chwili byli już w jednej z komnat. Był to swego rodzaju skarbiec, gdzie Pan Nakszame-Re gromadził dzieła sztuki. Były tam gobeliny, rzeźby, poroża, kły słoni, skóry lwów i tygrysów. Przy jednej ścianie stała przeszklona gablota. Za nią na jesionowych półeczkach stały malutkie rzeźby.
- W drewnie potrafi robić tak niewiarygodnie precyzyjne rzeczy. – Burmistrz wskazał misterne rzeźby w drzewie lipowym gładząc się po przyciętej w szpic czarnej brodzie. Na półeczkach stały miniaturowe postacie, kareta z dwoma końmi, dwóch walczących rycerzy, niedźwiedź w starciu z wilkami, damy odpoczywające pod baldachimem i wiele innych. Wszystkie mieszczące się na dłoni. Rotoi był zaskoczony precyzją detali. Musiał przyznać, że nadmorski rzeźbiarz odznaczał się wielkim talentem. Burmistrz Al-Salidi był wyraźnie zadowolony wrażeniem, jakie zrobił na gościu.

----------------------------------------------------

Jeszcze ciekawostka odnośnie Panie/panie:
http://www.jezykowedylematy.pl/2011/09/j...ment-52353

Edit 14.11.2016 - drobne poprawki i skrócenie niektórych opisów
Odpowiedz
#11
Naniosłam poprawki, po czym wszystko zniknęło Sad

Trudno. Ale podsumuję, że tekst wydaje się być poprawnie napisany, prócz kilku brakujących przecinków.

Cytat: Starosta wziął z jego ręki wieniec z liści winogrona i już miał ukoronować Arvenę, gdy nagle na trybunę ustawioną pod ratuszową wieżą wtargnęła czarna wiedźma.
- O nie! Korona mnie się należy. Oddaj ją mnie starosto, pókim dobra! – wykrzykiwała ochrypłym głosem wiedźma.

Pozbyłabym się wiedźmy, bo wiemy, że to ona krzyczy z wcześniejszego zdania i robi się niepotrzebne powtórzenie.

I jeszcze wieniec z winogron, nie z winogrona, jakoś ładniej brzmi.

Pozdrawiam.
Odpowiedz
#12
ROZDZIAŁ IV – CZARNY RYCERZ

Wóz był prawie gotowy. Wszystkie rzeczy Arkusa i Christiana były już poukładane. Słudzy wnosili jeszcze beczki z winem. Arkus nie okazywał zniecierpliwienia podczas długich pożegnań z rodzeństwem i piastunkami, choć chciał wyruszyć jak najszybciej. Mieli jechać sami, gdyż młody Galilei odmówił zabrania ze sobą choćby jednego służącego.
- Arkusie, zaczekaj jeszcze chwilę – zwrócił się do pierworodnego Likarius. – Mam dla ciebie i Christiana mały prezent.
- Prezent? – Arkus podszedł do ojca, a za nim Christian.
Likarius dał znak jednemu z służących. Ten szybko podszedł trzymając na wyciągniętych dłoniach coś przykrytego kawałkiem czerwonej tkaniny.
- Mam nadzieję, że nie będziecie musieli ich użyć po drodze, ale gdy je będziecie mieć, ja będę spokojniejszy – rzekł lord Galilei zdejmując tkaninę z prezentu.
Arkus nie mógł uwierzyć własnym oczom. Christian też był zaskoczony. Na ręku służącego spoczywały dwa krótkie miecze w skórzanych pochwach. Arkus wziął jeden z nich, wyciągnął go z pochwy i uniósł do góry oglądając słoneczny blask odbijający się w stalowym ostrzu. Likarius z przyjemnością patrzył na zadowolonych chłopców.
- To najlepsza rhynnyjska stal. Mam nadzieję, że wam się podobają.
- Oczywiście tato. – Arkus rzucił się ojcu na szyję, ten zaś z trudem powstrzymywał łzy wzruszenia. Nie pamiętał takiej sytuacji od śmierci matki Arkusa.
- Bardzo dziękuje lordzie Galilei. – Christian grzecznie się ukłonił biorąc drugi miecz.
Po wszystkich pożegnaniach chłopcy wsiedli na wóz, Arkus ujął lejce i dwa konie powiozły ich w stronę miasta. Likarius oparł się na ramieniu majordomusa.
- Duże zbiory, idealna pogoda na Winobranie, udane przedstawianie aktorów z Beresteczka, pierworodny dorósł i wyjeżdża na studia. Same sukcesy mój Panie.
- Tak, Arvena była dla nas łaskawa – przyznał Likarius nie odrywając wzroku od wozu.

2. Christian i Arkus postanowili ostatni raz objechać Essen. Jadąc ulicą rzemieślniczą musieli zatrzymać wóz. Przed domem stolarza Hadragana stała grupka szepczących między sobą ludzi. Zsiedli i gdy już mieli zapytać o co chodzi, dostrzegli na podwórzu wychodzącą z domu Halishię, a za nią dwóch strażników. Szepty ucichły. Halishia szła z wysoko uniesioną głową i z rękami założonymi z tyłu. Nie, nie założonymi. Były związane. Strażnicy wsadzili ją na wóz Straży Miejskiej i powieźli w stronę swojej siedziby. Gdy tylko odjechali, ludzie zaczęli głośno plotkować.
- Kto by pomyślał, że zielarka zabiła męża – powiedziała z przejęciem pewna niewiasta.
- Ciała jeszcze nie znaleźli, więc nie wiadomo czy zabiła – przypomniał starszy mężczyzna.
- Podobno ktoś ją widział jak w noc jego zniknięcia wymykała się z do lasu. – Głos jednej z przekupek brzmiał tak konspiracyjnie, jakby wyjawiała wielką tajemnicę.
- Może po zioła szła. – Starszy mężczyzna próbował bronić zielarki.
- Po zioła? W nocy? Pewnie otruła biednego Hadragana i poszła zakopać ciało w lesie. – Przekupka nie dawała za wygraną.
- Ona zawsze jakaś dziwna była – rzucił ktoś inny.
- Zakopać w lesie? A jakby przez całe miasto przeniosła jego ciało, przecież to wątła kobieta. – Starszy mężczyzna z dezaprobatą machnął ręką w stronę przekupki.
- Wątła, ale zielarka; a może czarownica.
Arkus nie miał ochoty słuchać kolejnych niedorzeczności miejskiej gawiedzi. Wrócili z Christianem do wozu i pojechali dalej.
- Myślisz, że to prawda? Że Halishia zabiła Hadragana? – spytał Christian, gdy już wyjechali z miasta i ruszyli leśnym traktem w stronę stolicy.
- Nie wierzę w to – powiedział szybko Arkus. – To jakieś brednie niedouczonego plebsu – dodał z pogardą w głosie.
- Ale jednak Straż Miejska ją aresztowała – ciągnął spokojnie Christian.
- Ktoś musiał im donieść, że ‘coś’ widział, albo dotarły do nich jakieś pogłoski. Wiesz jak to jest z miejskimi plotkami.
- Szkoda, że po drodze nie zatrzymaliśmy się u mojego wuja, który pracuje w Straży Miejskiej. Może powiedziałby nam dlaczego ją aresztowali.
- Teraz to i tak bez znaczenia. Niech przeszłość zabierze Essen i wszystkie jego problemy. – Arkus wykonał gest jakby odpędzał natrętną muchę.
Pragnął zostawić Essen, z jego winnicami, mieszkańcami, festiwalami z tyłu. Pragnął zapomnieć, jak chce się zapomnieć męczący sen zaraz po przebudzeniu. Teraz spoglądał tylko przed siebie.

Zielarka Halishia za młodu Smile
[Obrazek: Halishiaj_sqsqxer.jpg]

3. Podróż królewskim traktem dłużyła się. Była to szeroka, bardzo uczęszczana droga wiodąca wśród drzew Lasu Pasmowego. Sosny, graby i klony poprzerastane bujnymi krzewami dzikich jagód tworzyły po obu stronach traktu wysokie, wystrzępione ściany. Gdzieniegdzie rozłożyste korony dębów i lip łączyły się nad drogą tworząc długie zielone tunele, których sklepienia tu i ówdzie przebijały wiązki słonecznego światła. W takich tunelach Christian zadzierał głowę by podziwiać grę szmaragdowych świateł. Mijały ich różne wozy i karety. Nie zatrzymywali się z wyjątkiem dwóch krótkich przerw na posiłek i popas. Gdy zbliżał się zachód słońca wyprzedziło ich trzech jeźdźców. Christian zauważył jak przyglądał się im jeden z nich – łysy z kilkudniowym zarostem na twarzy.
- Daleko jeszcze do tej gospody w której mamy się zatrzymać? – spytał Christian.
- Może godzinę. Dotrzemy tam zanim zrobi się całkiem ciemno.
Wkrótce spostrzegli, że na środku drogi stoją trzy postacie. Gdy podjechali bliżej rozpoznali w nich jeźdźców, którzy niedawno ich wyprzedzali. Dwóch z nich miało na sobie kolczugi i szaro-czarne kaftany. Kilka metrów dalej do drzew przywiązali konie. Nieznajomi nie zeszli z drogi, więc Arkus zmuszony był zatrzymać wóz.
- Chcielibyśmy przejechać – zaczął Arkus stając na wozie. – Czy moglibyście zejść z drogi?
- Musimy przeszukać wasz wóz – odezwał się niskim głosem ten łysy wyglądający na przywódcę.
- Z jakiej racji? – Ton Arkusa był spokojny, ale czuł jak jego serce przyśpiesza.
- Szukamy zbiega, jesteśmy ze straży. – Przywódca stał w miejscu, podczas gdy dwaj jego kompani powoli zbliżali się do wozu z obu stron.
- Jakiej straży?
- Straży królewskiej. – W głosie nieznajomego dało się wyczuć zniecierpliwienie.
Arkus przyjrzał się im uważnie.
- Nie jesteście z żadnej straży – rzekł twardo. Wyglądali jak podrzędni najemnicy. Kto zresztą widział królewskiego strażnika nieogolonego, bez królewskiego herbu na ubraniu?
- Skąd to wiesz wieśniaku? – warknął łysy ruszając do przodu. Drugi typ o chudej twarzy i małych świńskich oczkach zbliżał się do wozu od prawej. Jego trzeci kompan, największy z nich, w skórzanej zbroi paskowej, podchodził z lewej. Arkus, widząc na co się zanosi, postanowił pójść na całość.
- Wieśniakom to może oddawała się twoja matka, ja jestem ze szlacheckiego rodu.
- Ty szczeniaku! Już ja cię nauczę szacunku do starszych! – wrzasnął łysy przywódca wyciągając miecz. Christian patrzył z przerażeniem. Arkus dobył miecza.
- No choć, zobaczymy kto zaraz będzie skomlał jak szczeniak – rzucił prowokacyjnie.
Łysy bandyta podbiegł do wozu i skrzyżował oręż z Arkusem. Mężczyzna o świńskich oczkach zbliżał się do Christiana. Chłopak szybko kalkulował czy opłaca się podjąć walkę, czy lepiej się poddać. Nie wróżył im zwycięstwa w walce dwóch na trzech, ale zdecydował się iść w ślady przyjaciela. Widzący jego wahanie chudzielec skradał się powoli. Christian postanowił więc zaatakować pierwszy. Szybko dobył miecza i wychylając się z wozu zrobił zamach celując w głowę napastnika. Ten, zaskoczony ledwo zdołał się uchylić, ale i tak koniec ostrza rozciął mu lico od kości policzkowej po podstawę nosa. Zachwiał się, ale utrzymał równowagę. Zaskoczenie zmieniło się w gniew. Trzymając jedną dłonią rozcięty policzek a drugą miecz ruszył na Christiana. Ten zdołał odparować kilka ciosów gdy kątem oka dostrzegł, że trzeci z nich wdrapał się na wóz od tyłu. Powietrze przeciął cichy świst. Osiłek upadł na beczki z winem, po czym zsunął się z wozu i spadł twarzą do ziemi. W jego ramieniu tkwił bełt. Pozostali z zaskoczeniem stwierdzili, że w ich stronę galopuje rycerz z kuszą w lewej ręce, a mieczem i lejcami w drugiej. Chudy od razu rzucił się do ucieczki. Łysy pomógł wstać osiłkowi. Wszyscy czym prędzej dopadli koni i pośpiesznie odjechali. Gdy rycerz wyhamował rumaka obok wozu esseńczyków napastnicy znikali właśnie za kolejnym zakrętem traktu.
- Nic wam się nie stało?
- Nic, Panie – odetchnął Christian.
- Kim jesteś, Panie? – Arkus po czarnej zbroi rozpoznał w nim rycerza, którego widzieli z Christianem wczoraj w porcie.
Rycerz powoli zdjął hełm.
- Jestem Lamberth D’aragon, znany także jako Czarny Rycerz.
- Niech Pan Światła ci błogosławi. Ja jestem Arkus, syn lorda Galilei, a to mój przyjaciel Christian. Zawsze sądziłem, że trakt królewski to bardzo bezpieczna droga.
- Nawet na najbezpieczniejszej drodze zdarzają się napady. Ci trzej zobaczyli dwóch młodzieńców jadących kupieckim wozem, pewnie myśleli, że będziecie łatwym łupem. Ale umiecie posługiwać się mieczem – dodał z uznaniem rycerz. – Dokąd zmierzacie?
- Jedziemy do Beresteczka by podjąć naukę na Uniwersytecie – poinformował Christian z odrobiną entuzjazmu, tak dobranego by nie drażnić Arkusa.
- Więc zmierzacie tam gdzie ja. – Czarny Rycerz przywiązał kuszę do tobołka gdzie zwykle spoczywała.
Arkus nie zwrócił uwagi na wypowiedź Christiana. Krótka pochwała Lamberth’a za to, że umieją posługiwać się bronią napełniła mu serce dumą, wobec której nauka na Uniwersytecie nie jawiła się już jako zło konieczne. Już rano, gdy otrzymał od ojciec miecz, zaczął patrzeć na studia inaczej. Teraz jednak jego uwagę pochłaniał prawdziwy rycerz, którego drogę los w takich okolicznościach skrzyżował z jego drogą. Po tym, jak Czarny Rycerz posługuje się płynnie językiem cestyjskim bez jakiegokolwiek obcego akcentu wiedział, że jest likaryjczykiem, a nie rycerzem z dalekich krain jak myślał, gdy pierwszy raz ujrzał go w porcie. Dopiero później przypominał sobie, że przecież ród D’aragonów jest jednym z potężniejszych likaryjskich rodów szlacheckich.
- Jedziesz wziąć udział w Turnieju?
- A owszem, ale nie tylko. Jednak nie czas teraz na opowieści. Jedźmy do najbliższej gospody nim się ściemni, tam porozmawiamy przy pieczonym mięsie i kuflu piwa.

4. Najbliższa gospoda znajdowała się w miasteczku Tedgost. Leżało ono mniej więcej w jednej trzeciej drogi między Essen, a stolicą. Mieszkańcy czerpali dochody głównie z usług świadczonych podróżnym, których na tym trakcie nie brakowało. Gospody były przestronne, czyste i dobrze zaopatrzone. Zatrzymali się w najbardziej okazałej z nich. Wóz zostawili na placu za karczmą pod opieką pomocnika karczmarza, któremu Christian wręczył kilka groszy. Gdy tylko karczmarz ujrzał Czarnego Rycerza, na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Zaprowadził całą trójkę do stołu w kącie karczmy daleko od zgiełku podpitych gości. Już wkrótce stały przed nimi misy z pieczoną dziczyzną, świeżym chlebem, ogórkami, pomidorami, a także trzy kufle i wielki dzban ciemnego piwa. Lamberth udał się do swojego pokoju, by zostawić tam zbroję, gdyż posilanie się w pełnym rynsztunku nie należy do najbardziej komfortowych. Powrócił w stroju podróżnym, na który składał się haftowany kaftan z wysokogatunkowego lnu w rożnych odcieniach brązu jesiennych liści i spodnie z podobnego materiału. Przez chwilę posilali się w ciszy. Gdy pierwszy głód został zaspokojony nadszedł czas na konwersację przy piwie.
- Czy tamci bandyci nie wrócą by się zemścić? – wyraził zaniepokojenie Christian.
- Kilka dni minie zanim wyliżą się z ran, nie sądzę by was ścigali. – Czarny Rycerz pokręcił przecząco głową.
- Więc mówiłeś Panie, że zmierzasz na Wielki Turniej do Beresteczka? – Rycerskie zmagania były dla Arkusa najbardziej interesującym w tej chwili tematem.
- Nie mówcie do mnie „Panie”. Nie przywykłem do takich dworności – roześmiał się. – Jestem Lamberth.
Rycerz wyglądał na najwyżej trzydzieści lat. Jego rysy były łagodne, twarz gładka a włosy starannie przystrzyżone.
- Jestem obrońcą tytułu sprzed czterech lat w pojedynku na kopie.
Arkus poczuł się lekko zawstydzony, że nie wiedział o tym fakcie. Podczas ostatniego turnieju miał jedenaście lat i był z ojcem w podróży handlowej po Salem.
- A przypłynąłeś Panie… znaczy... przypłynąłeś z… – Christianowi niezręcznie było zwracać się do wyższego od siebie stanem, dorosłego mężczyzny po imieniu.
- Z Kabiru. Spędziłem tam ostatni rok.
- Czym się tam zajmowałeś? – Zainteresowanie Arkusa rosło z każdym zdaniem.
- Rycerskim rzemiosłem – odparł z tajemniczym uśmiechem Lamberth – ale głównie poszukiwałem zaginionego wejścia do Podmroku.
- Udało się?
- Niestety nie. Gdyby się udało, to by mnie tu dzisiaj nie było. Nie dotarłyby do mnie pewne wieści…
- Które skłoniły cię do powrotu – dokończył Arkus.
Lamberth uśmiechnął się. Sprytny dzieciak – pomyślał.
- Tak, sam turniej na pewno nie skłoniłby mnie do powrotu. Jak zapewne wiecie, ostatnio nasze krainy są niespokojne. Być może grozi nam wojna z Kreonią. A gdzie wojna tam rycerze. – Lamberth wygodnie rozparł się na siedzeniu podnosząc kufel do ust.
- A każdy rycerz ma swojego giermka – zauważył Arkus.
- Nie przywykłem do towarzystwa w dalekich podróżach. Wystarczy, że dbam o własny kark. Widzisz Arkusie z giermkami jest ten problem, że gdy zaczynają służbę mają jedenaście, dwanaście lat. To dzieci, których trzeba wszystkiego o rzemiośle rycerskim uczyć. A ja nie jestem najlepszym nauczycielem. Istnieje też u nas zwyczaj, że pasowanie musi się odbyć do osiemnastego roku życia. Moim zdaniem to za wcześnie.
- Za wcześnie? – Arkus nie mógł ukryć zdziwienia, jego zielonkawe oczy robiły się coraz większe.
- W Kabirze, gdzie spędziłem rok, chłopcy zaczynają służbę u rycerza najwcześniej jako czternasto, piętnastolatkowie. Zaś pasowanie nawet w wieku lat dwudziestu pięciu nie jest niczym dziwnym.
- Więc w Kabirze mógłbym zostać rycerzem?
- Jesteś w odpowiednim wieku nawet jak na Likarię. Poza tym, z tego co widziałem dzisiaj, posługiwanie się mieczem nie jest wam obce. Więc wcale nie jest za późno. A jeśli wybuchnie wojna to kto wie… – Lamberth uśmiechnął się zza prawie opróżnionego kufla.
Arkus pogrążył się w rozmyślaniach nad słowami Czarnego Rycerza. Christian korzystając z okazji wrócił do kabirskich podróży Lambertha.
- Czy wałczyłeś w Kabirze z jakimiś potworami?
- Kabir pełen jest tajemniczych zakamarków; jezior skrytych w leśnych ostępach, wąskich dolin tak głębokich, że nie dociera tam światło słońca, jaskiń ukrytych pod górami. W jednej z takich jaskiń stoczyłem śmiertelny bój z gargulcami.
- Na cmentarzu w Essen są dwie rzeźby gargulców. – Christian przypomniał sobie, że te kawałki ociosanych kamieni spoczywające przy bramie cmentarza zawsze budziły w nim lęk gdy był dzieckiem. Zresztą nigdy nie lubił cmentarzy.
- W Kabirze żyją prawdziwe gargulce. Razem ze śmiałkami, którzy do mnie przystali badaliśmy jedną z jaskiń w Wielkich Górach. Było nas sześciu. Spodziewaliśmy się odnaleźć wejście do Podmroku. Jaskinia była ogromna, jej kręte korytarze to wznosiły się, to opadały, rozdzielały się, przechodziły w przestronne komnaty lub zwężały tak, że ciężko się było przecisnąć. Były tam podziemne strumienie i jeziora, wielkie nacieki skalne wyrastające z podłogi i sufitów, a czasami łączących się w wielkie kolumny. Z pochodniami w rękach wędrowaliśmy kilka dni. Nasz skryba sporządzał mapę jaskini. Gdy dotarliśmy do położonej głęboko pod ziemią obszernej komnaty, tak wysokiej że światło naszych pochodni nie sięgało jej stropu, myśleliśmy, że zbliżamy się do celu naszych poszukiwań. Jednak okazała się ślepym zaułkiem, na domiar złego zamieszkanym przez gargulce. To podstępne i złośliwe stwory wielkości dorosłego człowieka, czasami nawet większe. – Lamberth odstawił kufel by gestami podkreślać wielkość tych potworów. – Mają paskudne pyski, duże, pozbawione piór i sierści skrzydła, w zasadzie podobne do skrzydeł nietoperza, i cztery mocne łapy wyposażone w ostre pazury. Ich skóra ma zazwyczaj kolor ciemnego kamienia. Te, które spotkaliśmy, należały do największego gatunku – granitowych gargulców o czarnej, chropowatej jak skała skórze. Normalnie gargulce żerują w nocy. Przed świtem chowają się do kryjówek, gdyż słońce zamienia je w kamień.
- Słońce je zabija? – Christian siedział w skupieniu pochylony nad stołem podpierając brodę.
- Nie, tylko zamienia w kamień. Gdy słońce zajdzie skamieniały gargulec znów budzi się do życia. Ale gdy jest w stanie petryfikacji można go rozbić na kawałki jak kamienną rzeźbę. I to będzie dla niego śmierć. Ale jest i odmiana gargulców dziennych, które co prawda unikają światła słonecznego, ale nie szkodzi im ono. Jednak jest to bardzo rzadko występujący gatunek. Niestety w głębi gór… nie mogliśmy liczyć na pomoc słońca. Wywiązała się krwawa walka. Siekliśmy je niemiłosiernie, choć musicie wiedzieć, że zranienie gargulca ostrzem miecza nie należy do najłatwiejszych zadań. Trzeba mieć na nie sposób. – Rycerz uśmiechnął się. – Ich czarna, gęsta krew obficie ściekała po naszych zbrojach, ale było ich zbyt wiele. Zaczęliśmy się wycofywać. Straciliśmy dwóch towarzyszy. Jedynym skutkiem naszej wyprawy było sporządzenie dosyć dokładnych map tych jaskiń. Zostało w nich jeszcze kilka odgałęzień do zbadania. Kiedy organizowałem kolejną wyprawę by sprawdzić pozostałe możliwości doniesiono mi o niepokojach w Likarii i postanowiłem wracać.
- Wyruszyli bez ciebie? – włączył się Arkus dotąd tylko przysłuchujący się kabirskim opowieściom.
- Nie. – Czarny Rycerz ponownie się uśmiechnął. – Nikt nie byłby tak nierozsądny.
Christian dalej wypytywał o różne szczegóły. Lamberth barwnie opisywał życie i zwyczaje w Kabirze – klimat, ukształtowanie terenu, a także konflikty zbrojne w jakich brał udział. Omijał jednak zręcznie wyjawienie celu w jakim poszukiwał wejścia do Podmroku. Gdy poziom piwa w dzbanie sięgnął dna wstał by się pożegnać.
- Spędziłem miło czas w waszym towarzystwie, ale pora udać się na spoczynek. Wyruszam o świcie do stolicy, więc już się nie zobaczymy, chciałbym więc życzyć wam bezpiecznej i spokojnej podróży.
- I my tobie wielki rycerzu. Bądź pozdrowiony – rzekł Arkus z wielką powagą.
Wszyscy delikatnie skłonili głowy, po czym Lamberth udał się do swojego pokoju. Chłopcy jeszcze krótko wymieniali spostrzeżenia o nowym znajomym i również udali się na spoczynek. Pokoje na piętrze miały miły wystrój, były czyste i wysprzątane, zaś w powietrzu unosił się zapach lawendy. Prześcieradeł na łóżkach nie powstydziłby się kupić majordomus do rezydencji Galileich. Odpoczynek w takiej gospodzie był czystą przyjemnością.

5. Lot był przyjemny. Christian w towarzystwie dzikich gęsi szybował wysoko ponad łańcuchem ośnieżonych gór. Pod nimi rozpościerał się poprzecinany błękitnymi wstęgami rzek ciągnący się po horyzont, bezkresny las. Gęsi skręciły na południe, a on leciał dalej w stronę słońca. Jego blask coraz bardziej wypełniał przestworze, aż wszystko; góry, lasy, chmury, zniknęły w jego świetle. Słońce zmieniło się w wielką złotą monetę powoli obracającą się wokół poziomej osi. Wygrawerowane na niej postacie poruszały się. Christian coraz bardziej zbliżał się do monety, aż przy kolejnym obrocie znalazł się w jej wnętrzu. Nie widział teraz nic poza blaskiem złota. Był to widok piękny i ciepły. Ze złotej tafli wyłoniły się, turlając jakby po szkle, dwie sześcienne kości rzucone niewidzialną ręką. Zatrzymały się, a Christian mógł je oglądać ze wszystkich stron przenikając przez szklaną taflę. Na białych jak mleko kościach wygrawerowano i wypełniono czarnym tuszem różne symbole. Christian widział je po raz pierwszy. Wyciągnął rękę by ich dotknąć, ale one delikatnie odsunęły się. Powoli oddalały się, a na tle złotej tafli pojawił się wirujący cień. Christian dostrzegł w nim złoty miecz strzegący dostępu do tajemnic kości. Nagle jakiś hałas zdeformował złotą taflę. Powtórzył się tym razem brzmiąc jak odgłos ptactwa domowego. Miecz zbladł, a złoto zaczęło znikać. Pianie koguta pochłonęło złoty sen oznajmiając nowy dzień.

6. Chłopcy nie spieszyli się z wyjazdem. Zakładali, że i tak do stolicy dotrą dopiero nazajutrz i czeka ich jeszcze jedna noc w gospodzie. Po śniadaniu, gdy chcieli zapłacić karczmarzowi okazało się, że wszystko zostało z góry uregulowane przez Czarnego Rycerza. Słońce wzniosło się już dosyć wysoko, gdy opuszczali Tedgost. Około południa niedaleko od nich na drodze zatrzymał się kupiecki wóz. Jego właściciel, wyglądający na elfa, wstał i głośno ich pozdrowił. Arkus zatrzymał wóz gdy się zrównali i odpowiedział pozdrowieniem.
- Jestem kupcem z Rhynn. Powiedzcie mi podróżni, czy daleko jeszcze do najbliższej gospody?
- Nad ranem wyruszyliśmy z Tedgost gdzie jest wiele karczm, ale nie dalej niż godzinę temu mijaliśmy wioskę, gdzie stała mała gospoda. – Arkus dostrzegł na jego szyi złoty Boski Znak, symbol jedynego amiriańskiego Boga.

Boski Znak amirianitów:
[Obrazek: Boski-Zna_sqsqxww.jpg]

- Zmierzam do Essen. Czy tutejsze trakty są bezpieczne? – Zielono-pomarańczowe pasiaste szaty kupca powiewały na jesiennym wietrze.
- Tak, choć na najbezpieczniejszym szlaku zdarzają się napady – zacytował Czarnego Rycerza Christian.
- Niech jedyny bóg wam błogosławi i ma w swojej opiece. – Długa ręka kupca zakreśliła w powietrzu dziwny znak.
- Chyba jak dotąd nie miał, bo już raz nas na tym trakcie napadnięto. Nie wyznajemy twojego boga, jesteśmy likaryjczykami – powiedział z dumą w głosie Arkus.
- Przykro to słyszeć. Ufam, że nic wam się nie stało. W Likarii też mieszkają nasi bracia. Zawsze można otworzyć się na pokój zbawiciela, on jest cały czas otwarty na nas – głos kupca nagle stał się dziwnie łagodny.
- Jak na razie to wasi bracia z Kreonii szykują się do wojny z naszą ojczyzną – wtrącił się Christian dobrze czujący się w tematach politycznych.
- To jakieś nieporozumienie. Wierzę, że działalność Inkwizycji przyniesie pokój nie tylko w Kreonii, ale i we wszystkich krainach. Ale pokój zaczyna się w naszych sercach, a nie na dworach władców. Choć to prawda, że władcy mają wielki wpływ na spokój w krainach.
- A jaką siłę ma wasz król? – Arkus cały czas próbował sprowokować kupca.
- Masz na myśli króla Rhynn? Tak, Likaria jest wielka, ale to Rhynn stworzyło największe imperium, a pozostałością po tym jest choćby to, że czas liczymy od założenia miasta, czyli od założenia Rhynn.
- Wiemy o tym kupcze, mamy teraz dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty rok od założenia miasta. – Arkus potrząsnął czarną czupryną. Co on ma nas za niedouczonych wieśniaków? – Słyszałem, że w Rhynn są mnisi, którzy na przyszły rok zapowiadają koniec istnienia Taugii.
- To heretycy potępieni przez Wielkiego Patriarchę. Szkoda, że przyjście naszego Pana, Ahvari Amiriana nie wypadło u szczytu potęgi Rhynn.
- A na kiedy ten szczyt przypadał? Opowiedz coś o tym jak Rhynn stało się imperium. – Christian postanowił wykorzystać przypadkowe spotkanie do poszerzenia wiedzy o krainach, gdyż esseńscy nauczyciele niechętnie wspominali o historii czegokolwiek poza Likarią.
Kupca, którego rzeczywistym celem było oświecanie pogan przy okazji podróży handlowych bardziej uszczęśliwiłyby pytania o Zbawcę, ale uznał, że znajomość historii Rhynn może być dobrym do tego wstępem.
- Historia Rhynn rozpoczęła się, gdy kilka plemion ludzi przybyło na tę stronę Taugii zza Wielkich Gór. Jakie nieszczęście skłoniło ich do morderczego marszu przełęczą Numitora nie wiemy. Tu jednak w lasach, które przyjęły potem wiadomą nazwę znaleźli spokój. Osiedlili się nad wielkim jeziorem i nad nim założyli pierwsze miasto – Rhynn. Od dnia w którym położono kamień węgielny pod jego mury liczymy do dziś lata. Ludzie wkrótce zetknęli się z elfami, którzy nauczyli ich wielu pożytecznych rzeczy. Rhynnyjczycy przejęli także ich język zwany dziś cestyjskim. W krainach powstawały, rozwijały się i upadały różne cywilizacje. Długo by jednak o wszystkim opowiadać. Przez kilka pierwszych stuleci lud Rhynn żył w pokoju wzrastając liczebnie i poszerzając terytorium. Najazdy orków z północy zmusiły ich do opanowania sztuki wojennej. Kuli coraz lepszą broń, tworzyli coraz większą armię. Nadszedł czas podbojów. Po wielu latach Rhynn umocniło swą władzę od Oceanu na zachodzie do Wielkich Gór na wschodzie i od Pojezierza Chalcedońskiego na północy po Morze Cestyjskie na południu. Gdzieś w tamtych czasach założono fundamenty wielu miast w tym Beresteczka. Największe zdobycze były dziełem króla Portiusa Zdobywcy, na którego cześć nazwano jezioro, nad którym leży Rhynn. Przyjęła się nazwa króla, choć już w owym czasie władcy Rhynn nosili tytuły cesarzy i imperatorów. Tak więc Portius był niezwyciężony. Pobił hordy orków i inne ludzkie królestwa na północy. W tym czasie na północ od Imperium Rhynn nie było nic – tylko lodowe pustkowia. Potem ruszył na południe. Przeprawił się przez Morze Cestyjskie, opanował Bakabadan, Kurgan i Salem, a potem ruszył dalej. W swym niezwyciężonym pochodzie dotarł do krainy Strzegań i bagien południowych. Tam jednak pokonał go wróg wszystkich ludzi. Król Portius zmarł na malarię jak podają przekazy. Było to w szóstym stuleciu, niedługo przed przybyciem Zbawiciela. Nabytki Portiusa okazały się krótkotrwałe, wszystkie odpadły od Imperium w czasie panowania jego następcy. Wtedy też urodził się i działał w Rhynn Ahvari Amirian – Zbawiciel i wcielenie jedynego Boga. Pokazał ludziom jak żyć, jaki jest cel naszej ziemskiej wędrówki. Niestety większość go odrzuciła, gdyż czciła pogańskie bóstwa. Ahvari zaś głosząc jedynego Boga nauczał, że inni bogowie nie istnieją. Ściągnął tym na siebie gniew kapłanów. Usiłowano go zabić. On przepowiedział, że jedna z takich prób zakończy się powodzeniem. I rzeczywiście, choć uszedł z kilku zamachów na własne życie, w końcu, w roku sześćset dwudziestym siódmym został z inspiracji kapłanów fałszywie oskarżony, torturowany i stracony – kupiec mówił o sprawach religijnych z rosnącym zaangażowaniem. – Wywołało to srogi gniew jedynego Boga. W dniu w którym zamordowano jego awatara sprowadził wielkie trzęsienie ziemi, które zrównało z ziemią dużą część miasta. Dzięki tej manifestacji boskiej mocy wielu uwierzyło, w tym sam Imperator. Uczniowie spisali słowa i nauki Zbawiciela w świętej księdze. Od tej pory słowo boże rozszerza się po wielu krainach.
- A co dalej stało się z Imperium?
- Po śmierci kolejnych imperatorów ich dziedzice walczyli o tron rozdzierając między siebie Rhynn. Doszły do tego kolejne najazdy orków, a także przybywanie nowych plemion zza Wielkich Gór. Dzikość nowo przybyłych gwałtownie ścierała się z cywilizacją Rhynn. Wszystko to doprowadziło do rozsypania się Imperium na drobne niezależne księstwa, a na wielu obszarach w ogóle zaniknęła władza państwowa. Ostatni Imperator zginął walcząc z barbarzyńcami w roku siedemset trzydziestym drugim podczas bitwy nad Vermissą. Nowe plemiona zaczęły się osiedlać, mieszać z miejscową ludnością, przejmować kulturę. I na początku kolejnego stulecia narodziły się nowe monarchie, które trwają do dziś.
Christian dopytywał o szczegóły historyczne podczas gdy słuchanie elfa robiło się dla jego towarzysza coraz bardziej irytujące.
- Dziękujemy ci za tę lekcję historii, ale nie chcielibyśmy cię dłużej zatrzymywać. – Arkus nie potrafił ukryć zniecierpliwienia. Kupcowi przypominał on z wyglądu innego ciemnowłosego chłopca, którego spotkał jadąc przez Kreonię.
- Szkoda, że spotykamy się w drodze. Interesująco prawisz, nieznajomy. – Christian wręcz przeciwnie, chętnie słuchałby go dalej.
- Ależ gdzie moje maniery! – Kupiec sam się skarcił. – Powinienem zaraz na początku się przedstawić. Mam na imię Kyrre.
- Ja Christian, a to Arkus.
- Cieszę się z naszego spotkania, kto wie, być może los jeszcze kiedyś skrzyżuje nasze ścieżki. – Kupiec szczerze się uśmiechnął. – Niech wam bóg błogosławi.
- Tobie również – odpowiedział uprzejmie Christian.
Wymienili się pozdrowieniami i rozstali z tym, że każdy miał na myśli innego boga.

7. Wiatr wzmógł się rzucając na drogę wczesnojesienne liście i gnając szybciej po niebie małe chmurki. Szum drzew zagłuszał śpiew ptaków. Słońce grzało nie gorzej niż w najlepsze dni lata. Przez odgłosy lasu późno spostrzegli, że ktoś za nimi jedzie. Amiriański bóg nie roztoczył nad nimi opieki, a Czarny Rycerz się mylił. Bandyci wrócili, by się zemścić. Arkus popędził konie.
- Tym razem nie przyjdzie wam na pomoc ten lis w zbroi. Widzieliśmy jak galopował do Beresteczka. – Wiatr porwał szyderczy śmiech łysego bandyty.
Galop koni wzniecił tumany kurzu na drodze, która od tygodnia nie widziała deszczu. Christian rzucał się od jednej strony wozu do drugiej odpierając ataki i udaremniając próby desantu. Arkus skierował wóz w boczną drogę by utrudnić okrążenie. Trakt był węższy, ale nie poprawiło to sytuacji. Chudy tym razem miał łuk. Na szczęście nie posługiwał się nim zbyt wprawnie. Trzy kolejne strzały chybiły celu. Christian wpadł na szaleńczy pomysł, odwiązał beczki z winem i ostatnią zepchnął z wozu. Jadący za nimi osiłek, sądząc po zdziwieniu na twarzy, nie dostrzegł jego zamiarów. Beczka roztrzaskała się pod nogami jego konia. Było to zaskoczenie również dla wierzchowca, który nie przeskoczył przeszkody, ale potknął się, gdy w jego nogi uderzyły z dużym impetem porozrywane klepki. Koń padł na kolana wyrzucając jeźdźca z siodła, a następnie przygniatając go do ziemi. Powietrze przeszył huk upadku, łamanych kości i dziki okrzyk bólu dobywający się z gardła miażdżonego przez bezwładne zwierzę osiłka. Pozostali popatrzyli do tyłu, ale nie mieli zamiaru odpuszczać tym smarkaczom, którzy już raz im się wymsknęli. Już nie chodziło o rabunek, ale o zemstę. Chudy wypuścił strzałę, Christian uchylił się, ale grot delikatnie musnął go w ramię. Adrenalina sprawiła, że nie czuł bólu ani nawet nie zauważył, że został zraniony. Byli więc kwita, ale chudy nie zamierzał na tym zakończyć ich porachunków. Już napinał ponownie łuk. W ferworze pościgu nie zwrócił uwagi na nisko zwisające gałęzie, które nagle pojawiły się przed jego twarzą. Podążając za wozem nie zauważył, że zboczył on z traktu pomiędzy drzewa. Nie zdążył się już nachylić, gdy gałęzie boleśnie drapały go po czole. Odchylił się równocześnie ciągnąc lejce. Koń nagle stanął zatrzymany tym szarpnięciem, a chudy poleciał do tyłu uderzając głową o wystające korzenie. W pościgu został już tylko przywódca bandy. Wóz wjechał na polanę otoczoną gęsto drzewami. Arkus usiłował wyhamować konie. Pędzili wprost na ścianę drzew. Chłopak zdecydował się na ryzykowny manewr skrętu w lewo. Prędkość była zbyt duża. Wóz wywrócił się na bok wyrzucając w krzaki beczki z winem, tobołki i ich właścicieli. Arkusowi przed oczami zawirowało niebo, wóz, ziemia, korony drzew i znów niebo. Krzaki zamortyzowały upadek równocześnie powodując otarcia na skroni i czole. Chłopak uderzył też o coś twardego, boleśnie odczuwając obecność kilku kręgów piersiowych. Szybko wstał, choć ból promieniował na cały prawy bok. Nieopodal pod dużym dębem leżał bez ruchu Christian. Arkus już miał coś krzyknąć, już miał rzucić się ratować przyjaciela, gdy znieruchomiał. Pośrodku polany stał czarny koń, z którego właśnie zsiadał łysy bandyta. Ciężko dyszał, a w prawicy ściskał dobyty miecz. Niewiele było czasu na ocenę sytuacji. Wóz przewrócony, konie rżały niespokojnie, Christian leży nieprzytomny, a gdzie miecz? Jest, leży pod krzakiem! Arkus szybko podniósł go i przybrał postawę obronną. Przez chwilę stali w milczeniu. Bandyta pośrodku polany, Arkus w cieniu drzew. Młody Galilei postanowił, że nie zginie broniąc się, więc ruszył do ataku. Zwarli się w pełnym słońcu. Arkus poczuł różnicę. Co innego pojedyncze uderzenia z pędzącego wozu, a co innego regularny pojedynek z dorosłym mężczyzną. Coraz ciężej było mu odpierać uderzenia i wyprowadzać kontrataki. Uderzenia rozchodziły się po jego mięśniach i kościach z coraz bardziej męczącą siłą. Pchnięty kolejnym potężnym ciosem upadł w trawę pośród błyszczących fioletem wrzosów. Nie wypuścił miecza z ręki, ale nie miał już siły by się podnieść. Na twarzy bandyty pojawił się uśmiech. Oto dokona zemsty. Stanął nad chłopcem wznosząc wysoko miecz. Arkus popatrzył na niego, gdyż od chwili upadku jego wzrok utkwiony był w niebo, po którym wolno przesuwały się białe chmurki. Teraz starczyło mu sił by trochę podnieść głowę i zobaczyć lśniące ostrze, które zaraz miało go przebić. Cios miecza był śmiertelnie precyzyjny. Przebił się na wylot zaraz pod żebrami. Arkus poczuł, że oddech uwiązł mu w gardle. Łysy bandyta upadł tuż obok niego. Z jego pleców wystawała tylko rękojeść krótkiego miecza. Pośród wrzosów stał Christian. Jego spojrzenie było nieobecne, dłoń wyciągnięta jakby dalej trzymał miecz. Arkus przez chwilę patrzył na tę dziwną postać, która przechyliła się i jakby w zwolnionym tempie upadła w wysoką trawę. Arkus nie miał już siły unosić głowy. Znów patrzył w niebo czując, że traci świadomość.

Edit 14.11.2016 - drobne poprawki i skrócenie niektórych opisów
Odpowiedz
#13
Przebrnąłem przez całość. Piszesz dobrze. Oczywiście można by się doszukać jakichś niewielkich uchybień, ale to niewielki problem. Kiedy redakcja przyjmuje tekst, tum zajmują się doświadczeni korektorzy.
Moim jednak zdaniem akcja toczy się zbyt wolno. Nieco zbyt wiele jest "wypełniaczy" np opis świętowania winobrania. Scena dialogowa profesora Rotoi pertraktującego z przedstawicielami...
Są fragmenty tekstu, po których się czytelnik prześlizguje wzrokiem, szukając czegoś treściwszego.
Dlatego moim zdaniem, trzeba by poprawić stosunek pomiędzy akcją (choćby w ostatnic akapitach, bardzo ładnie napisaną) a niewiele wnoszącymi wypełniaczami.
Pozdrawiam serdecznie.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz
#14
(07-07-2016, 17:04)gorzkiblotnica napisał(a): Przebrnąłem przez całość. Piszesz dobrze. Oczywiście można by się doszukać jakichś niewielkich uchybień, ale to niewielki problem. Kiedy redakcja przyjmuje tekst, tum zajmują się doświadczeni korektorzy.
Moim jednak zdaniem akcja toczy się zbyt wolno. Nieco zbyt wiele jest "wypełniaczy" np opis świętowania winobrania. Scena dialogowa profesora Rotoi pertraktującego z przedstawicielami...
Są fragmenty tekstu, po których się czytelnik prześlizguje wzrokiem, szukając czegoś treściwszego.
Dlatego moim zdaniem, trzeba by poprawić stosunek pomiędzy akcją (choćby w ostatnic akapitach, bardzo ładnie napisaną) a niewiele wnoszącymi wypełniaczami.
Pozdrawiam serdecznie.

Dzięki. To bardzo cenna uwaga. Już z ostatniego rozdziału wyciąłem kilka fragmentów, które można było usunąć bez szkody dla fabuły. W tym całą stronę opowieści elfickiego kupca o historii Smile
Opisy świata jakoś same się piszą, a przecież internetowe opowiadanie to nie Władca Pierścieni Smile

Postaram się przy następnych rozdziałach bardziej "przyciąć" fragmenty, których pominięcie nie zaszkodzi fabule. To będzie wyzwanie bo mam słabość dla epickiego rozmachu, ale teraz daje sobie sprawę, że dla czytelnika może to być nużące.

Pozdrawiam Smile
Odpowiedz
#15
Dobrze, że przywołałeś "Władcę". To jedna z moich ulubionych lektur i wzór (niedościgniony) na którym pisać się uczyłem.

Przede wszystkim przybliżanie uniwersum jako takiego jest jak najbardziej dobre. Można, a nawet trzeba to robić. Sztuką jest jednak tak wymieszać dialog, akcję i opis. By wszystko działo się dosyć wartko, ale znów nie "na łeb". Oczywiście dialogi, nawet opowieści przy ognisku itp. są jak najbardziej fajne, pod warunkiem, że zajmujące i odpowiednio dozowane.
Np. opisy uroczystości folkloru i takie tam warto wplatać w samą akcję. Niech bohaterowie na tle tych wydarzeń coś robią. Przemieszczają się, działają. To nie tak, że jakiś fragment ma być poświęcony bohaterom, inny historii świata, jeszcze inny, powiedzmy - obyczajom. Dobrze jest, jak to dzieje się równolegle.

Choć od opisów takich rozmów jak ta z kupcem też autorowie nie stronią (choćby Serwantes w "Don Kichocie"). Stosowany z umiarem i wynikający z akcji, taki przerywnik może być całkiem atrakcyjny.

Tak więc, może nie o przycinanie chodzi, ale raczej o lepsze "wymieszanie" całości Wink.
corp by Gorzki.

[Obrazek: Piecz1.jpg]
Odpowiedz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości